For. Bogdan Madejak/Archiwum prywatne

Po raz kolejny podczas trwającego off-seasonu cofamy się nieco w przeszłość. Tym razem porozmawialiśmy z Bogdanem Madejakiem (dalej nazywanym, na własną prośbę „Bobem”) byłym masażystą Cofidisu i kilku innych grup zawodowych. 

W poniższym tekście poznasz historię człowieka który…

  • … najpierw nielegalnie uciekł z kraju, a po kilku latach masował najlepszych kolarzy na świecie
  • … załatwił pracę we Francji trzycyfrowej liczbie polskich kolarzy. Wśród nich byli m.in. Grzegorz Gwiazdowski i Marek Rutkiewicz
  • … musiał pożegnać się z kolarstwem w następstwie afery dopingowej

Chyba każdy, kto z choćby z umiarkowaną regularnością pojawia się przy trasie imprez kolarskich wie, że grupa “Polacy w World Tourze” nie zamyka się na Michale Kwiatkowskim, Rafale Majce i spółce. Poza pięcioma kolarzami, w najlepszych ekipach na świecie mamy również mnóstwo choćby fizjoterapeutów i mechaników, jak Bartłomiej Matysiak, Marek Sawicki czy Michał Szyszkowski.

Niektórzy z nich są anonimowi, ale wielu innych znacie zapewne choćby z wywiadów, które coraz częściej pojawiają się także na Naszosie.pl. Sam takiej rozmowy nigdy nie przeprowadziłem, ponieważ w kolarstwie zawsze najbardziej interesowała mnie sama rywalizacja, a mniej to, co dzieje się wokół. Jednak kilka tygodni temu, podczas rozmowy z Janem Brzeźnym, doszedłem do wniosku, że z przynajmniej jednym członkiem obsługi zwyczajnie muszę porozmawiać. Wszystko przez ten fragment:

– Byłem czołowym zawodnikiem i Francuzi mieli tam do mnie bardzo dużo szacunku. W 1985 roku dostałem w końcu telefon od kolegi, innego Polaka, który przyjechał do Francji na wyścigi. Nazywał się Bogdan Madejak […] Podczas bankietu na zakończeniu sezonu spotkał się z człowiekiem, który był szefem kolarstwa na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Ten powiedział mu, że szuka trenera, najlepiej jakiegoś Polaka. Był na mistrzostwach świata, gdzie jego zawodnicy nie zaprezentowali się najlepiej, a całą imprezę wygrał Leszek Piasecki. Madejak powiedział mu, że zna takiego człowieka – Janek Brzeźny by się nadał

mówił.

znów ten Madejak – pomyślałem. Niemal zawsze, gdy tylko słyszałem o tym, że ktoś komuś załatwił angaż w kolarskiej ekipie, pojawiało się właściwie tylko to jedno nazwisko (patrz wywiady z Grzegorzem Gwiazdowskim i Markiem Rutkiewiczem). A gdy dodałem do tego aferę Cofidisu, w której, zasłużenie, bądź nie, odegrał istotną rolę, to wyszło mi, że zwyczajnie muszę z nim porozmawiać.

Święty Mikołaj z Monako
Claudio Chiappucci – jedna z największych gwiazd kolarstwa końcówki XX wieku, na zdjęciu z monakijskim św. Mikołajem – Bobem Madejakiem

Początkowo wydawało mi się, że zorganizowanie rozmowy z byłym masażystą Cofidisu będzie trudnym zadaniem – tym bardziej, gdy dowiedziałem się, że obecnie mieszka we Francji, w okolicach Nicei. Tyle że wszystko błyskawicznie okazało się łatwiejsze niż początkowo zakładałem. Madejak owszem, po aferze Cofidisu musiał wycofać się z zawodowego sportu, ale bynajmniej nie chowa się w cieniu. Wręcz przeciwnie wciąż obraca się w międzynarodowym środowisku kolarskim.

Gdy spotkaliśmy się w jednym z warszawskich pubów, niemal od razu przeszedł do pokazywania mi swoich zdjęć ze znanymi postaciami z peletonu. Niektórzy z nich, jak Luis Ocana, Laurent Fignon czy Gianni Bugno od dawna należą już do kolarskiej przeszłości, ale „Bob” fotografował się również podczas spotkań z takimi postaciami jak Michał Kwiatkowski, obecny dyrektor ASO – Jean-Étienne Amaury czy… Philippe Gilbert. Zresztą, jeszcze całkiem niedawno zdarzało mu się regularnie uczestniczyć w treningach tego ostatniego.

