Grzegorz Gwiazdowski/Archiwum prywatne

Grzegorz Gwiazdowski to chyba najbardziej tajemnicza postać w polskim kolarstwie. W 1999 roku, jako zaledwie 24-latek, wygrał zaliczane do Pucharu Świata Meisterschaft von Zürich, a już dwa lata później zniknął z peletonu. Postanowiliśmy sprawdzić co u niego – wyszła z tego pięciogodzinna rozmowa, którą trzeba było podzielić na trzy, dość obszerne, części…

W części 3. przeczytasz:

  • O decyzji Cofidisu, która skłoniła Grzegorza Gwiazdowskiego do odejścia z zespołu
  • O tym, jak dużo brakowało, by przeszedł do US Postal
  • O przyczynach przedwczesnego zakończenia przez niego kariery

Jakiś czas po przeprowadzeniu wywiadu z Grzegorzem Gwiazdowskim postanowiłem odwiedzić Bibliotekę Jagiellońską w Krakowie, by przewertować stare “Przeglądy Sportowe”. Chciałem zobaczyć co największe pismo sportowe w naszym kraju pisało po jego zwycięstwie w jednym z najważniejszych klasyków ówczesnego kolarskiego świata.

Okazało się, że było tego naprawdę dużo – zdecydowanie więcej niż na przykład o triumfie Bogumiły Matusiak na etapie kobiecego Tour de France. Jego zdjęcie pojawiło się na okładce gazety, natomiast w środku można było przeczytać długą syntezę powyścigowych wypowiedzi Polaka. Jedna z nich szczególnie mnie zaciekawiła – była dość niestandardowa.

Chciałbym, żeby w moim życiu się nic nie zmieniło, ale to chyba niemożliwe. Na pewno wywalczę wyższy kontrakt. Nie wiem, czy zostanę w Cofidisie. Wcześniej zaleźli mi trochę za skórę

– brzmiała jej treść.

Choć po chwili Gwiazdowski zastrzegł, że nic nie jest jeszcze przesądzone, to jego wypowiedź była dość odważna. W końcu rzadko kiedy zdarza się, by zawodnik głośno mówił o możliwym odejściu z aktualnej ekipy, przed podpisaniem umowy z nowym pracodawcą. Takie słowa zazwyczaj wskazują na to, że kolarz nie najlepiej dogaduje się ze swoim szefostwem – jak się okazuje, tutaj było podobnie.

Gdy przegląda się pańskie wyniki z sezonu 1999 można dojść do wniosku, że w sierpniu był pan w świetnej formie. A jak było w lipcu? Dlaczego nie zdołał się pan załapać do składu na Tour de France?

W lipcu również byłem w dobrej formie – wszyscy w ekipie widzieli, jak noga mi się kręciła. Niestety dwóch zawodników – oczywiście starszych ode mnie, którzy znaleźli się w składzie na tamto Tour de France nie chciało mnie widzieć w ekipie. Wywarli presję, pod którą niestety ugięli się dyrektorzy sportowi. Potem, już na mecie w Zurychu jeden z dziennikarzy zapytał tych ostatnich, czemu mnie nie powołali na Wielką Pętlę – nie pamiętam, co wtedy odpowiedzieli. Natomiast później sami się mi przyznali, że zadecydował nacisk ze strony tych dwóch kolarzy, których nazwisk nie chcę podawać.

Zresztą, gdy pod koniec sezonu tamta dwójka przestała się ze sobą dogadywać, jeden z nich zaczął do mnie podchodzić i przekonywać mnie, że tak właściwie, to była głównie wina tego drugiego. Widziałem, że trochę chciał uspokoić wyrzuty sumienia. Ostatecznie, to właśnie ci dwaj, nie ja, musieli się zmierzyć z tym tematem. Czy to, na co naciskali, wyszło ekipie na dobre? Czy nie straciła ona w ten sposób pieniędzy?

fot. Grzegorz Gwiazdowski/Archiwum prywatne

Wie pan, co nimi kierowało? Dlaczego nie chcieli pana w zespole?

