Nigdy nie jeździł w World Tourze, choć w drugiej dywizji spędził niemal całą karierę. Mimo to, Bartosz Huzarski był jedną z najjaśniejszych postaci w polskim kolarstwie przełomu pierwszej i drugiej dekady tego wieku. W pierwszej części wywiadu wieloletni kolarz dzisiejszego Red Bull-BORA-hansgrohe opowiedział m.in.:
- … jak w kwartał nauczył się dwóch języków (pomimo braku talentu do ich przyswajania).
- … o trudnych początkach dzisiejszego Red Bull-BORA-hansgrohe. … o straconej szansie na World Tour.
- … o straconej szansie na World Tour.
W poprzedniej części wywiadu Bartosz Huzarski opowiadał nam o swoich kolarskich początkach, a także o trudach ścigania się w polskich ekipach z początku tego stulecia. Chroniczny brak funduszy i idące za tym trudności z pokrywaniem pensji kolarzy to coś, co mogło zniechęcić do kontynuowania przygody z tą dyscypliną sportu, jednak “Huzar” się nie poddawał – Po prostu liczyłem na to, że przyjdzie walec i wyrówna – opowiadał nam zwycięzca etapowy Wyścigu Pokoju z 2003 roku.
I co, walec, o którym mówiłeś, rzeczywiście wyrównał, gdy podpisałeś kontrakt we Włoszech?
Właściwie to nawet jeszcze nie wtedy. Dopiero jak przeszedłem do NetAppu. Dopiero tam dostałem jakieś w miarę normalne pieniądze. W ISD były one zdecydowanie mniejsze. Miałem tam jednak świetne perspektywy – dużo większe niż wcześniej. Grupa była dobrze zorganizowana, włosko-ukraińska. Dom we Włoszech, zupełnie nowe treningi, zupełnie nowy sprzęt. Nowe wyścigi, nowi ludzie… a w ciągu kwartału musiałem się nauczyć dwóch języków!
Udało się?
No udało się. To był sukces. Tak samo, jak to, że w ISD wypłacono mi wszystkie pensje – tylko pensje, bo premie już niekoniecznie. Na koniec okazało się też, że skasowali mnie za dom, w którym mieszkaliśmy, ale ja wtedy powiedziałem. Nie mówili mi tego na początku, więc nie było to fair z ich strony, ale zapłaciłem, bo… tak naprawdę nie czułem się stratny. Wiedziałem, że więcej na tym ruchu zyskałem, niż straciłem. To, żeprzeprowadziłem się do Włoch, było dobrą decyzją.
Bardzo dobrze wspominam tamten czas. Mieszkałem na szczycie góry San Baronto, więc każdy trening kończyłem podjazdem – wjeżdżało się tam od trzech stron. Albo od Lamporecchio – 2,5-kilometrowym bardzo stromym podjazdem, albo dłuższym 5-kilometrowym od Pistoii, albo od Vinci – miejscowości, w której urodził się Leonardo Da Vinci. To był podjazd, który ciągnie się przez 10, może 11 kilometrów, ale jest na dużą płytę. To oznaczało, że nawet jeśli jechałem na przejażdżkę, musiałem pokonać jakiś dłuższy podjazd – także dlatego zrobiłem tam ogromny progres. A w drugim roku wynajęliśmy sobie z kolegami własny dom, gdzie mieszkaliśmy na swoich warunkach, we trzech i było super.
A który z tych trzech podjazdów lubiłeś najbardziej jako kolarz?
Na pewno każdy z nich miał w sobie coś pięknego, choć… tego od Lamporecchio nie jeździłem, bo był zbyt stromy. Ten od Vinci był fajny, bo tam często
trenowaliśmy za samochodem, a sam też robiłem sobie tam też krótkie tempówki. A ten podjazd od Pistoii też był spoko. Jednak nigdy szczególnie się do nich nie przywiązywałem.
Trzeba było którymś wrócić, to wracałem tym, na który akurat padło.
A to, na który podjazd padło wynikało też w jakiś sposób z treningu, który w danym momencie wykonywałeś?
W zasadzie to nie. Jak miałem do zrobienia jakieś ćwiczenie, to często zostawiałem je sobie na tę górę, ale raczej było mi wtedy obojętne, od której strony ją podjadę. Tak samo było wtedy, gdy chciałem po prostu dotrzeć do domu. Człowiek sobie wtedy po prostu jechał z nogi na nogę. I czy jechałem 10 minut, czy 20, nie miało już żadnego znaczenia. Po prostu trzeba było dojechać.
A sam system treningowy w tej ekipie był fajny. Ona wywodziła się z „diletantów”, czyli młodych amatorów – to tacy trochę orlicy. Ci amatorzy, tak jak później my, mieszkali w tym San Baronto, a jak tworzyli grupę dla zawodowców, to zarządzili, że wszyscy kolarze i inne osoby zatrudnione w ekipie muszą mieszkać w promieniu 30-40 minut jazdy samochodem od tego miejsca.
Chodziło przede wszystkim o sprawy logistyczne – łatwiej było się wybrać na zawody, a po drugie, kwestie treningowe. Czasami pijesz sobie rano kawę, jesz śniadanie i dopiero dowiadujesz się SMS-em: “Dzisiaj o 10 spotykamy się na Piazza San Baronto i jedziemy na trening”. I przyjeżdżała cała drużyna! Dwa samochody, rowery zapasowe itd. Czasami powiedzieli dzień wcześniej, czasami nie, ale było bardzo spoko.
Fakt, to było trochę narwane, niezorganizowane i dziś by na pewno nie przeszło, bo ekipy planują wszystko na miesiąc do przodu. Ale to pomagało przy selekcji na kolejne wyścigi. Do tego trzonu, złożonego z zawodników, którzy mieli już dany wyścig zaplanowany i pod niego się często przygotowywali, dobierano kolarzy właśnie na podstawie tych treningów.
Trenerzy, dyrektorzy sportowi patrzyli na to, kto jak tam wyglądał na sprintach, na podjazdach, przy rozprowadzaniu, a później na podstawie tego podejmowali decyzje.
