fot. Grzegorz Trzpil/Mazowsze Serce Polski Cycling Team

Marek Rutkiewicz, który ostatni sezon spędził w drużynie Mazowsze Serce Polski Cycling Team podjął decyzję o zakończeniu kariery. Bez wątpienia był on jednym z najlepszych polskich kolarzy bieżącego stulecia. Dwukrotnie wygrywał Małopolski Wyścig Górski i Szlakiem Grodów Piastowskich oraz stał na podium Tour of Qinghai Lake i Tour de Pologne. Zapraszamy na rozmowę ze słynnym “Rutkiem”. 

Zawodową karierę Marek Rutkiewicz rozpoczął nie w Polsce, a za granicą – we francuskim Cofidisie. Transfer do zespołu najwyższej dywizji w wieku zaledwie 20 lat umożliwiły mu świetne wyniki w juniorze oraz znajomość z Bogdanem Madejakiem. 

– Jako junior zdobyłem Puchar Polski, Górskie Mistrzostwo Polski, a także byłem drugi w  Mistrzostwach Polsk ze startu wspólnego i w Pucharze Świata w Szwajcarii, gdzie przegrałem tylko z Fabianem Cancellarą. Dzięki tym wynikom udało mi się dostać do bardzo dobrego francuskiego klubu ACBB. Ściągnął mnie tam Bogdan Madejak, który był masażystą w Cofidisie, zresztą pomagał on wielu Polakom w znalezieniu klubu .W ACBB przez pierwsze miesiące pracowałem na francuskich zawodników, ale gdy złapałem formę w okolicach maja, to zacząłem szukać własnych okazji . Udało mi się wygrać kilka wyścigów i Bogdan Madejak powiedział dyrektorom Cofidisu, że jest taki młody, dobrze zapowiadający się Polak i tak udało mi się tam dostać.

We francuskiej ekipie ścigało się wielu znakomitych kolarzy, od których Marek Rutkiewicz mógł zdobyć wiele doświadczenia. 

– Bardzo dobrze rozumiałem się z Robertem Sassone – to szosowy kolarz, który jeździł też na torze. Mieszkaliśmy obok siebie i trenowaliśmy razem. Bardzo dużo wyścigów jeździłem z Dmitriym Fofonovem, który obecnie jest głównym dyrektorem sportowym w Astanie po Alexandrze Vinokurowie. Dobrze się z nim dogadywałem. Oczywiście w ekipie były takie gwiazdy, jak David Millar czy Nico Mattan, ale najbardziej zżywałem się z tymi zawodnikami, z którymi często jeździłem na wyścigi. 

W ciągu trzech sezonów spędzonych w Cofidisie, “Rutek” zwyciężył na etapie francuskiego Tour de l’Ain, zajął trzecie miejsce w Tour de Pologne, a także był drugi w Grand Prix Wallonie. Mimo to nie udało mu się utrzymać w najwyższej dywizji i w 2004 roku podpisał kontrakt z polską drużyną Action – ATI. 

– Po trzech latach w Cofidisie podpisałem kontrakt z ekipą Jean Delatour, ale później wybuchła dopingowa afera Cofidisu, w którą niestety mnie zamieszano. Dzięki prawnikowi, udało mi się oczyścić z zarzutów, ale niestety afera była na tyle głośna, że ciężko było mi się od niej odseparować. Po paru miesiącach wiedziałem, że będzie trudno podpisać kontrakt z zagraniczną ekipą, więc dogadałem się z Piotrem Kosmalą, bo on miał wtedy najlepszą drużynę w Polsce – Action-ATI. Z Jean Delatour rozwiązałem kontrakt w marcu i po trzech miesiącach dołączyłem do Action-ATI. Pierwszymi moimi wyścigami były mistrzostwa Polski oraz Wyścig Solidarności i Olimpijczyków. Ekipa pierwszej dywizji, jaką był Cofidis, a ekipa drugiej czyli Action-ATI to dwa inne światy, ale cieszyłem się, że udało mi się wyjść z afery obronną ręką, a także że mogę kontynuować ściganie w polskiej ekipie. Była różnica organizacyjna, ale nie przeszkadzało mi to. 