To były inne czasy, niż dziś – młodzi zawodnicy osiągali sukcesy zdecydowanie rzadziej. Owszem, w 1997 roku Jan Ullrich wygrał Tour de France mając zaledwie 23 lata, ale takie rzeczy zdarzały się rzadko – prawie w ogóle… Wielu starszych zawodników chciałoby, żeby młodzi tylko wozili bidony. A ja wiedziałem, że muszę zrobić co w mojej mocy, by wypełnić słowa przysięgi. I szybko zacząłem osiągać, rzecz jasna mniejsze niż Ullrich, sukcesy.

Dobrze pamiętam Giro del Piemonte, na które pojechałem jeszcze jako stażysta Cofidisu. W kluczowym momencie oderwałem się od peletonu i dołączyłem do czołowej grupy. Przeskok kosztował mnie naprawdę dużo. Widać było, że jestem już wyjechany – na tyle, że sami zawodowcy mówili mi, żebym nie wychodził na zmiany. Ja faktycznie z tego skorzystałem i dzięki temu udało mi się fajnie wypocząć.

Tuż przed szczytem ostatniej, kilkukilometrowej góry z naszej grupy zaatakowało dwóch Włochów – Gianluca Bortolami i Paolo Lanfranchi, ja miałem już wystarczająco dużo sił, by z nimi pojechać. Ale wciąż biłem się z myślami, „czy mi wolno?” Mieliśmy uciekinierów na widelcu – trzej zawodowcy, którzy jechali razem ze mną w pogoni, pruli co sił, by dogonić uciekającą dwójkę. Na mnie się nie oglądali, bo cóż, byłem stażystą.

Tyle że panujący układ sprawił, że oni wszyscy byli już zajechani, a ja zdołałem się zregenerować. Do mety może z 2,5 km. więc odpuściłem na kilka metrów kompanów ucieczki, zrzuciłem na ośkę, depnąłem parę razy, by przeskoczyć do prowadzących i wyjść im z koła, a właściwie z „tunelu aerodynamicznego”, który tworzyli, i tyle. Ostatecznie jednak nie zrealizowałem swojego planu. Już zrównując się z goniącymi po prostu mocno nacisnąłem na hamulce.

Dlaczego?

Zasady, święte i przeklęte. Uznałem, że nie mam prawa do zwycięstwa w tym wyścigu – nie wychodziłem przecież na zmiany.

Miałem wówczas mylne przekonania na temat zwyczajów panujących w peletonie zawodowym i przez to wielka szansa przeszła mi koło nosa. Ostatecznie nasza  grupka nie dogoniła uciekającego duetu, a ja, choć miałem jeszcze mnóstwo sił, zająłem w niej ostatnie miejsce.

Jak to?

Znów, „zasady”. Skoro w moim przekonaniu nie wolno mi było tego wyścigu wygrać, to nie wolno mi było również drugiemu zawodnikowi odbierać drugiego miejsca. A trzeciemu, trzeciego, itd. Żeby jednak udowodnić, że szósty byłem z wyboru, wyprzedziłem na finiszu moich rywali, a tuż przed kreską odbiłem, by nikt na mnie nie wpadł, wyhamowałem i dałem się wyprzedzić.

Okazało się, że nie musiałem tego robić – po wyścigu zwrócił mi na to uwagę Cyrille Guimard.

Pewnie był wściekły…

Właśnie absolutnie nie. Po prostu spokojnie wytłumaczył mi, dlaczego popełniłem błąd.

Przede wszystkim – mówił – to oni sami kazali ci odpoczywać, skoro tak, nie mogli ci później niczego zarzucić, nawet gdybyś wygrał. Zwłaszcza że jesteś stażystą – nawet twój rower jest zdecydowanie gorszy niż ich. Zresztą, nawet gdyby kazali ci pracować, mógłbyś odmówić. Nasi najmocniejsi zawodnicy byli z tyłu. Tobie wcale nie musiało zależeć na tym, by dojechać do mety przed grupą goniącą. W teorii byłeś jej najsłabszym ogniwem.

Z pewnością inne też były pieniądze za zwycięstwo i drugie miejsce. Tym bardziej szóste.