– Ja jechałem na motocyklu, on za mną. Chociaż później zmieniłem system – brat Marka Rutkiewicza zrobił mi taką kolarkę elektryczną i to właśnie za nią zacząłem ciągnąć Gilberta. To oczywiście wymaga trochę wysiłku logistycznego, bo ta bateria nie starcza na całą trasę. Jak jadę to 65 km/h, to wystarcza mi tylko na jakieś 70 kilometrów. 

– To oznacza, że potrzebuję dwóch-trzech baterii. No i rozkładam je tak po barach, mam swój system – wiesz, zorganizowany jestem. Jak wiem, że następnego dnia mam trening, to dzwonię do baru, w którym mam baterię i oni mi ją wtedy ładują. Wjeżdżam, w pięć minut wymieniam baterię, zostawiam starą… To wszystko było dużo łatwiejsze dzięki temu, że zawsze jeździmy na tę samą rundę. Tym bardziej z Gilbertem, który nie był nigdy góralem, więc jemu nie trzeba jakichś specjalnych górek.

– opowiada. Zdradza też, że dziś, gdy Gilberta nie ma już w peletonie, w podobny sposób współpracuje z 25-letnim Kanadyjczykiem – Nickolasem Zukowskym.

Bob Madejak trenujący z Philippem Gilbertem

Nawiązywanie kontaktów z całą pewnością ułatwia mu miejsce, w którym mieszka – miejscowość między Niceą, a Monako, a więc w regionie, który aż roi się od kolarzy. Byłych i obecnych – Z sześć lat temu, jeszcze przed pandemią, Le Societe du Tour de France zorganizowało w Monako wyścig dla jakichś sponsorów. Ja tam byłem, spotkałem Merckxa i nawet chwilę pogadaliśmy. Zresztą, Merckx to mój kumpel, znamy się dobrze.

– mówi, po chwili pokazując mi zdjęcie z „Kanibalem”.

„Bob” wydaje się zafascynowany kolarstwem i rowerami ogółem – w swojej komórce ma całą galerię zdjęć nie tylko z klasycznymi jednośladami, ale też takimi o dziwacznych kształtach. Jest sanko-rower z pedałami pełniącymi rolę hamulców, jest rower z nieproporcjonalnie małą kierownicą. Jest wreszcie rower św. Mikołaja, w którego były masażysta zamienia się w każdy okres świateczny.

– Jeżdżę tak po Monako i rozdaję dzieciom cukierki. Robię tak już od wielu lat. Co roku na innym rowerze.

Kowalski. Ale nie ten Kowalski
fot. Bob Madejak/Archiwum prywatne

„Boba” we Francji w ogóle nie byłoby, gdyby nie wielka seria wyjazdów polskich kolarzy na początku lat 80. Brzeźny, Mytnik, Charucki, Szczepkowski, Szurkowski… to tylko największe nazwiska, które wówczas przeniosły się do Francji. Zmusiła ich do tego coraz gorsza sytuacja w polskim peletonie. Ten sam powód kierował również Madejakiem, tylko że on, w przeciwieństwie do bardziej znanych kolegów nie przeniósł się do Auxerre, a do Paryża. I wcale nie zrobił tego legalnie…

– Po prostu uciekłem – już nieważne jak. Wcześniej byłem zawodnikiem Orła na torze, a na szosie ścigałem się w Legii, u Trochanowskiego. Gdy trafiłem do stolicy Francji, zdałem się całkowicie na swój instynkt. Nie miałem żadnych układów, kontaktów. Działałem na nos, liczyłem, że uda mi się coś trafić. No i dopisało mi szczęście, ponieważ razem ze mną był taki kolega, który ścigał się w Legii i WTC. Nazywał się Robert Kowalski. Gdy zapytali nas o nazwiska, ja odpowiedziałem: “Madejak”, a on: “Kowalski!”. Jak oni to usłyszeli, to właściwie oszaleli ze szczęścia. Myśleli, że to Janusz Kowalski – mistrz świata z 1974.