Tak, lubiłem te grupowe treningi. Jeździłem na nie często z Ukraińcami, z którymi mieszkałem. Był z nami też jeden gość odpowiedzialny za treningi. Później od włoskiej strony mieliśmy też jednego trenera, który gdy tylko mieliśmy potrzebę treningu za samochodem (a robiliśmy ich wtedy zawsze bardzo dużo), to też zawsze był pod ręką, o danej godzinie, w określonym miejscu. Pamiętam, że zawsze bezkolizyjnie się jechało przez te skrzyżowania, więc przez dwie godziny jechaliśmy z tą prędkością 60 km/h, a później robiliśmy już swoje.
A co wam dawały te treningi za samochodem?
Przede wszystkim rytm i prędkość. I Czucie roweru na tej prędkości. Zupełnie inne waty kręcisz, gdy schodzisz do tyłu lub na chwilę złapiesz wiatr. Przede wszystkim dawało to jednak takie rozpędzenie nogi na dużej prędkości, co naprawdę przydaje się, gdy jedziesz w peletonie. Teraz, jak sam szkolisz młodych zawodników, to też macie regularnie takie treningi? Chłopaki jeżdżą za skuterem. Mamy do dyspozycji dwa – jeden klubowy, drugi Michała Wrony i nawet teraz, przed Tour de Pologne [wywiad przeprowadzaliśmy w przededniu ostatniego etapu tego wyścigu – przyp. red.] junior chłopaki mieli taki trening.
Ten dobry rytm jest potrzebny, żeby poradzić sobie na dużej prędkości. Jak cały czas na treningach jeździsz 30 km/h, to później, jak nagle pojawi się 40 km/h, to czujesz takie: “O ja cię, ale szybko. 40 jadę”. To są zupełnie inne odczucia. A jak jeździsz dużo za skuterem czy samochodem, to później przychodzi wyścig, peleton przyspiesza, jedziecie 50 km/h i myślisz: “No dobra, to jedziemy tak.” To nie jest żadne wielkie halo.
I jak często to robicie?
W takich blokach – np. przez trzy tygodnie-miesiąc chłopaki jeżdżą na taki trening przynajmniej raz w tygodniu. I dzięki temu w pierwszej fazie sezonu mają za sobą 4-6 takich przejazdów, a później, przed ważniejszymi wyścigami, dokładamy im jeszcze kolejne. Wy to też mniej więcej tak robiliście? Mniej więcej. Też raz w tygodniu, choć głównie wiosną. To była raczej norma, nawet w Sobótce miewaliśmy takie treningi, tylko że najczęściej za busem, czasami za osobówką. I jeździło się tak w każdym terenie – i po górach, i po płaskim. Żeby wyjść ze strefy komfortu i trochę tę nogę napędzić.
A wracając do ISD. Skąd ta włosko-ukraińska tożsamość ekipy?
Z Ukrainy pochodził sponsor – ISD. To była kompania metalurgiczna z Doniecka. Co ciekawe, jakieś udziały miała tam też Huta Częstochowa. I ty tam trafiłeś głównie za sprawą tych polskich udziałów? Ekipa miała mieć Polaka w składzie? Dyrektorem sportowym tej ekipy był Bogdan Bondariew, który jeździł ze mną przez wiele lat w Intelu.
On chciał stamtąd w ogóle wziąć dwóch chłopaków, tylko takich, o których wiedział, że nie będzie z nimi problemów wychowawczych, a jednocześnie będą zasuwać. Tylko że wtedy wybuchł ten globalny kryzys finansowy z 2008 roku, przez co metalurgiczny i budowlany biznes padł. Sponsor miał więc problemy, jednak ekipę udało się na szczęście jakoś uratować.
Niestety, zmniejszyli liczbę zawodników i ostatecznie z Intelu do nich miał przejść tylko jeden. Nie miałem żadnego wpływu na to, że będę to ja, ale później starałem mu się jakoś odwdzięczyć za to zaufanie i jeździć później jak najlepiej.
Chyba się to udało. Swój najlepszy moment miałeś chyba w 2010, gdy tydzień po tygodniu wygrywałeś etapy dwóch włoskich wyścigów.
No tak – to było na Settimana Coppi e Bartali i „Bergamasce” – dwa zwycięstwa w ciągu czterech czy pięciu dni. Ale to nie były tylko te zwycięstwa. Dużo pomagałem Viscontiemu, który był gwiazdą naszej ekipy… generalnie bardzo szybko piąłem się w tej zespołowej hierarchii. Na początku, jak tam przychodziłem, to oni wszyscy podchodzili do mnie na takiej zasadzie:
“A, przyszedł tu jakiś chłopak z Polski”, byłem gdzieś zawsze na końcu i na końcu. Ale pojechałem na jeden wyścig, drugi, trzeci. Oni widzieli, że sobie dobrze radzę. Dzięki temu błyskawicznie zacząłem jeździć z pierwszym składem, choć na samym jego końcu. Później zacząłem jeździć z tymi Włochami… Widziałem, że mnie zaakceptowali, bo raz, że zacząłem mówić po włosku, dwa, że mieszkaliśmy blisko siebie i takiego Viscontiego, to często spotykałem na treningach.
A później tak jak Grivko i Grabowskyy jeździli razem, tak ja byłem właściwie nierozłączny z Viscontim. Udało nam się wygrać kilka wyścigów, tak że zrobiłem duży przeskok już w tym pierwszym roku. Już po kilku miesiącach pobytu w ekipie pojechałem na Giro d’Italia. Wiosna była dobra, bo dużo siedziałem we Włoszech, sprawdziłem się, a po Giro było już z górki, bo tam poszło mi dobrze, choć łatwo nie było…
Już na tym pierwszym Giro d’Italia miałeś okazję do zabierania się w odjazdy?
O to z zasady było ciężko, bo to jednak wielki tour. Poza tym były te “team orders”. Trzeba było robić swoje. To był też mój pierwszy grand tour. Olbrzymie przeżycie, nie było wiadomo, jak zareaguje mój organizm. Trzeba było ostrożnie szafować swoimi siłami. Źle nie było, ale jednak było mi ciężko. Zwłaszcza w środku miałem gigantyczny kryzys.
Na szczęście pod koniec trochę odżyłem. Byłem chyba w dwóch odjazdach, raz nawet pojawiła się okazja, żeby powalczyć o etap, ale że wszystko postawiliśmy na Giovanniego Viscontiego, to szansa przepadła.
A co się dokładnie wydarzyło?
