Włodzimierz Rezner pozuje z Ryszardem Szurkowskim i Markiem Leśniewskim na tle Hubalczyków

Już od kilkudziesięciu lat głos Włodzimierza Reznera jest nieodłącznym elementem polskich wyścigów kolarskich. W pierwszej części wywiadu legenda Polskiego Radia opowiedziała nam:

  • Jak w wieku 13 lat organizowała kolarskie wyścigi
  • O tym, po co Stanisławowi Szoździe był strój tresera psów
  • O meczu tenisowym z Ryszardem Szurkowskim

Mało jest ludzi tak zafascynowanych kolarstwem, jak Włodzimierz Rezner. Urodził się w 1943 roku, 8 sierpnia skończy 81 lat, a mimo to niemal za każdym razem, gdy tylko pojawiam się na kolarskich zawodach, widzę go i, przede wszystkim, słyszę, jak żywiołowo opowiada publiczności o tym, co dzieje się na trasie. Tak samo było podczas ostatnich mistrzostw Polski, gdzie miał okazję relacjonować sukcesy m.in. Nikodema Siałkowskiego, Dominiki Włodarczyk i Norberta Banaszka, a… w przerwach między obowiązkami zdołał znaleźć czas, żeby udzielić długiego wywiadu Naszosie.pl.

Rezner wygląda na szczęśliwego człowieka – także dlatego, że praca pozwoliła mu spełnić dziecięce marzenia. Najlepiej świadczy o tym historia, którą opowiedział mi na długo po zakończeniu naszej rozmowy. Zaczęło się od podesłanego mi przez niego zdjęcia, na którym zobaczyłem… dwóch Włodzimierzów Reznerów – przynajmniej na pierwszy rzut oka, gdy z pewnej odległości zobaczyłem na ekranie swojego telefonu malutkie, niepowiększone zdjęcie.

Eddy Merckx i Włodzimierz Rezner – zauważacie podobieństwo?

Dopiero później, po przybliżeniu, dostrzegłem, że obok Reznera stoi… sam Eddy Merckx – (na razie?) zdecydowanie najlepszy kolarz w historii. Gdy odpisałem, że “Kanibal” wygląda na tym zdjęciu jakby był jego bratem, on szybko do mnie zadzwonił i opowiedział związaną z nim anegdotę:

– Prawda, że uderzające podobieństwo? Pamiętam, że spotkaliśmy się w Dosze, przy okazji mistrzostw świata, a później ja rozdawałem za niego autografy. A jeszcze lepsze było to, co się wydarzyło w Innsbrucku. Merckx spóźniał się na konferencję, a ja stałem gdzieś z boku, z Krzyśkiem Wyrzykowskim. Gdy organizatorzy mnie zobaczyli, wzięli mnie za “Kanibala”. Podbiegli do mnie i mówią: “Eddy, Eddy, no chodź już!”. A Wyrzykowski roześmiany mówi do mnie: “No właśnie, na co czekasz, idź Eddy!”. No ale oczywiście nie poszedłem, więc musieli czekać na prawdziwego Eddy’ego.

Zdjęcie z Dohy, gdzie Włodzimierz Rezner rozdawał autografy jako Eddy Merckx, a później… pozował jako „Kanibal”. – Koledzy mnie podpuścili – tłumaczy

Reznera i Merckxa dzielą dwa lata. Pierwszy urodził się w 1943, drugi w 1945. W teorii mogliby więc przez wiele lat rywalizować ze sobą na trasach największych wyścigów na świecie. Były jednak ku temu dwie dość istotne przeszkody. Po pierwsze – kolarze z bloku wschodniego nie mogli przechodzić na zawodowstwo, a po drugie, sam Rezner dość szybko pożegnał się z marzeniami na zrobienie zawodniczej kariery, choć przez jakiś czas próbował swoich sił na szosie… Dlatego gdy zapytałem go o początki przygody z mikrofonem odpowiedział błyskawicznie:

Przede wszystkim najpierw była przygoda z kolarstwem! Po sukcesie Staszka Królaka w Wyścigu Pokoju 1956, gdy miałem 13 lat, właściwie zostałem porażony rywalizacją kolarską. Zorganizowałem wtedy w Kielcach pierwsze wyścigi…

Jak to? Co to były za wyścigi?