– Nie wiedzieli, że u nas co drugi człowiek nazywa się Kowalski! Naprawdę, nie wmawialiśmy im niczego, po prostu odpowiadaliśmy na pytania. Praktycznie na drugi dzień podjechali do nas samochodem – to był taki super wózek – Peugeot, chyba 408, umalowany w barwy ACBB, z logotypem, ze wszystkim, a dalej to już jakoś się potoczyło. Ten kolega ze mną nie został. Wolał jechać do bandy do Auxerre. A ja pomyślałem: “Dobra, zaryzykuję – Paryż, większe miasto niż Auxerre. Będzie ciekawiej”.

Tak więc Madejak został w stolicy Francji i to w barwach ACBB startował w kolejnych wyścigach. Przejechał Paryż-Roubaix amatorów, sporo innych wyścigów i jeszcze więcej kryteriów. ACBB było zespołem znanym był z promocji młodych zawodników. Współpracował wówczas z Peugeotem (a później z Renault) – zespołem najwyższej dywizji i regularnie promował do niego zawodników – to właśnie stamtąd wywodzili się m.in. Stephen Roche i Robert Millar. Tyle że „Bob” miał już 29 lat i zerowe szanse na pójście w ich ślady – nie tylko ze względu na wiek, ale również kraj pochodzenia. I co prawda był zadowolony z pieniędzy, które udawało mu się zarabiać z nagród, ale do czasu. Całkiem przyjemny sen zakończył się bardzo szybko – już po kilku miesiącach.

– Raz pojechałem do Lasku Bulońskiego. Tam jest taka duża, 3,5-kilometrowa runda, na której do dzisiaj spotykają się zawodnicy. Jeżdżą tam całymi peletonami. Tak samo było wtedy. Jechaliśmy sobie, aż w pewnym momencie centralnie pod koła wyjechał mi rowerem jakiś dzieciak. Żeby go nie potrącić, gwałtownie zahamowałem i wtedy runął na mnie peleton – pewnie ze stu zawodników. Niestety, zębatka któregoś z rowerów uszkodziła mi tętnicę. Przez rok właściwie nie mogłem jeździć na rowerze. 

Masażysta gwiazd
Jacky Durand po wygranej w prologu Tour de France,
– Przed tamtym etapem umówiliśmy się, że jak wygra etap, to zgolimy sobie głowy. Ja zgoliłem, on nie! Do dziś zdarza nam się kłócić o tamtą sytuację – wspomina po latach Madejak.

Tamto zdarzenie w zasadzie zakończyło karierę „Boba”, jednak on, w przeciwieństwie do większości innych kolarzy, którzy we Francji próbowali zrobić karierę, nie zamierzał się poddawać. Z jakichś dziwnych powodów chciał pokazać, że jest w stanie poradzić sobie w obcym kraju. Próbował różnych zajęć, jednak nie mógł znaleźć sobie stałego miejsca. Aż w końcu zawędrował do siedziby swojego byłego klubu. 

– Gdy dyrektor sportowy mnie zobaczył, był zszokowany. Był pewien, że wróciłem już do Polski. – opowiada Madejak, który szybko otrzymał od niedawnego przełożonego propozycję objecia posady wicedyrektora zespołu – w zasadzie, to ja rządziłem tym klubem – chwali się*. Jego rola w ACBB nie kończyła się tylko na tym – szybko został również masażystą.

– Miałem wprawę, bo jak byłem w Legii, to masowaliśmy się nawzajem razem z innymi kolarzami. W Polsce, owszem, byli masażyści, ale tylko dla kozactwa. To było tak, że pół godziny ja masowałem ciebie, kolejne pół godziny, ty mnie

– tłumaczy „Bob”, który w ACBB zbyt długo nie popracował. Szybko zdążył rozwścieczyć swojego szefa… Bynajmniej nie brakiem profesjonalizmu i niewystarczająco dobrym wykonywaniem swoich obowiązków – wręcz przeciwnie.

– Guimard – szef Renault wpadł kiedyś do nas do klubu i zaczął gadać z moim szefem. Ten, trochę nierozsądnie, zaczął mnie wychwalać, mówić, jakiego to nie ma wspaniałego masażysty itd. 