Mówiłem, że było trudno się zabierać w odjazdy? Naprawdę tak było. Tylko czasem jest tak, że próbujesz się zabrać w odjazd raz, drugi – nie udaje się, a później jakoś z przypadku znajdujesz się przed peletonem. Tak było także wtedy. Po prostu ktoś ruszył prawą stroną, ja za nim, żeby nie zrobiła się luka i nagle odjechaliśmy w czwórkę. Miałem mega dobre nogi, ale nie pozwolili mi pracować. Różnie mogło się to skończyć, ale już nigdy się tego nie dowiemy, co by było gdyby. Generalnie to Giro dało mi dużo pewności siebie. Wiedziałem już, z czym to się je.
A w tamtym roku opłaciło się to stawianie na Viscontiego?
Taka drużyna jak nasza na takim wyścigu nie walczy o wielkie cele. Walczy o “pierdoły”. O jakieś Intergiro, o jakieś premie itd. Visconti nie był zawodnikiem na “generalkę”, Cioni też, bo był za stary, więc próbowali walczyą na etapach, a reszta miała im – szczególnie Viscontiemu i Grivko pomagać. Wtedy się to nie udało, choć kilka razy był blisko, ale to tak działa. Jak jesteś taką ekipą jak my, to po prostu bierzesz, co ci wyścig daje. W NetAppie było później podobnie.
Tam takim kolarzem, któremu się pomagało był chyba Leopold Konig, prawda?
No tak. Jak się na niego stawiało, a on czuł, że ma dobre nogi, to zawsze zrobił dobry wynik. Potrafił wygrywać etapy na Vuelcie czy w Kaliforni. Na Tourze też mu dobrze poszło…
No tak, był 7. w klasyfikacji generalnej.
No właśnie. Na Vuelcie też był wysoko. Może nie do końca było to widać, ale miał duży potencjał.
A co się z nim później stało?
Miał chyba jakąś kontuzję, a później zniknął. Jeździł w Ineosie, a później wrócił do Bory i tam zaczął strasznie chorować. Skończył kontrakt i dał sobie spokój, a teraz organizuje u siebie, w regionie Sazka Tour. Tam go widzę, bo gdy wyścig się odbywa, on zawsze uruchamia się w social mediach.
A jak to się stało, że tak szybko zacząłeś mówić po włosku? To było trudne?
Generalnie ja teraz po włosku szczególnie dobrze nie mówię, bo trochę słówek pozapominałem – tak się często dzieje, gdy przestaje się używać języka. A wtedy kupowałem sobie rozmówki polsko-włoskie i z tego uczyłem się krótkich zdań. Dodatkowo bardzo często byłem w pokoju z Denysem Kostyukiem, który już od paru lat jeździł już we Włoszech, więc trochę przy okazji poduczył mnie i rosyjskiego, i włoskiego.
A chyba najwięcej zyskałem, jak na samym początku pierwszego sezonu pojechałem z drużyną na wyścig do… Malezji, gdzie później zostaliśmy jeszcze na tydzień, żeby wystartować w kryterium w Singapurze. Zostałem tam wtedy z samymi Włochami. Było tam tylko dwóch kolarzy i masażysta. Siedziałem tam z nimi cały czas i oni mnie bardzo dużo nauczyli. Non-stop męczyli mnie tym włoskim, gadaliśmy i to był ten czas, gdy bardzo dużo załapałem. Później wróciłem do domu, jeszcze trochę się podszkoliłem i jak już pojechałem na Giro d’Italia, to mówiłem po włosku całkiem nieźle.
Czyli ty rosyjskiego też się nauczyłeś?
Nie piszę, nie czytam, ale się dogadam. Jestem w stanie porozmawiać za pomocą takiego podstawowego rosyjskiego – trochę żałuję, że bardzo dużo zapomniałem. Wtedy musiałem się go nauczyć, żeby się dogadać z częścią Ukraińców – jak widać trzeba było nauczyć się dwóch języków. A ja jeszcze wtedy dość słabo znałem angielski.
Na szczęście w ekipie był wtedy Ian Stannard, który był u nas jedynym anglojęzycznym zawodnikiem. Ja, Dario Cioni i chyba Proni rozmawialiśmy sobie po angielsku ze Stannardem. Ale żeby porozumieć się z resztą Włochów, włącznie z dyrektorami sportowymi, trzeba było mówić po włosku. A żeby dogadać się z ukraińsko-rosyjską częścią – trzeba było mówić po rosyjsku (choć był tam jeden menedżer, który rozmawiał trochę po polsku).
Mieliśmy tam taki spory miks i żeby się z każdym dogadać, to trzeba było się trochę natrudzić. Ale myślę, że to wyszło mi na plus, bo zacząłem nagle regularnie używać trzech różnych języków. A wiesz, jak to jest z językami – jak się ich nie używa, to nie mówisz. Musisz zacząć z niego korzystać, a ja miałem taką możliwość. Włoski jest też bardzo intuicyjny, a jak znasz, choć trochę, angielski, to niektóre słówka są tam podobne. Szybko łapie się to ze słuchu – gorzej, jak trzeba samemu coś powiedzieć, bo są te wszystkie odmiany itd. – zawsze miałem problem z oceną tego, w jakiej formie co odmienić. Natomiast gdy mówili to inni, to myślałem sobie: “Kurde, jakie to jest proste!”.
A po zakończeniu tej przygody we Włoszech, lepiej mówiłeś po włosku czy po angielsku?
Po włosku – zdecydowanie. Angielskiego tak porządnie, to nauczyłem się dopiero w NetAppie. Tam używaliśmy tylko angielskiego i… polskiego – z Czarkiem [Benedettim – przyp. red.]. Z nim rozmawialiśmy po polsku, bo z kolei jemu zależało, żeby się nauczyć naszego języka.
A po niemiecku – nic. Tyle lat jeździłem w niemieckiej ekipie, z wieloma Niemcami, a po niemiecku do dziś nie potrafię powiedzieć ani słowa. A miałem takie plany, żeby się go nauczyć, ale nigdy nie mogłem się do tego zmusić. Bardziej podoba mi się hiszpański – tego języka w ostatnich latach czasami, trochę falami, bez większej systematyczności, uczę się na Duolingo, bo często jeździmy na zgrupowanie do Hiszpanii – na Majorkę, Calpe itd. Do tej pory potrafiłem się tylko przedstawić, zamówić coś prostego i tyle, a chciałbym umieć trochę więcej. Podoba mi się ten hiszpański, tym bardziej, że jest tam trochę słów zapożyczonych z włoskiego, więc jakbym się tak całkiem przyłożył, to pewnie szybko by mi poszło.
