Grzegorz Gwiazdowski/Archiwum prywatne

Grzegorz Gwiazdowski to chyba najbardziej tajemnicza postać w polskim kolarstwie. W 1999 roku, jako zaledwie 24-latek, wygrał zaliczane do Pucharu Świata Meisterschaft von Zürich, a już dwa lata później zniknął z peletonu. Postanowiliśmy sprawdzić co u niego – wyszła z tego pięciogodzinna rozmowa, którą trzeba było podzielić na trzy, dość obszerne, części…

W części 2. przeczytasz:

  • O długich treningach Grzegorza Gwiazdowskiego na „damce”
  • Za co został wyrzucony ze zgrupowania reprezentacji Polski
  • Jak prezydent Francji załatwił mu przelot do Szwajcarii bez wizy

Historie o treningach z Ryszardem Szurkowskim i poprzedzającym je bolesnym pożegnaniu z Agromelem bez wątpienia były bardzo ciekawe (przeczytasz o nich w części 1). Pozostawiały jednak więcej pytań niż odpowiedzi. Chyba najważniejszym z nich było to: „w jaki sposób stojący przy ognisku nastolatek, którego pozbawiono roweru – najcenniejszej rzeczy, którą posiadał, zdołał przez kilka miesięcy bez startów utrzymać na tyle wysoką formę, by podczas przeprowadzanych w Łodzi badań uzyskać wyniki, które pozwoliły trenerowi najlepszej drużyny w kraju w ogóle pomyśleć o daniu mu szansy?”. Z uwagą wysłuchałem więc dalszej części  monologu rozpoczętego przez byłego kolarza.

Po powtórzeniu przysięgi wydarłem się niczym zranione zwierzę. To był taki potworny, nieludzki ryk. Po chwili usłyszałem pianie kogutów – prawdopodobnie echo poniosło się Doliną Drwęcy i dźwięk obudził te biedne stworzenia. One z kolei pobudziły mieszkańców – zobaczyłem jak w kolejnych domach zapalają się światła… Myślę, że po usłyszeniu tego nieartykułowanego, potężnego głosu niektórzy ludzie mogli być lekko skołowani, zwłaszcza gdy to wszystko połączone było z odgłosami zwierząt – oprócz kogutów były jeszcze przecież psy. 

Wtedy zgasiłem ognisko i z siekierą w ręku ruszyłem w stronę domu. Chwilę później zaczęło świtać. Uznałem, że to świetna zapowiedź nowego dnia w nowym życiu.

Tak właściwie, to po co było panu to wszystko. Ta cała tajemnicza, właściwie to nawet trochę mistyczna otoczka. Te góry, to ognisko…

Nie umiem dokładnie określić przyczyny – po prostu coś mnie tam pchało tamtego wieczoru. Może płacz matki za bardzo mnie rozpraszał… Po prostu wiedziałem, że muszę to wszystko bardzo dobrze przemyśleć. Że to trochę potrwa. Chyba z tego powodu szukałem też jakiegoś odludnego miejsca, które jednocześnie zapewni mi spokój. A ja od dzieciństwa uwielbiałem ogień – kochałem patrzeć na to, jak się pali. Sam ten widok, nie mówiąc już o energii wypływającej z płomieni… To ułatwiało mi koncentrację i podejmowanie ważnych decyzji. A ona z pewnością była bardzo ważna. Co istotne, na tamtą chwilę, w zasadzie nierealna. Nie jest łatwo być w czymś najlepszym w mieście, jeszcze trudniej w całym regionie czy województwie. Być mistrzem swojego kraju, to sztuka, która zarezerwowana jest dla nielicznych. Złożenie przysięgi, że pewnego dnia będzie się najlepszym na świecie, w dodatku w czymś tak piekielnie wymagającym i ciężkim jak kolarstwo, chyba ocierało się o grzech pychy, ale tamtej pamiętnej nocy nie wolno mi się było poddać. To chyba niezbyt skromne choć prawdziwe, ale pamiętam, że tamtej nocy, jak i w późniejszym okresie, w najtrudniejszych chwilach, w których po prostu upadałem i szukałem resztek sił by powstać, mówiłem do siebie „kto, jeśli ty nie pokonasz tej drogi? Kto ma bronić dzieci, którym wyrywa się z rąk rower, wiosło, piłkę, narty…?” Gdy mierzysz tak wysoko i tak nierealnie, właściwie skazujesz się na przeżycie każdej kolejnej sekundy swojego życia niemal perfekcyjnie, w każdym razie jak najlepiej, bo wiadomo, że nie na wszystko pozwala nasza zwyczajna ludzka niedoskonałość.

Fajnie pan to nazwał „mistyczna otoczka”, bardzo trafnie. Idąc w góry z siekierą w dłoni, nie wiedziałem jak ta wyprawa się zakończy, ale w głębi duszy czułem, że nie może być zwyczajnie. Jak każdy sportowiec i zwykły człowiek przechodziłem potem trudne chwile. Wspomnienie wykrzykiwanej na całe gardło przysięgi a następnie nieludzki ryk, choć twarz zalana była łzami, widok uniesionych „pochodni” i echo niesione doliną Drwęcy, to wszystko bardzo mi potem pomagało. Nawet to pianie kogutów, szczekanie psów, czy zapalające się w domach światła są wspomnieniami tak wyrazistymi, jakby to było wczoraj. Takich przeżyć się nie zapomina.

Decyzję, jaką pan podjął, poznaliśmy w poprzedniej części naszej rozmowy. Tylko jak zamierzał pan ją zrealizować?

Zacząłem od zebrania złomu, który znajdował się w okolicy naszego domu. Jakieś butelki… Zapytałem mamy, czy będę mógł to sprzedać. Mama rzuciła okiem na uzbierane odpadki i odparła: – A sprzedaj… – później zrobiła krótką pauzę, spojrzała na mnie badawczym wzrokiem i zadała pytanie, które pamiętam do dziś – coś ty znowu wymyślił?

– Nic złego mamuś, nic złego – usłyszała w odpowiedzi.

Mój plan był dość ambitny. Ten złom mógł przecież wystarczyć na pokrycie niewielkiej części wydatków, które musiałem poczynić, by utrzymać swoje marzenia o jakiejkolwiek karierze – na sprzęt, odpowiednie jedzenie itd. Musiałem szukać innych sposobów na zarobek. Od czegoś trzeba było jednak zacząć. Później jeździłem do cioci sprzątać, pomagać w gospodarstwie domowym – cokolwiek tylko byłem w stanie zrobić.

Na złomie szukałem części do roweru – jakichś pedałków, itd… Trochę pomogli mi kumple. Od kogoś miałem łańcuch, od kogoś korbę, na umocowanie której wystarczyły tylko dwie żyletki. Jednak z kilkoma elementami kolarskiego wyposażenia miałem problem – choćby z noskami. Szukałem i szukałem, ale nigdzie nie mogłem ich znaleźć. 

Pierwsze treningi odbyłem jednak na damce mojej mamy. Niestety biedny rower każdy z nich ciężko odchorowywał. Dbałem o niego, naprawiałem wszystkie usterki – właściwie nie było innego wyjścia, skoro był to jedyny środek transportu w naszym domu, ale niestety nie wszystkiemu byłem w stanie zapobiec.