– Guimard to podłapał, bo akurat nie mógł znaleźć nikogo na tę funkcję. Pojechałem z Renault na Paryż-Bruxelles, pomasowałem zawodników, a po wszystkim chłopaki powiedzieli Guimardowi, że teraz to ja już nie mogę odejść. Że muszą mnie zostawić za wszelką cenę. Mój dyrektor był wściekły, ale sam był sobie winny. Niepotrzebnie się wygadał!

Lista kolarzy, z którymi współpracował Madejak, może imponować. Wprawdzie w zespole nie było już wtedy Bernarda Hinault, który zdążył odejść do La Vie Claire, ale i tak roiło się w nim od gwiazd, z Laurentem Fignon na czele. A w kolejnych latach, gdy zespół zmieniał nazwy kolejno na Systeme U i Castorama, „Bob” masował m.in. Marca Madiot, Bjarne Riisa, Charly’ego Mottet.

– … A jak Castorama upadła, a Guimardowi sporo czasu zajmowało szukanie sponsora, to poszedłem do Lotto. Poznałem tam Andreia Tchmila. Nikt go nie chciał masować, bo był strasznie wymagający. No to wtedy uznałem, że ja spróbuję. Dogadywaliśmy się tak dobrze, że wziął mnie później ze sobą jako masażystę na igrzyska olimpijskie do Atlanty

– opowiada „Bob”, który z Lotto odszedł już po roku. Dlaczego? Bo zgłosiła się do niego nowa ekipa Guimarda – Cofidis, w której spotkał kolejne gwiazdy – Frank Vandenbroeck, Lance Armstrong, Tony Rominger – to tylko największe z nich. A dodać należy, że po drodze zdarzało mu się jeszcze współpracować m.in. z Mario Cipollinim, który zabierał go ze sobą na torowe sześciodniówki.

*Choć słowa Madejaka brzmią jak czcze przechwałki, to biorąc pod uwagę to, co działo się później, niewykluczone że wcale nie przesadza.

Fundator koszulek…

 

Koszulki reprezentacji Polski zaprojektowane przez Madejaka

Na przestrzeni lat „Bob” zdołał sobie więc wypracować sporo znajomości i wykorzystywał je, by pomagać osobom z polskiego środowiska kolarskiego. Świadczy o tym choćby historia pewnej koszulki, o której swego czasu pisało się w kolarskich mediach – w polskiej “Szosie”, ale także na zagranicznych portalach.

To była koszulka, w której kiedyś się ścigałem, a po kilkudziesięciu latach zobaczyłem ją na warszawskim bazarze…

– zaczyna.

Jak ona się tam znalazła? Otóż kiedyś, podobnie jak dzisiaj, zespoły regularnie zmieniały nazwy sponsorów na koszulkach. To samo przydarzyło się w ACBB – dużego zespołu amatorskiego, w którym wówczas jeździł Madejak. Po jednym z sezonów ze strojów ekipy zniknął Peugeot, a pojawiło się Renault.

Co robiło się w takich sytuacjach z tymi starymi strojami? Po prostu się je wyrzucało. I gdy ja się o tym dowiedziałem, to powiedziałem dyrektorowi ACBB, że chciałbym to wszystko wziąć. Tego było z tysiąc sztuk. Jakieś koszulki, buty, spodenki, bluzy, dresy. Nawet kaski. Wszystko z logiem Peugeota. Wszystko rozesłałem do polskich klubów i widocznie ktoś później jedną z otrzymanych w ten sposób koszulek postanowił spieniężyć.

– opowiada mój rozmówca, który koszulki załatwiał nie tylko młodym kolarzom, ale także… reprezentantom Polski!

Gdy patrzyłem na to, jak ubrani są nasi kadrowicze… naprawdę, serce mi pękało. A skoro tak, to w 2000 roku uruchomiłem kontakty i załatwiłem im prawdziwe koszulki. Najpierw je zaprojektowałem, potem oddałem do Francji, żeby tam je zrobili i wyszły kapitalnie.

– chwali się. 

Tamte koszulki przyniosły Polakom szczęście. To przecież właśnie w 2000 roku wicemistrzem świata, po wspaniałej pracy kolegów, został Zbigniew Spruch. Niestety kontynuacji nie było – Później pokłóciliśmy się trochę z PZKolem i zakończyliśmy współpracę.