Nie sposób się z panem nie zgodzić. Po tym, jak wysłuchałem Cyrille’a, byłem niepocieszony.  Przecież gdybym wtedy wygrał… nie wiem, czy ktoś coś takiego kiedyś zrobił jako stażysta… Nic dziwnego, że na długo zapamiętałem tamtą lekcję. I bardzo dobrze. Gdyby nie ona, mojego sukcesu w Zurychu mogłoby nie być.

Generalnie, pół roku w roli stażysty to był bardzo udany czas. Byłem młodym chłopakiem, a już rywalizowałem z najlepszymi kolarzami na świecie. W pamięci mam choćby GP d’Isbergues – wyścig w którym walczyłem ze słynnym Richardem Virenquem o… zwycięstwo w klasyfikacji górskiej. Niektórych to dziwiło – jak to, młody zawodnik, stażysta, a już walczy z wielkim Richardem [aż siedmiokrotnie wygrywał koszulkę najlepszego górala Tour de France – najwięcej w historii – przyp. red]. Jednym z nielicznych kolarzy, którzy mnie wtedy dopingowali był Andrii Tchmil.

Pewnie ze względu na to, że on też pochodził z bloku wschodniego…

Pewnie tak, poza tym, my już wcześniej się poznaliśmy. Widział mnie też na innych wyścigach i podobał mu się mój ofensywny styl. Oprócz niego, dopingowało mnie jeszcze kilku zawodowców, inni mieli z tego bekę, pewnie z góry zakładając, że marnuję siły, i tak będąc z góry skazanym na porażkę. A jednak wygrałem.

Rok później, już jako pełnoprawny zawodowiec, wygrałem królewski etap Tour de l’Ain i noga jakoś się kręciła [to prawda, wystarczy spojrzeć na profil Grzegorza Gwiazdowskiego na ProCyclingStats, by zobaczyć jeszcze choćby 4. miejsce w Plouay czy 3. miejsce w Circuit Franco-Belge – przyp. red.]. Takie sukcesy niektórych koliły w oczy, uważali że może powinienem się bardziej zaangażować w…

Pomoc bardziej doświadczonym kolarzom, nawet jeśli byli słabsi od pana?

Hmm, no właśnie sobie teraz myślę, że to też nie było problemem. Miałem ogromne ambicje, ale gdy szefostwo wyznaczało mi jakieś zadanie, starałem się wykonywać je sumiennie, dlatego jeśli akurat tym zadaniem była praca na rzecz lidera, mógł on liczyć na moje pełne zaangażowanie.Część zawodników, choćby wspominany tu Frank, potrafiła to docenić.  Nie, wydaje mi się, że to bardziej była kwestia tego, że ci niechętni mi kolarze widzieli, jak pomimo solidnego wykonywania swoich obowiązków, potrafiłem osiągać niezłe wyniki. Nie podobało im się to – to było zakłócenie panującego porządku.

Nie chcę gdybać, więc zapytam inaczej. Zakładając, że znalazłby się pan w tamtym składzie na Tour de France, jaki byłby cel? Na co pozwalałaby panu kolarska charakterystyka?

Gdy przygotowywałem się do tej części sezonu, to celowałem w to, by w swojej najlepszej dyspozycji być od początku tego wyścigu. Ostatecznie, wyszło trochę gorzej – poczułem, że noga kręci nieźle gdzieś na przełomie pierwszego i drugiego tygodnia. Dlatego wydaje mi się, że byłbym w stanie powalczyć o jakiś etap – może trudniejszy, górski, może na dłuższym, ale płaskim etapie. Wtedy czułem, że stać byłoby mnie na coś takiego, a moje wyniki w kolejnych tygodniach wskazują, że faktycznie mogłoby się tak zdarzyć, choć niestety nigdy się już tego nie dowiemy.

Rzecz jasna, dostałbym pojedyncze odcinki. Na zdecydowanej większości pomagałbym swojemu liderowi. Nie wiem tylko, jak długo, bo z tego co pamiętam, tamten start nie za bardzo nam pod tym względem wyszedł. Nasz najlepszy kolarz był poza czołową „10” generalki. To było spore rozczarowanie, biorąc pod uwagę to, że poprzednią edycję Cofidis zakończył ze znakomitym wynikiem – trzeci był Bobby Julich, czwarty Christophe Rinero, a siódmy chyba jeszcze jakiś inny zawodnik z naszego zespołu. Do tego Rinero wygrał klasyfikację górską tamtego wyścigu, a zespół klasyfikację drużynową [Gwiazdowski wszystko to mówił z pamięci i… wszystko się zgadza ze stanem faktycznym, choć sam nie startował także w tamtym wyścigu. Dla uzupełnienia, tym zawodnikiem, który zajął 7. miejsce w klasyfikacji generalnej był Roland Meier – przyp. BK].

