Marek Rutkiewicz to jedna z najważniejszych postaci polskiego kolarstwa w I dekadzie XXI wieku. W pierwszej części wywiadu przeprowadzonego przez Bartka Kozyrę “Rutek” opowiada m.in. o…
- … tym, czego zabrakło, by choć raz wygrać Tour de Pologne.
- … trudnych realiach panujących w polskich zespołach kolarskich w trakcie jego kariery.
- … kulisach swoich niedoszłych zagranicznych transferów.
11 września 2004 roku Marek Rutkiewicz znów mógł poczuć się wielki. Choć “afera Cofidisu”, w którą był zamieszany, wciąż się toczyła, to coraz więcej wskazywało, że znajdzie ona szczęśliwy dla niego finał (więcej na ten temat w poprzedniej części). On sam natomiast już od kilku tygodni korzystał w pełni z tego, że UCI nie znalazła żadnych powodów do tego, by zdyskwalifikować go choćby na kilka miesięcy.
Wrócił do ścigania – i wciąż był świetny. Być może lepszy, niż kiedykolwiek wcześniej. Właśnie wygrał 6. etap Tour de Pologne. To wciąż nie był jeszcze wyścig rangi World Tour, ale zdeklasowanie takich kolarzy, jak Allan Davis czy Franco Pellizotti trzeba było ocenić jako wielki sukces. Został liderem Tour de Pologne, a nad wymienioną dwójką miał odpowiednio 35 i 36 sekund przewagi. Sporo, nawet jeśli do rozegrania zostały już dwa najtrudniejsze etapy…

– Myślałem, że uda mi się utrzymać tę przewagę do końca. Niestety niedzielny poranny etap kosztował mnie bardzo dużo. W pewnym momencie zaatakował Sosenka, a ja byłem sam, bez pomocy. Pojechałbym pewnie za nim – zazwyczaj bez problemów odpowiadałem na jego ataki. Niestety wtedy na jednym z zakrętów wyleciałem na pobocze, a on mi odjechał.
Czekaj, czyli ty tam miałeś kraksę?
To nie była kraksa. Było mokro, straciłem przyczepność i wypadłem na zakręcie do rowu. Wyratowałem się, utrzymałem się na rowerze, ale musiałem praktycznie wyhamować do zera. Jak wróciłem na asfalt, to Sosenka z Przydziałem, którzy uciekli we dwójkę, mieli nade mną już około 200 m przewagi. A to były dwa duże konie. Niesamowicie mocni kolarze. Samotne dogonienie ich na płaskim odcinku graniczyło z cudem.
Wtedy popełniłem błąd. Pomyślałem: “poczekam na swój team. Oni mi pomogą”. Czekałem minutę, może półtorej. W końcu dojechało do mnie siedmiu kolarzy, jednak okazało się, że tylko Tomasz Brożyna był z mojego zespołu. Myślałem, że ta grupka za mną jest większa i będzie w niej 3-4 kolarzy z mojego zespołu. Że pójdą fulla do podjazdu, a na nim ja postaram się przeskoczyć. A w tej sytuacji, już po pierwszym Orlinku miałem już tylko jednego pomocnika. Tak, trzeba było od razu gonić na 100%, to być może udałoby mi się zminimalizować straty, a na Orlinku dojechać do czołowej dwójki.
Wszystko poszło źle. Wypadłem z trasy, później podjąłem złą decyzję i teraz miałem kłopoty. Mogłem liczyć tylko na Brożynę – poza nim, nikt nie chciał współpracować. W tej sytuacji do ostatniego Orlinka całkowicie się wyprułem, a w końcówce za to zapłaciłem. Kiedy zaatakowali Hugo Sabido i Franco Pellizotti, nie miałem sił, żeby za nimi pojechać. Oni dogonili Sosenkę, który wtedy jechał już sam. Ja spadłem na trzecie miejsce.
A chwilę później, na czasówce – drugim rozgrywanym tamtego dnia etapie wypadłeś poza podium. Bo wtedy Tour de Pologne kończył się dwoma etapami tego samego dnia, prawda?
Zgadza się. To było takie 2,5 rundy z trzema podjazdami pod Orlinek, a później czasówka pod Orlinek.
Kiedyś organizowanie wyścigów w taki sposób było normą – po dwa etapy jednego dnia rozgrywano nawet podczas Tour de France. Ale wtedy, gdy się ścigałeś, powoli od tego chyba odchodzono. Tour de Pologne było ewenementem, czy było więcej takich wyścigów?
Bywały takie wyścigi. Pamiętam, że we Francji było sporo takich etapówek np. Cztery Dni Dunkierki.
Te dwa krótkie etapy były dla zawodnika dużo bardziej wymagające, niż jeden długi?
No tak. Trzeba było się przebrać, dojechać do hotelu, wykąpać się, zjeść coś i… za godzinkę, może dwie znowu się przebierać i jechać na start. Zdecydowanie lepiej było się skupić na jednym dłuższym etapie, niż później powtarzać dwa razy tę samą procedurę.
…I dwa razy dać z siebie maksa.
To poniekąd też. Nogi na drugim etapie tego samego dnia są zastane i potrzeba trochę więcej czasu by je rozruszać. A jak są dwa etapy w deszczu, to już w ogóle nie ma w tym nic przyjemnego. A akurat podczas Tour de Pologne, zwłaszcza w tym Karpaczu, padało niemal zawsze, bo wyścig był organizowany we wrześniu – to tylko pogarszało sytuację.
Wtedy, w tym 2004 roku byłeś najbliżej wygrania wyścigu?
Wtedy byłem blisko, ale był jeszcze wyścig z 2009 roku, gdy Alessandro Ballan wygrał. Podczas decydującego etapu zaatakowałem na zjeździe, wypracowałem sobie przewagę 200-300 metrów i prawdopodobnie bym wygrał, gdyby nie Sylwester Szmyd. Wyszedł na czoło ucieczki i przez półtorej kilometra dał bardzo, naprawdę bardzo mocną zmianę. Doszedł mnie i od razu zaczął się finisz, na który on już nie miał siły, ja zresztą też.
Na kresce ja byłem przedostatni, on ostatni w tej grupie. Zawsze mnie zastanawiało, po co on to tak właściwie zrobił? Jaki był tego cel? Nigdy nie miałem o to pretensji, bo jeździliśmy w dwóch różnych drużynach, byliśmy rywalami, ale nie rozumiałem sensu takiej jazdy, skoro na koniec nic mu to nie dało.
On na nikogo wtedy akurat nie pracował, prawda?
Nie, akurat wtedy był liderem Liquigasu na ten wyścig. Był wysoko w klasyfikacji generalnej – ja byłem 6., a on był 7. Patrząc na miejsca, do zwycięstwa zabrakło bardzo dużo, ale to był taki wyścig, gdzie różnice były bardzo niewielkie – w praktyce, kto wygrał ten etap do Krynicy, ten wygrywał cały wyścig*. Ballan pokonał drugiego zawodnika o 10 sekund – to tyle ile wynosiła bonifikata za zwycięstwo.