… I karier

Dużo bardziej Madejak jest dziś znany jednak z tego, że pomagał polskim kolarzom w znalezieniu pracy w kolarskim peletonie. W czasach swojej pracy, właściwie co roku z ziemi polskiej do Francji trafiało kilku mniej lub bardziej zdolnych zawodników.

– Tego naprawdę były setki – niektórych w ogóle nie znałem, nie miałem pojęcia jak wyglądali. Po prostu, ktoś chciał przyjechać do Francji, to dzwonił do mnie, a ja uruchamiałem kontakty i pomagałem.

– wspomina swój sposób działania. Nie ukrywa, że niektórych zawodników nawet nie próbował oglądać w akcji, ponieważ nie miał na to czasu. Nic dziwnego, że nie wszyscy spośród jego protegowanych się przebijali – niektórzy zwyczajnie przepadali i szybko kończyli kariery. Nie zawsze jednak pomagał losowym ludziom – w rozmowie ze mną wspomina choćby kadrę torowców, sprowadzoną przez niego do ACBB w połowie lat 80, Piotra Przydziała, który w tej samej ekipie wylądował dekadę później, a także… Łukasza Podolskiego, tyle że nie obecnego piłkarza Górnika Zabrze, a kolarza, który pod koniec kariery błyszczał w afrykańskich wyścigach.

Żaden z wymienionych nie został jednak nigdy kolarzem zawodowym. Ta sztuka udała się zaledwie dwóm ludziom sprowadzonym na zachód przez Madejaka – Grzegorzowi Gwiazdowskiemu i Markowi Rutkiewiczowi.

„Gwiazda”

Grzegorz Gwiazdowski i Bogdan Madejak na łamach „Przeglądu Sportowego. Madejak przedstawiony jako menedżer Cofidisu (którym nigdy nie był), Gwiazdowski jako następca Tony’ego Romingera 😉

Obu dzieli wiele – choćby czasy w których jeździli na rowerze. Gdy Gwiazdowski osiągał swój największy sukces w karierze, Rutkiewicz miał 18 lat. Jego ostatni rok w zawodowej karierze był pierwszym, który “Rutek” spędził w zawodowym peletonie. Łączyło ich natomiast jedno:

– Dla mnie zawsze najważniejszy był charakter do sportu. Na koniec tylko to się liczy. To, że ktoś ma zacięcie, że nie poddaje się przy niepowodzeniach. Nie przejmuje się tym, że nie ma układów, a po prostu myśli, co tu zrobić, żeby się poprawić. Oni to mieli.

Bardziej jaskrawym przypadkiem był Gwiazdowski, którego Madejak po raz pierwszy zobaczył podczas mistrzostw Polski w Wałbrzychu w 1995 roku. O jego niesamowitym potencjale mógł się przekonać na własnej skórze, ponieważ… jako 50-latek sam wystartował w tych zawodach, jednak zszedł z trasy już po kilkudziesięciu kilometrach. – Pomyślałem, a co tam, zaszaleję! Tyle że gdy tylko zaczęło się mocniejsze tempo, ranty, zacząłem odstawać. Ale najważniejszy dla mnie był sam start – wspomina dziś z rozbawieniem. Z całą pewnością nie żałuje, że pojechał wtedy na Dolny Śląsk. Gdyby nie to, być może świat nigdy nie usłyszałby o przyszłym zwycięzcy z Zurychu. 

– Od razu wpadł mi w oko. Potem nasłuchałem się o nim bardzo złych rzeczy. Nie wiem, trenerzy gadali o nich jakieś bzdury. “Nie zawracaj sobie nim głowy”, “To jest dziwny człowiek”, “Za dużo trenuje”, “W nocy potrafi wyjść na trening”, “Ma w nogach 160 kilometrów, a potem robi sobie jeszcze serię sprintów”. Mi się to podobało. Już wiedziałem, że ma odpowiedni charakter do kolarstwa.