Jak długie były te pańskie treningi na damce?

Cóż, wiedziałem, że nie ma innej drogi niż regularne, mocne i długie kręcenie. Najczęściej te moje treningi trwały więc od kilkudziesięciu, nawet do stu kilometrów.

Sto kilometrów na damce… wow!

Cieszyłem się, że mogę jeździć – niezależnie od tego, jak kiepskim sprzętem nie dysponowałem. Niestety damka nie wytrzymywała tych obciążeń. Nie nadawała się dla chłopaka, który jeszcze niedawno regularnie jeździł ponad 200 kilometrów dziennie – mój rekord z tamtego okresu to chyba 245. W związku z tym, moja przygoda z tym rowerem nie potrwała zbyt długo – kończyły mi się już powoli części, które mógłbym przeznaczyć na wymianę. I pieniądze na kolejne.

W związku z tym, postanowiłem podjąć próbę złożenia czegoś bardziej szosowego. Znów zebrałem jakąś kierownicę, jakąś sztycę, jak czegoś nie było, to znów szukałem na złomie… Niestety, nie udało mi się skompletować całego roweru. Ostatnią deską ratunku mogłaby być wizyta u mojego taty, z którym od wielu lat nie rozmawiałem.

Czemu?

Mój ojciec założył nową rodzinę i oczekiwał, że będę traktował jego drugą żonę lepiej, niż zobowiązywałyby mnie do tego zwykłe zasady savoir-vivre’u. Liczył, że będę okazywał jej większą sympatię. Zarzucał mi pewną szorstkość – tu nie rozchodziło się o jakieś duże sprawy – bardziej o, na przykład, sposób mówienia “dzień dobry”. Wiadomo, że od tonu, jakiego użyjemy dość mocno zależy odbiór tego, co powiemy. 

Ja nie byłem w stanie zwracać się do nowej żony ojca z większą czułością. Po prostu wiedziałem, że ze względu na rozwód rodziców, coś ważnego zakończyło się w moim życiu. A to bezpośrednio wynikało z tego, że ojciec związał się z tą kobietą.

Nic dziwnego, że mógł pan czuć do niej pewną niechęć

Zasady zobowiązywały mnie do pewnych zachowań. Do tego, żeby się przywitać. Żeby się pożegnać. Żeby odpowiedzieć na jakiś jej miły gest, ale niekoniecznie w jakiś bardzo wylewny sposób. Ojciec oczekiwał czegoś więcej, ja nie chciałem i w końcu to wszystko doprowadziło do spięcia między nami, po którym przestałem kontaktować się z ojcem. 

W momencie, na którym się zatrzymaliśmy, mijały około dwa lata, od naszego ostatniego spotkania. I na tych dwóch latach się skończyło, bo w końcu poszedłem do niego, choć poczekałem na to jeszcze do swojej pierwszej rozmowy z Ryszardem Szurkowskim – tej, podczas której Trener zalecił mi wyjazd na badania do Łodzi. Dopiero następnego dnia poszedłem do taty i opowiedziałem mu co mi się przytrafiło, jaki jest rezultat – moim zdaniem szansa na dostanie się do, w opinii wielu osób najlepszego klubu w Polsce.

On słuchał tego z wielkim zainteresowaniem. Również historii związanych z Agromelem – tej chorej sytuacji. Problemach alkoholowych na zgrupowaniu. Niedotrzymanej obietnicy. Wyrwanym mi z rąk rowerze… No i właśnie wtedy opowiedziałem mu o moim największym w tamtym momencie problemie – braku części do mojej powstającej kolarki. Wyraziłem też nadzieję, że on pomoże mi ją skompletować. 

Tata, w czasie mojego dzieciństwa i wcześniej, intensywnie zajmował się szkoleniem kolarskiej młodzieży i sprzętu miał na tyle, by umożliwić swoim podopiecznym wygrywanie klasyfikacji szkół czy gmin podczas Wyścigów Wojewódzkich o Puchar Wojewody Toruńskiego. Tyle że gdy ja przestałem być uczniem szkoły podstawowej stracił trochę do tego wszystkiego zapał. Nie był już w stanie zmotywować się do trenowania chłopców i dziewczyn (bo dziewczyny też trenowały, m.in. jego druga żona).

Mimo wszystko, obiecał mi, że na drugi dzień pójdziemy zobaczyć, ile z tego wszystkiego zostało. Nazajutrz okazało się, że faktycznie, “rowerowy skarbiec” mojego taty był już niemal pusty i pozostała w nim już właściwie tylko kupa złomu. Coś udało nam się jednak dobrać – to była rama i widelec, choć niestety nie od jednego kompletu. Wprawdzie trzeba było jeszcze przyspawać do tego prawą miskę suportową, a jakiś czas później lewą, bo już gwint nie trzymał, ale tu pomógł nam ojciec kumpla – jednego z trenujących tam chłopaków i w ten sposób w końcu mogłem pojeździć na czymś, co choć po części przypominało rower szosowy.

Wreszcie wszystko zaczęło się panu układać. Miał pan na czym jeździć, potem, w okolicznościach, o których dowiedzieliśmy się w poprzedniej części, dostał się do ekipy Ryszarda Szurkowskiego… Jakie osiągał pan wtedy wyniki?

Oj tak, to były piękne trzy lata – 1994, 1995 i 1996 rok. Trzy lata pięknej progresji w Polsce. W 1994 roku zdobyliśmy mistrzostwo kraju w drużynie orlików, zostałem wicemistrzem Górskich Mistrzostw Polski w Krynicy Górskiej… było też jeszcze kilka ciekawych występów, ale z pamięci nie jestem już w stanie ich wymienić. Natomiast w kolejnych dwóch sezonach wygrywałem klasyfikację młodzieżową Tour de Pologne [w 1995 Gwiazdowski zajął nawet 7. miejsce w klasyfikacji generalnej. Według danych z PCS był wtedy najmłodszym kolarzem z całej czołowej “40”]. Wydaje mi się, że najwięcej tych dobrych wyników osiągnąłem w 1996, choć oczywiście konkretów z pamięci nie jestem w stanie podać.

fot. Grzegorz Gwiazdowski/Archiwum prywatne

Generalnie czuł pan, że należy do szerokiej czołówki polskich kolarzy?

Wydaje mi się, że tak. Już pod koniec 1994 roku – mojego pierwszego u Ryszarda Szurkowskiego zostałem powołany do kadry narodowej i można powiedzieć, że byłem w niej, z małymi przerwami, do 1996. Zniknąłem z niej w wyniku konfliktu wewnątrz drużyny narodowej.

O co poszło?

O powołania na mistrzostwa świata orlików. W 1996 roku odbywały się one w Lugano, w Szwajcarii. To właśnie tam Lance Armstrong ogłosił, że jest chory na raka. Jako że wraz z moim zespołowym kolegą – Piotrkiem Przydziałem, popularnym “Koparą” zgromadziliśmy wówczas najwięcej punktów w rankingu Challenge orlików, to wokół nas budowano zespół na zawody w tej kategorii wiekowej, która, z tego co pamiętam, właśnie wtedy debiutowała [tak, w 1996 faktycznie rozegrano pierwsze mistrzostwa świata orlików – przyp. red].