Spontaniczne, dookoła Placu Wolności, który wtedy się nazywał Placem Obrońców Stalingradu. Okrążenia po 700 metrów. Ot, skrzyknęliśmy się po zwycięstwie Królaka Na początku było nas 10-12, a później zaczęli przybywać starsi. Tam w pewnym momencie był nawet taki Boguś, który miał, jeśli dobrze pamiętam, 28 lat. Zapamiętałem go, bo miał takie charakterystyczne włosy. Wtedy to nas tam już startowało ponad dwudziestu.

Nasze wyścigi wzbudzały spore zainteresowanie. Przy tamtym placu był “Bar Rybny”. Do dziś pamiętam: betonowa podłoga, przecierana szmatą. Na stołach “seta” i coś do tej “sety”. Ale gdy zaczynał się nasz wyścig, wnętrze baru pustoszało. Jego klienci wyjmowali sobie ławeczki, siadali przed budynkiem i nas obstawiali. I właśnie w taki sposób wypatrzył nas trener – Mieczysław Mela – reemigrant z Francji, który był właściwie takim ojcem powojennego kieleckiego kolarstwa. A kieleckie kolarstwo było bardzo mocne. Do naszego województwa należał wtedy też Radom i w efekcie mieliśmy łącznie 27 klubów! Trener Mela wziął nas do siebie i tak zaczęła się moja przygoda jako tego, który się ściga. 

Czyli miał pan już 13 lat, gdy zainteresował się kolarstwem?

Nie do końca. Dużo wcześniej, gdy miałem 5 lat wygrałem w kieleckim parku wyścig dla dzieci. To były bardzo ciekawe zawody – koła były przystrojone biało-czerwoną bibułą i organizatorzy zrobili coś takiego, że start był w parku, trochę na górze, a później meta była na dole – można było się pozabijać! Ojciec też mnie i bratu kupił takie damki – zdezelowane, ale zdatne do jazdy – to było najważniejsze. Kolarzem zapragnąłem być na poważnie jednak dopiero wtedy, gdy Wyścig Pokoju wygrał Królak.

A widział pan któryś z etapów tamtego Wyścigu Pokoju?

Niestety nie, ale były te transmisje radiowe. Ja się właściwie zakochałem wtedy w Tomaszewskim. W tym jego niesamowitym głosie. Oczywiście nie zapomnę nigdy tego, jak on przyjechał do Kielc na takie spotkanie w Wojewódzkim Domu Kultury. A potem on opowiadał o tej swojej przygodzie z mikrofonem, a ja patrzę na niego jak w obrazek. Miałem wtedy 17 lat, przyszedłem na to spotkanie i zapytałem go, jakie były początki jego kariery, a on: “Zdejmowałem sobie but, a potem przykładałem go do ust i opowiadałem do niego różne historie!”. 

Marzenia o zostaniu nowym Tomaszewskim wkrótce miały się ziścić. A kiedy porzucił pan nadzieję na zostanie nowym Królakiem?

Też w wieku 17 lat. Nie chciałem kończyć, ale ojciec mi powiedział: “Noo, dość tego ścigania, do nauki się bierz”. Pewnie miał rację, bo prawda jest taka, że w liceum zostałem w jednej klasie na drugi rok…

Chyba pomogło, bo liceum pan skończył, a później jeszcze rozpoczął studia w Warszawie!

To był przede wszystkim świetny czas. To tam poznałem Piotra Nurowskiego – późniejszego prezesa PKOl, z którym później nawet robiliśmy razem “spikerkę” na “Skopence” [Wyścig Przyjaźni Polsko-Ukraińskiej – przyp. red.]. On był z Sandomierza, więc mieliśmy do siebie blisko, ale poznaliśmy się dopiero tam, w dalekiej Warszawie. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy. 