*Wprawdzie Rutkiewiczowi samo zwycięstwo na tamtym etapie nie zapewniłoby wygrania całego wyścigu, ale gdyby dojechał do mety samotnie, to miałby duże szanse na końcowy triumf. Wyścig zakończył z 16 sekundami straty do Ballana, który wygrał tamten etap, zatem biorąc pod uwagę bonifikaty, do wygrania wyścigu wystarczyłoby mu utrzymanie do mety niewielkiej przewagi – przyp. red.].

fot, Marek Rutkiewicz/Archiwum prywatne
Mówisz, że nie masz pretensji do Szmyda – a czy zaraz po etapie, gdy emocje buzowały, doszło między wami do jakiejś sprzeczki?
Nie, ale w głębi duszy na pewno miałem pretensje. Później też pewnie przy jakiejś okazji rozmawialiśmy na ten temat. On podchodził do tego tak, że skoro nie jeździliśmy w jednej drużynie, to miał prawo tak zrobić. Ja się z tym zgadzam, ale po prostu szkoda, że Polak skasował Polaka, nic na tym nie zyskując. Zresztą, kto wie, co by było gdyby. Może to Ballan by wtedy pociągnął, a Sylwek by na tym skorzystał? Nie wiadomo. Tak czy inaczej – dobrze, że wtedy zdobyłem koszulkę górala, bo dzięki temu nie skończyłem tego wyścigu z pustymi rękami.
Generalnie w latach 2002-2011 tylko raz nie zająłeś miejsca w czołowej “10” Tour de Pologne. To było w 2007 roku…
… A, pamiętam. Grypa żołądkowa. Od pierwszego etapu mieliśmy w naszym zespole – Action-Uniqa chorych. Ja się długo broniłem, jak mogłem, ale w końcu przegrałem. Zachorowałem w najgorszym momencie. Na ostatnim etapie dopadło mnie na dobre. Problemy z jedzeniem miałem już wcześniej – od dwóch-trzech dni. Piłem tylko odgazowaną coca-colę i jadłem tylko ryż, bo mówiło się wtedy, że to jest najlepszy sposób na żołądek, ale nie pomogło. Wyścig skończyłem ekstremalnie chudy – ważyłem 63 kilogramy. Podczas etapów brałem tylko żele, a one się nie wchłaniały tak jak powinny. To nie mogło się skończyć dobrze.
Na tym ostatnim etapie poszedł odjazd, ja do niego przeskoczyłem, aż w ostatnim momencie odcięło mnie całkowicie. Zostałem z ucieczki, dogonił mnie peleton, a po chwili także tempo peletonu okazało się dla mnie zbyt wysokie. Nie dałem rady. Nic nie było w stanie mi pomóc – nawet ta coca-cola. Byłem dobrze przygotowany, miałem dobre nogi, ale niestety – z grypą żołądkową nie da się wygrać.

Trzeba przyznać, że ten wirus przytrafił się waszej drużynie w najgorszym możliwym momencie. Wasza ekipa – Action-Uniqa walczyła wtedy o przetrwanie…
No tak, tuż przed sezonem wycofał się główny sponsor – Intel. Dyrektor naszej ekipy – Piotr Kosmala dowiedział się o tym dopiero w grudniu. My dowiedzieliśmy się później. Pojechaliśmy na jedno zgrupowanie, drugie do Calpe, nie tymczasem dostaliśmy pensji. Wykonaliśmy serię telefonów do Kosmali i do Bielińskiego – Prezesa Action. Umówiliśmy się na spotkanie i na nim dowiedzieliśmy się, że niestety negocjacje z Intelem, pomimo licznych prób, nie udały się.
Bieliński zobowiązał się, że dociągnie tę ekipę do końca roku, ale nie ma kasy na wynagrodzenia. Decyzja była taka, że ci, co chcą dostać pensje, to Bieliński im je wypłaci za styczeń, luty i marzec, ale od razu odchodzą z teamu i szukają nowego. A ci, którzy chcą zostać, ścigają się do końca sezonu za darmo, z nadzieją, że w ciągu tych kilku miesięcy uda się znaleźć jakiegoś sponsora, który poprawi sytuację materialną ekipy.
Mi na szczęście udało się znaleźć prywatnego sponsora – Przemysłówkę Holding Olsztyn, która jakoś mnie wspierała, ale od zespołu poza drobnym wsparciem na przygotowania do Tour de Pologne nie dostałem ani złotówki. Ale wszyscy się na to zgodziliśmy. Chcieliśmy się przecież dalej ścigać.
Widziałem, że w drugiej połowie 2007 roku Bartosz Huzarski udzielił “Przeglądowi Sportowemu” wywiadu, gdzie powiedział, że poważnie zastanawia się nad zakończeniem kariery. Ty też miałeś takie myśli? Jesteś od niego tylko rok młodszy.
Nie, chciałem się ścigać, a poza tym miałem tego prywatnego sponsora. Miesiąc przed Tour de Pologne Kosmala znalazł też jakieś dodatkowe finansowanie, żeby ci kolarze, którzy będą się ścigać w tym wyścigu, mieli kasę na przygotowania. Na pewno nie chciałem kończyć. Miałem 26 lat i wiedziałem, że jeszcze wiele przede mną.
Kolejny sezon był lepszy od poprzedniego, ale nadal nie było kolorowo – sprzętowo odstawaliśmy trochę od konkurencji. Na szczęście po tym, jak Bartek Huzarski wygrał Grody, zła karta się od nas odwróciła. Udało nam się zarobić sporo pieniędzy. Jeszcze więcej pieniędzy wygraliśmy w Chinach na Tour of Qinghai Lake… Generalnie, dużo pieniędzy wyciągaliśmy wtedy z wyścigów. Poza tym, jak się wygrywa, to jest fajnie. Wtedy nie myśli się raczej o końcu kariery!
Wygrywałeś, ale też bywałeś blisko zwycięstwa w całkiem sporych imprezach. Byłeś na przykład drugi w Tour of Quinghai Lake. Przegrałeś tam tylko z Tylerem Hamiltonem! Dość mocno odjechaliście wtedy reszcie.
Wykorzystałem swoje doświadczenie. Nie był to mój pierwszy start w tym wyścigu. Startowałem w nim również w 2004 roku, chwilę po powrocie z Francji. Wtedy złapałem tam… chorobę wysokogórską. Gorączka, wymioty itd. Skończyło się tak, że musiałem wycofać się w połowie.
Dzięki temu w 2007 roku wiedziałem więc już, z czym mogę się mierzyć w Chinach i podszedłem do tego startu dużo inaczej. Wziąłem różne leki na problemy żołądkowe, bo tam jest inne jedzenie. Wiedziałem, że organizm może źle zareagować na tamtą kuchnię, więc znów – piłem głównie colę i jadłem tylko ryż. Tak się prowadziłem przez cały wyścig.