– przypomina sobie Madejak. A skoro tak, to od razu postanowił przejść do działania. Szybko zaczął namawiać Gwiazdowskiego, by przeprowadził się do ACBB. W przeciwieństwie do Ryszarda Szurkowskiego, który pracował wtedy z Gwiazdowskim w Legii, nie wierzył, że 21-latek może się tam jeszcze czegoś nauczyć

– Z Szurkowskim byliśmy kolegami, ale o Gwiazdowskiego bardzo się wtedy pokłóciliśmy. On przekonał Grześka, żeby został u niego. Gdyby nie to, Grzesiek byłby we Francji dwa lata wcześniej i jestem pewien, że lepiej by na tym wyszedł. Moim zdaniem w Polsce nie mógł się już zwyczajnie niczego nauczyć.

Ostatecznie Gwiazdowski trafił do ACBB w 1997, a jego dalsze losy zapewne znacie (a tym, którym nie znają, polecamy te trzy teksty). I oczywiście gdy już znalazł się we Francji wciąż mógł liczyć na pomoc Madejaka.

Załatwiałem za niego wszystkie sprawy urzędowe. Przecież on nie miał wtedy nawet dokumentów. Musiałem go wesprzeć. Negocjowałem też jego kontrakty, gdy był już w Francaise des Jeux, to wystąpiłem z nim jako tłumacz w telewizyjnym studio Tour de France

– wymienia. Mi jednak najbardziej przypadła do gustu inna historia.

– Pamiętam jak “Gwiazda” spóźnił się na autobus do kraju. Miał jechać z Paryża do Warszawy. I on się na niego spóźnił! Ja z nim później goniłem ten autobus aż do Metz. To jest 500 kilometrów od Paryża! A my jeszcze ruszyliśmy 2-3 godziny później, bo wtedy nie było komórek, więc nie było jak się skontaktować. Wsadziłem go do tego swojego Forda Oriona i grzałem ile się dało. Gdy dogoniliśmy ten autobus, to on w zasadzie ruszał już z przystanku w stronę Warszawy. 

„Rutek”

fot. archiwum prywatne Boba Madejaka

Gdy w sierpniu 1999 roku 25-letni Gwiazdowski sięgnął po zwycięstwo w Mistrzostwach Zurychu, Madejak miał prawo wierzyć, że w końcu znalazł prawdziwy kolarski diament. I choć ten kolarski diament był wówczas, jak się wydawało, dopiero na początku drogi na szczyt (do którego, niestety, nigdy nie dotarł), to masażysta już dwa miesiące później znalazł mu następcę – Marka Rutkiewicza.

– Poznałem go w Weronie, na mistrzostwach świata juniorów. W Polsce była wtedy bieda i widać to było po sprzęcie. Zawsze powtarzałem, że w rowerze najważniejsze są łańcuch i tryb. No i linki, żeby wytrzymały. Jak to jest sprawne, kolarz na pewno sobie poradzi. Niestety w jego rowerze tryby nijak nie funkcjonowały.  Jak przyszedł stromy podjazd, to mu tam wszystko zaczęło strzelać. W pewnym momencie sprzęt odmówił posłuszeństwa, a on dostał rower zapasowy z samochodu technicznego. Strasznie się na nim męczył, bo ten rower, choć sprawniejszy niż ten na którym zaczynał, w ogóle do niego nie pasował. Trzeba było gonić grupę i to mu się oczywiście nie udało. Ale i tak niesamowicie mi zaimponował. Mimo tych wszystkich problemów, wcale nie stracił dużo. A przecież jechał sam przez jakieś 80 km! Wtedy pomyślałem: “To będzie kolarz!”. 

Ścieżka Rutkiewicza okazała się równie szybka co ta Gwiazdowskiego, tylko że rozpoczął ją jeszcze wcześniej niż starszy kolega. On trafił do ACBB już w pierwszym roku orlika, a po roku został kolarzem Cofidisu – zespołu najwyższej kolarskiej dywizji. Na tym poziomie było wówczas zaledwie 4 młodszych kolarzy, a nieznacznie starsi od niego byli m.in. również wchodzący tamtego roku do peletonu Bradley Wiggins i Fabian Cancellara.

