Tinkoff Team

Alberto Contador, Peter Sagan, Rafał Majka, Michał Kwiatkowski… lista kolarzy, na których pracował Paweł Poljański w ciągu kilku lat w zawodowym peletonie robi kolosalne wrażenie. W pierwszej części wywiadu “Poljan” opowiada Bartkowi Kozyrze m.in:

  • Dlaczego nie narzeka dziś na nudę
  • O największym ochrzanie, jaki dostał od Alberto Contadora
  • Jak znalazł się o krok od największego sukcesu w karierze

Wielu kolarskich kibiców było zaskoczonych, gdy okazało się, że Paweł Poljański – kolarz, który w latach 2014-2020 rokrocznie startował w przynajmniej jednym wielkim tourze w sezonie, ogłosił zakończenie kariery. Zaledwie 30-letni kolarz, ścigający się wówczas w barwach BORA-hansgrohe zapewniał jednak czytelników Naszosie.pl   – W ostatnich latach wiedziałem, że moment pożegnania ze sportem nastąpi. Zabezpieczyłem się odpowiednio i mam już sposób na życie po kolarstwie.


Ci, którzy regularnie śledzą jego social media, mogą zauważyć, że faktycznie znalazł sposób na życie po kolarstwie – zresztą całkiem niedawno (już po naszym wywiadzie) pochwalił się trzema nowymi projektami dotyczącymi zdrowego żywienia. To jednak zaledwie najnowsza część jego biznesowych przedsięwzięć, których jest cała masa. Naszej rozmowy nie można było zatem rozpocząć od pytania innego niż…


Co teraz robi Paweł Poljański?

Prowadzę prywatne przedszkola i mam firmę cateringową, która w ostatnim czasie się bardzo rozwinęła. Kiedyś gotowaliśmy tylko w swoich punktach, a dziś zaopatrujemy przedszkola w zasadzie z całego Trójmiasta. Mam przy tym dużo roboty, ale na tym nie kończy się moja działalność. Moim marzeniem od zawsze było budowanie domów i przy tym też się spełniam – zresztą niedługo ruszam z kolejną inwestycją.

Czyli po zakończeniu kariery nie narzekasz na nudę…

Zdecydowanie nie, choć i tak mam dużo więcej czasu dla bliskich, niż wtedy, gdy się ścigałem. Mój czas nie jest już tak zaplanowany, jak wtedy. Wtedy niemal każdą godzinę mojego życia planował ktoś inny, dziś tym czasem mogę dysponować sam. Owszem, przy tych wszystkich działalnościach jest mnóstwo roboty, ale nie narzekam, bo to moja pasja.

Cieszę się, że moje życie wygląda właśnie tak. Dzięki decyzji o końcu kariery, mogę spędzać czas z moją małą córeczką – wiem, że w przeciwnym razie nigdy nie zaznałbym takiego szczęścia. Widuję się z nią praktycznie codziennie, a ścigając się po całym świecie, nigdy nie miałbym takiej możliwości. Prawdopodobnie widziałbym to dziecko tylko na FaceTime.

Dziś mam dużo więcej czasu, niż wtedy, gdy byłem kolarzem – tym bardziej, że udało mi się swoje biznesy poogarniać tak, by nie musieć być już w swoim biurze codziennie. I mogę już myśleć o kolejnych przedsięwzięciach. Zawsze mówiłem o tym, że chciałbym mieć w Trójmieście sklep rowerowy. I rzeczywiście miałem takie plany, ale od jakiegoś czasu skupiłem się na innym celu. W przyszłym roku chcę wypuścić swoją markę rowerów elektrycznych. 

Jakieś wstępne projekty są już tworzone, mamy fabrykę, gdzie te projekty będą realizowane i jak wszystko dobrze pójdzie, to już w przyszłym roku, na wiosnę, uda nam się wypuścić pierwsze modele. Wiem, że jest na to ostatnio bardzo duże zapotrzebowanie. Przeglądałem już rynek, żeby zobaczyć, co najlepiej schodzi, więc myślę, że mam już nie najgorsze rozeznanie. Na początku będę sprzedawał sprzęt przez Internet, a później zamierzam ruszyć ze sprzedażą stacjonarną na Gdynię, Sopot i Gdańsk.