Nie było jednak tak, że sukcesy osiągaliśmy sami. W PZU Joko Szurkowski mieliśmy wtedy bardzo mocną ekipę do lat 23. “Kopara”, Darek Skoczylas – “Wujo”, śp. Paweł Sosik . Było jeszcze paru młodszych zawodników, ale trzon tworzyła nasza czwórka. Byliśmy ze sobą nie tylko zżyci ale też znakomicie zgrani. „Wujo” miał olbrzymi wpływ na większość, jeśli nie wszystkie, sukcesy moje i „Kopary” w tamtym sezonie. Po prostu, wkładał całe serce w pomoc nam, a że był bardzo mocny, przynosiło to bardzo wymierne efekty. 

Przede wszystkim wygrał wtedy jednak mistrzostwa Polski – w wyścigu, który wprawdzie nie był zbyt udany dla mnie indywidualnie – przechodziłem wówczas infekcję, ale i tak kończyłem go bardzo zadowolony. Zresztą przed startem powiedziałem chłopakom, że nie mają się co o mnie martwić, bo jest nas czterech, a medale i tak są tylko trzy. Zaczęli się śmiać, a ja… Zrobiłem, co mogłem, by pomóc chłopakom i ostatecznie drużyna zakończyła tamten start z bardzo dobrym wynikiem. Zresztą, to mało powiedziane. Oprócz „Wuja”, na podium, a dokładniej na drugim miejscu, znalazł się wówczas “Kopara”. Podium mógłby uzupełnić Sosik – zajął czwarte miejsce, odpuszczając finisz z zawodnikiem, bo sądził, że ten był przez niego dublowany.

Mimo sukcesu odniesionego w tamtych zawodach. Pomimo tego, że ja i Piotrek – liderzy zespołu, wiedzieliśmy, że możemy na “Wuja” liczyć w każdych okolicznościach, Darek, w przeciwieństwie do nas, aby pojechać do Szwajcarii, musiał wziąć udział w specjalnych eliminacjach. W tamtych mistrzostwach Polska mogła wystawić pięciu zawodników i o to, by zostać dokooptowanym do naszej dwójki walczyło czterech. Jak łatwo policzyć, tylko jednemu z nich wyjazd miał przelecieć koło nosa.

Zaakceptowaliśmy to i mimo wszystko byliśmy optymistycznie nastawieni co do szans “Wuja”, ale poczuliśmy pewne zagrożenie. W końcu naprawdę zależało nam na tym, by zmaksymalizować swoje szanse na sukces na mistrzostwach świata. By kibice nie musieli po wszystkim, jak zwykle, śpiewać “Polacy nic się nie stało”. W takim układzie postanowiliśmy Darkowi po prostu, jak kumple, pomóc. Nie było to trudne, bo eliminacje polegały na wspólnych treningach podczas zgrupowania. Przejeżdżaliśmy rundę, którą kończyło wzniesienie, chyba położone w miejscowości Cedzyna pod Kielcami. Chodziło o to, by zafiniszować na nim jak najwyżej – ograć na nim wszystkich konkurentów. To miało imitować trasę w Lugano, gdzie pokonywane okrążenia również do lekkich nie należały.

My z “Koparą” również braliśmy w tych treningach udział, a że nie ciążyła na nas żadna presja, to trochę pracowaliśmy na “Wuja”, by później on mógł mieć okazję do wspomagania nas. Chyba zawsze albo prawie zawsze, a już na pewno w większości przypadków było tak, że Darek przyjeżdżał na tę prowizoryczną metę pierwszy, my po nim, a pozostali za nami. Wydawało nam się, że po tym, co pokazaliśmy, nasz kolega może być pewien wyjazdu do Szwajcarii – był mocniejszy od konkurentów, a do tego, po raz kolejny udowodniliśmy, jak bardzo zgrana była nasza trójka. 

W związku z tym, na dzień przed zakończeniem zgrupowania ze spokojem zajęliśmy swoje miejsca na odprawie, podczas której mieliśmy się dowiedzieć, który z czwórki kandydatów zostanie “odstrzelony”. Jakież było nasze zdziwienie, gdy trener, którym był wówczas młody, obiecujący szkoleniowiec – Andrzej Piątek, poinformował, że na mistrzostwa świata w Szwajcarii nie jedzie… mistrz Polski Dariusz Skoczylas.

Jakoś uzasadniał swoją decyzję?

Nie pamiętam, ale chyba nie. Właściwie trudno byłoby to uzasadnić. No bo jak, skoro mówimy o mistrzu Polski i człowieku, który w eliminacjach wypadł najlepiej ze wszystkich?

Rozumiem, że zasady tych eliminacji, to, że chodzi wyłącznie o jak najszybsze pokonanie wzniesienia, były jasno zakomunikowane?

No tak, chodziło w tym, by sprawdzić, kto najlepiej zniósł trudy treningu, a to najlepiej zrobić na wzniesieniu. No i Darek wygrał praktycznie każdą z tych eliminacji – wiadomo, że z naszą pomocą, ale przecież to, że jesteśmy zgrani powinno być tylko jego zaletą, nie wadą.

Zresztą, to też nie było tak, że wypruwaliśmy sobie żyły, a on i tak pokonał tych swoich konkurentów zaledwie o błysk szprychy. Nie, dla nas to była zabawa. Po prostu wybieraliśmy dogodny dla Darka moment, żeby zaatakować. Robiliśmy to na różne sposoby. Czasami pojedynczo, czasem wszyscy razem, czasem jeden odjeżdżał, a później pozostała dwójka doskakiwała. Robiliśmy co chcieliśmy.

Nie było tak, że trener mówił wam, że nie możecie ułatwiać życia swojemu koledze? Że weźmie to pod uwagę przy ustalaniu składu?

Nie, żadnych takich wytycznych nie było. Choć później chyba padły jakieś słowa, które jeśli już, to były próbą słabego usprawiedliwienia decyzji politycznej. Ja tego nie kupowałem. Po co rozdzielać ludzi, którzy razem tworzą tak zgraną grupę?

Ale jak to? Przecież byliście z ekipy Szurkowskiego – polskiego kolarza wszechczasów, którego wszyscy kochali… Prawda?

Niby tak, ale krążyły słuchy, że nie każdemu podobało się to, że ponad połowę składu mają stanowić zawodnicy z jednego zespołu. Oczywiście ja byłem wtedy młody, nie wszystko musiałem dobrze interpretować. Ile w tym prawdy? Trudno mi powiedzieć, ale patrząc na to wszystko, jeszcze biorąc pod uwagę fakt, że Piątek dopiero zaczynał swoją przygodę z kadrą, był młodym człowiekiem, nie sposób wykluczyć, że faktycznie decyzja o zostawieniu Skoczylasa w domu nie do końca musiała być jego. 

Grzegorz Gwiazdowski/Archiwum prywatne

Szurkowski na to jakoś zareagował?