Zresztą, szybko zaczął odnosić sukcesy. Kilka miesięcy po 21. urodzinach wygrał etap Tour de l’Ain i zajął 3. miejsce w Tour de Pologne. A w kolejnych latach również notował kolejne niezłe wyniki. Na tyle, by w 2004 roku podpisać kontrakt z Ragt-MG Rover jako jeden z liderów ekipy. Madejak wspomina go w ten sposób:

– Rutek byłby wielkim kolarzem. Super jeździł po górach, jak Szmyd, ale w przeciwieństwie do niego fantastycznie zjeżdżał. Ach, do dziś nawet czasami mam wyrzuty sumienia, że później popłynął razem ze mną. Tym bardziej, że on dla mnie był i zresztą do dziś jest, jak syn (a ostatnio nawet sprezentował mi taki ładny wisiorek u krakowskiego jubilera)!

A w jaki sposób Rutkiewicz i jego mentor “popłynęli”? No cóż, na ich drodze do dalszej kariery w dużym kolarstwie stanęła być może najbardziej polska spośród dużych kolarskich afer, a więc…

… Afera Cofidisu

Problemy zaczęły się w połowie stycznia 2004 roku, kiedy francuska policja najpierw zatrzymała wracającego z Polski po Balu Mistrzów Sportu Rutkiewicza, a niedługo później, również na lotnisku, samego Madejaka, który był świeżo po zakończeniu zgrupowania w Hiszpanii.

– Prosto ze zgrupowania w Hiszpanii, gdzie nocowałem w super w hotelu wpakowali mnie do więzienia. O Boże, jakie tam były warunki. No i siedziałem z bandziorami. Zmiana o 180 stopni.

– opowiada „Bob”, na którym, podobnie jak na Rutkiewiczu ciążyły wówczas poważne zarzuty. Najostrzej było na początku – choćby w Gazecie Wyborczej pojawił się taki nagłówek: “Aresztowany w Paryżu polski masażysta kolarskiej grupy Cofidis Bogdan Madejak mózgiem siatki przemycającej środki dopingujące dla szprycujących się kolarzy? Polski kolarz Marek Rutkiewicz jej kurierem”. 

Te słowa bardzo szybko okazały się olbrzymią przesadą, bo późniejsze ustalenia śledczych były zdecydowanie łagodniejsze. Według nich Madejak miał już tylko odpowiadać za nielegalne wspomaganie Rutkiewicza i kilku innych polskich zawodników.

– Powiem tak, oni mnie oskarżali, że ściągałem jakieś rzeczy ze wschodu, z Polski, z Rosji… jak ja miałem coś takiego robić, jak ja do Polski latałem dwa razy w roku samolotem (i jak przewieźć coś takiego samolotem?). A do Rosji nie latałem w ogóle. Nie znaleźli niczego. Zresztą, ja się takimi rzeczami nie zajmowałem. Owszem zajmowałem się medycyną, ale konwencjonalną. Takimi rzeczami, które zawodnicy przyjmują po dziś dzień i z których muszą korzystać, żeby jakoś jeździć. Różnego rodzaju aminokwasy itd. To była rola masażysty w każdej ekipie. Kiedyś nie było lekarzy – najlepszym lekarzem był masażysta.

– Nic nie załatwiałem, każdy zawodnik ma swoje rzeczy – ja mogłem im je tylko dozować. Ktoś musiał mnie wrobić, ale nie wiem kto i dlaczego. Raczej nikomu nigdy nie zaszedłem szczególnie za skórę. Był podsłuch, było wszystko… Przez pół roku byłem na podsłuchu – i nikt nic nie wykrył. 

– mówił, a gdy pokazałem mu artykuł na Sport.pl, w którym zaprezentowano fragment podsłuchanej przez policję jego rozmowy z Markiem Rutkiewiczem, odpowiedział mi:

To jakaś bzdura. Nigdy wcześniej nie widziałem tego fragmentu, ale gdybym widział, to w zasadzie mógłbym pozwać dziennikarza, który to napisał. A te 7 procent, o których jest tam mowa, owszem, dostawałem od “Rutka”, ale to była zwyczajna prowizja, którą dostawałem za wynegocjowanie mu kontraktu z Cofidisem.

Jak było rzeczywiście? Tego oczywiście w stu procentach nie wiemy. Wiadomo jedynie, że Madejak został skazany przez francuski sąd wyrokiem 12 miesięcy pozbawienia wolności, z czego 9 w zawieszeniu.