Nazwę już masz?

Tak, ale na razie niech pozostanie tajemnicą! Jak ruszymy z kampanią marketingową, wszystkiego się dowiecie!  

Cieszę się na to, że uda mi się tę rzecz zrealizować i myślę, że to może być też krok w stronę zrealizowania tego marzenia o własnym sklepie rowerowym. Nigdy nie chciałem sprzedawać sprzętu, co do którego nie miałbym wystarczającego przekonania. A teraz, gdybym ten sklep założył, to mógłbym sprzedawać własne rowery, za których tworzenie sam będę odpowiadać.

Skoro o rowerach mowa, to myślę, że możemy już przejść do wspominkowej części naszej rozmowy. Jak w ogóle zaczęła się twoja przygoda z kolarstwem?

Przez ojca. Jak byłem mały, złamał nogę i lekarz mu zalecił, żeby kupił sobie rower i w ramach rehabilitacji zaczął na nim jeździć. Mnie, jako dzieciakowi, bardzo się to spodobało i sam zacząłem na poważnie jeździć na rowerze, jak miałem 12 lat. Najpierw zapisałem się do klubu w Rumii, później była Cartusia Kartuzy, aż w końcu przyjechałem do Włoch, gdzie miałem szczęście. Trafiłem na dobrych ludzi. Moim agentem bardzo szybko został Giovanni Lombardi – jeden z najlepszych menedżerów na świecie. Do dziś bardzo jestem mu wdzięczny za to, co dla mnie w trakcie mojej kariery zrobił, podobnie zresztą, jak trenerom Cartusii Kartuzy, bez których w ogóle bym do Włoch nie trafił.

Kiedy poznałeś tego Lombardiego?

Właściwie od razu po przyjeździe do Włoch. Na początku współpracowałem z Enzo Fredianim, który kierował moją młodzieżową karierą, ale później, na jakimś wyścigu trafiłem na Lombardiego. To była kapitalna szansa – Lombardi już wtedy prowadził Petera Sagana i kilku innych znanych kolarzy. Nie mogłem wypuścić z rąk takiej szansy! 

A kiedy wyjechałeś do Włoch? Już po zakończeniu juniorskiego ścigania czy jeszcze w trakcie? Bo widzę, że już jako junior miałeś za sobą sporo występów w dużych włoskich wyścigach. I miałeś niezłe wyniki – w Giro della Lunigiana walczyłeś jak równy z równym z Wilco Keldermanem.

Ja na te wyścigi jeździłem jeszcze z reprezentacją Polski. I jak byłem na tych pierwszych wyścigach, we Włoszech, zauważyłem, że to tutaj jest ta mekka kolarska. I że trzeba jak najszybciej zakotwiczyć tu na stałe. Szczególnie pomógł mi w tym Marek Szerszyński, który był kiedyś trenerem kadry. To on znalazł mi pierwszy klub za granicą. Frediani pojawił się dopiero później.

Pamiętasz jeszcze tamte wyścigi? 

Trochę tak. Nawet później, gdy ścigaliśmy się z Peterem Saganem w Saxo Banku czy w Borze, to wspominaliśmy tamte czasy. A był jeszcze Rafał Majka, Michał Kwiatkowski… Znamy się wszyscy od dzieciaka. Od najmłodszych kategorii ścigaliśmy się w tych samych zawodach, a później trafiło się tak, że razem spotykaliśmy się na największych wyścigach na świecie.

Ten wasz rocznik generalnie był niesamowicie mocny. Oprócz tych kolarzy, których wymieniłeś byli jeszcze Tom Dumoulin, Nairo Quintana czy Romain Bardet. To był jeden z najmocniejszych roczników w historii kolarstwa!  