Mieszkaliśmy razem na osiedlu na Jelonkach. To było takie studenckie osiedle w Warszawie z baraczkami, gdzie wcześniej mieszkali budowniczowie Pałacu Kultury. Nie chciało się stamtąd wyjeżdżać, bo zielona trawka, bo klub “Karuzela”, bo wreszcie “Radio Zielonego Osiedla”, które zresztą z Piotrkiem prowadziłem. Z kolei w “Karuzeli” stałem na bramce. Wpuszczałem ludzi i wypuszczałem, a za mną stało dwóch medalistów mistrzostw Polski w judo. Taki Adaś Kurzeja czuwał i dzięki niemu, jak tylko ktoś do mnie wystartował, to zaraz wylatywał w powietrze.

No tak, bo pan pewnie, jako kolarz, to był chudziutki…

No ważyłem, ile, 56 kilogramów? Może nawet nie… na pewno bardzo mało. Choć z drugiej strony, muszę się przyznać, że w szkole trochę boksowałem. Liceum Żeromskiego, do którego chodziłem, nie miało swojej sali sportowej, to chodziliśmy do Wojewódzkiego Domu Kultury. Tam na górze trenowali bokserzy i rzucili nam rękawice, a część z nas, w tym ja, postanowiła spróbować tego sportu. I raz nawet znokautowałem takiego jednego, co ważył 81 kg. Jak to zrobiłem, to mówili nawet, że mam duży potencjał, ale to nie było to – w moim sercu grało tylko kolarstwo.

A ekonomia? Bo studiował pan w Szkole Głównej Handlowej.

Tam sobie jakoś radziłem. Tamta ekonomia była bardzo siermiężna, więc łatwo mi to wszystko szło. Szybciutko to wszystko przeleciałem, ale strasznie się tam nudziłem. A potem, jak zaczęła się praca w Wojewódzkim Zjednoczeniu Przedsiębiorstw Handlowych… Naprawdę, to nie było dla mnie. Robiłem jakieś analizy ekonomiczne i byłem tym wszystkim strasznie wykończony psychicznie. Jak wracałem stamtąd do domu, to tylko myślałem o tym, żeby nie wejść przez przypadek pod jakiś samochód. To nie był mój świat.

Szybko pan z tym skończył? 

Po trzech latach. Wtedy właśnie Polskie Radio ogłosiło konkurs na sprawozdawców i komentatorów sportowych. Zgłosiło się 1040 osób, a dostać na antenę udało się akurat mnie oraz dwóm późniejszym legendom – Andrzejowi Kosiorowskiemu i Janowi Lisowi. Jak tylko się o tym dowiedziałem, to podszedłem do swojego dyrektora – Zbyszka Włodarskiego – oświęcimiaka, super faceta. Reakcja była ostra.

– Czyś ty zwariował? Ja mam dla ciebie w Starachowicach mieszkanie m5 i idziesz na dyrektora Starachowickich Zakładów Gastronomicznych – Ja nie miałem jeszcze wtedy mieszkania, ale mimo wszystko powiedziałem mu wtedy – Nie, ja dziękuję bardzo, ale nie skorzystam.

Wiedziałem, co robię. To nie było zbyt przyjazne miejsce. Wszędzie tylko żony milicjantów były poobsadzane. Mimo to, jeden z moich kolegów, z którym kończyliśmy jedną uczelnię, się połakomił. Błąd, zaraz go zamknęli. Znaleźli na niego jakiegoś haka. Takie były czasy, łatwo było się narazić komuś wyżej. Oskarżono go o korupcję, znaleziono podobno jakąś łapówkę – później go wypuścili, okazało się, że to nieprawda, ale co przeżył, to jego.

Zarobki tam były pewnie jednak trochę większe, prawda?