Patrzę teraz na skład Tour de France z 1999 roku – znaleźli się w nim zarówno Julich, jak i Rinero – mogę zakładać, że mieli dużo do powiedzenia w kwestii składu. Wobec tego muszę zapytać – czy to oni byli tymi dwoma zawodnikami?

Nieee, zdecydowanie muszę zaprzeczyć. Miałem z nimi bardzo dobre relacje, choć muszę przyznać, Bobby był dość specyficzny. Natomiast Rinero to świetny człowiek, żartowniś, dobry duch ekipy.

Skoro już pan mówi o tym, jacy byli poszczególni kolarze, miał pan styczność z Tonym Romingerem. On kończył swoją karierę wtedy, gdy pan był na stażu. Te jego występy w Cofidisie były chyba dość sporym rozczarowaniem…

Oczywiście nie widywaliśmy się zbyt wiele razy – może udało nam się przejechać razem kilka wyścigów, ale zdecydowanie nie mieliśmy okazji do częstych spotkań. Natomiast udało mi się go trochę poznać chociażby dlatego, że jako stażysta jeździłem z Cofidisem na zgrupowania. Z tego co pamiętam, on sam nie był zadowolony z tego, jak się to potoczyło [nic dziwnego. W latach 1992-95 wygrywał jeden wielki tour w sezonie. W 1996 był 3. w Vuelta a Espana. W barwach Cofidisu nie wygrał żadnego wyścigu, przynajmniej nie na tyle ważnego, by znalazł się w bazie Pro Cycling Stats – przyp. BK].

Nie wyglądał jednak na bardzo sfrustrowanego życiem – był raczej życzliwy. Potem zajął się menedżerką. Nie wiem, jak długo to ciągnął, ale pamiętam że co jakiś czas widywałem go na wyścigach w tej roli. Zawsze wtedy podchodził, witał się… fajny człowiek.

Wracając do tamtego Tour de France 1999. Czy tamta decyzja zespołu miała wpływ na to, że po sezonie odszedł pan z Cofidisu?

Właściwie, był to główny powód mojego odejścia. Dotknęła mnie tamta decyzja. Chodziło o profesjonalne podejście, o chęć rozwoju… o uleganie naciskom zawodników… Niewątpliwie gdyby Cyrille Guimard dalej prowadził Cofidis, znalazłbym się w składzie. Zresztą, on był jedną z pierwszych osób, które zadały pytanie o moją nieobecność dyrektorom sportowym.

O, czyli on, choć nie było go w zespole, to wciąż interesował się tym, co się w nim dzieje?

Cyrille to człowiek, który miał duże możliwości i pewnie ma do tej pory. Był jednym z założycieli Cofidisu… dlatego tak, miał kontakt z dyrektorami sportowymi zespołu – lepszy lub gorszy, ale miał.

Z Cofidisu odszedł pan do FDJ. Jak to się stało, że choć zaczął pan powoli wchodzić w najlepszy wiek dla zawodnika, nie odniósł tam sukcesu? Nie stawiano tam na pana?

Wręcz przeciwnie. Te szanse jak najbardziej się pojawiały – właściwie to nawet częściej niż w Cofidisie. Pamiętajmy – rok 1999 był dla mnie dość udany, więc w Francaise des Jeux miałem być tak naprawdę jednym z dwóch liderów. To głównie dlatego wybrałem ich ofertę, bo nie tylko oni byli chętni. Był Telekom, oczywiście Cofidis i parę innych ekip z pierwszej dywizji.

Największą determinację wykazywał jednak US Postal. Oferowali mi o ⅓ wyższą umowę niż pozostałe zespoły. Jednak dla mnie pieniądze nie miały aż tak dużego znaczenia. A siedziałem w kolarstwie na tyle długo, by zorientować się w realiach panujących w tamtej drużynie.