No tak. Ja nie uważam, żebym sam był super kolarzem, ale ci, którzy się wtedy ze mną ścigali – już byli. Michał Kwiatkowski i Peter Sagan byli przecież mistrzami świata, a takich, którzy osiągnęli duże rzeczy było zdecydowanie więcej. Ta generacja zmieniła ten sport, tak samo jak teraz kolejna zmienia go jeszcze bardziej. Wout van Aert, Tadej Pogačar czy Mathieu van der Poel sprawiają, że ten sport stał się o wiele bardziej wymagający. Teraz trzeba poświęcać mu jeszcze więcej czasu, niż wtedy, gdy ja się ścigałem.

Ostatecznie pierwsze duże wyścigi przejechałeś w barwach Tinkoff Saxo. Tyle że zanim przeszedłeś do drużyny Olega Tinkova podpisałeś umowę z Vini Fantini. W barwach tej drużyny nie zaliczyłeś ani jednego występu. Co tam się wydarzyło? 

To miał być mój pierwszy zespół, ale niestety chwilę po tym, jak podpisałem kontrakt, wycofał się sponsor. Ekipa nie respektowała mojego kontraktu, sprawa trafiła do sądu i ostatecznie umowa została rozwiązana, a ja pozostałem jeszcze przez kilka miesięcy w peletonie amatorskim. 

Później okazało się, że jednak dobrze się stało. Gdybym został we Włoszech, to pewnie podpisałbym jakiś 2-3 letni kontrakt, który by mnie trochę blokował. A tak, to pościgałem się parę wyścigów jako amator i zgłosiły się do mnie dwie mocne, worldtourowe drużyny. Wybrałem Saxo – przede wszystkim z powodu Bjarne Riisa, ale też dlatego, że mieli tam kapitalny zespół.

Z między innymi Alberto Contadorem w składzie. To była przecież prawdziwa ikona…

Nigdy nie miałem idoli, ale pamiętam, że gdy jako dzieciak oglądałem swoje pierwsze wyścigi, to bardzo lubiłem patrzeć na jego jazdę. Widziałem, jak wygrywa Tour de France czy Vuelta a Espana i myślałem sobie, że też chciałbym kiedyś być w tym miejscu. A moje życie potoczyło się tak, że znalazłem się z nim w jednej ekipie i pomagałem mu wygrywać kolejne wyścigi. 

Czasem jest tak, że gdy spotykamy idola, spotyka nas zawód. A jak było w twoim przypadku?

Ja na pewno zawiedziony nie byłem! Alberto był kapitalnym kumplem. Jedyny “problem” z nim był taki, że był bardzo wymagający. Jak byliśmy z nim na wyścigu, to wszystko musiało być zrobione w stu procentach. On wymagał od nas, jako jego pomocników, żebyśmy byli w jak najlepszej formie. Przyjeżdżał na wyścig, żeby go wygrać. Drugie i trzecie miejsce go nie interesowało. Nie miałem przyjemności być z nim na Tour de France, ale jechałem z nim na Paryż-Nicea czy Volta a Catalunya i za każdym razem chciał być najlepszy, a my jako kolarze musieliśmy mu pomóc.

Wymagał nie tylko od kolegów z zespołu, ale też od masażystów czy mechaników. Jechałeś z nim na wyścigi i wiedziałeś, że to nie będą przelewki. Trzeba było dać z siebie nie 100, a 120 procent.  

Czyli on nie miał wyścigów “treningowych”? Dziś takich kolarzy jest wielu, ale wydaje mi się, że wtedy prawie każdy przejeżdżał jakieś wyścigi tylko po to, by rozgrzać nogi.

Nie przypominam sobie, żadnego wyścigu, który przejechałby na pół gwizdka. On wszędzie – czy w Algarve czy Route du Sud chciał wygrywać. Ale tak, masz rację – on był wyjątkiem. Wtedy takie podejście było jednak bardzo rzadkie – sam pamiętam, jakieś wyścigi w Argentynie, gdzie dyrektorzy mówili nam, że wynik nie jest aż tak istotny. Że jedziemy tam tylko po to, żeby wejść w sezon. Wydaje mi się, że nawet nazywali go “wyścigiem treningowym”. 