Pamiętam, że ekipa Hamiltona – Rock Racing, rzeczywiście była wtedy bardzo mocna i praktycznie przez cały czas kontrolowała wydarzenia na trasie. Ja wcale nie byłem najmocniejszy w górach – plasowałem się tam raczej w środku stawki najlepszych kolarzy tego wyścigu. Przynajmniej do pewnego momentu. Na szóstym etapie, na najtrudniejszym podjeździe zostałem trochę z tyłu. Od początku podjazdu było wiele ataków, aż w końcu z przodu uformowała się wtedy taka mocna dwunastka, m.in. z Hamiltonem. Ja starałem się pojechać ten podjazd bardzo oszczędnie, bo wiedziałem czym mogą się skończyć liczne ataki na wysokości powyżej 3000m.n.p.m. Na przeskok do czołowej grupki zdecydowałem się gdy do końca podjazdu zostało półtora kilometra. Wtedy zauważyłem, że czuję się naprawdę dobrze i po prostu ruszyłem.
Odjechałem od pozostałych razem z Davidem McCann z Giant Asia Racing Team. Na szczycie mieliśmy niecałą minutę straty do czołówki, a nad peletonem 30 sekund przewagi. Miałem szczęście, bo okazało się, że ten mój kompan świetnie zjeżdża, więc na tych zjazdach odrobiliśmy bardzo dużo. Był taki moment, że gdy my dojeżdżaliśmy do ucieczki, to grupka pościgowa za nami tak się napędziła na płaskim odcinku, że miała już bardzo mała stratę. Dopiero później okazało się, że w tej newralgicznej chwili w goniącej nas grupie nie było już komu gonić, za to my mieliśmy energię, by doskoczyć do czołówki.
W głowie miałem tylko myśl, że ścigając się na wysokości 3 000 metrów n.p.m. trzeba jeździć bardzo oszczędnie, bez żadnych zrywów. Każdy krótki, intensywny zryw kosztuje naprawdę dużo. Nogi momentalnie puchną, twardnieją. Nie da się jechać. To oznaczało, że nie można atakować za wcześnie, a finisz należy rozpocząć jak najpóźniej. Np. 100 metrów od kreski. Wiedziałem, że jak się pójdzie z długiego, to nie ma szans.
Tymczasem w naszej grupce finisz rozpoczął się już 200-300 metrów przed metą. Ja czekałem do samego końca. Siedziałem swojemu rywalowi – już nie pamiętam, czy był to Hamilton, czy ktoś inny – na kole do ostatnich metrów. On jechał na stojąco, gdy ja jeszcze siedziałem na siodełku. I w momencie, gdy ja zacząłem finiszować, on już totalnie siadł. Ja na tych 100 metrach, wychodząc z koła, miałem 5 metrów przewagi nad drugim zawodnikiem.

Dostałem bonifikatę, dzięki czemu odrobiłem kilka sekund do Hamiltona i jeszcze więcej do pozostałych. Możliwe, że już wtedy awansowałem na drugie miejsce – nie pamiętam dokładnie. Dwa dni później etap kończył się podobnie jak ten który wygrałem: długi podjazd, taki sam zjazd i około 10 km płaskiego odcinka do mety, ale wcześniej jechało się jeszcze przez bardzo wymagający pagórkowaty teren.
Przed etapem rozmawialiśmy z Błażejem Janiaczykiem i pomyśleliśmy sobie – “kurczę, żeby tutaj powalczyć, to trzeba chyba pójść w odjazd jakoś wcześniej, nie w końcówce. Inaczej na tym długim podjeździe Rock Racing nas po prostu porozrzuca”. I mimo że byłem 2. czy 3. w “generalce”, rzeczywiście zabrałem się w ten odjazd, zresztą razem z Janiaczykiem. Sytuacja ułożyła się idealnie – dokładnie tak jak chcieliśmy. Nawet jeśli Hamilton i jego ekipa nie dali nam odjechać daleko i utrzymywali do nas bezpieczną, minutową stratę.
Dopadli nas na 2 km przed szczytem, ale wtedy w tej grupie pozostawało już tylko około 10 kolarzy. Peleton (a raczej to co z niego zostało) prowadzony przez grupę Rock Racing skasował wszystkich uciekinierów na 2 km do szczytu podjazdu, ale ja i Błażej zdołaliśmy się w nim dalej utrzymać, nawet jeśli przychodziło nam to z wielkim trudem.
W końcu dojechaliśmy do szczytu i zaczął się zjazd. Ja ze swoją pozycją aerodynamiczną przedarłem się na sam przód tej grupki i razem z Hamiltonem zaczęliśmy mocno iść po zakrętach. To była specyficzna sekwencja – co chwila zakręty lewa/ prawa, na dużej prędkości. Kto się nie bał, nie hamował. My poszliśmy tam va banque, zrobilśmy tak kilkaset metrów przewagi nad pozostałymi.
Na końcu zjazdu, gdy do mety zostało około 10km – szliśmy już fulla. Na płaskim odcinku nadrabialiśmy nad goniącą grupką kolejne cenne sekundy. Tym razem wygrał Hamilton , ja byłem drugi. Kolejni zawodnicy wpadli na metę minutę za nami. Po tamtym etapie wiadomo było, że to właśnie my zajmiemy dwa pierwsze miejsca. I tak, mimo że nie byłem w gronie najlepszych górali tego wyścigu, zakończyłem cały wyścig na 2. miejscu.

W tym samym roku byłeś 10. w Tour de Pologne. Podobno zainteresowane tobą było wtedy ISD, które ostatecznie sięgnęło tylko po Bartosza Huzarskiego. Rzeczywiście miałeś szansę na ponowny transfer zagraniczny?
Tak, było zainteresowanie. Zresztą, mieliśmy wtedy przejść tam z Bartkiem w pakiecie. Tylko że wtedy ktoś znów wrócił do „afery Cofidisu”. Ekipa ISD miała prezentację na przełomie grudnia i stycznia, a dosłownie kilka dni wcześniej zadzwonili do mnie, że nie mogą mnie zakontraktować, ponieważ mają informacje że mam zakaz ścigania się we Francji.
Problem w tym, że to była nieprawda. Ja do Francji jeździłem regularnie i nigdy nikt nie robił mi z tym problemów. W samym tylko wcześniejszym sezonie wystartowałem w kilku tamtejszych wyścigach. Tylko że to była gra menedżerska – ktoś chciał tam wytransferować swojego kolarza zamiast mnie i wcisnął szefom zespołu jakiś kit. I zanim ja zdążyłem wysłać plik z wyjaśnieniami, z udokumentowanymi startami w wyścigach we Francji, dostałem informację, że już znaleźli kogoś na moje miejsce i mnie nie wezmą.
Bartosz Huzarski mówił mi w wywiadzie, że ważną kwestią było też to, że ekipę poważnie dotknął kryzys finansowy z 2008 roku, przez który musiała ona uszczuplić swój skład.
Może i tak, ale pamiętam, że mimo wszystko kogoś na moje miejsce wzięli. Bondariew do mnie zadzwonił i powiedział, że nie mogli czekać. Zakontraktowali jakiegoś innego zawodnika, więc mimo tych problemów, mieli w budżecie środki na kontrakt dla mnie.
A tak generalnie, to, że w 2008 roku byliście poza trzema najwyższymi dywizjami, miało duży wpływ na wasz kalendarz? Bo ścigaliście się w niezłych wyścigach.