Dalszą część kariery Marek Rutkiewicz spędził w polskich ekipach, choć jak sam przyznaje, miał wiele ofert od ekip z pierwszej dywizji. W 2009 roku dużo mówiło się o jego transferze do Astany, lecz ostatecznie skończyło się jedynie na rozmowach. 

– Ciężko stwierdzić, dlaczego do niego nie doszło. W mojej karierze było wiele niewyjaśnionych transferów, ponieważ w roku 2006, kiedy byłem czwarty na Tour de Pologne z tym samym czasem co Alessandro Ballan(późniejszy mistrz świata) ,dyrektor sportowy ekipy Quick Step bardzo chciał bym jeździł w ich zespole. Dał mi wszystkie namiary, powysyłałem to, co chcieli, ale później ten kontakt się urwał. Pamiętam, że Piotr Wadecki – wtedy jeszcze zawodnik – powiedział, że będzie w kontakcie z Quick Stepem, ponieważ jeździł tam wcześniej i będzie mi przekazywał wszystkie informacje, ale niestety to ucichło. Później był jeszcze Euskaltel – Euskadi z pierwszej dywizji i w sumie miałem tam zarezerwowane miejsce. Pamiętam, jak Andre Schulze po podpisaniu kontraktu dzwonił do mnie i mówił, że cieszy się, że znów będziemy razem jeździć w jednej ekipie. Wcześniej jeździliśmy w CCC, a on usłyszał od managerów Euskaltelu, że ostatnie miejsce jest zarezerwowane dla mnie. Do tego transferu także nie doszło, też nie wiem, z jakiego powodu – ktoś w Euskaltelu powiedział, że dostał informacje, że jestem związany z CCC kontraktem i nie będą czekać z wyjaśnieniem tej sprawy. Rozmawiałem z Dmitrym Fofonovem, czy byłaby szansa na znalezienie się w Astanie, ale być może manager innego zawodnika zaproponował lepsze warunki transferowe, ja bez managera nie miałem nic w zamian do zaoferowania. Ciężko powiedzieć, jakie są kuluary tych transferów, ale wiem, że miałem trzy albo cztery szanse powrotu do pierwszej dywizji po trzech latach spędzonych w Cofidisie, ale z niewyjaśnionych przyczyn niestety nie dochodziło do tych transferów. 

W przyszłym sezonie do ekipy Cofidis, Solutions Credits dołączy inny Polak – Szymon Sajnok. Co prawda od czasu, kiedy jeździł tam Marek Rutkiewicz wiele się zmieniło, ale mimo tego uważa on, że podpisanie kontraktu z francuską ekipą było trafną decyzją. 

Myślę że Cofidis jest dobrym wyborem dla Szymona Sajnoka. Jeździłem z Cedrikiem Vasseur przez dwa lata i bardzo dobrze się z nim poznałem, bo braliśmy razem udział w wielu wyścigach, mieliśmy podobne predyspozycje. Ja nie lubiłem dużych gór, ale dobrze się czułem na kilkukilomertrowych podjazdach i Cedric Vasseur miał podobnie. Teraz jest managerem w Cofidisie i uważam, że ekipa prowadzona przez takiego człowieka to dobry wybór. Cofidis nigdy nie był taką drużyną, gdzie był jeden lider i cały team był pod niego podporządkowany, tylko była to ekipa, która jeździła na kolarzy będących w najlepszej dyspozycji. Tak było za moich czasów i myślę, że Cedric Vasseur będzie podobnie prowadził to teraz. 

W tym roku zobaczyliśmy Marka Rutkiewicza w nowej roli – był ekspertem Telewizji Polskiej podczas Tour de Pologne. Było to coś wyjątkowego, ponieważ pierwszy raz od 17 lat nie przyjechał on na wyścig w roli zawodnika. 