Właśnie nawet nie. W radiu dostawałem porównywalne pieniądze. Ja nie tylko obsługiwałem sport, ale nawet jakieś różne wizyty Gierka, Jaroszewicza, otwierałem jakieś turbogeneratory w Kozienicach… Wszyscy bali się na żywo mówić, a ja byłem ze sportu, więc byłem przygotowany na wszystko. W ciągu tygodnia robiłem więc takie rzeczy polityczne, a w weekendy był sport. Niestety zwykle nie kolarstwo. Najczęściej boks, czasem piłka nożna, inne sporty…

Tyle że dla mnie wciąż liczyło się tylko to kolarstwo. Dlatego poza radiem pracowałem też jako działacz i zacząłem “spikerkę” na różnych wyścigach. Jak jeszcze pracowałem w Wojewódzkim Zjednoczeniu Przedsiębiorstw Handlowych, to na dole była redakcja “Słowa Ludu”. I tam był taki fantastyczny człowiek, znakomity dziennikarz – później dostał brązowe pióro – Mieczysław Kaleta. To on mnie w to wciągnął i to dzięki temu przesiąkłem mikrofonem.

I jak często prowadził pan te wyścigi?

Na początku głównie w swoich okolicach – może dziesięć wyścigów w roku, nie więcej. Nie wychodziłem poza swoje województwo…

Z dzisiejszej perspektywy 10 wyścigów to wcale nie jest tak mało…

Ale wtedy tych wyścigów było zdecydowanie więcej. Nie dało się inaczej, trzeba było ich tyle organizować, bo było mnóstwo chętnych. Pamiętam, że gdy jeszcze jako zawodnik przyjeżdżałem na zawody do Poznania, to tam było 300 kolarzy! I jechał tam m.in. Eugeniusz Królak – brat Staszka. Jak byłem w Wieliczce, to było nas ponad dwustu, a ja się trzymałem z przodu. To nie tak, że byłem taki mocny, że trzymałem się czuba, żeby mi nikt nie uciekł. Po prostu nas było tam tylu, że tylko się słyszało co chwila za sobą jakieś trzaski, jakieś dźwięki połamanych rowerów. To była kwestia bezpieczeństwa.

A kiedy skupił się pan na kolarstwie w Polskim Radiu?

Dopiero wtedy, gdy Bogdan Tuszyński w redakcji sportowej odkrył, że ja żyję właśnie tym sportem. Gdyby nie on, być może nigdy nie mógłbym o nim opowiadać. Ja zawsze trochę wstydziłem się podejść i powiedzieć mu, że właśnie kolarstwo jest dla mnie najważniejsze – tym bardziej, że w tamtych latach tam byli wielcy sprawozdawcy. I tak trafiłem na antenę Polskiego Radia przy okazji Wyścigów Pokoju. 

A kiedy pojechał pan tam po raz pierwszy?

W 1973 roku, choć wtedy jeszcze nie na cały. Wtedy i w 1975 roku pojawiłem się na trasie, bo to były akurat etapy w moich Kielcach. I potem dalej pojechałem i z mikrofonem robiłem relacje dla Jedynki z Kielc. A ten pierwszy cały wyścig to był w 1978 roku, bo w 1977 robiłem jeszcze Mistrzostwa Europy w boksie, z Halle, gdzie Polacy zdobyli trzy złote medale – Błażyński, Średnicki i Gajda.

To nie najlepszy wyścig sobie pan “wybrał” na rozpoczęcie przygody z Wyścigiem Pokoju!