Dopiero później, w ostatnich latach mojej kariery to się zmieniło i takich kolarzy jak on zaczęło być więcej. Jechałeś na mało prestiżowy wyścig poza Europą, a i tak musiałeś być przygotowany na 100 procent. Wynik był ważny, a teraz jest jeszcze ważniejszy. Odnoszę wrażenie, że teraz najlepsi zawodnicy na świecie wszędzie jadą po to, żeby wygrywać.

 Pamiętasz, jak Contador się na ciebie wściekał?

A żeby to raz! To był zupełnie inny kolarz, niż Peter Sagan. Jak Saganowi nie wyszedł jakiś wyścig, bo na przykład nie dostał bidonu albo przed podjazdem nie został przez nas doprowadzony do odpowiedniego miejsca w peletonie, to obracał to w żart. Nie była to żadna poza. Przejechałem z nim wiele wyścigów i wiem, że bardzo luźno do tego podchodził. 

A Alberto wręcz przeciwnie. Potrafił się wściec. Przychodził do autobusu i pokazywał swój gniew, a czasami krzyczał przez radio i używał słów, które… no, z całą pewnością trudno uznać za miłe. 

To byli dwaj zupełnie inni kolarze, także z powodu swojego nastawienia. Alberto cały czas musiał być z przodu – niezależnie od tego, czy to był płaski, pagórkowaty, czy górski, zawsze musieliśmy skrzętnie pilnować jego pozycji w peletonie. I to nas zawsze jako pomocników kosztowało bardzo dużo sił. Z kolei Peter był bardzo wyluzowany. On bardzo dobrze odnajdował się w peletonie sam. Nas potrzebował tylko do tego, żebyśmy kilometr przed podjazdem wzięli go na koło i wyprowadzili na odpowiednią pozycję. Zrobiliśmy to i już – robota wykonana. 

A pamiętasz jakąś konkretną sytuację, po której dostałeś ochrzan od Contadora?

Dużo tego było… naprawdę – w autokarze czy przez radio bardzo regularnie latały różne przekleństwa. Ale jak mam wskazać jeden wyścig, to chyba byłby to Paryż-Nicea (albo Volta a Catalunya – nawet nie wiem, gdzie dokładnie). W każdym razie, pamiętam, że nie było nas z przodu, a było bardzo wietrznie, więc zawodnicy z innych zespołów zaczęli rantować. Ten peleton się dzielił, i dzielił, a on musiał tego wszystkiego pilnować sam, bo nikt z nas nie znalazł się w głównej grupie. Bardzo mu się to nie spodobało. Nigdy w życiu nie słyszałem z ust żadnego dyrektora sportowego tyle bluzgów, co wtedy od Alberto. 

Myślę, że to rozumiałem. Wymagał od nas, bo on z siebie dawał wszystko. Sam tworzył sobie team, który ma mu zapewnić jak największe wsparcie – taki złożony z zawodników, którzy dadzą z siebie 100 procent, a nie tak jak niektórzy 70. Nawet wtedy, po tym etapie powiedział nam, że jest na nas strasznie zły dlatego, że przyjechał wygrać ten wyścig, a my mu w tym tego konkretnego dnia nie pomogliśmy.

Dla ciebie – amatora, był to spory przeskok, że nagle znalazłeś się z nim w jednej drużynie. Jak to się stało?

Wszystko się zaczęło od stażu, który załatwił mi mój menedżer – Giovanni Lombardi. Pojechałem wtedy do Włoch, gdzie jesienią odbywało się dużo wyścigów jednodniowych. Nie było mnie na Il Lombardii – jako stażysta nie mogłem brać udziału w wyścigach worldtourowych, ale zamiast tego pojechałem z nimi na dwa, trzy klasyki – nawet już nie pamiętam jakie [Giro dell’Emilia i GP Bruno Baghelli – przyp.red.].