– Wyścig w tym roku był zupełnie inny, ponieważ składał się z pięciu etapów. Obserwowałem go z drugiej strony, ale przez cały czas byłem blisko kolarzy, rozmawiałem z nimi. Dla mnie był to inny wyścig , ponieważ nie brałem w nim udziału jako zawodnik, ale ogólnie przez przerwę spowodowaną pandemią można było zaobserwować duża nerwówkę w peletonie i bardzo mocne tempo już od pierwszego etapu. Ja odpuściłem start, ponieważ w tym roku reprezentacja polski wystawiała bardziej sprinterski skład, jedynym góralem, którego zabrała ekipa był Piotr Brożyna, a reszta walczyła o koszulki i na etapach. Ja zawsze jeździłem na generalkę, ale w związku z tym, że w składzie był Piotr Brożyna, to nie zgłaszałem swojej kandydatury na ten wyścig. Pojechałem na Tour de Pologne z Telewizją Polską i uważam, że bardzo fajnie ten wyścig wygląda z drugiej strony. Cieszę się, że mogłem przydać się TVP jako ekspert. Bardzo podobała mi się ta rola, po raz pierwszy od 17 lat mogłem na spokojnie jechać na każdy etap. Czasem było tak, że rano wstawałem na trening, później szybki prysznic i jazda na start, więc nie pojechałem tam na wycieczkę, tylko ciężko pracowałem, ale z tego co słyszałem po wyścigu, to sprawdziłem się w swojej nowej roli 

– mówił. 

– Jest mi trochę szkoda, aczkolwiek jechałem Tour de Pologne 17 razy i chciałem spróbować czegoś innego. W ostatnich latach wyścig był bardzo nerwowy, na etapach przez 60 kilometrów zawiązywały się odjazdy, zwłaszcza w górach, bo była tak zacięta walka o koszulki. W tym roku można było odnieść wrażenie, że peleton po pierwszych dwóch etapach odpuścił walkę o koszulki i skupił się na generalce i walce o etapowe zwycięstwa , ale fajnie że chłopaki z kadry zdobyli koszulkę górala i najaktywniejszego kolarza, cieszę się, że tak pojechali. Dobrze było przyjechać na ten wyścig bezstresowo, w innej roli

– dodawał Marek Rutkiewicz. 

W trakcie swojej bogatej kariery Polak ścigał się w przeróżnych zakątkach świata. Które wyścigi wspomina najlepiej? 

– Bardzo podobały mi się chińskie imprezy. Nie były to wyścigi najwyższej półki, aczkolwiek miały kategorię HC. Zapadł mi w pamięć wyścig Tour of Qinghai Lake rozgrywany na wysokości ponad 3000 metrów nad poziomem morza, w którym zająłem drugie miejsce przegrywając jedynie z Tylerem Hamiltonem. Podobał mi się klimat tego wyścigu. Zapamiętałem też moje pierwsze duże zwycięstwo w Cofidisie, na etapie Tour de l’Ain w 2002 roku, gdzie pokonałem samego Richarda Virenque na 13-kilometrowym podjeździe pod Grand Colombier. Teraz mało kto pamięta takiego zawodnika, ale wtedy był to niekwestionowany najlepszy góral i udało mi się przyjechać 30 sekund przed nim na etapie. Moim ulubionym wyścigiem był oczywiście Tour de Pologne. Zawsze do niego się przygotowywałem i kręciłem się w nim koło podium. Raz zająłem trzecie miejsce, ale brakowało mi szczęścia do tego wyścigu i niestety może przez to go nie wygrałem, ale cieszę się, że udało mi się także zdobyć koszulkę górala, najaktywniejszego, młodzieżowca, a jednego dnia nosiłem trykot lidera. Jest to wyścig, który towarzyszył mi przez całą karierę, starałem się wypaść na nim jak najlepiej, czasami wychodziło dobrze, czasem trochę gorzej, ale na pewno był to mój ulubiony wyścig w całym sezonie.

Od 2001 roku Marek Rutkiewicz ścigał się jako profesjonalny kolarz. Niedawno podjął decyzję o odwieszeniu roweru na hak po sezonie 2020. 