Oczywiście, najpierw była jednak nasza reakcja – moja i Piotrka Przydziała. Gdy Andrzej podał skład, zapytał, czy któryś z zawodników chce zabrać głos. On chyba czuł, że będziemy chcieli coś powiedzieć. Tak, chcieliśmy. Wstałem pierwszy i po prostu powiedziałem, że w moim przekonaniu podjęto decyzję polityczną, nieopartą na sportowych przesłankach. Że skoro nie powołano mistrza Polski, który w dodatku wygrał wszystkie eliminacje i dobrze rozumiał się z dwoma liderami (którzy najwyraźniej nie mają nic do powiedzenia), to z bólem serca, ale muszę odmówić udziału w mistrzostwach świata. Trener podziękował, ja usiadłem. Później głos zabrał “Kopara” – nie był zbyt wylewny. Powiedział krótko, zwięźle i na temat “skoro Darek nie jedzie, Grzesiek nie jedzie, to ja też nie jadę”. 

Następnego dnia rano obudziło nas walenie w drzwi i wrzask, że mamy się zgłosić do pokoju, w którym zameldowany był jeden z działaczy PZKolu. Rozmowa nie była przyjemna. Właściwie to zostaliśmy wyrzuceni z kończącego się właśnie zgrupowania. Tego dnia ekipa wylatywała do Szwajcarii, a my wylatywaliśmy z kadry narodowej. Ryszard Szurkowski oczywiście nas wspierał. Podzielał nasze zdanie, rozumiał naszą postawę. Tłumaczył nas przed kibicami, mówił, z czego nasza decyzja wynikała…

Wysłuchał nas wtedy redaktor radiowej jedynki – Tomasz Zimoch. To jednak nie powstrzymało lawiny krytyki, która spadła niedługo później. No bo jak można zrezygnować z udziału w mistrzostwach świata i w ostatniej chwili utrudnić życie drużynie narodowej? Wierzyliśmy jednak w słuszność naszej decyzji. Chcieliśmy polecieć do Szwajcarii wiedząc, że zrobiliśmy wszystko, by walczyć o medale, choćby jeden medal; każdy chce wygrywać. Niestety uniemożliwiono nam to – wiedzieliśmy, że bez Darka trudno będzie coś ugrać, więc nie ugięliśmy się, zaznaczając, że jeśli powołają Darka, zmienimy stanowisko. Ale oni zdawali się być głusi. 

W tamtym momencie czara goryczy się przelała. To był już kolejny zgrzyt w moim polskokolarskim życiu. Zaczęło mi się robić w naszym kraju zbyt duszno. Chciałem dalej się rozwijać. Wyjechałem na zachód.

A jak się to właściwie wydarzyło, że w rok udało się panu trafić do Cofidisu, z Fondriestem, Romingerem i innymi znakomitymi kolarzami w składzie?

Zacząłem od występów w amatorskim francuskim zespole – ACBB Paris…

To była jakaś filia Cofidisu? Później jeździł w nim również Marek Rutkiewicz, który podobnie jak pan trafił stamtąd później do tego francuskiego zespołu.

Nie, ten zespół nie był w żaden sposób powiązany z Cofidisem, no, poza osobą Bogdana Madejaka. To był masażysta, zatrudniony przez Cofidis i człowiek, który już w 1995 roku chciał ściągnąć mnie do Francji, ale wtedy, wraz z Ryszardem Szurkowskim uznaliśmy, że lepiej poczekać jeszcze rok. W tamtym czasie paru dobrych polskich zawodników, jak Grzegorz Rosoliński, odchodziło do Francji, a później nie udawało im się przebić przez konkurencję, by podpisać zawodowy kontrakt. To przeczekanie było dobrą decyzją. Czułem, że ten 1996 rok rzeczywiście przyniósł przełom w moim rozwoju.

Czyli to nie była tylko kwestia, że w Polsce trochę się pan już dusił. Po prostu takie były ustalenia z trenerem?

Jestem człowiekiem, który zdroworozsądkowo stara się podejmować decyzje, ale gdy przyszło co do czego, to Rysiek nie był taki chętny, by mnie puszczać. Chciał, żebym dalej zdobywał dla niego punkty w Polsce. Jednak to, co wydarzyło się przed Mistrzostwami Świata w Lugano sprawiło, że byłem zdeterminowany, by odejść. Miarka się przebrała i postawiłem na swoim. Wyjechałem do tego ACBB. 

Początki były trudne, pierwsze wyścigi nie zapowiadały sukcesów, czym zresztą nie byłem zaskoczony. We wcześniejszych sezonach było tak samo. Wiosna zawsze była słabsza. Potrzebowałem czasu, by dojść do wysokiej formy. Ta przychodziła najczęściej w maju, może w czerwcu. Jak wtedy noga zaczynała mi się kręcić, to już kręciła się do końca sezonu… oczywiście pod warunkiem, że po drodze nie przypałętało się jakieś przeziębienie…

A często się przypałętywało? Dalej czuł pan skutki przebywanych w dzieciństwie chorób?

W pewnym momencie coraz rzadziej, ale jednak co jakiś czas coś mnie dopadało. Na przykład w maju 1997 roku. Noga już zaczynała mi podawać, byłem na Wyścigu Dookoła Irlandii, wygrałem nawet etap i byłem stawiany w gronie faworytów całej imprezy. Niestety już dzień po sukcesie etapowym okazało się, że znów coś złapałem. Uznałem, że nie ma sensu ryzykować zdrowia. Wycofałem się.

Pech…

Czy pech…? W każdym razie podjąłem decyzję, że wracam do domu, do Polski, trochę się zregenerowałem i znów mogłem się ścigać. Zdążyłem jeszcze wygrać kilka fajnych wyścigów. Już wówczas byłem w stałym kontakcie z Cyrillem Guimardem…

To ten trener Bernarda Hinaulta?

Tak, ten sam. Zresztą, był świetny także jako zawodnik. Wygrał kilka etapów Tour de France, był raz nawet 7. w „generalce”… Natomiast w 1997 roku był głównym dyrektorem sportowym Cofidisu. Wyjątkowo łebski facet. Niewykluczone, że byłem ostatnim zawodnikiem, z którym podpisywał kontrakt pełniąc tę funkcję.

Wcześniej podpisał kontrakt także z Lancem Armstrongiem.

Tak, ale okazało się, że umowy nie udało się do końca zrealizować. To znaczy, zespół mu płacił, wypełniał wszystkie zobowiązania, no ale on, z powodu nowotworu, nawet nie był w stanie rozpocząć przygotowań i startów. Po sezonie zespół zakończył z nim współpracę, ale w Cofidisie pozostał jeden z jego przybocznych – Kevin Livingston. To na niego jechałem podczas Tour de l’Avenir 1997, który miał być moim sprawdzianem.

To bardzo ciekawe, co pan mówi. Dziś Tour de l’Avenir jest wyścigiem dla reprezentacji krajów złożonych z młodzieżowców – ani pan, ani Livingston nie łapaliście się już do tej kategorii wiekowej. Kto w tamtym czasie mógł startować w tym wyścigu?