Tam byłem w dobrej dyspozycji – zabłysnąłem i po tych dwóch wyścigach podszedł do mnie Bjarne Riis, który powiedział: “Ty zostajesz u nas”. 

Ty wtedy byłeś na stażu razem z Jasperem Hansenem. Była między wami jakaś rywalizacja?

O, tak pamiętam go. Rywalizacja rzeczywiście wtedy była. Musiała być. Obaj byliśmy bardzo młodymi zawodnikami. Tym bardziej, że to wcale nie jest tak, że kolarski zespół ma zawsze  w swoim składzie pełno miejsc. Ich liczba zawsze jest trochę ograniczona, więc trochę czułem, że o to jedno miejsce walczę właśnie z nim. Ale na szczęście potoczyło się tak, że w zespole zostaliśmy obaj.

Dość szybko zapracowałeś na zaufanie. Już po kilku miesiącach okazało się, że jedziesz na Giro d’Italia. 

Myślę, że to był efekt mojego nastawienia. Ja chyba od zawsze zdawałem sobie sprawę z tego, jakie mam możliwości. Już jako bardzo młody kolarz, w tych młodszych kategoriach wiekowych, widziałem, że stać mnie na wygrywanie mniejszych wyścigów. Tyle tylko, że to mnie nie satysfakcjonowało. Zawsze wolałem ścigać się w największych wyścigach, w barwach najlepszych zespołów. Nawet jeśli miałem robić to tylko w roli pomocnika. 

Uznałem, że lepiej będzie skupić się na pomaganiu innym i myślę, że to była dobra decyzja. Wiedziałem, że szefostwo mi ufa i wie, że zawsze będę dawał z siebie sto procent. Wyrobiłem sobie już u nich taką opinię, że nikt nie miał do mnie pretensji, nawet kiedy danego dnia nie byłem w dobrej dyspozycji i czegoś nie udało mi się zrobić.

Ale nie będę ukrywał, że w 2014 roku ten mój debiut w Giro d’Italia bardzo mnie zaskoczył. To był mój pierwszy rok ścigania w kolarstwie zawodowym, więc nie miałem jeszcze tej renomy, o której mówiłem. Chyba właśnie podczas tego wyścigu dyrektorzy zauważyli, że zawsze daję z siebie zespołowi 100 procent. Od tamtej pory brali mnie na najważniejsze wyścigi, bo wiedzieli, że nie będę odpuszczał. To mi później pomagało ścigać się obok takich kolarzy jak Alberto Contador, Peter Sagan czy Rafał Majka. Na takie wyścigi nie można brać kogoś, kto nie będzie w pełni oddany swoim liderom.

A dużo było takich zawodników, jak ci, o których mówisz? Takich, którzy byli nieposłuszni dyrektorom sportowym?

Tak, tylko że to zawsze miało krótkie nogi – dyrektorzy sportowi to widzieli, a potem podjeżdżali do nich i mówili: “Co to jest? Ty tu przyjechałeś pracować na sprintera, a nie jechać sam na siebie!”. Ja to zrozumiałem bardzo szybko. Bez tego nigdy w życiu nie spędziłbym tylu sezonów w najlepszych zespołach na świecie – po upadku Saxo Banku nie znalazłbym zatrudnienia w BORA-hansgrohe i nie spędziłbym tam czterech lat.

A na czym polegały te twoje zadania?

Ja jako pomocnik najczęściej pomagałem liderowi, żeby jechał z przodu, chroniłem go przed wiatrem. Chodziło przede wszystkim o to, żeby on przed ostatnim podjazdem był jak najmniej zmęczony i żeby zaczynał kluczową fazę etapu jak najwyżej. A jak były etapy sprinterskie, to przez ostatnie kilometrów trzeba było przeprowadzić Sagana czy Ackermanna, żeby w jak najlepszej pozycji rozpoczynał finisz. Jak szła ucieczka, to trzeba było ją gonić… było bardzo dużo obowiązków, które trzeba było wykonać, a które były niewidoczne, bo robiliśmy to zanim jeszcze rozpoczęła się transmisja telewizyjna.