Tak generalnie, masz talent do języków?
Myślę, że nie – gdyby tak było, na pewno mówiłbym teraz po rosyjsku, włosku czy angielsku dużo lepiej. Mam słabą pamięć – to jest problem. Pewnie gdyby nie to, byłoby mi łatwiej. W językach przecież od pamięci zależy naprawdę dużo – to właściwie podstawa.
NetApp już wtedy był ekipą, która pod względem organizacyjnym przewyższała wszystkie poprzednie drużyny, w których się ścigałeś?
To zależy pod jakim względem. Jeśli chodzi o zorganizowanie drużyny i finansów – na pewno tak. Natomiast… Ralph Denk zawsze mówił: “Daję wam wszystko najlepsze, na co mnie w danym momencie stać. I tylko tyle – nic więcej”. Z tego wynikało choćby to, że nie mieliśmy autobusu, który był np. w ISD. Tylko że ISD mogło zakończyć sezon z bardzo ujemnym bilansem i nikt się tym nie przejmował. W drużynie Denka to było nie do pomyślenia.
Czyli ta ekipa po prostu się nie zadłużała?
Nie, oni mieli budżet, którego się po prostu trzymali. Jak na coś nie było pieniędzy, to po prostu się tego nie kupowało i trudno. A Włosi zawsze mówili: “Nie ma pieniędzy? No to trudno! Kupujemy, może się znajdą”. Przez to czasami komuś na koniec brakowało – choć podkreślam, że na szczęście mi akurat nie brakło. Jednak być może, gdyby nie takie podejście, dostałbym na koniec wszystkie premie.
NetApp był wtedy młodą drużyną – istniał od roku.
Tak, na początku to była kontynentalna grupa, ale kiedy ja tam przyszedłem byli już w drugiej dywizji. Od początku mieli olbrzymie ambicje – gdy mi o nich powiedzieli podczas rozmowy “kwalifikacyjnej” to się uśmiechałem pod nosem trochę. Jak spotkałem się z Ralphem Denkiem nad jeziorem Garda, żeby porozmawiać w kwestii wzmocnień, to mi powiedział, że w przyszłym roku chce pojechać w Giro d’Italia.
Ja się wtedy uśmiechnąłem i powiedziałem: “Wiesz, no jestem w ISD. Jeździliśmy na Giro. Wiem, gdzie tamta drużyna jest, jakich ma zawodników, jakie ma wyniki, jakich ma mechaników, jakie ma zaplecze sprzętowe. Ale myślałem sobie: “Kurcze z czym do ludzi, jakie Giro, ale ok, ważne, żeby na koniec zapłacili dobry kontrakt” – bo to już był ten wiek, w którym musiałem o takich kwestiach powoli myśleć. Ważne, żeby jeździć na wyścigi, żeby mieszkać bliżej domu… A tutaj nagle w styczniu przyjeżdżamy na Majorkę, organizatorzy ogłaszają, kto dostaje dzikie karty na Giro d’Italia, a tam NetApp.
Jak to się działo?
W zasadzie to na Giro wystarczyło zapłacić i mieć dobry marketing – w peletonie wszyscy o tym wiedzieli. Zapłaciłeś za start, wystąpiłeś w kilku innych wyścigach typu Mediolan-San Remo, Tirreno-Adriatico itd. Do tego NetApp miał wtedy świetny marketing, który robił genialną robotę… no i na pewno sponsor główny zaproponował jakieś wsparcie dla organizatora.
Dzięki temu drużyna mogła pojechać, nawet mimo tego, że Włosi w zasadzie wtedy nie wiedzieli, czym ten NetApp w ogóle jest. Dopiero po ogłoszeniu dzikich kart na łamach La Gazzetta dello Sport ukazał się o drużynie artykuł, ale bardziej na temat tego, jaka jest przyszłość tej drużyny, a nie kto tam jeździ i co wygrał. Bo tam żadnych wielkich gwiazd nie było – tak naprawdę ja byłem tam jednym z lepszych zawodników, z czym, szczerze mówiąc, czułem się trochę dziwnie. Prawda jest przecież taka, że na tle zawodników jeżdżących w pozostałych drużynach, jestem nikim.
Mimo wszystko – ta ekipa całościowo zrobiła na mnie naprawdę olbrzymie wrażenie. Zobaczyłem, że ci ludzie naprawdę mają wizję. Powiedzieli: “Jedziemy Giro!” to pojechaliśmy Giro. Powiedzieli: “Staramy się o Vueltę” – pojechaliśmy na Vueltę. A jak załatwili Tour de France, to już było w ogóle mistrzostwo świata. Chociaż nie, bo jak w takim razie nazwać to, co wydarzyło się później. Najpierw awans do World Touru, a teraz dołączenie do najbogatszych drużyn na świecie.
Załatwienie Red Bulla na sponsora drużyny – to dopiero niesamowite osiągnięcie. Za to naprawdę należy się wielki szacun. Ralph generalnie już wcześniej miał jakąś testową grupę – sponsorowaną przez SRAM ekipę MTB. Od lat ma grupę juniorską – Auto Eder Team, która stoi na naprawdę wysokim poziomie. A teraz zrobią ekipę U23 [dyrektorem sportowym będzie tam Cesare Benedetti – przyp. red.]. Teraz mają naprawdę wszystko.
Tak, to niesamowite, jaką drogę udało im się przejść.
Wiesz, na pierwsze Giro pojechaliśmy bez autobusu. Oni chcieli tam pojechać dwoma kamperami, bo akurat mieliśmy dwa kampery. Ja im mówię: “Jak to dwoma kamperami? To niepoważne. Załatwcie autokar”. Nie udało im się to, więc ściągnąłem im go z Włoch, z ISD, bo tam akurat mieli dwa.