To był dziwny proces, pełen nieprawidłowości, które zresztą później wykazano. Wszyscy (cała dziewiątka) dostaliśmy wtedy kary w zawieszeniu (ja odsiedziałem trzy miesiące, ale to jeszcze przed wyrokiem – po prostu uważali, że ja mogę coś wiedzieć i próbowali ode mnie wyciągnąć potrzebne informacje) i wysokie grzywny, a ostatecznie niczego od nas nie wyegzekowano. Nie zapłaciłem im ani jednego euro i nigdy nie miałem z tego powodu żadnych problemów.

– opowiada Madejak, który nie mógł liczyć na wsparcie Cofidisu. Zespół całkowicie wyparł się polskiego masażysty – Alain Bondue, jego ówczesny dyrektor sportowy, jasno sprzeciwiał się nazywaniu sytuacji “Aferą Cofidisu” – To oznaczałoby, że to my stoimy za aferą, a tymczasem jesteśmy jej ofiarami. Ponosimy zbiorową odpowiedzialność! – tłumaczył. Nic dziwnego, że po wszystkim Polak nie wrócił już do pracy jako masażysta. 

– Cofidis zwolnił mnie dyscyplinarnie. A najlepsze jest to, że wcale nie uzasadniali tego moim udziałem w tej całej aferze. Nie! Tłumaczyli, że przez trzy miesiące nie było mnie w klubie i nie wiedzieli, co się ze mną dzieje. Dobre sobie! Przecież byłem wtedy w areszcie! 

– mówił, denerwując się na samo wspomnienie o tamtych wydarzeniach. Po wszystkim miał okazję zweryfikować dotychczasowe przyjaźnie.

– Niemal wszyscy się ode mnie odsunęli. Jednym z niewielu, którzy wtedy o mnie nie zapomnieli, był Cedric Vasseur. On zadzwonił do mnie w zasadzie od razu po tym, jak wyszedłem z więzienia. Zresztą do dziś mamy kontakt, nawet jeśli ostatnio trochę się popsuł. Po transferze Szymka Sajnoka do tej drużyny napisałem mu, że to świetny ruch i że cieszę się, że do nich dołączy. No ale potem dodałem, że i tak nie znoszę tej ekipy, a on to odebrał bardzo osobiście – w końcu teraz jest jej menedżerem. Niestety od tego momentu nasze relacje trochę się popsuły

– opowiada. I choć dziś nie jest już dla kolarskiego świata jak trędowaty – o czym mieliście się okazję przekonać czytając pierwsze fragmenty tego artykułu, to przez wielu wciąż kojarzony jest głównie z Aferą Cofidisu – poszedłbyś ze mną na etap Tour de France, to od razu zobaczyłbyś, co się dzieje. Jak jestem tam traktowany! Ludzie wciąż pamiętają, ale ja staram się iść naprzód i jakoś sobie radzę.

Wszystkie ekipy „Boba” Madejaka (najbardziej znani zawodnicy):

1984 – A.C.B.B

1985 – Skil-Sem-KAS-Miko (m.in. Sean Kelly, Gerrie Knetemann)

1985 – Renault (Marc Madiot, Laurent Fignon, Charly Mottet)

1986-89 Systeme U (m.in. Marc Madiot, Laurent Fignon, Charly Mottet)

1990-95 Castorama (Laurent Fignon, Laurent Brochard, Jacky Durand, Bjarne Riis, Luc Leblanc)

1996 – Lotto-Isoglass (Andrei Tchmil)

1997-2004 – Cofidis (Lance Armstrong [cały sezon z kontuzją], Tony Rominger, Maurizio Fondriest, David Millar, Bobby Julich, Kevin Livingston, Frank Vandenbroucke, Cedric Vasseur, Grzegorz Gwiazdowski, Marek Rutkiewicz

 

 

 

Poprzedni artykułBarbara Cywińska kolejną zawodniczką MAT ATOM Deweloper Wrocław
Następny artykułSukcesy Polek i Polaków w słowackim Grand Prix X-Bionic Samorin
Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością.
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Gosc
Gosc

Madejaka pamietam z toru jak jeszcze scigal sie w Polsce. Ja wtedy bylem juniorem Polonii . Kowalskiego znalem. Kiedys bylem z nim na paru zgrupowaniach u pana Jerzego Plodziszewskiego Jedno ze zgrupowan bylo w schronisku Samotnia. Fajny facet.