Startowały tam normalne grupy zawodowe, tylko że, jeśli dobrze pamiętam, mogły wystawiać wyłącznie zawodników do lat 25. Oprócz Cofidisu, były tam na pewno jeszcze m.in. ONCE, Festina czy Euskaltel. Większość z nich wykorzystywała ten wyścig, żeby sprawdzić swoich stażystów. Najczęściej to właśnie po nim zapadała decyzja, co do ich dalszych losów. Wtedy Cofidis wziął mnie i Luksemburczyka – Christiana Poosa. Ja zostałem w ekipie – jemu się nie udało. 

A więc kolejny rok spędził pan jako pełnoprawny zawodnik Cofidisu.

Tak. I szło mi całkiem nieźle – rozkręciłem się pod koniec czerwca, gdy zająłem 3. pozycję w Tour Franco-Belge. Zaraz po tym wyścigu miałem wystartować w czasówce na mistrzostwach Polski, ale wtedy poczułem, że gardło mi siada. Nie chcąc ryzykować rozwoju tej infekcji, postanowiłem odpuścić start i udać się do rodzinnego domu w warmińsko-mazurskim, by wystąpić w niedzielnym wyścigu ze startu wspólnego.

Niestety po drodze zaginął mi rower – udało się jednak dodzwonić do jakiegoś ważnego człowieka w PKP i w piątek sprzęt się odnalazł. Dopiero w sobotę trafił on jednak w moje ręce, a w niedzielę był start. Z dwóch planowanych dni odpoczynku, które miały mi pozwolić dojść do siebie, zrobiło się pięć. Dopiero w dzień przed wyścigiem mogłem zrobić z chłopakami “wprowadzenie”.

Jakimi chłopakami? Nie był pan jedynym kolarzem Cofidisu, który mógł startować w mistrzostwach Polski?

Byłem, ale i tak mogłem liczyć na pomoc. Wszystko dzięki moim starym znajomym – Sosikowi, Przydziałowi i Skoczylasowi. To też świadczy o tym, że dwa lata wcześniej warto było podjąć taką, a nie inną decyzję. Wtedy nie byli jeszcze zawodowcami, ale wtedy, gdy ja podpisywałem kontrakt z Cofidisem, oni przyjechali do Paryża, by startować w tamtejszych klubach – tak jak ja rok wcześniej. W każdym razie na Mistrzostwach Polski w 1998 roku mogłem na nich liczyć.

I ich pomóc przyniosła efekty – zdobył pan srebrny medal. Dużo zabrakło do złota?

Dużo – przegrałem z Tomkiem Brożyną. On wtedy reprezentował Mróz – polską ekipę zawodową, która dominowała w naszym kraju. Mieli w swoim składzie kilku kolarzy zdolnych powalczyć o koszulkę. Razem tworzyli potężną siłę. Dlatego gdy na czwartym okrążeniu, po około 45 kilometrach jazdy zaatakowaliśmy z Tomkiem, to ja byłem tym kolarzem, który musiał mocniej pracować. To mi musiało bardziej zależeć na tym, by nasza akcja się powiodła. Tomek z tyłu miał kolegów, którzy w razie czego mogliby za niego powalczyć o medale dla Mroza.

To obniżało moje szanse na zwycięstwo. Tym bardziej, że teren był trudny – było kilka podjazdów, jeden z nich prowadził nawet po kostce brukowej. Pod koniec za to zapłaciłem – nie mogło być inaczej, skoro Tomek był tak dobrze dysponowany. Musiał mi wystarczyć srebrny medal.

Dużą miał pan stratę do niego na mecie?

Tak, odjechał gdzieś na 30 kilometry przed metą, zyskał nade mną jakąś trzyminutową przewagę. Po całym wyścigu byłem niesamowicie zmęczony – straciłem wtedy kilka kilogramów nawet pomimo tego, że w czasie jazdy regularnie starałem się dostarczać swojemu organizmowi kalorie.

Był pan kiedyś bliżej zdobycia koszulki?

Niestety nie. Może gdyby nie ta infekcja gardła, to powalczyłbym o medal na czas? Dziś to już tylko gdybanie – mówię tak tylko na podstawie tego, co widziałem na treningach. Złoto zdobył wtedy Piotrek, który we Francji nieraz przyjeżdżał robić ze mną trening. Był wtedy świetny, ale ja wcale dużo od niego nie odstawałem. Teoretycznie mogłem wykręcić lepszy czas od niego, a to oznaczałoby złoty medal. No ale widocznie tak już miało być. Zwycięstwo „Kopary”, które odniósł na „kozie” Cofidisu, którą mu udostępniłem, niezmiernie mnie ucieszyło, a dzisiaj, to naprawdę fajne wspomnienia.

Grzegorz Gwiazdowski/Archiwum prywatne

No właśnie, trochę mnie dziwi, że nie zdobył pan żadnego medalu w jeździe indywidualnej na czas. W końcu był świetnym czasowcem – pod koniec 1998 zajął pan 6. miejsce w Chrono des Harbiers (dziś Chrono des Nations).

Szczerze? Wydaje mi się, że wcale nie byłem tak dobry w tej konkurencji. To jest trochę tak, że jeśli kolarz radzi sobie w górach i jest w dobrej dyspozycji, to może wypracować również umiejętność dobrej jazdy na czas. Odwrotnie nie zawsze to działa. A ja lubiłem góry i gdy dochodziłem do szczytu formy, to zdarzało mi się dobrze pojechać na czas. Nie nazwałbym się jednak dobrym czasowcem – zdarzało mi się to po prostu zbyt rzadko.

Czyli był pan przede wszystkim góralem. Zresztą, całkiem niezłym, skoro w 1999 zajął 2. miejsce na etapie Tour de l’Ain, zakończonym na Grand Colombier.

Tak, to był fajny wyścig – zresztą, udało mi się go wygrać. Natomiast etap, o którym pan mówi, kończył tamtą edycję. Pamiętam, że gdzieś na ostatnich kilometrach na atak zdecydował się kolarz Amore & Vita. Oderwaliśmy się we dwójkę, ale on chciał, żebyśmy zaczęli współpracować. Ja nie chciałem tego robić. Miałem z jego zespołem rachunki do wyrównania z poprzedniego roku i nie byłem zainteresowany ułatwianiem mu pracy.

Czułem, że moja pozycja nie jest zagrożona, więc nie miałem specjalnej motywacji, by walczyć o zwycięstwo. Podjechałem jednak do jadącego ze mną kolarza, po czym rzuciłem mu wyzwanie.

– Jedź swoim tempem. Ja nie będę współpracować, ale jeśli uda ci się dociągnąć nas do mety przed grupą, nie będę próbował się z tobą ścigać. Wygrasz ten etap

– Taaa, na pewno – usłyszałem. Właściwie mogłem się spodziewać, że kolega z peletonu mi nie uwierzy. Moje intencje były jednak szczere. Nienawidzę łamać danego słowa. On mógł jednak tego nie wiedzieć.

Kilka razy szarpnął, próbując zerwać mnie z koła. Nie udało mu się, a ciągłe przyspieszanie go zmęczyło i w efekcie dopadło nas kilku zawodników, wśród których był Christopher Jenner. Darzyliśmy się sympatią. On też w 1997 roku jeździł w jakimś klubie amatorskim i wtedy poznaliśmy się jako dwaj zawodnicy walczący o angaż wśród zawodowców. 