Zadzwoniłem do Lucka Scinto, powiedziałem mu – Weźcie nam wypożyczcie autobus na Giro d’Italia. Wy przecież nie jedziecie – a prawda jest taka, że oni nie pojechali trochę przez nas, bo my zajęliśmy ich miejsce. On się jednak zgodził, bo wiedział, że mogą zarobić za to spore pieniądze. I tak pojechaliśmy na Giro autokarem ISD – tylko odpowiednio go poobklejaliśmy barwami NetAppu. Sam widzisz, że to była mała grupa i tym bardziej należy im się szacunek za dotarcie do tego miejsca, w którym są obecnie.
A jak tam trafiłeś?
Pod koniec sezonu, na jakimś wyścigu w Holandii zgadałem się z Erikiem Baumannem. Znaliśmy się. Jesteśmy w podobnym wieku, prezentowaliśmy podobny poziom sportowy, więc ścigaliśmy się na podobnych wyścigach. Nie mieliśmy może jakiegoś super kontaktu, ale mieliśmy niezłe relacje. Wtedy jakoś tak wyszło, że zaparkowaliśmy samochody obok siebie, więc zaczęliśmy rozmowę – normalnie, jak to podczas wyścigu. W pewnym momencie zapytałem go:
– Nie szukacie może kolarzy? Bo ja chyba będę zmieniał drużynę.
– Zapytam i dam Ci znać. Wyślij mi numer, a ja go przekażę dalej.
Dyrektor sportowy zadzwonił do mnie dość szybko. Opowiadał, że się cieszy, że jestem zainteresowany. Że im pasuję charakterystyką. Że obserwują mnie od dłuższego czasu, że szukają takiego kolarza jak ja itd. Spotkałem się z menedżerem, on mi przedstawił cały projekt, bo ja też niewiele o nim wiedziałem. Dogadaliśmy warunki i jakoś to poszło.
Czyli oni też myśleli o tobie, zanim się do nich zgłosiłeś?
Na pewno kojarzyli mnie z wyścigów. Tam dyrektorami byli Heppner i Poitschke – jak oni kończyli, to ja zaczynałem, więc nasze drogi w pewnym momencie się przecięły. A czy rzeczywiście o mnie myśleli, to ze stuprocentową pewnością nie mogę powiedzieć. To przecież ja się zgłosiłem do nich. Pasowałem charakterystyką, powiedziałem, że chcę do nich przyjść, co pewnie też ich trochę podbudowało, a na pewno było dla nich miłe.
Dostawałeś tam na początku lepsze pieniądze, niż w ISD?
Tak, od samego początku miałem lepsze warunki.
A wnioskując po tym, co mówiłeś wcześniej, były to pewniejsze pieniądze…
No tak. Do tego premie, dom, za który nie trzeba było płacić. Do tego miałem taki warunek, że na wyścigi latam z domu – to też nie był dla nich problem. Oczywiście tylko wtedy, gdy była dłuższa przerwa między kolejnymi zawodami. Bo tak, to przyjeżdżałem autem do Belgii, i stamtąd jeździłem na kolejne wyścigi.
Dom, czyli Sobótka?
Tak, cały czas mogłem tam mieszkać.
Jeździliście wtedy jeszcze na polskie wyścigi, prawda?
No tak, byliśmy na “Solidarce”, gdzie w barwach NetAppu wygrałem etap, byliśmy na “Grodach”, gdzie “generalkę” wygrał Janek Barta. Klasyków wtedy zbyt wiele w Polsce nie mieliśmy, ale na etapówki jeździliśmy regularnie. Jak widać dobrze nam szło. Ale startowaliśmy też w większych wyścigach. Munsterland Giro, Rundfahrt Koln, Eschborn-Frankfurt… trochę ścigaliśmy się we Włoszech no i w Belgii oraz Holandii, bo tam mieliśmy blisko, więc logistycznie takie wyjazdy tej drużynie pasowały. Dostawali wtedy zaproszenie, my tam startowaliśmy i mieszkaliśmy w domu teamowym, więc odchodziły koszty hotelu.
Najważniejsze były pewnie jednak wielkie toury. To wtedy wielu Polaków poznało cię jako walecznego harcownika. Jak wspominasz tamte wyścigi?
Dobrze, choć oczywiście najlepiej Tour de France. Na wielkich tourach generalnie jest ciężko, ale tam było zdecydowanie najciężej. To jest “najgłupszy wyścig na świecie!”. Przede wszystkim jest tam strasznie nerwowo – do kwadratu, porównując z pozostałymi wyścigami. Ale sama oprawa, otoczka, organizacja… to jest jakiś kosmos.
A najfajniejsza była z tego wszystkiego Vuelta. Tam były krótkie, dynamiczne etapy. Czasami powiało. Nie było tak, jak niekiedy na Giro, gdzie przez trzy-cztery dni z rzędu było 4-5 tys. metrów przewyższenia i cały dzień spędzasz na rowerze. Raz były pagórki, raz góry, raz płaski etap – było jakieś urozmaicenie. I przede wszystkim nie było takiej chorej nerwówówki, jak we Francji.
Kwestia tego, że większość zawodników swoje już w sezonie wygrała?
Albo hiszpański klimat. Tak czy inaczej – atmosfera była bardzo fajna, bardzo przyjazna, a poziom był wyraźnie niższy niż na Tourze czy nawet Giro, więc łatwiej było tam powalczyć. Bo żeby powalczyć na Tour de France, to musiałeś być mega mocny.
Ale to też ci się zdarzało. Na Wielkiej Pętli też bywałeś wysoko na etapach.
No tak – z ucieczek, których nie dogonili albo dogonili w końcówce. Ale tam generalnie każdy walczy o wszystko. Nikt nikomu niczego za darmo nie odda, zawodnicy o etap, drużyny o klasyfikację drużynową – każdy o coś walczy. Cokolwiek tam ugrać – to było mega trudne.
To ciekawe – “drużynówka” też była taka istotna? Z perspektywy kibica wydaje się bardzo trzeciorzędna.
Może i tak, ale potem, na podsumowaniu, jak napiszesz jakiś raport dla sponsora, w którym pojawi się informacja, że byłeś trzecią drużyną na tym wyścigu, to już brzmi dumnie. Sponsor nie musi się wcale znać na kolarstwie, więc pomyśli sobie: “wow” i od razu możesz liczyć na większe pieniądze. Taki Intel w ogóle się nie znał na kolarstwie. NetApp jako firma – też. Z Borą jest już trochę inaczej, bo właściciel sam jeździ na rowerze, obserwuje wyścigi, więc tu już nie ma tak łatwo.