Udawało nam się na nie załapać dzięki temu, że ścigaliśmy się jako kadra. Drużyna mogła zapłacić za wyjazd, ale my ścigaliśmy się w strojach reprezentacji narodowej. Dzięki temu ten kalendarz rzeczywiście nie uszczuplił nam się bardzo znacząco, a my łapaliśmy się na te najważniejsze wyścigi.
I dostawaliście już normalne pieniądze?
Tak, ekipie udało się znaleźć sponsora – Mróz, więc normalnie ścigaliśmy się i dostawaliśmy wynagrodzenie. Nie mieliśmy licencji kontynentalnej, ale de facto funkcjonowaliśmy jak drużyna kontynentalna. Dostawaliśmy takie same pieniądze, mieliśmy taki sam kalendarz. Z perspektywy zawodnika, wszystko było tak, jak być powinno.
Ale domyślam się, że i tak było zdecydowanie gorzej, niż na początku, w czasach, gdy zespół mógł liczyć na wsparcie Intelu.
Oj tak. Gdy odchodziłem z RAGT i dostałem ofertę z Intelu to… warunki były tak dobre, że nawet nie rozglądałem się za innym pracodawcą. To, co oferował Intel Action, w pełni mnie zadowalało. A później nie chciałem odchodzić, nawet gdy dostawałem przyzwoite oferty z zagranicznych drużyn poza pierwszą dywizją.
Pamiętam że po drugim sezonie w Intelu zadzwonił do mnie Wiesław Ciasnocha z propozycją jazdy w Elk Haus – austriackiej drużynie prokontynentalnej. Ciasnocha nie współpracował z tą ekipą, ale po prostu wykorzystywał swoje kontakty na niemieckim rynku, by pomagać swoim k. A niemieckie kolarstwo stało wtedy bardzo dobrze. Było mnóstwo niemieckich wyścigów pierwszej kategorii i kategorii .HC [dziś Pro Series – przyp. red.]. A naszym sponsorem był Intel – firma z siedzibą w Niemczech, dzięki czemu my regularnie dostawaliśmy szansę, by się tam pokazywać.
Ja zawsze sobie tam dobrze radziłem. W 2005 roku dość często kręciłem się wokół 5-6. miejsca [Rutkiewicz zajmował 5. miejsca w Sachsen Tour i Hessen Rundfahrt – oba miały kategorię 2.1 – przyp. red.], a rok później, podczas Sachsen Tour byłem o krok od zwycięstwa etapowego – przegrałem tylko z Andym Schleckiem. Do tego dochodziły kolejne dobre występy w Tour de Pologne [odpowiednio 8. i 4. miejsce – przyp. red] – to właśnie dzięki temu Ciasnocha mógł mi załatwić ten Elk Haus, tak jak wcześniej załatwił Witeckiemu Volksbank (dzisiejszy Vorarlberg).
Tylko że ja postanowiłem zostać. Piotr Kosmala chciał bym został w teamie, budował mocny zespół, którego ja miałem być liderem. Nie miałem nic przeciwko – bardzo dobrze było mi w tym Intel Action. Zostałem, a kilka miesięcy później okazało się, że jeden z głównych sponsorów się wycofał, a resztę historii już znacie.
Bo w tamtym okresie żadnych ofert z Pro Touru już nie miałeś?
Akurat wtedy nie, ale poza tym te oferty zdarzały się. Był Quick-Step, o którym już mówiłem [w pierwszej części wywiadu – przyp. red.], ale też był na przykład Euskaltel-Euskadi. Wtedy, w 2012 roku zgłosił się do mnie nawet menedżer z Hiszpanii, który powiedział, że chciałby te moje rozmowy z poprowadzić. Ja nie miałem menedżera, więc powiedziałem mu, że nie ma problemu.
Wszystko szło dobrze, nawet w pewnym momencie zadzwonił do mnie Andre Schulze. Wcześniej jeździliśmy razem z CCC i bardzo dobrze się rozumieliśmy. Akurat wracał z Hiszpanii gdzie podpisał kontrakt z Euskaltelem. Jak zadzwonił, to powiedział mi, że nie może już doczekać wspólnej jazdy. Bo włodarze zespołu powiedzieli mu, że ostatnie miejsce trzymają właśnie dla mnie. Już byłem pewny, że jedną pomarańczową koszulkę zamienię na drugą.
A dwa tygodnie później dostaję od tego wspomnianego już menedżera wiadomość w której czytam – Marek, nie wiem, co się wydarzyło, ale ktoś powiedział Euskaltelowi, że jeszcze przez rok masz ważną umowę z CCC.
To znów była nieprawda, tak jak w przypadku plotek, które dotarły do ISD
Niezupełnie, bo tutaj kontrakt rzeczywiście był podpisany. Tylko że jednocześnie mieliśmy dżentelmeńską umowę, że jeśli World Tour się po mnie zgłosi, to ja dostanę zgodę na transfer. To także dlatego zgodziłem się na podpisanie za jednym razem dwóch rocznych kontraktów, zamiast jednego dwuletniego, co teoretycznie stawiało mnie, jako zawodnika w gorszej pozycji niż zespół. W razie kontuzji czy obniżki formy, łatwiej byłoby teamowi renegocjować kontrakt.
Jak wcześniej zadzwoniłem do Wadeckiego z informacją o tym, że chce mnie Euskaltel, to on mi odpowiedział, że porozmawia z Miłkiem, ale raczej pozwoli mi odejść. Ale potem okazało się, że poinformowano Hiszpanów, że mam aktualny kontrakt na następny sezon.

Czemu w ogóle godziłeś się na ten układ, o którym wspominałeś? Nie lepiej byłoby podpisać kontrakt jednoroczny?
Chciałem być kolarzem, a w polskim kolarstwie nigdy nie wiadomo, co będzie dalej. W Polsce w tamtym czasie mieliśmy tylko ten jeden zespół pro conti. W 2014 powstała jeszcze druga grupa prokontynentalna – Verva ActiveJet, ale funkcjonowała tylko 3 lata.
W 2009 roku miałeś przejść do Astany, czy to była plotka dziennikarska?
Ani to, ani to. Fofonow, z którym bardzo dobrze się dogadywałem w czasach Cofidisu jeździł tam wtedy i jak spotkaliśmy się na Tour de Pologne, to powiedział mi, że postara się porozmawiać z szefami zespołu. To było coś na zasadzie: “Pogadam, zobaczę”. Były jakieś rozmowy w kuluarach, może się zastanawiali nad tym, żeby mnie ściągnąć, ale ostatecznie nie dostałem nawet żadnej oferty.
Być może nieco bliżej byłem transferu do Lampre w 2011 roku. Jurek Padło – masażysta w Lampre – powiedział mi ze sam rozmawiał z kimś z szefostwa na ten temat , a że traktowali mnie poważnie najlepiej przekonałem się podczas Giro di Padania. W pewnym momencie podjechał do mnie Danilo Hondo (Lampre), kolarz, z którym znałem się trochę dzięki startom w niemieckich wyścigach. – Słyszałem, że dogadujesz się z Lampre, powodzenia dzisiaj – zagadał do mnie. To było przed królewskim etapem, który wygrał Basso, a ja byłem dziewiąty – w takiej samej kolejności ukończyliśmy później cały wyścig. Podczas tego wyścigu Jurek Padło sygnalizował mi, że jest duża szansa, ale ostatecznie podobno włoscy menedżerowie przekonali szefostwo do zakontraktowania kogoś innego.