Usłyszałem w słuchawce od dyrektora sportowego, że walczę o zwycięstwo nie tylko w całym wyścigu, ale też na etapie. Widział dyspozycję, widział moich przeciwników. Ja odpowiedziałem mu jednak, że owszem, jadę po zwycięstwo, ale tylko w “generalce”. Uznałem, że jeśli jestem w dobrej formie, jeśli czuję się dobrze, to fajnie jest się swoim szczęściem podzielić z innymi. Powiedziałem, że etapową wygraną chcę oddać innemu zawodnikowi.

Tę rozmowę usłyszał Chris. Zapytał więc, czy pomógłbym mu wygrać ten etap – odpowiedziałem, że jak najbardziej. On, jak to Nowozelandczyk, gorąca krew, chciał, żebym szybko zaatakował. Moim zdaniem można było jeszcze z tym trochę poczekać, ale go posłuchałem. Potem odpalił do przodu, ja przekręciłem kilka razy korbą, ale w końcu dałem mu spokojnie odjechać i z radością wjechać na metę. 

Wygrał pan klasyfikację generalną tego wyścigu, a niewiele zabrakło do tego, by zajął pierwsze miejsce także w rozgrywanym 3 dni później Tour du Limousin…

Pamięta pan, gdy mówiłem, że nigdy nie byłem sprinterem? Tu mamy dowód. Zająłem tam drugie miejsce, z takim samym czasem jak zwycięzca. Bardzo żałowałem, że nie organizowano wtedy czasówki – wtedy mógłbym pokonać Stephane’a Heulota [zwycięzca tego wyścigu. W tamtym sezonie zajął m.in. 5. miejsce w Criterium du Dauphine i 14. miejsce w Tour de France – przyp. red]. Każdego dnia dojeżdżałem z nim w grupie, ale ani razu nie udało mi się zrobić różnicy, a na finiszach przegrywałem.

Nie dało się nic więcej zrobić?

Właściwie to miałem swój pomysł na wyprzedzenie mojego rywala. Chciałem zrobić to na ostatnim etapie. Wiedziałem, jak będzie wyglądała trasa, jak rywalizacja może przebiegać w jej końcówce, bo raz już się ścigałem na tej trasie. wcześniej wielokrotnie tamtędy jeździłem. Moją sytuację ułatwiał fakt, że ostatnie metry prowadziły pod górę. Traf chciał, że zaatakował zawodnik zajmujący w “generalce” trzecie bądź czwarte miejsce. Stephane był więc tym, który mógł na tym najwięcej stracić, więc musiał najmocniej zaangażować się w pogoń – ja oczywiście też, ale w nieco mniejszym stopniu.

Tego właśnie potrzebowałem – delikatnego podmęczenia lidera. Oczywiście doszliśmy ambitnego kolarza, a wtedy skontrowałem. Udało mi się oderwać. Moja przewaga była minimalna, nie wiem, może wynosiła ze dwie sekundy – na pewno wystarczała, aby sędziowie policzyli różnicę. Niestety, wysokie tempo, które utrzymywaliśmy na ostatniej rundzie, spowodowało, że bardzo mocno zbliżyliśmy się do ucieczki. Na tyle, że zaczęliśmy omijać samochody, które praktycznie stały przed metą. W pewnym momencie wjechałem w taki tor, że musiałem wyhamować, żeby się nie rozbić o jeden z nich. Nie straciłem dużo, ale moja przewaga była na tyle mała, że błyskawicznie ją straciłem.

Byłem wściekły. Wypuściłem z rąk szansę na wygranie kolejnego wyścigu. Zaraz po przejechaniu linii mety podjechałem do dyrektora sportowego i powiedziałem mu o tej całej sytuacji. Chciałem, żeby złożył protest. W końcu kamery to nagrywały i było widać, że na wynik sportowej rywalizacji miały wpływ czynniki zewnętrzne, pozasportowe. Samochody, które utrudniły mi przejazd.

– Grzesiek, odpuść – usłyszałem – przecież oni nas znienawidzą. Wygraliśmy etap (mój kolega – Laurent Desbians był w ucieczce i na finiszu był szybszy od rywali), jak teraz jeszcze spróbujemy sięgnąć po zwycięstwo w “generalce” przy zielonym stoliku, reszta się wścieknie.

W takim układzie wściekły byłem ja. W końcu widziałem, że moja strategia przyniosła skutek. Dobrze wybrałem miejsce do ataku – bo to był mój pomysł, nie dyrektora sportowego, potem jeszcze udało mi się utrzymać założone tempo. Tylko te samochody…

Dziś myśli pan, że gdyby wtedy protest został złożony, przyjętoby go? Mi trudno sobie to wyobrazić. 

Szczerze? Nie mam bladego pojęcia. Ale raczej faktycznie, nie dałoby się z tym nic zrobić. Kolarzom takie rzeczy się po prostu zdarzają. Tyle że wtedy, w ferworze walki nie byłem w stanie przyjąć do wiadomości tego, że przegrałem w taki sposób, a mój dyrektor nic nie chce z tym zrobić. Zabuzowała we mnie krew, jeszcze na koniec powiedziałem coś mocnego i odjechałem. W zasadzie to dotrzymałem słowa, bo kilka dni później było Meisterschaft von Zürich…

Gniew pana napędzał?

Wydaje mi się, że gdy odczuwałem zdenerwowanie z powodu krzywdy i niesprawiedliwości, powodowało to we mnie wzmożoną mobilizację i wyzwalało we mnie energię, przeciwko której sam nie chciałbym nastawać. W czasie kariery wielokrotnie powtarzałem sobie słowa przysięgi i to przypominało mi o tym, do jakiego celu zmierzam. O tym, że „kolarzem będę, nawet jeśli jeszcze nie jestem”. 

Czyli do startu w Meisterschaft von Zürich przystępował pan jeszcze napędzany wściekłością po tym, co wydarzyło się podczas Tour du Limousin?

Być może podświadomie tak. Natomiast na poziomie świadomym starałem się, zresztą z dobrym skutkiem, odciąć od złych myśli. Przede wszystkim czułem skupienie i koncentrację. Jeśli mówić o emocjach, to czułem raczej te pozytywne. A gdy jakieś myśli dochodziły do tego poczucia krzywdy i niesprawiedliwości, to starałem się o tym nie myśleć w sposób negatywny, a jedynie patrzeć na to, jak na bodziec, który pchnął mnie w miejsce, w którym się znalazłem.  

A w Zurychu wypełnił pan swoją przysięgę…

Mało brakowało, a w ogóle nie miałbym okazji, by to zrobić. Wszystko przez to, że Polska nie była w Unii Europejskiej. W związku z tym, Polacy, aby gdzieś wyjechać, musieli dostać wizę. Ja jej nie miałem, bo pierwotnie w ogóle nie miałem jechać na wyścig. Wysłano mnie tam dopiero po udanych występach we wspomnianych wyścigach. Dyrektorzy zauważyli u mnie zwyżkę formy, więc postanowili w ostatniej chwili włączyć mnie do kadry na wyścig w Zurychu. 