Właśnie, wejście Bory dużo zmieniło?
Dość sporo. Od razu pojawił się jakiś autobus, ciężarówkę wymienili na nową, pojawiło się trochę więcej obsługi, trochę więcej kolarzy, trochę lepsi kolarze, trochę większe wyścigi… Tak, Bora mocno zainwestowała w kolarstwo. Wydawało mi się, że to już jest szczyt ich możliwości, ale znów mocno się pomyliłem.
Generalnie Willi Bruckbauer – właściciel firmy to jest niesamowity wizjoner. Tego typu człowiek, co Ralph Denk. Gdy założy sobie cel, to zrobi wszystko, by ten cel osiągnąć. Dobrze się dobrali – nawet mieli biuro w jednym budynku i tam często rozmawiali o przyszłości zespołu…
Niestety, wtedy gdy zespół trafił do World Touru, okazało się, że dla ciebie miejsca w nim już niestety nie ma. Dużo brakowało, żebyś się utrzymał w składzie?
W zasadzie, to miałem to nawet obiecane. W trakcie Giro d’Italia byliśmy na zgrupowaniu w Livigno [Bora-Argon nie pojechała na tamten wyścig, za to była na dwóch kolejnych wielkich tourach – w obu Huzarski wystartował – przyp. red.]. Był tam manager drużyny i powiedział mi, żebym bardzo spokojnie podszedł do przygotowań. Że nie ma żadnych wątpliwości, że zostanę w tej drużynie.
I pojechaliśmy wtedy Tour de France na “Emu” [Emanuela Buchmanna – przyp. red.], ja tam radziłem sobie całkiem dobrze, a on do mnie zadzwonił tydzień przed Vueltą z informacją
– Sorry, ale przychodzą Majka z Bodnarem i Poljańskim. W ekipie nie ma dla ciebie już miejsca. Nie mogę mieć czterech Polaków w drużynie.
– No super, że teraz mi mówisz… gdzie ja teraz znajdę ekipę? Co ja mam teraz zrobić?
Ja naprawdę czułem, że jeszcze się mogę pościgać, ale chyba trochę podświadomie przygotowywałem się do zakończenia kariery. Miałem już tę akademię HBA dla dorosłych, zespół dla dzieciaków, organizowałem zgrupowania dla amatorów, część osób prowadziłem jako trener…
Dzięki temu to przejście na drugą stronę było bardzo płynne – dwa tygodnie po Vuelcie wiedziałem już, co będę robić w kolejnym sezonie. Wiedziałem już, że nie znajdę ekipy, bo nie miałem żadnej ciekawej oferty. Powiedziałem, że nie chcę się ścigać w Polsce. Stwierdziłem, że kończę karierę, że wystarczy. I tyle. Taki po prostu byłem. Może mógłbym jeszcze pościgać się przez dwa-trzy lata, ale po co? Naprawdę nie chciałem tego ciągnąć na siłę. Nie chciałem skończyć w jakimś małym busiku na jakichś kryteriach. Tym bardziej, że mam co robić. Chciałem rozwijać to co zacząłem. Udaje mi się to i nie narzekam. Zdecydowanie gorzej byłoby, gdybym skończył nagle i później nie wiedział, co robić dalej. To byłoby najgorsze. Ja przestawiłem się w zasadzie z dnia na dzień.
Ale pewnie i tak było ci ciężko.
Najgorzej było w styczniu – w pierwszym tygodniu. Wszyscy zmieniali zdjęcia profilowe. W nowych zespołach, w nowych koszulkach, z pierwszych zgrupowań… a ja siedziałem w chacie… To było takie ciężkie – nagle jakby przestałem być częścią tego wszystkiego.
I pewnie ta myśl – przecież miałem być teraz w World Tourze! Bo pewnie zdążyłeś się oswoić z tym, że w końcu, po wielu latach jazdy w drugiej dywizji pokonasz ten ostatni stopień… Kiedy w ogóle okazało się, że Borę czeka taki skok?
Wewnątrz ekipy mówiliśmy o tym w zasadzie od początku sezonu. A od początku Tour de France mówiliśmy – zresztą nie tylko my, bo też ludzie z innych drużyn, że przychodzi do nas Peter Sagan. Wtedy to było już dogadane
Jak to w ogóle możliwe? On był wtedy u szczytu kariery!
Nie mam pojęcia. To było imponujące. Ale mówiłem ci już. Ralph jest dobrym negocjatorem. Jak ma cel, to go zrealizuje.
Bardzo dobrze o nim mówisz mimo tego, że na koniec potraktowano cię trochę nie fair.
No tak, byliśmy dogadani “na gębę”. Ale też nie jest tak, że zostawił mnie całkiem na lodzie. Zaproponowali mi pracę – nie w drużynie, ale w firmie Bora. Miałbym być przedstawicielem firmy na Polskę. Wcześniej była jedna osoba, a chcieli zrobić trzy – rozbić tą całą działalność na trzy sektory. Byłem nawet na jakichś rozmowach, ale w pewnym momencie powiedziałem sobie: “Bez żartów, przecież nie będę sprzedawał ludziom pochłaniaczy powietrza”. Tym bardziej, że już wcześniej zacząłem robić coś innego. Coś, czego nie chciałem przerywać, a jednocześnie nie chciałem ciągnąć kilku srok za ogon.
Na koniec zapytam o reprezentację Polski – tam też przejechałeś kilka pamiętnych wyścigów – mnie najbardziej zapadły w pamięć mistrzostwa świata z 2013 roku, kiedy bardzo długo uciekałeś.
No tak, tam nie brakowało aż tak dużo. Tam można było dojechać jeszcze jedną rundę, tylko że popełniłem parę błędów. Najpierw pojechałem w bezrękawniku XL bo innych nie było. Więc to na mnie wyglądało jak taki napompowany worek. Jak jechałem sam, w ucieczce, to stawiało taki opór, że głowa mała – to kosztowało mnie bardzo dużo sił. Ale sam też zawaliłem temat jedzenia. Za mało jadłem. Cały czas mocno cisnąłem, było zimno, padał deszcz, a jedzenie było gdzieś pod tym nieszczęsnym bezrękawnikiem. Całkowicie o nim zapomniałem. Nie szło się do tego dostać.