Znów ci agenci… nie korciło cię, żeby skontaktować się z jakąś agencją menedżerską? Może wtedy byłoby ci łatwiej?
Wtedy nie było ich tak wielu. Nie było tak jak teraz, że jak wchodzisz na stronę UCI i możesz sobie znaleźć 10 czy 20 agentów z podanym numerem telefonu i adresem email. Tak naprawdę nie było gdzie się zgłosić, jeśli nie było się Włochem lub Francuzem. Poza tym, gdy ten transfer do Euskaltelu nie wypalił, to przestałem już szukać nowego zespołu za granicą.
Rok później zresztą miałeś problemy z komisją antydopingową. Co tak właściwie wydarzyło się w 2013 roku? To zamieszanie kosztowało cię start w Tour de Pologne, mimo że ostatecznie orzeczono o twojej niewinności.
Podczas jednego z wyścigów, w moim organizmie wykryto katynę. Później, gdy byłem w Warszawie, we współpracującym z Poladą laboratorium przy otwarciu próbki “b”, widziałem się z jego szefową – panią Kwiatkowską i zapytałem się, jak to wszystko jest możliwe. Przecież byłem przekonany, że nie brałem takiej substancji. I to właśnie ona pokazała mi badania naukowe z których wynika, że ta substancja (katyna) jest metabolitem leku, który zgłosiłem jako stosowany w ciągu ostatnich 7 dni przed startem. W wynikach było to widać od razu – gdybym wziął samą katynę nawet w minimalnej ilości, jej poziom byłby znacznie wyższy.
Niestety, przy tej substancji nie było marginesu błędu. Musiałem więc zebrać odpowiednią dokumentację, dowody na to, że ta katyna była metabolitem, a nie substancją którą przyjąłem.. Zrobiłem to, a UCI zaakceptowała moje wyjaśnienia…
… ale do Tour de Pologne się nie wyrobiłeś.
Niezupełnie. Dokumentację zgromadziłem w ciągu dwóch-trzech tygodni. Potrzebna była tylko komisja, która się zbierze i oceni, czy mogę wrócić do ścigania. To wszystko trwało bardzo długo, ja pisałem już nawet ponaglenia, ale bez powodzenia. Ostatecznie komisję zaplanowano na dzień startu Tour de Pologne. Prosiłem, żeby przesunęli ją tydzień wcześniej – ale niestety musiałem czekać, przez co start w największym polskim wyścigu okazał się niemożliwy.*
*Tym czytelnikom, którzy powątpiewają w niewinność Marka Rutkiewicza w tym przypadku polecamy przeczytać komunikat Komisji Dyscyplinarnej PZKol tuż po podjęciu decyzji o odwieszeniu zawodnika i dopuszczeniu go do dalszych startów.
A szkoda. Przez lata dopominałeś się w różnych wywiadach o góry na Tour de Pologne. A wtedy, gdy wyścig startował z Włoch, ty akurat nie mogłeś w nim wystartować. A jak było z twoją formą. Ona wtedy była tak samo dobra, jak w czasach, gdy walczyłeś o zwycięstwo w tym wyścigu? A może najlepsze lata miałeś już za sobą?
Tego, co by było gdyby, raczej się już nie dowiemy, ale na pewno nie powiedziałbym, że najlepsze lata miałem już za sobą. Pokazały to lata 2016-17. Jeszcze w 2016 roku potrafiłem na przykład zająć 3. miejsce na etapie kończącym sie podjazdem na Wyścigu Dookoła Austrii. Ostatecznie całej imprezy nie ukończyłem – kolejny etap przejechałem bardzo spokojnie, a na następny dzień się wycofałem. To było kilka dni przed rozpoczęciem Tour de Pologne, a ten start miał być dla mnie tylko takim wprowadzeniem,
To tam miałem być naprawdę mocny, ale na 2-3 etapie naderwałem przyczep mięśnia pośladkowego, przez co musiałem wycofać się przed pierwszymi trudnościami. Żałowałem, bo czułem się kapitalnie. Później żałowałem, że tej Austrii nie dojechałem do końca. Wierzę, że mogłem tam zająć nawet miejsce w pierwszej “5”, choć stawka była naprawdę mocna.

Czyli twoim zdaniem wtedy, w Wibatechu byłeś mocniejszy niż np. wówczas, gdy walczyłeś o zwycięstwo w worldtourowym Tour de Pologne?
Lepszy może nie, ale myślę że porównywalnie dobry już tak. Tour de Pologne to wyścig, w którym trzeba mieć szczęście i nie zawsze najwyższe miejsca zajmują tam najlepsi zawodnicy. Tak było np. wtedy, gdy wygrywał Ballan [więcej o tym wyścigu, jak zapewne pamiętasz, drogi czytelniku, było już wyżej – przyp. red.], choć na podjazdach to ja czułem się mocniejszy – był świetnym kolarzem, mistrzem świata, ale akurat na tamtym wyścigu czułem, że wystarczyłaby odrobina szczęścia i mógłbym wygrać ten Tour de Pologne.
To było w Wibatechu. Dlaczego w 2015 roku postanowiłeś odejść z CCC?
Myślę że w pewnej mierze wypaliłem się jako kolarz. Wydarzyło się bardzo wiele rzeczy. To m.in. wtedy Maciej Paterski miał super sezon, a ja w praktycznie każdym wyścigu jeździłem albo na niego, albo na Davide Rebellina. Zazwyczaj nie miałem z tym problemu – Paterski był w świetnej formie, ale czasami czułem się bardzo dobrze i chciałem wykorzystać dobrą dyspozycję by osiągnąć lepszy wynik na wyścigu , ale niestety trzeba było wykonywać polecenia.
Kiedy?
Choćby na Wyścigu Dookoła Chorwacji w 2015r. Paterski był liderem po królewskim etapie i miał bezpieczną przewagę w klasyfikacji generalnej. Na ostatnim etapie poszedł odjazd, który praktycznie skasowaliśmy przed finałowymi rundami w Zagrzebiu. W odjeździe nie było nikogo kto by mógł zagrażać Maćkowi w generalce. Na finałowych rundach, gdy już mieliśmy odjazd w zasięgu wzroku, razem z Gregą Bole przeskoczyliśmy do ucieczki na jednym z brukowanych podjazdów.
Wszyscy w odjeździe byli już zmęczeni, więc pomyśleliśmy z Gregą, że to idealna sytuacja dla nas i że na kolejnej rundzie zaatakujemy na podjeździe. Wtedy przeskoczył do nas z peletonu Maciek. Zaraz po tym usłyszeliśmy w słuchawce informacje: “Marek, Grega jedziecie na Paterskiego”. wiedzieliśmy wtedy już, że nasze ambicje musimy schować do kieszeni i pojechać na Maćka. Maciek wygrał ostatni etap a ja z Grega dojechaliśmy na 7 i 8 miejscach – ostatnich z ucieczki.