Grzegorz Gwiazdowski/Archiwum prywatne

Chodzi o masowe stosowanie dopingu? Czy po prostu o podporządkowanie jednemu liderowi?

Nie, z tym drugim nie miałbym żadnego problemu. Z Lancem się lubiliśmy. Kevin, o którym już wspominałem, był moim i jego dobrym kolegą. Spotykaliśmy się prywatnie, z tego, co pamiętam, mieszkali w Villefranche pod Nice, więc miałem do nich blisko ze swojego Cannes. Zdecydowanie chodziło o to pierwsze.

No tak, po latach wyszło, że to ta ekipa przodowała w kwestiach “farmaceutycznych”…

Szczerze? Nie wiem, czy faktycznie tak było. Nie chcę tego oceniać w aż tak zdecydowany sposób. W każdym razie tamten „antydoping” paradoksalnie bardzo często powiększał różnicę pomiędzy tymi, którzy brali, a tymi, którzy się powstrzymywali?

Jak to możliwe?

No cóż, dziecko zostało wylane z kąpielą. Pamięta pan, gdy mówiłem o dotykających mnie w dzieciństwie problemach ze zdrowiem? Jedną z przyczyn, dla których w czasie kariery zawodniczej infekcje nie łapały mnie tak często, było stosowanie odpowiednich leków, jak chociażby autoszczepionek, czyli szczepionek wykonanych po pobraniu wymazu z mojego gardła i nosa. Oczywiście szczepionki nie były i chyba nadal nie są na liście środków zakazanych, ale…

Były w ampułkach.

Otóż to. A dokładniej rzecz ujmując przyjmowało się je za pomocą strzykawek i igieł. Podobnie jak Aspegic (popularna aspiryna) czy witaminę C. Te lekarstwa, strzykawki i igły brałem często na zgrupowania i wyścigi.

W Cofidisie, choć oczywiście mieliśmy ten jeden zgrzyt, przy okazji Tour de France, współpraca układała nam się bardzo dobrze. Nikt więc nie robił z tego żadnego problemu – zwłaszcza po tym, co udało mi się zrobić w Zurychu. W La Française des Jeux było inaczej. Oni na to nie pozwalali. Tłumaczyli to w ten sposób, że jeśli ktoś zobaczy ten sprzęt w naszym autokarze, będziemy skończeni – jeśli nie cała ekipa, to na pewno ja.

Wiadomo – nic złego by tam nie znaleźli. Ale co z tego. Ekipa obawiała się, ba, była pewna, że kolejność zdarzeń będzie taka:

1. Znalezienie zastrzyków

2. Wykluczenie z wyścigu, być może aresztowanie

3. Afera medialna

Później okazałoby się, że wszystkie podejrzenia są nieprawdziwe, ale co z tego? Takie rzeczy trudno się odkręca. Wyścig nie odbyłby się ponownie tylko po to, żebym ja mógł wystartować, a co gorsza, łatki “koksiarza” nie pozbyłbym się już nigdy. Niby trochę rozumiem tę decyzję ekipy, ale z drugiej strony, jak byłem w Cofidisie, nic takiego nie miało miejsca.

Poza tym, bez tego swojego, podkreślmy, legalnego, wspomagania, nie byłem w stanie nawiązywać do dawnych wyników.

To musiało irytować, zwłaszcza człowieka znającego tamte realia od kuchni.

Na pewno wiązało się z dużym poczuciem niesprawiedliwości i bezsilności. Znacznie większym, niż to, które mi towarzyszyło gdy nikt nie zabraniał mi po prostu dbać o zdrowie.

Największą  “robotę” wykonywano w domu, bo komisje antydopingowe skupiały swoje działania na wyścigach i zgrupowaniach [były od tego wyjątki, ale generalnie na rynku istnieje kilka książek, nawet w języku polskim, które potwierdzają te słowa – przyp. red]. Dlatego nawet jeśli zawodnik nie brał podczas wyścigu, to co z tego, skoro już wcześniej został w nielegalny sposób wzmocniony?

Naprawdę, miałem dość tej całej hipokryzji. Dlatego gdy tylko skończył mi się kontrakt z La Française des Jeux, postanowiłem, że zakończę karierę.