No tak, to nie był najbardziej udany wyścig. Szozda kończył karierę, musiał się wycofać. Tam na tych niemieckich brukach było zimno, nawet śnieżyło – no i wywrócił się, a później musiał zakończyć karierę. To był ten wyścig, na który miał jechać Janusz Kowalski. Zresztą, Janusz Kowalski – dla mnie to był fenomen. Gdyby mógł przejść na zawodowstwo, to byłby jednym z najlepszych. W górach znakomity – tak jak Brzeźny, niesamowita prędkość na finiszu, świetne czytanie wyścigu, bo wiadomo, że jak się ma siłę, to zawsze  lepiej się czyta wyścig. Zresztą Charucki też, jakby na zawodowstwo przeszedł, to też byłby świetny. Jak ten Charucki po górach hulał – Wyścig Dwóch Kalifornii, Tour de Pologne, jak on to pięknie wygrywał, a przecież on mógł, w tym ostatnim wyścigu, być najlepszy wcześniej, gdyby nie feralny upadek. Długo prowadził, ale niestety na jednym z etapów na własne oczy widziałem jego straszny upadek. Przecież jemu warga się oderwała i wisiała gdzieś na dole! To był niesamowity dramat. Nigdy nie chciałbym mieć już czegoś takiego przed oczami i na szczęście drugiej takiej sytuacji nie widziałem.

Henryk Charucki udziela wywiadu młodemu dziennikarzowi
– Włodzimierzowi Reznerowi po zwycięstwie w Tour de Pologne. Droga do tego sukcesu nie była jednak łatwa...

Miał pan także okazję obserwować Szurkowskiego i Szozdę. Z którym się lepiej rozmawiało.

To zależy. Do Ryśka na pewno trudniej było dotrzeć, ale koniec końców udało nam się dogadać. Ja byłem nawet dyrektorem jego grupy Exbud. Współpraca z nim była niesamowita. My się zresztą znaliśmy jeszcze długo, długo przed jego wielkimi sukcesami. On zaczynał w Czarnych Radom, gdzie jeździł na rowerze. Odkrył go Rysiu Swat. Przejeżdżała grupa z Radomiaka, patrzy, a on ich gdzieś zostawił. No i zaczął jeździć w tym Radomiaku. A później w 1968 roku był taki wyścig – “Śladami Budowli Socjalizmu Starachowice-Ostrowiec”. Tam przyjechała kadra Łasaka i czterech z nich ucieka, w tym Hanusik, a Łasak im mówi: “No, dalej, skaczcie, skaczcie, odczepcie tego chłopaka”. I tak go odczepili, że jak oni skoczyli, to on za nimi i ostatecznie sam dojechał do mety! Wygrał i wiadomo było jaka to jest moc, jaka to była inteligencja. Ja do dziś twierdzę, że to był najlepszy polski kolarz.

Nawet mimo tego, że dziś mamy Michała Kwiatkowskiego i Rafała Majkę, którzy odnoszą sukcesy w peletonie zawodowym?

To były inne czasy, inne były uwarunkowania. Polacy nie mogli przechodzić na zawodowstwo, a gdyby pojechali, to taki Józef Gawliczek na przykład, jestem przekonany,  byłby wielką gwiazdą. Fenomen w górach i nie tylko. Pamiętam Milk Race albo Tour de l’Avenir. W tym ostatnim wyścigu, to on potrafił odczepić samego Felice Gimondiego. Normalnie “zostawiał go w butach”! Tylko on niestety nie potrafił zjeżdżać. Potrafił mieć 3 minuty przewagi na szczycie, a na zjazdach go dochodzili. On w 1966 potrafił wygrać Tour de Pologne – 1200 km z przeciętną prędkością 44 km/h. Fakt, było płasko, wiatr raczej pomagał, niż przeszkadzał, ale to i tak naprawdę dużo.

Często mówi się, że był konflikt na linii Szozda-Szurkowski. To prawda?

Ten ich konflikt był wydumany przez dziennikarzy. Oni się naprawdę szanowali. I to bardzo! Ja pamiętam taki wieczór w Sobótce, pół roku przed śmiercią Stasia Szozdy, kiedy siedzieliśmy, przy okazji otwarcia sezonu. To były takie gadki do godziny 2-3 nad ranem. Tam był Rysiek Szurkowski, był Janek Lis – wspaniały kolarz, którego syn też odnosił później sukcesy na torze. I tak rozmawialiśmy o tej niesamowitej ambicji Stasia. On był niesamowity. Kolarze wracają z treningu 100-kilometrowego, wszyscy wracają do hotelu, a on “nie, ja muszę jeszcze przejechać z 50 km”, bo gdzieś puścił koło. 