– Dużo ostatnio nad tym myślałem. W tym roku wybiło 20 lat mojej zawodowej kariery i zdecydowałem, że będzie to koniec mojego ścigania, ponieważ nie wiadomo, jak będzie wyglądał przyszły sezon, czy będzie taka huśtawka, jak w tym roku. Nie ukrywam, że teraz było to bardzo ciężkie, trenowaliśmy więcej niż się ścigaliśmy. Oczywiście startów też nie było tak mało, bo wyszło mi ponad 40 dni, ale obawiam się, że może być podobnie, a w starszym wieku coraz ciężej jest przygotować się do sezonu, trzeba włożyć więcej pracy w przygotowania i coraz częściej pojawiają się różne kontuzje. W tamtym roku pękł mi dysk i nie wiedziałem, czy będę w stanie ścigać się w tym sezonie, ale na szczęście obyło się bez operacji, z czego bardzo się cieszę. Boję się, że zacząłbym przygotowania na siłowni i znowu by coś wyszło, dlatego myślę, że to jest odpowiedni moment, aby zakończyć karierę jako zdrowy człowiek, bez większych problemów.

Po przejściu na sportową emeryturę “Rutek” zamierza pozostać przy kolarstwie i dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem. 

– Całe życie jestem przy kolarstwie, zajmuję się nim i chcę to dalej robić, ponieważ zdobyłem tu bardzo dużo doświadczenia – jako zawodnik, ale też na przykład w Wibatechu pomagałem zorganizować wyjazdy na wyścigi, także u Wiesława Ciasnochy miałem też inne funkcje niż kolarz. W drużynie Dariusza Banaszka wszystko jest super zorganizowane i to właśnie Dariusz Banaszek powiedział, że po karierze bardzo chętnie zostawi mnie ekipie w roli dyrektora sportowego, bo byłoby szkoda nie zachować tego doświadczenia w drużynie. Drugą opcją jest trenowanie innych kolarzy, bo podczas kariery nie mogłem się na tym skupić, ale teraz będę miał na to czas.

Niedawno mówiło się, że Marek Rutkiewicz chciałby założyć swoją ekipę kolarską. 

Był taki pomysł i próbowałem go zrealizować przez ostatnie dwa lata, ale znaleźć sponsorów na polskim rynku jest bardzo ciężko, więc w tym roku ze względu na pandemię nawet nie próbowałem. Jeśli tylko pojawi się taka możliwość, to wrócę do tego projektu. Miałaby to być drużyna kontynentalna, ponieważ między trzecią a drugą dywizją jest przepaść finansowa. Gdyby jednak znalazł się sponsor, który jest w stanie sprostać budżetowi ekipy prokontynentalnej, to jak najbardziej byłbym za stworzeniem takiej. 

W swojej karierze Marek Rutkiewicz miał wiele przygód. Jedną z nich, z gatunku tych nieprzyjemnych, był incydent z Adrianem Kurkiem z mistrzostw Polski w 2017 roku. “Rutek” prowadził w wyścigu wraz z Emanuelem Piaskowym. Dwójkę w kontrowersyjnym stylu dogonił Kurek, który po dołączeniu do liderów nie dawał zmian. Ostatecznie to ówczesny kolarz CCC Sprandi Polkowice sięgnął po tytuł mistrza Polski, a Marek Rutkiewicz zajął drugie miejsce. W tym roku cała trójka spotkała się w ekipie Mazowsze Serce Polski Cycling Team, jednak jak mówi sam “Rutek” – dogadują się bardzo dobrze. 

– Bardzo  lubię Adriana i nie mam do niego żalu, po prostu wykonywał polecenia swojego dyrektora i nie miał za bardzo innego wyjścia.  Rozmawiałem z nim zaraz po wyścigu i mówił, że przeprasza, ale takie miał dyspozycje. Sam jeździłem w CCC i wiem, jak to tam wygląda, i że nic nie mógł zrobić, bo gdyby się tylko przeciwstawił dyrektorowi, to mógłby być jego ostatni wyścig, więc ja nie mam do niego żalu. 

Rutkiewicz w swoim dorobku ma między innymi generalki Szlakiem Grodów Piastowskich i Małopolskiego Wyścigu Górskiego, trzecie miejsce w Tour de Pologne, wygrany etap Tour de l’Ain i drugą pozycję w Tour of Qinghai Lake. W palmares brakuje mu mistrzostwa Polski w elicie. Między innymi z tego powodu – choć nie tylko – nie czuje się kolarzem spełnionym. 