Później nie wrócił pan już do ścigania? W serwisie ProCyclingStats można znaleźć informację, że jeszcze w 2002 roku wystąpił w Bank Austria Tour i zajął 64. miejsce.

Nie, prawdopodobnie jest to jakaś pomyłka. Trzymałem się podjętej decyzji [prawdopodobnie na wspomnianej stronie doszło do pomyłki – na innej stronie z kolarskimi wynikami – First Cycling, na 64. miejscu w tamtej edycji umieszczono innego Polaka – Grzegorza Żołędziowskiego].

Chyba jednak nie zraził się pan całkowicie do sportu?

Brałem amatorsko udział w biegach ekstremalnych, jak Bieg Katorżnika, czy Terenowa Masakra – generalnie, zawody w stylu Runmageddonów. Natomiast jeśli chodzi o rywalizację na rowerze, nie ciągnie mnie już do tego. Jak jeżdżę, to bardzo rekreacyjnie. Latem lubię sobie też popływać, zimą pojeździć na nartach zjazdowych. Grywam w piłkę… Naprawdę, gdy tylko mam czas, staram się ruszać, ponieważ wiem, jak dobrze wpływa to na zdrowie i ogólne samopoczucie.

A dlaczego nie został pan trenerem?

Chciałem całkowicie odciąć się od tego środowiska. Sport jest fajny, ale ten rekreacyjny. Natomiast wyczynowy, cóż… poznałem go na tyle dobrze, że niekoniecznie chcę w nim uczestniczyć.

Cieszę się, że udało mi się znaleźć nowe zajęcie i to takie, które również łączy się z moją pasją do jazdy po drodze. Najpierw zostałem instruktorem nauki jazdy, potem kierowcą w transporcie międzynarodowym… miłość do drogi pozostała, zmieniłem tylko środek transportu.

Od początku wiedział pan, że po zakończeniu kariery chce robić właśnie to? 

Nie. Przede wszystkim wiedziałem, że nie chcę kontynuować przygody ze sportem zawodowym. To była podstawa. Nie miałem wcześniej przygotowanego żadnego planu – byłem przecież jeszcze stosunkowo młodym – 27-letnim zawodnikiem. Dopiero później zacząłem się zastanawiać, co dalej. Padło właśnie na profesje związane z drogą. Zresztą, sprawdzałem się w wielu sytuacjach – jeździłem również po USA amerykańskimi 18-kołowcami, co było moim marzeniem z dzieciństwa. Potem przez lata jeździłem po Europie, głównie transportując materiały niebezpieczne, w szczególności wybuchowe.

A czy w czasach, gdy pracował pan jako instruktor, zdarzyło się, że ktoś pana rozpoznał?

Zdarzały się takie sytuacje – moje zwycięstwo z Zurychu było transmitowane na Eurosporcie (choć chyba nie komentował go ani Krzysztof Wyrzykowski, ani Tomasz Jaroński – obaj pracowali wtedy dla innych redakcji), aczkolwiek Adam Małysz czy Robert Lewandowski z pewnością miewali je znacznie częściej.

A co z pańską książką? Wydaje mi się, że kilka lat temu, w którymś z odcinków Tur de Tur Adam Probosz wspominał o tym, że ją pan pisze – niestety nie została chyba jeszcze wydana.

Tak, jej tytuł to “Milion zakrętów”, jest już prawie gotowa, mam już nawet wydawcę… Muszę na nią poświęcić jeszcze trochę czasu, a tego nie mam zbyt dużo – zwłaszcza po narodzinach synów. Mam jednak nadzieję, że prędzej czy później uda mi się dopiąć do końca także ten projekt.

Z ciężarówki chciałem zejść kilka tygodni przed narodzinami naszych dzieci, by częściej z nimi rozmawiać, nasłuchiwać co u nich, przytulać brzuszek narzeczonej. Od lat o tym marzyłem. Niestety życie czasami pisze swoje scenariusze, a właśnie wtedy pandemia nabierała rozpędu. Jak wiemy, to był czas niepewności i zdecydowanie nie najlepszy na zmianę pracy. Potem jeszcze zaczęła się inflacja, wojna… nie jest lekko, ale chcę być z rodziną. Mam już plan co dalej – chciałbym gościć u siebie osoby, które chcą spędzać czas na Podhalu, czy to w Zakopanem, gdzie mam apartament z widokiem na Giewont, czy to w Czarnym Dunajcu, gdzie na razie próbuję doprowadzić pomieszczenia do stanu, który pozwoliłby na ich krótkoterminowy wynajem. Obecnie jest trudny czas dla hotelarstwa, jednak liczę na to, że kiedyś sytuacja znormalnieje.