Wtedy, gdy dojechał mnie Visconti, czułem się jeszcze nie najgorzej. Ale później, gdy grupa nas dogoniła – korki mi wywaliło. Wiem jednak, że to się mogło inaczej potoczyć – już wcześniej czułem, że zaczyna mi brakować energii z głodu. Niestety, w kolarstwie jest taka podstawowa zasada: “Jak czujesz, że jesteś głodny – jest już za późno”. Trzeba jeść i pić wcześniej.
Ja wtedy, będąc w ucieczce wcale nie kręciłem bardzo mocnych watów. Po prostu jechaliśmy cały czas mocnym tempem. Runda była bardzo trudna do gonienia, ale przed rundami bardzo mocno pociągnęli Brytyjczycy. Skasowali z naszej przewagi 2-3 minuty, a na koniec okazało się, że nie dało im to absolutnie nic, bo później dosłownie wszyscy wycofali się z wyścigu [Huzarski nie przesadza. To prawda – żaden z ośmiu jadących wówczas we Florencji Brytyjczyków nie dojechał do mety! – przyp. red.]. Kto wie, może gdyby nie to, udałoby nam się dojechać trochę bliżej mety – z pół rundy, może rundę. O medalu nie chcę mówić, bo do tego było daleko…
Ale jakby wszystko poszło dobrze, ucieczka miałaby szansę powodzenia?
No gdyby ci Brytyjczycy nie gonili aż tak wściekle to… peletonowi byłoby naprawdę trudno. Na tej rundzie nie było łatwo odrabiać strat. Było kręto, a choć deszcz już nie padał, to wciąż było mokro… Kto wie, jakby się to skończyło, gdyby nie to i te rzeczy, o których mówiłem – jedzenie i ciuchy…
Od początku planowałeś uciekać?
Ta myśl się pojawiła podczas startu honorowego. Były dwie kraksy i pomyślałem sobie: “Kurde, tu nie ma się nad czym zastanawiać. Tu trzeba iść w odjazd. Inaczej to ja nawet do rund nie dojadę!”. Od razu nas puścili. Choć był początek dnia, to przez deszcz było naprawdę ciemno. W jednej miejscowości nawet automaty zmierzchowe włączyły latarnie, dobrze bo było cokolwiek widać.
A skład ucieczki był fajny. Był tam Barta, którego znałem z NetAppu – był świetnym “koniem pociągowym”. A jak w pewnym momencie zostaliśmy we dwóch, to ja urwałem jego, co było budujące, bo zazwyczaj to on był mocniejszy ode mnie. On wielokrotnie wygrywał tam, gdzie tak jak tutaj trzeba było po prostu mocno jechać, utrzymywać wysokie tempo. Tak że zgubienie go też oznaczało, że mam swój dzień konia. Dziś myślę, że dobrze mi się jeździło w deszczu. Na tym etapie Bergamaski, który wygrałem też padało.
Rok później natomiast głównym bohaterem Polaków (ale nie tylko) byłeś natomiast już nie ty, a Michał Kwiatkowski.
Już samo bycie w tej drużynie – to było coś. Mieliśmy wtedy wszyscy świetny sezon i wielu Polaków pojechało na mistrzostwa świata. Do tego “Kwiatek” był mega zmotywowany i jak jechaliśmy razem w parze na treningu, to mówił mi, że czuje się bardzo dobrze i zamierza walczyć o zwycięstwo.
To było fajne, jak Polacy wyszli do przodu i Włosi zastanawiali się: “Na kogo pracuje Polska” i komu Kwiatkowski będzie potem pomagał – czy Boonenowi, czy komuś innemu. Ale Michał był wtedy kapitalny. Musieliśmy jechać na niego.
Poza tym – dobrze podszedł do tego wyścigu. Jak przejeżdżaliśmy rundy, to on za każdym razem testował TEN zjazd. Wychodził do przodu, zjeżdżał i po prostu się go uczył. Miał ku temu okazję, bo jak my pracowaliśmy, to on był tam z nami, z przodu i jak tylko zaczynaliśmy zjeżdżać, to wyjeżdżał sam na czoło sprawdzał zakręty. A jak później przyszedł ten decydujący moment, to on na tym zjeździe odjechał wszystkim i później nie dał się dogonić.
Wcześniej na treningach nie dało się tego zrobić?
Nie bardzo. My tam przylecieliśmy, zrobiliśmy jeden trening i od razu był wyścig. Raz objechaliśmy całą rundę i tyle. Czasu na więcej nie było. Ale wspomnienia stamtąd mam fajowe. Pamiątkę też – do dziś trzymam tamtą koszulkę z podpisami. Byłem częścią drużyny, która doprowadziła Michała Kwiatkowskiego do pierwszego polskiego mistrzostwa świata zawodowców i jak do tej pory nikt tego sukcesu nie powtórzył. I na razie nie zapowiada się, żeby ktoś to zrobił w najbliższym czasie.
A który wyścig wspominasz najlepiej pod względem indywidualnym?
Tak emocjonalnie, to chyba swój pierwszy Tour de France, a dokładniej jeden moment. Ostatni etap, przejechaliśmy przez Luwr, skręciliśmy w lewo, a później jechaliśmy na wprost Łuku Triumfalnego na Polach Elizejskich, to się prawie popłakałem. Byłem po prostu taki wzruszony, że mi się udało. Udało mi się przejechać najtrudniejszy wyścig na świecie, że jestem w Paryżu. To pamiętam do dzisiaj. I to było coś.
Wiadomo, były jakieś wygrane w Szlakiem Grodów Piastowskich czy “Solidarce”. Były koszulki na Tour de Pologne – to się wszystko fajnie wspomina. Ale tak emocjonalnie, nic nie mogło równać się z tamtym Tour de France. W drugim czy trzecim występie, przyjąłem to wzruszając ramionami, ale za pierwszym razem to uczucie było wyjątkowe.
Dumny jestem też z tego, że trzy razy przejechałem Tour de France i za każdym razem go ukończyłem – to też się nie zdarza każdemu. Tam jest tyle kraks, tyle trudnych momentów, że musisz być niesamowicie przygotowany. Do tego, jeśli masz na przykład problemy z zasypianiem w nowych miejscach, to właściwie nie masz szans ukończyć tego wyścigu. Po prostu musisz być wyspany.