Mimo zwycięstwa czuliśmy z Grega lekkie rozczarownie , bo przecież Maciek miał już wygrany cały wyścig, etap, klasyfkacje górską, punktową, więc na ostatnim etapie można było dać szanse pomocnikom na powalczenie – tym bardziej że z Grega czuliśmy się bardzo dobrze. Niestety tak się nie stało.
Najgorsze było to, co wydarzyło się pod sam koniec, we wrześniu. Moja żona, Ania, miała wtedy akurat problemy z sercem i potrzebny był zabieg. Chciałem przy niej być w tym trudnym momencie i zadzwoniłem do Piotrka:
– Hej, w końcówce września chcę jechać z Anią na ablację do Łodzi. Mógłbym dostać wtedy wolne?
– Pewnie, to całkowicie zrozumiałe. Jedź!
Cztery dni przed wyścigiem dostaję maila od zespołu. Jestem w składzie na Sparkassen Munsterland Giro. Dzwonię jeszcze raz do Piotra:
– Piotr, mówiłem że nie mogę jechać , bo jestem w Łodzi razem z Anią na ablacji.
– No wiesz, lepiej, żebyś jechał. No wiesz, wciąż nie masz kontraktu na przyszły sezon…
– Mówiłem, że nie dam rady pojechać. Nie jadę.
A po tym wszystkim przyszła końcówka sezonu, negocjacje kontraktowe. Dzwonię do Piotra Wadeckiego, pytam, jak wygląda sytuacja, a on mówi mi: “no, nie wiem, czy podpiszemy z tobą kontrakt, nie miałeś zbyt udanego sezonu”. Poczułem, jakbym dostał w twarz. Przez cały sezon pracowałem dla chłopaków. Niemal wszędzie tam, gdzie Paterski osiągał sukcesy, byłem i ja: na Amstel, w Katalonii, w tej Chorwacji… naprawdę wszędzie robiłem wszystko co w mojej mocy, żeby pomagać swoim liderom!. A na koniec usłyszałem, że miałem słabsze wyniki…
Ten telefon mnie niesamowicie wkurzył. Zbieg okoliczności spowodował że dosłownie chwilę później zadzwonił do mnie Jacek Morajko i zapytał:
– Hej, co robisz? Nie szukasz zespołu na kolejny sezon? Bo robimy pakę w Wibatechu. Wiesiek da ci dobry kontrakt… – oczywiście nieświadomy mojej wcześniejszej rozmowy powiedział to w żartach. Wszyscy byli pewni, że w kolejnym sezonie będę ścigał się w CCC. Tylko że ja byłem w tamtym momencie trochę zagotowany wcześniejszym telefonem, więc, już całkowicie na poważnie, odparłem – Wiesz co, szukam ekipy…
– Co?! Wkręcasz?!
Nie żartowałem, mówiłem poważnie. I ostatecznie się z tym Wibatechem dogadałem. Nie obchodziło mnie to, że CCC miało lepszy zespół i lepszy kalendarz. Gdy informacja o tym wyciekła do prasy, jakiś czas później zadzwonił do mnie Wadecki:
– Słyszałem że podpisałeś do Wibatech?!
– No tak. Podpisałem. Przecież mówiłeś, że nie wiadomo, co będzie z tym kontraktem. Że mogę się rozglądać za nowym zespołem ,to podpisałem
– No dobra… U nas pewnie byśmy Cię trochę przetrzymali , ale jakbyś nic nie znalazł to byśmy Cię wzięli!
I tak zakończyła się moja 5 letnia przygoda z CCC. W 2016 roku czułem, że odżyłem. Atmosfera była niesamowita. W CCC niby było wszystko co potrzeba kolarzowi, ale w ostatnich latach jak tam jeździłem – nie odczuwałem tej pozytywnej atmosfery. Zresztą Grega Bole czy Stefan Schumacher, jak odchodzili, to mieli podobne odczucia. Ja sam w 2015 roku czułem się tym wszystkim wypalony..
Po przejściu do Wibatechu odzyskałem chęć do ścigania. To była spora odmiana po tym, czego doświadczyłem w poprzednich ekipach. W Wibatechu sami ustalaliśmy gdzie i kiedy pojedziemy na zgrupowania. Sami ustalaliśmy składy na wyścigi, taktykę itd. Wiesiek nie jest z kolarstwa (wcześniej uprawiał biegi przełajowe), a my tak, więc dał nam absolutną swobodę. Zaufał nam, a ja czułem, że w tamtym momencie właśnie tego potrzebowałem. I przyszły te kolejne fajne sezony. W 2016 roku byłem wicemistrzem Polski, a Sylwek Janiszewski był trzeci. W 2017 – znowu wicemistrzostwo. Zaczął się świetny okres.
Naprawdę nie szukałem już od tamtej pory nowego zespołu. Miałem propozycje z zagranicy – chciało mnie BMC Amplatz, ale się nie dogadaliśmy. Byłem trochę niezdecydowany, bo oni dawali mi fajne pieniądze i przede wszystkim nieco lepszy kalendarz. Wiedziałem, że jak już miałbym odejść to tylko w pakiecie z jednym czy dwoma innymi Polakami. Przekonywałem, że z Krakowa do Wiednia jest niedaleko, że moglibyśmy dojeżdżać stamtąd na wyścigi i nie będzie to dla nikogo duży problem. Że moglibyśmy im załatwić w Polsce wyścigi.
Warunki finansowe dogadaliśmy, ale na zakontraktowanie innego Polaka się nie zgodzili. Proponowałem im jednego, drugiego, trzeciego… żaden im nie pasował. Ten ma za mało punktów, ten to, ten tamto. Przeciągałem te negocjacje chyba ze trzy tygodnie, aż w końcu dostałem od nich wiadomość: “Albo przychodzisz sam, albo w ogóle”. Przyznam szczerze, że z odpowiedzią zwlekałem dłuższy czas, bo nie zależało mi na tym by odchodzić , a jeśli tak to już w pakiecie z kolegami z drużyny. Po jakimś czasie dostałem od nich informację. To było coś w stylu: “Dzięki za kontakt, za rozmowy, ale my już znaleźliśmy już za ciebie kogoś innego. Nie możemy czekać w nieskończoność”.
Nie przejąłem się z tym. Może i żałowałem tych pieniędzy, które bym tam zarobił, ale… w Wibatechu czułem się naprawdę dobrze. Tam musiałbym się odnaleźć w niemieckojęzycznej drużynie. Nie miałem już na to siły. Nie chciałem tracić tego, co miałem tutaj. Poza tym… nie miałem już 21 lat. Nie oszukujmy się. BMC nie byłoby dla mnie przepustką do wielkiej kariery. Moja kariera się już kończyła. W Wibatechu pojeździłem do 2019, a potem odszedłem do Mazowsza.
Końcówkę kariery spędziłeś w Mazowsze Serce Polski. Jak tam ci się podobało?