– Pierwsze lata kariery pokrzyżowała mi afera Cofidisu, z której się oczyściłem, ale to wszystko się za mną ciągnęło i przez to nie mogłem znaleźć miejsca w ekipach z najwyższej półki. Obserwując innych kolarzy, jak trafia się do drużyny pierwszej dywizji, to mogą być dwa, trzy lata słabsze, ale prędzej czy później zacznie się to kręcić i zawodnik zacznie robić dobre wyniki. Ja byłem w Cofidisie tylko przez trzy lata, a udało mi się osiągnąć kilka dobrych rezultatów. Żałuję bardzo tego, że we wczesnych latach kariery zamiast piąć się do góry, zrobiłem dwa kroki do tyłu.

Choć Marek Rutkiewicz zakończył karierę, w tym sezonie potwierdził, że sportowo nie odstaje od rywali. Zajął on piąte miejsce w Belgrade – Banjaluka (2.1), a także był drugim zawodnikiem klasyfikacji najlepszego górala Małopolskiego Wyścigu Górskiego. 

– Nie do końca jestem zadowolony (z tego sezonu), ponieważ przygotowania do niego pokrzyżowała pandemia, ale też grudniowa kontuzja. Pękł mi dysk i miałem praktycznie całą zimę bez siłowni, a to u kolarza jest bardzo ważne i w marcu, i kwietniu odczuwałem braki w zimowych przygotowaniach. Trochę to nadrobiłem, ale z powodu pandemii sezon był bardzo zwariowany i ciężko było wykalkulować z formą. Przez dwa tygodnie się ścigaliśmy, później kilka tygodni bez i tak dalej, więc ogólnie ten sezon przebiegł nie po mojej myśli. Starałem się dzielić swoim doświadczeniem z ekipą na wyścigach, na których byłem. Często jeździłem wyścigi w skladzie z Kubą Kaczmarkiem, który w tym roku miał bardzo dobrą formę i to pod niego starałem się układać taktyki. Oczywiście własne ambicje trzeba było schować do kieszeni i jechać tak, by ekipa zrobiła bardzo dobry wynik.

“Rutek” jest jednym z niewielu zawodników, którzy ścigali się na początku XXI wieku i teraz. W rozmowie z naszym portalem mówił o różnicach między rywalizacją w tamtych czasach, a obecnie. 

– Dawniej ten sport był bardziej finezyjny, nie było tak dużej presji na wynik. W peletonie było dużo szacunku. Kiedyś, w szczególności we Włoszech, wyścigi rozgrywały się tak, że przez 50, 60 kilometrów od startu nie było ścigania. Przez pierwsze kilometry każdy z każdym rozmawiał, nie było takiej presji. Pamiętam, jak ścigał się Mario Cipollini, to on zawsze na początku wyścigu rozmawiał z innymi kolarzami i nie było opcji, żeby ktoś skoczył od startu, jeśli Cipollini nie pozwoli. Każdy miał do każdego szacunek. Teraz presja jest tak ogromna, że zawodnicy w każdej chwili szukają dla siebie szansy. Kiedyś jak był deszczowy etap, to peleton jeździł spokojniej i nie było takich przepychanek na finiszach. Pamiętam wyścigi Paryż – Nicea czy Tour de Suisse, gdzie na sprinterskich końcówkach walczyli tylko sprinterzy – nie było tak, że pchał się tam cały peleton włącznie z góralami, a teraz jest takie ciśnienie podczas końcówek, że jest bardzo niebezpiecznie. Podczas wyścigu kolarze teraz nie patrzą, czy jest mokry, kręty zjazd, ale chcą wykorzystać niedogodne warunki na swoją korzyść, więc w peletonie jest dużo bardziej nerwowo i niebezpiecznie. Mam wrażenie, że w peletonie jest też mniej szacunku pomiędzy kolarzami

– zakończył Marek Rutkiewicz. 

Marku, dziękujemy za 20 lat wspaniałej kariery!