Ja mam o tyle dobrze, że wystarczy mi przyłożyć głowę do poduszki, a nad ranem budzi mnie budzik. Po ekipie aż krążyły legendy o tym, jak szybko zasypiam. Często byłem w pokoju z Czarkiem i wieczorami czytałem różne książki. W pewnym momencie odkładałem ją na bok i mówiłem:
– Dobra, Czarek, ja idę spać
– Dobra, ok.
Za pięć sekund patrzył na mnie, a mnie już właściwie nie było. Spałem jak zabity. Nie dziwiło go to. Był przyzwyczajony. Ale jak do pokoju przychodził ktoś nowy, to był zszokowany. Pamiętam, że raz schodzę na śniadanie, a kolega, z którym byłem w pokoju pierwszy raz śmieje się z pozostałymi. Podchodzę do niego i pytam, co się dzieje, a on:
– Stary, opowiadam chłopakom, bo to jest niesamowite. Ty odłożyłeś książkę, zdjąłeś okulary, położyłeś głowę do poduszki i od razu zasnąłeś.
– No tak. To chyba normalne. Jak idę spać, to idę spać.
Teraz też nie mam z tym problemów. Na Tour de Pologne też codziennie śpimy w nowych miejscach, ale mnie to nie rusza. Przykładam głowę do poduszki i po prostu zasypiam. Teraz tylko nie nastawiam budzika, bo nie ma takiej potrzeby, bo przecież dłużej niż do 8. nie będę spać, a wcześniej nie muszę wstawać.
A jakie książki czytałeś?
Miałem taki system, że jak gdzieś leciałem samolotem, to na lotnisku w kiosku kupowałem książki. Jeśli startowaliśmy w klasyku, to brałem jedną, a jeśli na dłuższy wyścig, to dwie książki. Często czytałem Jo Nesbo i generalnie skandynawskie kryminały. Teraz dzięki temu mam w domu porządną biblioteczkę z pozycjami, które przeczytałem w czasie kariery. Przez ostatnie cztery lata czytałem po 15-20 książek, więc trochę się tego zdążyło uzbierać.
Pomagało ci to?
Tak, to był taki mój sposób na skoncentrowanie się. Bo podczas wyścigów obowiązuje taka jedna naczelna zasada: “Nie czytać nic na swój temat”. Masz robić swoją robotę i nie przejmować się, co piszą ludzie, bo oni się najczęściej nie znają. Piszą głupoty, nie są w twojej skórze, nie ich bolą nogi, tylko ciebie i najczęściej nie wiedzą, jakie masz na dany wyścig cele i zadania. Ty masz realizować to, co powie dyrektor sportowy i jak ci się to uda – wtedy będziesz mógł powiedzieć, że wykonałeś kawał dobrej roboty, a potem, z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku, wracać do domu i motywować się w ten sposób na kolejny wyścig.
Właśnie temu służyło czytanie książek – zamiast siedzieć w telefonie i czytać to, co kto o mnie napisze, to po prostu brałem do ręki kolejną lekturę i czytałem.
I nie korciło, żeby mimo wszystko sprawdzić?
Nie, raczej nie miałem z tym problemów. Teraz też sprawdzam tylko te swoje strony. W związku z tym, że prowadzę kilka projektów, to zarządzam kilkoma stronami na Facebooku, kilkoma kontami na Instagramie (Via Dolny Śląsk i te trzy kolarskie projekty, które mamy), a do tego swoje dwa profile na Facebooku i Instagramie. I nie przejmuję się opiniami ludzi – sam wiem, co zrobiłem dobrze, co zrobiłem źle i nikt nie musi mi tego mówić.
Krzysztof Wyrzykowski – człowiek, któremu sekrety zdradzał Armstrong
Michał Gołaś – Godzinne konwersatorium z „profesorem kolarstwa”
Lechosław Michalak i kolarski powrót do lat 80.
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 1 Przysięga
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 2 Spełnienie
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 3 Koniec
Bogumiła Matusiak – wspomnienia ze starego Tour de France
Fignon i spółka powiedzieli: „On musi nas masować” – wywiad z „Bobem” Madejakiem
Od angażu „na kredyt”, do gwiazdy Tour de Pologne w pół roku – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 1
Droga prowadząca do Francji – wywiad z Janem Brzeźnym, cz. 2.
Na „ty” z Szarmachem – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 3
Maciej Paterski: „Jens Voigt chyba chciał mnie udusić”
Maciej Paterski – jak pokonał Mollemę i Rogliča
Maciej Bodnar – jak rozkochał w sobie Włochów i trafił do elity
Maciej Bodnar – Bodyguard zawodowiec
Zbigniew Spruch – wtedy, gdy wszystko się zaczęło
Zbigniew Spruch – Zawsze drugi
Portugalskie przygody Dariusza Bigosa
Dariusz Bigos: „Celujemy w drugą dywizję. Być może już za dwa lata”
Henryk Charucki – Wizyta w fabryce elektrycznych maszyn i kolarskich marzeń
Henryk Charucki – Wielka kolarska emigracja
Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota
Marek Leśniewski – długa droga do zawodowstwa
Tomasz Marczyński – 60 minut z Loco
Janusz Kowalski – Szybszy od Pogačara
Janusz Kowalski – opowieść o niewykorzystanym potencjale
Przemysław Niemiec – Droga do Giro
Przemysław Niemiec – W kolarskim raju
Lech Piasecki – zanim został zawodowcem
Lech Piasecki: „Saronni dał mi zwycięstwo, Anquetil je odebrał”
Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 1
Benedetti – Polak z Włoch. Pomocnik, który stał się legendą
Bartosz Huzarski – od Wyścigu Pokoju do wielkich tourów
A poniżej znajdziesz wywiad Bartosza Huzarskiego o Velotalent Cycling Team – juniorskim projekcie:
Bartosz Huzarski o Velotalent Cycling Team: „Bardzo chciałbym rozwijać ten projekt”










Kto wam to formatuje? Ciężko się to czyta i trzeba się domyślać gdzie jest część wypowiadana przez redaktora a gdzie przez Huzarskiego
Poprawcie kilka pytań na grubo i w nowej linijce bo miejscami się źle czyta. Wywiad natomiast jak zawsze ciekawy.