Ja się tak trochę śmiałem, że aby poczuć się spełniony, jako kolarz, to muszę przejść przez wszystkie polskie ekipy. Byłem już całkiem blisko. Byłem w CCC, byłem w Mrozie, w Wibatechu. Nawet u Szczepana w DHL-u [DHL-Author, w którym Marek Rutkiewicz spędził sezon 2009 – przyp. red.]! Brakowało mi tylko zespołu Banaszka. Więc jak powstało Mazowsze, to pomyślałem, że warto byłoby spróbować? Tym bardziej, że w Wibatechu spędziłem już 4 lata, kilku chłopaków z którymi doskonale się dogadywałem odeszło lub zakończyło kariery, więc chciałem coś zmienić, by ponownie nabrać motywacji do ścigania przed zakończeniem kariery.
Zacząłem pytać się o ekipę innych zawodników, potem zadzwoniłem do Banaszka, a on był zaskoczony, że szukam teamu. Od razu dogadaliśmy się na ściganie. To właśnie tam podjąłem decyzję o końcu kariery. Ale nie dlatego, że przeszedłem do Mazowsza, tylko z powodu tego co przytrafiło mi się zimą. Chwilę po rozpoczęciu przygotowań do sezonu, pękł mi dysk (krążek międzykręgowy). W efekcie tego miałem ucisk na rdzeń kręgowy – ból nie do opisania. Przez to prawie z głowy miałem okres zimowy: bieganie, siłownię itd. miałem z głowy. Jedyne co mogłem robić, to niezbyt długie treningi na rowerze. Do tego rehabilitacja. Wiedziałem, że początek sezonu mam pozamiatany. Jedyne, na co mogę liczyć, to dobre występy w dalszej części sezonu.
Miałem szczęście, bo w styczniu, po znajomościach udało mi się dostać do takiego wybitnego lekarza, który bardzo często przebywa w Stanach Zjednoczonych, ale ma też swój gabinet w Krakowie. Wielu lekarzy proponowało mi operację, ale ja wiedziałem, po rozmowach z Pawłem Bernasem, że to się może skończyć zbliznowaceniem, które będzie uciskało na rdzeń kręgowy i znów będzie problem. A ten specjalista wyleczył mnie odpowiednim zestawem ćwiczeń, rehabiltacją i jakimiś silnymi lekami, które spowodowały odwodnienie tego dysku.
Starty zacząłem z tą grupą, która później zaczynała sezon. Banaszki, Pawlak, Bernas, Kaczmarek zaczęli starty już w Turcji, w lutym, a ja na początku marca pojechałem z pozostałymi do Grecji. Wystartowałem i jak na to, że przygotowania miałem całkiem zawalone, to byłem całkiem zadowolony ze swojego samopoczucia. A potem przyszła pandemia i przerwa, która była dla mnie wybawieniem. Miałem czas na nadrobienie zaległości z zimy. Bo jak już zaczęliśmy ściganie w lipcu, to czułem się o niebo lepiej. Rumunia, Bułgaria, Serbia i przede wszystkim Belgrad-Banja Luka – tam czułem się już bardzo dobrze.

No tak, zająłeś tam 5. miejsce.
Zgadza się, ale też nie to było dla mnie najważniejsze, bo ja pracowałem na zawodników którzy byli wtedy w topowej formie. Świetny sezon miał choćby Kuba Kaczmarek, więc jeździliśmy często pod niego. Kapitalnie radził sobie w górach – był pod tym względem chyba najlepszy w kraju. I zawsze patrzyłem na to, żeby to ktoś z drużyny zajął jak najlepsze miejsce – mój wynik liczył się zdecydowanie mniej.
Pokazałem to np. podczas Wyścigu Solidarności. Świetnie się tam czułem, ale wiedziałem, że w górach lepszy będzie Kuba. Dlatego podczas etapu przez Krynicę do Nowego Sącza, zaatakowałem na tych najcięższych podjazdach, aby wziąć ze sobą Kubę. Niestety, pech chciał, że przed tym najcięższym podjazdem był straszny ścisk i Kuba się gdzieś zagubił. Nie zabrał się za mną. W każdym razie, doskoczyli do mnie tylko Duńczyk i Brożyna, który jeździł wtedy w Vosterze. A później, dołączył do nas jeszcze Paterski.
Jak dojechaliśmy do ucieczki dnia, to utworzyła się grupka z dwoma zawodnikami z Vostera, a także z Paterskim, Słoweńcem i Torsteinem Traenem. Pewnie mogłem powalczyć o 3-4 miejsce dla siebie, bo została nas szóstka. Tylko że wiedziałem, że mamy Kubę, który ma kapitalny sezon. W tej sytuacji, uznałem, że ten odjazd nie może dojechać. Mając na uwadze że kolejnego dnia są również góry, zacząłem “rozjeżdżać” odjazd, żeby dać Kubie szansę na wygranie całego wyścigu. Po prostu wiedziałem, że jakbyśmy teraz nadrobili nad nim minutę, to on później nie miałby szans tego odrobić. Tylko że ostatecznie wyścig nie poukładał się po naszej myśli. Choć trasa nie była łatwa, to za każdym razem do mety dojeżdżał peleton, a zwycięzcą “generalki” został Aniołkowski, który wtedy miał niesamowity sezon.
Wtedy tamten ruch się nie opłacił, ale ostateczny bilans wyszedł na plus, bo cały sezon był dla nas bardzo udany. Byłem zadowolony z tego, jaką formę zaprezentowałem, ale i tak uznałem, że kontynuowanie kariery nie ma sensu. Wiedziałem, że już nigdy nie przygotuję się do sezonu tak, jak bym chciał – nie pozwoliłby mi na to przede wszystkim kręgosłup. Do dziś odczuwam lekki dyskomfort z powodu tego pękniętego dysku. Jak tylko wezmę się za większe ciężary to na drugi dzień czuję lekki ból.
A ja nigdy nie chciałem być takim kolarzem, który byłby w peletonie średniakiem. Chciałem ścigać się do momentu w którym było mnie jeszcze stać na meldowanie się w ścisłej czołówce na mecie.
Chciałem zakończyć karierę, jako zawodnik na którego drużyna może liczyć i jest z niego zadowolona. Takim, który dostaje kontrakt dlatego, że przydaje się kolegom z drużyny, a nie dlatego że kiedyś coś tam wygrał. Dlatego uznałem, że wiek 39 lat – to moment, w którym z czystym sumieniem mogę zakończyć karierę.
No tak, tym bardziej, że zacząłeś bardzo młodo. Wyszło na to, że w zawodowym peletonie prześcigałeś się 20 sezonów.
Zdecydowanie, wyszło idealnie. Darek Banaszek jeszcze mi oferował kontrakt na kolejny rok. Chciał, żebym dalej u niego jeździł, ale odmówiłem. Zacząłem się z żoną zajmować trenowaniem, bo już jako zawodnik dostawałem prośby od zawodników, którzy chcieli ze mną skonsultować swoje plany treningowe. Po zakończeniu kariery miałem na to wreszcie czas, stworzyliśmy firmę S.R.C (Szafraniec Rutkiewicz Coach) i razem z Anią powoli zaczęliśmy zajmować się szkoleniem.