No tak, całkiem naturalna decyzja. Tym bardziej że z Francji do Zurychu nie jest daleko.

To prawda, natomiast niestety w mojej sytuacji nie miało to żadnego znaczenia. Pani wpuszczająca do samolotu sprawdziła moje dokumenty, zobaczyła że jestem Polakiem, nie mam wizy, więc nie mogła mnie wpuścić na pokład samolotu. Poinformowałem o tym menedżera ekipy, a ten zmartwiony powiedział mi, że nie da rady w kilka minut załatwić mi tego dokumentu. Właściwie byliśmy już pogodzeni z tym, że zamiast tam, pojadę na Lazurowe Wybrzeże, gdzie mieszkałem.

Na szczęście wtedy do akcji wkroczył Frank Vandenbroucke. Podczas gdy ja rozmawiałem z menedżerem, on podszedł do tej pani i po kilku, może kilkunastu minutach zawołał mnie:

– Chodź Grzesiek, dawaj paszport

– Przecież z wami nie lecę, przed chwilą gadałem z menedżerem – odpowiedziałem wciąż jeszcze rozczarowany tym, co przed chwilą usłyszałem.

– Nie, mówię ci, że lecisz, dawaj ten paszport. Dogadaliśmy się z panią – odparł z rozbrajającym uśmiechem na ustach.

Grzegorz Gwiazdowski/Archiwum prywatne

Co się tam wydarzyło?

Takie samo pytanie zadałem, gdy już siedzieliśmy z Frankiem w samolocie. On zaczął się śmiać

– Ty się lepiej nie śmiej, tylko powiedz, jak ją przekonałeś. Nawet główny menedżer mógł tylko rozłożyć ręce.

– Żaden problem. Wystarczył jeden telefon.

– Taaa, przecież to nie są takie łatwe sprawy.

– No naprawdę, zadzwoniłem do Jacquesa Chiraca – gdy to powiedział, obaj wybuchnęliśmy śmiechem na cały samolot

Wow, czyli on zadzwonił do prezydenta Francji, by ten przekonał obsługę lotniska, by wpuściła Polaka bez wizy do samolotu?

VDB był człowiekiem nieobliczalnym. Rozumieliśmy się bez słów. Mógł na pewno wiele. Jakie ma dzisiaj znaczenie jak wtedy to zrobił? Najważniejsze było to, że w końcu poleciałem do Szwajcarii, a dalszy ciąg historii znamy.

To prawda, choć warto byłoby w tym miejscu przypomnieć szczegóły tamtego wyścigu. To właśnie wspomniany Vandenbroucke był wówczas waszym liderem? Wiem, że w tamtym sezonie wygrał Liege-Bastogne-Liege.

Zgadza się. Był niesamowicie mocny. W ogóle, w całym Pucharze Świata zajmował wtedy wysokie trzecie miejsce. Był naturalnym liderem zespołu, ale ja nie musiałem dla niego pracować – no chyba że w końcówce. Praktycznie dostałem wolną rękę. W razie kryzysu Franka mógłbym liczyć na pomoc ze strony drużyny. Choć startowałem z anginą, której nabawiłem się podczas Tour de Limousin, byłem na antybiotykach, wiedziałem, że muszę wykorzystać tę sytuację. Byłem w formie, a na dodatek startowałem z numerem 36 – dokładnie tym samym, który widniał na koszulce Szurkowskiego na okładce “Być liderem”. To dało mi mentalnego kopa…

To dość symboliczne – Grzegorz Gwiazdowski odniósł swój największy sukces jadąc z numerem 36 – takim samym jak Ryszard Szurkowski widniejący na okładce książki, która zmieniła jego życie
fot 1. Grzegorz Gwiazdowski, fot 2. zrzut ekranu

Który zadziałał już na samym początku wyścigu, bo wcześnie zabrał się pan w ucieczkę…   

Właściwie zrobiłem to przez przypadek. Jechałem na kole Laurenta Brocharda – kolarza, który jeszcze rok wcześniej jeździł w tęczowej koszulce za wygranie mistrzostwa świata w 1997 roku. On w pewnym momencie trochę przyspieszył i wysunął się przed wszystkich, a ja cały czas jechałem za nim.  Nie bardzo rozumiałem jego intencje. Jechał pierwszy, eksploatując w ten sposób swój organizm. Na tym etapie wyścigu wydawało mi się to całkowicie pozbawione sensu. 

Zastanawiało mnie, czy robi to, by pobudzić mięśnie czy może wcześniej umówił się z jakimś kolegą z zespołu… natomiast nie wyglądało mi to kompletnie na atak. W pewnym momencie odwróciłem głowę, by zorientować się w układzie sił w peletonie. Niestety okazało się to niemożliwe…

Bo peletonu za panem nie było?

Dokładnie, tzn. był, ale go nie widziałem, bo po prostu oderwaliśmy się od niego. Dziwne to było, ale właśnie w taki sposób na 200 kilometrów przed metą znalazłem się w ucieczce. Po kilkunastu kilometrach dołączyli do nas dwaj zawodnicy – Litwin – Arturas Kasputis oraz Niemiec – Jorg Jaksche. Najsłabiej z naszej grupki wyglądał Kasputis i rzeczywiście, to właśnie on odpadł jako pierwszy na trzy rundy przed metą, na jednym z podjazdów.

Problemem była jednak pozostała dwójka. Kilometry mijały, a po moich przeciwnikach w ogóle nie było widać jakichkolwiek oznak zmęczenia. Wciąż pedałowali równym rytmem, oddychali spokojnie – widziałem, że o pokonanie ich może być bardzo trudno.

Rozumiem, że u pana to zmęczenie już się pojawiło.

Tak, trudno, żeby go nie było. Tym bardziej, że trasa była górzysta, dzień upalny – najwyższa temperatura, jaką zapamiętałem to 35 stopni, więc ważne było odpowiednie uzupełnianie płynów… No i jeszcze za nami byli bardzo mocni zawodnicy, którzy nieuchronnie się do nas zbliżali.

Wśród nich był zapewne pański kolega – Frank Vandenbroucke. Obstawiam, że w związku z tym, to właśnie pan był tym kolarzem, który musiał wykonać najmniejszą pracę w ucieczce.

Dokładnie tak, miałem wytłumaczenie, żeby nie pracować. Teoretycznie to Frank był liderem i jednym z faworytów. Poza tym, zadziałało też to, że początkowo nie byłem w ogóle planowany w składzie na ten wyścig. Dyrektorom sportowym zawodników, z którymi byłem w ucieczce nie umknęły oczywiście moje dobre wyniki z poprzednich wyścigów, ale Bernard – mój dyrektor sportowy, odpowiadał im na to, że owszem, ale teraz jestem już zmęczony po tamtych występach. Że wzięli mnie na wyścig tylko po to, żebym pracował w końcówce na Franka…

Pracowałem więc najmniej, ale nie gwarantowało mi to właściwie niczego. W peletonie utworzyła się bardzo mocna grupa pościgowa, składająca się m.in. z Bettiniego, Rebellina czy Tchmila (wówczas lidera Pucharu Świata) i ona nas dogoniła. Na domiar złego, Franka w niej nie było – tego dnia nie był w stanie za nimi nadążyć. Otrzymałem od swojego szefa wiadomość, że VDB nie będzie dzisiaj walczyć, więc mam zrobić wszystko, by osiągnąć jak najlepszy wynik. 