Myślę, że w tym aspekcie akurat nic się nie zmieniło. Do dziś pomocnicy robią podobne rzeczy i do dziś żaden zawodnik nie wygra wyścigu bez drużyny. 

Najprzyjemniejszą częścią twoich obowiązków była praca na rzecz liderów w górach?

Hmm, to nie było takie proste. Mój pech (ale też i szczęście) polegał na tym, że byłem bardzo wszechstronnym pomocnikiem. Byłem przydatny i na płaskich odcinkach, i w górach. To była bardzo rzadka umiejętność, bo zazwyczaj jak ktoś specjalizował się w etapach jednego rodzaju, to na pozostałych odpoczywał. 

Ze mną było inaczej, szczególnie w Borze. Tam pracowałem na rzecz liderów dosłownie każdego dnia. Musiałem się z tym pogodzić, zacisnąć zęby i pracować, niezależenie od tego, czy etap prowadził po pagórkach, płaskim czy po górach. Nie wiem, z czego to wynikało, ale ja, pomimo tej swojej relatywnie niedużej wagi, potrafiłem utrzymywać tę prędkość 50 km/h przez dłuższy czas na płaskich etapach, a później być też gotowym do pracy w górach.

Jak to się działo? To była kwestia wolicjonalna, czy rzeczywiście miałeś pod nogą bardzo dużo watów?

Nie wiem. Jakoś z tą moją niewielką wagą (bo byłem szczupłym zawodnikiem), potrafiłem utrzymać to samo tempo, co zawodnicy ciężsi ode mnie o 20 kilogramów. Dzień później oni nie byli w stanie tych swoich kilogramów wwieźć pod górę, a ja pracowałem dalej. To był mój duży plus i to pewnie dzięki temu później wysyłano mnie na te najważniejsze wyścigi.

I co, nie czułeś się wtedy zmęczony po ciężkiej pracy poprzedniego dnia?

Oczywiście, że się czułem. Pamiętam takie Giro d’Italia, gdzie pierwsze 10 etapów były niemal całkowicie płaskie, ale ja już byłem niemal całkowicie wypruty. Codziennie musiałem gonić ucieczki, bo jechaliśmy na Ackermanna. Potem zaczęły się góry, wyścig się rozkręcał, a moje siły były już dawno zostawione na płaskich etapach. Ale ja nie wnikałem to, co ustalają dyrektorzy zespołu. Słuchałem tego, co mówią i wykonywałem ich polecenia. Tylko to było ważne.

A nie czułeś, że w ten sposób trochę marnowane są te twoje umiejętności? 

Pewnie że były, ale miałem na tyle dobry kontrakt, że mi to nie przeszkadzało! Taką wybrałem drogę. Być może gdybym zrobił inaczej, to, o ile dopisałoby mi szczęście, może miałbym szansę wygrać np. jakiś etap Vuelty, która zawsze szczególnie mi pasowała, ale ja zawsze wolałem poświęcić się drużynie. Miałem marzenie, żeby coś wygrać, tylko że nie zależało mi na tym aż tak bardzo, żeby rezygnować z tej wybranej wcześniej drogi.

A czemu akurat Vueltę tak lubiłeś?

Ja w ogóle lubię Hiszpanię. Lubię tamtych ludzi, tamten styl za to, że tam jest zawsze już tak luźno – na pewno luźniej, niż na pozostałych najważniejszych wyścigach. Nie ukrywam, że takim najbardziej stresującym wyścigiem jest Tour de France – nigdy mi to szczególnie nie odpowiadało. Z kolei atmosferę Giro d’Italia lubiłem, tylko że ten wyścig rozgrywany jest wczesną wiosną, więc pogoda zazwyczaj była bardzo licha. A Vuelta to końcówka sezonu, pogoda zawsze taka sama – słoneczna. Do tego etapy startują późno… Każdy wielki tour był stresujący, ale ta Vuelta stresowała najmniej.