Oni się szanowali, ale oczywiście iskrzyło, bo była rywalizacja. Jak w Barcelonie Staszek zrobił dla Ryśka ogromną robotę, to potem on się miał mu odwdzięczyć na mistrzostwach Polski, ale stało się inaczej. Panowie umówili się też wtedy, w Barcelonie na mistrzostwa świata w Montrealu, ale Janusz Kowalski pomieszał szyki [jednak bardzo możliwe, że Szozda i tak nie wygrałby tego mundialu. Zdaniem Kowalskiego, Szurkowski miał powiedzieć do swojego rywala: “Jak chcesz, to pokonaj mnie na finiszu” – przyp. red.], zresztą on też był bardzo charakterny. A jak mamy tylu świetnych kolarzy, tylu charakternych ludzi, to konflikty muszą się rodzić. Ale oni przejeżdżali linię mety i byli kolegami. Dziś ci z tych wielkich mistrzów, którzy jeszcze żyją, wciąż się spotykają i wciąż są dla siebie kolegami.

I Szurkowski, i Szozda też się po zakończeniu kariery przyjaźnili? 

Tak, oczywiście. Dwóch wielkich kolarzy. A wtedy mieliśmy niesamowity team. Wjeżdżali na metę jednego, drugiego wyścigu, a dziennikarze pytali: “Polacy, jak wy to robicie?”. 

Szozda był od Szurkowskiego bardziej żywiołowy, prawda?

Tak, ja go nazywałem: “Kmicic na rowerze”. Jak przyjechał na swój pierwszy wyścig, taki dla amatorów w Prudniku, dołożył następnemu 5 minut. Podjechał do niego trener – Franciszek Surmiński, który przyjechał z Milk Race.

– Ty, bo tu przyjechał taki chłopak, on pewnie się klamki trzymał, przyjechał do mety pięć minut przed resztą” – mówią mu

– No, to pokaż mi go – odpowiedział, a potem na niego popatrzył i mówi – Nie, to jest kozaczek

On miał wtedy 16 lat i tak trafił do LKS Prudnik, do tego trenera. I oni tam stworzyli później taką fantastyczną parę Edward Barcik-Stanisław Szozda. A zanim to się stało, to on w parze jeździł z Surmińskim, który był jeżdżącym trenerem. A jeśli chodzi o Stasia Szozdę, to ja nie zapomnę, że on był takim “kolarskim bandytą”. Jak on trenował tą swoją ostrą jazdę na finiszach, to ubierał sobie strój tresera psów, a potem wjeżdżał na stadion w Prudniku i jeździł tak, jak lubił, dość niebezpiecznie. I tak wywracał się raz za razem (ale dzięki temu strojowi tresera psów, nie odnosił większych obrażeń) i tak wytrenował tą jazdę, że był w niej prawdziwym mistrzem. Niesamowicie charakterny człowiek. 

Dzięki temu, że on był bardziej żywiołowy niż Szurkowski, to łatwiej było od niego wydobyć jakieś ciekawe wypowiedzi?

Na pewno tak. Rysiu bardzo cedził słowa, wypowiadał się bardzo dyplomatycznie, choć jednocześnie bardzo inteligentnie. A Szozda walił prosto z mostu. Z Szurkowskim grałem zresztą w tenisa. Całkowicie przypadkowo zresztą, jak byliśmy w Exbudzie. Kiedyś wygrałem w tej dyscyplinie mistrzostwa województwa kieleckiego młodzików. Tam było sześciu zawodników, poziom mizerny, no ale wygrałem. Pewnego Rysiu pyta się mnie:

– Grasz coś w tenisa?

– Grałem coś niecoś, ale to dawne czasy

– No to dawaj, gramy

No i coś poodbijaliśmy i on znów był najlepszy. 6:0, 6:0 nie było, ale jak się rozkręcił to naprawdę nie było co zbierać.

Kto był pomysłodawcą Exbudu?