Raczej nie było o to łatwo – mocna obsada, a do tego, jak sam pan wspomina, nie był najszybszy na finiszu. Znów musiał pan zaatakować.

I zrobiłem to  – zdecydowałem się na ostateczny atak około 13 kilometrów przed metą. To był newralgiczny moment. Nasza grupa była właśnie dościgana. Wydaje mi się, że to było wtedy, gdy napędzający pogoń Bettini wyprzedzał Jaksche – jadącego z tyłu naszej grupki. W tym momencie zdecydowałem się na ostateczny atak.

To był impuls? Decyzja wynikała z chęci jak najdłuższego utrzymania się z przodu? Czy myślał pan o zwycięstwie?

To zdecydowanie nie był impuls. Przygotowywałem ten atak już od kilkudziesięciu kilometrów. Na początku dokładnie obserwowałem trasę, sprawdzałem się na poszczególnych jej fragmentach – jeździliśmy po rundach – i oceniałem, w którym miejscu najlepiej byłoby zaatakować przy różnych scenariuszach. Natomiast tuż przed właściwym skokiem próbowałem uśpić czujność rywali – nie tylko tych z ucieczki, ale też dojeżdżających kolarzy, obserwujących, co dzieje się między nami.

W jaki sposób?

Po prostu próbowałem odskoczyć. A raczej udawałem podejmowanie kolejnych – nieudanych, prób. Gdy rywale zobaczyli te moje nieudolne ataki, trochę przestali się mną przejmować. Pomyśleli sobie: “O, jedzie sobie trójka, próbują się atakować, ale nie za bardzo im wychodzi. To dało mi trochę czasu. Te kilka-kilkanaście sekund, które pozwoliły mi na to, by trochę odjechać rywalom. Jak się okazało, tyle wystarczyło. 

Nie było lekko – wiatr wiał mi prosto w twarz, wciąż miałem do pokonania jeden podjazd, ale nie odpuszczałem. Po głowie chodziły mi słowa trenera Groszkowskiego: “Są takie momenty, gdy nie wolno się oglądać za siebie – nieważne, jak bardzo byśmy nie byli ciekawi, co się dzieje z tyłu”. Wiedziałem, że to jest ten moment. Że teraz muszę “wrzucić do pieca, co mam. Że drugiej szansy może już nie być. Właściwie przez cały czas trwania ucieczki, nie odwróciłem się ani razu. Dopiero około 300 metrów do mety obejrzałem się pierwszy i ostatni raz.

I nikogo nie widział pan za plecami? Czy rywale byli na tyle blisko, by dało się ich zobaczyć?

Za mną jechał jeszcze wóz techniczny, ale kolarzy nie widziałem. Nad drugim Barbero zyskałem 28 sekund. Byłem wykończony. Pamiętam, że podczas ostatniej wspinaczki w sposób bezwzględny zmuszałem swój organizm do ciągłego mocnego kręcenia. Podjazd miał kilkanaście procent, a ja pokonałem go z dużej tarczy, nie pozwalając sobie na zwolnienie poniżej 30 kilometrów na godzinę. W końcówce tego podjazdu wyobrażałem sobie, że za 100 metrów jest meta. A gdy ją osiągałem, to mówiłem sobie: “nie, meta jest za kolejne 100 metrów” i tak w kółko. Wiedziałem, że za chwilę będzie zjazd i choć trochę sobie odpocznę. 

fot. Grzegorz Gwiazdowski/Archiwum prywatne

Choć naciskać pewnie i tak trzeba było? Czy zjazd był na tyle stromy, że nie było takiej potrzeby?

Niestety była, zresztą, gdy się ucieka przed rywalami, zawsze chce się zyskać chociaż ten ułamek sekundy. Więc tak, kręciłem, tym bardziej, że był to techniczny zjazd i trzeba było się rozpędzać po kolejnych zakrętach. Potem był jeszcze płaski odcinek nad Jeziorem Zuryskim. Tam wykorzystałem ostatnie zapasy energii, które mi pozostały. Nic dziwnego, że później nie byłem w stanie o własnych siłach dojść do miejsca dekoracji – musiała pomagać mi jakaś osoba z obsługi wyścigu. Kibice mieli zdumione twarze – “co? Człowiek, który przed chwilą był taki mocny, pokonał byłych mistrzów świata i inne czołowe postaci peletonu, teraz ma problem z tym, by chociaż ustać na nogach?” – Dla mnie to jednak nie miało już żadnego znaczenia. Świadomość, że dotrzymałem słów przysięgi sprawiła, że czułem jedynie euforię i ulgę. I spełnienie.

Poprzednia część -> TUTAJ

Kolejna, ostatnia część ukaże się 29 lipca

Na koniec zapraszamy na obejrzenie końcówki fantastycznego występu Gwiazdowskiego w Zurychu, który z serwisie YouTube umieścił jeden z naszych czytelników.

guest
8 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Irena zepter
Irena zepter

Świetny kolarz i piszę to bez cienia ironii. W tych czasach wygrać puchar świata rywalizując z przeciwnikami z hema tokrytem 58 to był kosmiczny wynik.
Szkoda że utracona kariera ale życzę Panu Grzegorzowi wszystkiego dobrego i dziękuję za emocję wtedy.

Maciej
Maciej

To się fajnie czyta. Słowa Grzegorza czy Redaktor Bartek przeredagował?

Marco
Marco

Irena zepter
Świetny kolarz i piszę to bez cienia ironii. W tych czasach wygrać puchar świata rywalizując z przeciwnikami z hema tokrytem 58 to był kosmiczny wynik.
No właśnie…

LESZEU
LESZEU

Pozdrawiam Pana Grzegorza, spotkaliśmy się kiedyś w serwisie rowerowym w Gdańsku i nawet dałem mu korbe do roweru którą mu się ukręciła. Fajnie się czyta te wspomnienia, stale podziwiam i jestem pod ogromnym wrażeniem.

zbych
zbych

Tak,ale ten artykuł to raczej preludium do książki.

wlenu
wlenu

Nie wiem czy dobrze pamiętam, ale w 1999 nie było wiz do Szwajcarii i Francji.
Możliwe, że była inna przyczyna: np data ważności paszportu, ale może się mylę.
Grzegorzowi kibicowałem na etapie TdP z meta w Kaliszu.
Pozdrawiam

LukAs
LukAs

Znam do dzisiaj doskonale „Koparę” i „Wuja”, a Pana Grzegorza nie miałem przyjemności poznać, ale miałem jego bidon z barwami grupy Cofidis z MP i też bufetówkę, były dla mnie jak Święty Graal. I jak one, zaginęły 🙁 Nie pozostał Panu Grzegorzowi jakiś bidon na zbyciu ? 🙂