Wierzę, że znajdę też czas na dokończenie autobiografii, bo w moim odczuciu droga, którą pokonałem, była tak niezwykła i trudna, że szkoda byłoby marnować płynące z niej wnioski.

Niewątpliwie, bo ze świecą szukać ludzi, którzy z taką determinacją dążą do realizacji swoich celów. 23 sierpnia 1999 roku jeden z największych dzienników sportowych świata, francuski L’Equipe na pierwszej stronie zatytułował pana zwycięstwo w Zurychu „Jamais vu ca”, czyli „Nigdy tego nie widziano”, chwilę później w wieku najlepszym dla kolarza zakończył pan karierę dla zasad, najprawdopodobniej rezygnując z milionów euro, a dobijając 46 lat został ojcem dwóch wspaniałych, pełnych energii chłopaków i to… w Dniu Ojca. Skąd w panu ta wiara, siła, no i skuteczność?

Jestem tylko człowiekiem. Jakieś geny dostałem, zwyczajne choć rzetelne wychowanie… a w zeszycie z cytatami odnotowałem kiedyś słowa Jana Pawła II:

„Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się, na próbę”.

 W Czarnym Dunajcu rozmawiał Bartek Kozyra

Część pierwszą wywiadu znajdziesz -> TUTAJ

Część drugą znajdziesz ->TUTAJ

guest
7 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Piotr
Piotr

Pan Grzegorz super Gość! Charakter i wewnetrzna determinacja do w dążeniu do założonego celu: + 100. Jestem w szoku.
Bardzo ciekawy wywiad. Długo, długo czekałem na jakiekolwiek informacje o Panu Grzegorzu. Kibicowałem Panu podczas jego kariery aż nagle wieści o nim zniknęły ( to było jescze przed erą rozpowszechnionego internetu). Dziękuję za ten materiał. Serdecznie pozdrawiam Pana Grzegorza.
P. S. Jakiś link do apartamentu, który można wynająć od Pana Grzegorza?

Grzegorz
Grzegorz

Czy można prosić namiary na ten pensjonat?

Grzegorz
Grzegorz

Dziękuję za miłe słowa i zainteresowanie.

Link do apartamentu:
https://www.nocowanie.pl/noclegi/zakopane/apartamenty/238646/
Zapraszam serdecznie.

Grzegorz Gwiazdowski

Lukasz
Lukasz

Swietna robota!

Łukasz
Łukasz

Gdzieś w internecie dawno dawno temu wyczytałem że powodem zakończenia kariery Pana Grzegorza były problemy z kolanami spowodowane przesiadką z pedałów time na look. Może więcej na ten temat dowiemy się w książce:)

Piotr
Piotr

Grzegorzu, jeździłem w tym samym klubie z Torunia, chwilę po Twoim odejściu. Mój trener wsiadał za kółko kompletnie pijany…alkohol i fajki – tak to zapamiętałem. Dużo mógłbym opowiadać…ten klub przyczynił się do końca mojej kariery. Super, że Tobie udało się zajść znacznie dalej. Pamiętam dziwne rozmowy na Twój temat…teraz wszystko rozumiem. Żeby nie być smutasem, dodam, że nergię skierowałem w innym kierunku i swój mały sukces odniosłem w innej dziedzinie. P.S. był czas, że treningi robiłem z kolarzem z Twoich okolic, chyba też z nim trochę pojezdziłeś…

Piotr
Piotr

Panie Grzegorzu, proszę o jak najszybsze dokończenie i wydanie książki. Czekamy na nią od lat. Ja sam myślałem nawet, że jest już wydana szukałem jej po różnych serwisach (ale Joe znalazłem :)). Proszę nie zaniechać tego wydania. Czekamy na te książkę!! Pozdrawiam