Dość szybko Darek Banaszek zadzwonił jeszcze raz. Tym razem z pytaniem, czy mógłbym zostać u niego dyrektorem sportowym. Od razu się zgodziłem. Znałem chłopaków, więc mogłem z marszu dołączyć do drużyny i rzeczywiście dość szybko się tam na nowo wprowadziłem.
Myślisz, że jeszcze kiedyś będziesz chciał objąć podobną funkcję? Wciąż jesteś dyrektorem sportowym PZKol [rozmawialiśmy w październiku. Wtedy Rutkiewicz był jeszcze dyrektorem – przyp. red.], ale domyślam się, że twoje obowiązki są tutaj zupełnie inne.
Zdecydowanie. Ta sama jest tylko nazwa. W klubie dyrektor wykonuje pracę logistyczną – tu zajmują się tym koordynatorzy. To oni znajdują, w porozumieniu z trenerami hotele itd. Dyrektor tutaj m.in. dzieli budżety na poszczególne grupy szkoleniowe, wybiera trenerów, konsultuje i akceptuje z nimi akcje szkoleniowe, akceptuje składy kadry i przedstawia zarządowi (który o wszystkim decyduje) i wieloma innymi sprawami związanych ze szkoleniem
Poza tym, te ostatnie lata, które spędziłem w PZKol bardzo różniły się od tego, jak powinna wyglądać praca dyrektora. Miałem być skupiony na szkoleniu. A ja byłem skupiony na tym, żeby trenerzy od początku roku mieli finanse. Żeby w ogóle były jakieś finanse. Żeby dograć stroje. Załatwić sponsorów, poprzez jakieś swoje prywatne kontakty. Niestety w obecnej sytuacji związku, rola dyrektora sportowego jest zgoła odmienna od tej zakładanej, ponieważ dochodzi masa innych ważniejszych problemów.
W teamie to wygląda zupełnie inaczej. To jest praca przede wszystkim na wyjazdach. Przed każdym wyjazdem trzeba dograć logistykę – zarezerwować hotele, ustalić plan wyjazdu z obsługą, co zabrać, gdzie, kiedy i jakim autem odebrać zawodników którzy na wyścig dolatują samolotem. A na samym wyścigu to już zabezpieczenie kolarzy. Moim największym wyścigiem w roli dyrektora sportowego był Tour de Slovenia. Wyścig Pro Series. Trzeba było ogarnąć ciężarówkę, autobus, dwie osobówki i sześciu ludzi z obsługi i samemu tak wszystko poukładać, żeby fajnie grało.
Tamten sezon w Mazowszu sprawił mi mnóstwo frajdy, ale uznałem, że bardziej jestem potrzebny w PZKol. Jeszcze jak byłem u Darka Banaszka dyrektorem sportowym, to Darek zgłosił mnie do zarządu PZKol. Niedługo później Wacław Skarul zrezygnował z pozycji dyrektora sportowego i grono chętnych zamykało się na Adrianie Kurku, który w pierwszym konkursie nie spełnił stawianych wymagań. W drugim wiedziałem, że znów startuję, ale po rozmowie z Grzegorzem Botwiną [ówczesny prezes PZKol – przyp. red.] uznałem, że też się zgłoszę. Może gdybym wiedział, że zgłosi się Jacek Kasprzak, to bym odpuścił, ale on zrobił to dopiero na dwa dni przed zakończeniem konkursu, gdy ja już miałem przygotowany komplet dokumentów, łącznie z opracowaną koncepcją pracy na stanowisku dyrektora – nad którą spędziłem trochę czasu.
Myślałeś o tym, żeby wrócić kiedyś do pracy w zespole kolarskim?
Jak najbardziej. Już jak byłem w Wibatechu, to się nad tym zastanawiałem. Wtedy w ogóle na poważnie myślałem o tym, żeby po karierze założyć własną drużynę kontynentalną. Niestety bez sponsora ani rusz, a przecież wiemy, w jakich sytuacjach są teraz polskie firmy. Do tego nie pomaga im ta cała otoczka medialna, która jest wokół PZKol.
Ale próbowałem jeszcze jako zawodnik Wibatechu, a później, już w Mazowszu, miałem nawet umówionego jednego sponsora – zabrakło tylko drugiego, który by to spiął. Dopiero jak byłem w PZKolu, to temat się trochę rozmył, ale… nie poddaję się. Teraz wraz Górą Kawiarnią pracujemy nad projektem stworzenia pierwszej w Polsce grupę masters z prawdziwego zdarzenia – takiej, w której zawodnicy będą mieli zaplecze jak w grupie continental i będą mogli czerpać profity będąc jej członkami. Można będzie też wykupić abonament na starty m.in. w Amstel Gold Race, Paryż-Roubaix, Strade Bianche i w wielu innych wyścigach dla amatorów. Na takie starty naszym podopiecznym zapewnimy kompletną obsługę. Zawodnik niczym nie będzie musiał się martwić – kupiłby sobie tylko bilet lotniczy, a na miejscu będzie czekał na niego rower, obsługa itd. Całą logistyką startu zawodnika zajmie się team. Nad tym projektem myśleliśmy już od dłuższego czasu, dlatego jest przemyślany i już mocno zaawansowany, więc można się spodziewać że niebawem ujrzy światło dzienne.
Nie jest też powiedziane, że przy tym nie powstanie za jakiś czas ekipa kontynentalna. Bo przecież ci amatorzy to często są ludzie związani dużymi firmami, którzy może kiedyś będą chcieli zasponsorować taką grupę. To byłoby naprawdę kapitalne, gdyby udało się znaleźć kolejnego pasjonata kolarstwa , który wszedł by w taki projekt – kogoś, kto finansował by to polskie kolarstwo. W obecnej sytuacji wiadomo, że nikt nie przyjdzie tutaj z zewnątrz, z myślą, że to dobry sposób na reklamowanie swojej firmy. Potrzebujemy pasjonatów. Im ich więcej, tym lepiej.
17 startów Marka Rutkiewicza w Tour de Pologne* |
||
| Rok | Miejsce w klasyfikacji generalnej | Inne sukcesy |
| 2019 | 60 | |
| 2018 | DNF | |
| 2017 | 19 | |
| 2016 | DNF | |
| 2015 | 61 | |
| 2014 | 11 | |
| 2012 | DNF | |
| 2011 | 10 | |
| 2010 | 7 | |
| 2009 | 6 | klasyfikacja górska |
| 2008 | 10 | |
| 2007 | DNF | |
| 2006 | 4 | |
| 2005 | 8 | |
| 2004 | 4 | wygrany etap |
| 2003 | 5 | |
| 2002 | 3 | klasyfikacja punktowa |
*Marek Rutkiewicz jest rekordzistą, jeśli chodzi o liczbę startów w Tour de Pologne.









Szmyd nigdy nie był mistrzem taktyki. Aż dziw że został dyrektorem sportowym.
Marek bardzo fajny chłopak w peletonie zawsze uśmiechnięty pozdrowienia z Grodziska Maz
Ten wywiad tylko potwierdza kim był Wadecki, bardzo nie lubiany jako zawodnik, a jeszcze gorszy jako dyrektor sportowy, totalne zero z podejściem do zawodników!