Mówisz to samo, co podkreśla wielu kolarzy. Z czego to tak właściwie wynika? Przyjeżdża tam wiele zespołów, dla których jest to wyścig ostatniej szansy!

Prawdę mówiąc, też nie wiem do końca z czego to wynika. To przecież też jest bardzo prestiżowy wyścig. Natomiast ja lubiłem go dlatego, że zawsze z tyłu głowy miałem to, że zaraz będą już tylko jednodniowe wyścigi – Il Lombardia, Mistrzostwa Świata i człowiek planował wakacje. Było ciepło, fajna temperatura. Dziennikarzy było mniej, atmosfera luźniejsza – te płaskie etapy, to już w ogóle nie do porównania z tym, co dzieje się podczas Tour de France – nawet podczas prezentacji i startów honorowych. Tak, to był mój ulubiony wyścig.

I widać to po wynikach. To tu w 2017 roku byłeś bliski wygranej na dwóch etapach.

Przede wszystkim, ja tam, jak zwykle, nie przyjechałem po własne wyniki – miałem pomóc Rafałowi Majce pojechać po wysokie miejsce. Tylko że on się wysypał – szybko stracił szanse na to, by wywalczyć tam wysokie miejsce w “generalce”, ponieważ złapał jakiegoś wirusa. Wtedy szefowie powiedzieli mi: “Masz wolną rękę. Teraz możesz spróbować wywalczyć coś dla siebie”. No to próbowałem. Zabierałem się w odjazdy, dwa razy z rzędu byłem drugi.

Wydaje mi się, że to nie był wcale wyścig, na którym czułem się najlepiej – chyba sam nawet wcześniej też złapałem grypę żołądkową i pierwsze etapy były dla mnie męczarnią. Może gdybym dostawał szanse na innych wyścigach – na Giro d’Italia albo Tour de France, gdy rzeczywiście byłem w swojej optymalnej formie, to te wyniki byłyby lepsze. Tylko że to był jedyny taki wyścig, w którym nie mieliśmy żadnego lidera.

Dużo ci zabrakło, żeby jeszcze lepiej wykorzystać tę sytuację?

Nie wiem, ciężko było mi coś więcej ugrać. Za pierwszym razem było nas trzech. Byłem ja, Tomasz Marczyński i Enric Mas. Tam wiedziałem, że nic nie da się zrobić. Tomek jest ode mnie po prostu szybszym kolarzem, więc na finiszu oczywiście mnie ograł. A później Mohorič uciekł mi na zjeździe, przez co szansa na zwycięstwo znów mi uciekła – nawet mimo tego, że udało mi się wygrać finisz z grupy. Tak naprawdę jedyny niedosyt, który mam po tej całej swojej karierze, to fakt, że żadnego z tych etapów nie wygrałem.

Ale z drugiej strony… nie jest to coś, do czego często wracam. Wiem, że nie od tego byłem w peletonie. Rzadko zabierałem się w ucieczki, a jak już się w jakiejś, to obok siebie miałem zawodników, którzy nie byli obciążeni pracą na rzecz liderów. Patrzyłem na takiego zawodnika i wiedziałem, że on ostatnie kilka dni spędził na luźnej nodze, a ja musiałem zapieprzać. Pracowałem na czele grupy, chroniłem liderów przed wiatrem i tak dalej.

A jak to było z twoją szybkością? Czasem mówiłeś, że ci jej brakuje, ale… tamtego wyścigu na finiszu o drugie miejsce potrafiłeś pokonać np. J.J Rojasa.

Na pewno nigdy nie byłem szczególnie szybkim kolarzem. Dobrze jeździłem na płaskich odcinkach, ale na finiszach byłem wolny. Bardzo wolny. Nie wiem, jak ja wtedy pokonałem Rojasa. 

Nie było żadnych innych wyścigów, na których mogłeś sobie pozwolić na to samo, co na tamtej Vuelcie? Choćby podczas Tour de France w 2017 i 18 roku z gry o “generalkę” szybko wypadł Rafał Majka.

Oj, pamiętam tamten wyścig. W 2017 roku Rafał ucierpiał w kraksie i po wszystkim… naprawdę wyglądał jak jakaś mumia. Pierwszy raz widziałem go w takim stanie. Ale wtedy też nie dostałem wolnej ręki, bo oprócz Majki, w naszym składzie był też Sagan. Zresztą, akurat on był tam w bardzo dobrej formie – wygraliśmy razem sporo etapów. Zawsze był ktoś, komu trzeba było pomagać – tylko podczas tamtej Vuelty z 2017 roku miałem wolną rękę, ale nigdy na to nie narzekałem. Właśnie za to kochałem swoją pracę.

Zobacz inne wywiady autora:

Krzysztof Wyrzykowski – człowiek, któremu sekrety zdradzał Armstrong 

Michał Gołaś – Godzinne konwersatorium z „profesorem kolarstwa” 

Lechosław Michalak i kolarski powrót do lat 80.

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 1 Przysięga

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 2 Spełnienie

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 3 Koniec

Bogumiła Matusiak – wspomnienia ze starego Tour de France

Fignon i spółka powiedzieli: „On musi nas masować” – wywiad z „Bobem” Madejakiem

Od angażu „na kredyt”, do gwiazdy Tour de Pologne w pół roku – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 1

Droga prowadząca do Francji – wywiad z Janem Brzeźnym, cz. 2.

Na „ty” z Szarmachem – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 3

Maciej Paterski: „Jens Voigt chyba chciał mnie udusić” 

Maciej Paterski – jak pokonał Mollemę i Rogliča 

Maciej Bodnar – jak rozkochał w sobie Włochów i trafił do elity

Maciej Bodnar – Bodyguard zawodowiec

Zbigniew Spruch – wtedy, gdy wszystko się zaczęło

Zbigniew Spruch – Zawsze drugi

Portugalskie przygody Dariusza Bigosa

Dariusz Bigos: „Celujemy w drugą dywizję. Być może już za dwa lata”

Henryk Charucki – Wizyta w fabryce elektrycznych maszyn i kolarskich marzeń

Henryk Charucki – Wielka kolarska emigracja

Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota

Marek Leśniewski – długa droga do zawodowstwa 

Tomasz Marczyński – 60 minut z Loco

Janusz Kowalski – Szybszy od Pogačara

Janusz Kowalski – opowieść o niewykorzystanym potencjale

Przemysław Niemiec – Droga do Giro

Przemysław Niemiec – W kolarskim raju

Lech Piasecki – zanim został zawodowcem

Lech Piasecki: „Saronni dał mi zwycięstwo, Anquetil je odebrał”

Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 1

Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 2

Czesław Lang – Igrzyska, które spełniły marzenia

Czesław Lang – Tour de Pologne. Nowy początek

Czesław Lang: „Cavendish żałował, że przyjechał tu tak późno”

Benedetti – Polak z Włoch. Pomocnik, który stał się legendą

Bartosz Huzarski – od Wyścigu Pokoju do wielkich tourów

Boska komedia Marka Rutkiewicza – cz. 1 Niebo

Boska Komedia Marka Rutkiewicza cz. 2 Piekło

Boska komedia Marka Rutkiewicza cz. 3 – Czyściec

Poprzedni artykułPrzełajowy Puchar Polski 2024: Triumfy Zuzanny Krzystały i Brajana Świdra w Sławnie
Następny artykułTC Chrobry SCOTT Głogów odsłania kolejne karty na sezon 2025
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
M@o2.pl

O właśnie z Markiem Szerszyńskim wywiad bym przeczytał 🙂