To wszystko wyszło w zasadzie od Zbigniewa Rusina (ówczesny trener PZKol, wcześniej trener kadry narodowej), ale w Kielcach był wtedy wiceprezes – Tadeusz Jóźwik. On był wiceprezesem, a i ja też swoje trzy grosze dołożyłem. Poszliśmy wtedy do dyrektora Zarazki – wizjonera, niesamowitego człowieka. Mówimy mu, że my byśmy chcieli założyć grupę, a on do nas:

– A ile byście chcieli?

– No, tak skromnie, 500 tysięcy.

– To wypad. Wy nic nie zrobicie za takie pieniądze! Ja chcę mieć najlepszą ekipę w bloku wschodnim! 

Oczywiście do porozumienia w końcu doszło, a grupa została stworzona za pieniądze zdecydowanie wyższe, niż te, które proponowaliśmy pierwotnie. I ja nigdy już nie zapomnę tych rozmów, które były toczone w 1989 roku. Exbud wtedy jechał swój pierwszy sezon, a myśmy już pracowali nad tym, żeby w kolejnym zrobić z niego niesamowicie poważną grupę. Od 1990 roku to miała być grupa polsko-amerykańska. Przyjechał Edek Borysewicz – ten, który odkrył LeMonda i ten, który z Armstrongiem się nie mógł dogadać, choć jego też odkrył. To miała być drużyna, w której znalazłoby się dziewięciu Polaków i dziewięciu Amerykanów. Ja miałem na 9 października 1989 roku zapewnienie o czterech busikach Volkswagena, czterech passatów, Mercedesa na 45 miejsc nowiutkiego, pięć nowiutkich apartamentów i za 80 tys. marek samochód medyczny. Niestety ostatecznie pomysł upadł, a na bazie tego, co wtedy powstało Czesiek Lang założył później Animex. Ale nie chcę o tym rozmawiać. Bardzo przeżyłem to niepowodzenie, bo wierzyłem, że możemy mieć jedną z najlepszych drużyn na świecie. Miałem tam Halupczoka. My tam mieliśmy na niego pomysł! Braliśmy pod uwagę to, co powiedział jego lekarz – Romek Lewicki: “Pamiętaj, że Halupczok nie może przejechać w sezonie więcej niż 17 tys. km w sezonie, bo mu przyczepy zaczną strzelać”.

No i przyszło to Giro 1990, na której on w końcu przyjechał w barwach nie Exbudu, który przestał istnieć, a Diana-Colnago. Był 5. w klasyfikacji generalnej aż do 15 etapu, ale na kolejny nie mógł już przejechać. Kolano zaczęło go boleć tak, że aż wył z bólu. Dostał jedną bombę, drugą – i się skończyło. To był świetny kolarz na klasyki, na wyścigi kilkudniowe, ale nie od razu na całe Giro d’Italia – przynajmniej tak mi się wydaje. Ale też, powiedzmy sobie szczerze. Jak się ma kolarza tak wysoko w “generalce”, jak on jest najlepszym neo-profi, to jest się trochę bezwzględnym…

Na jakie wyścigi jeździliście jako Exbud?

Na największe na świecie. Jeździliśmy do Niemiec, byliśmy na Tour de Romandie, gdzie Andrzej Mierzejewski świetnie się spisał, piękne zwycięstwa notował Marek Kulas… To naprawdę była mocna grupa. Rysiek Szurkowski dobrał świetnych kolarzy i jeszcze zastanawiano się, kto następny. A skończyło się tak, że w sierpniu mieliśmy mieć prezentację. Czekamy na Ryśka, który miał przylecieć ze Stanów Zjednoczonych i przylatuje, ale jakiś taki zestresowany. Ja się pytam, co się stało, a on, że czterech chłopaków zostało w Stanach Zjednoczonych.

Czemu wtedy? W Polsce zaczęły się przemiany, pojawiła się ta wasza grupa zawodowa…

No oni myśleli, że tam będą mieli lepsze życie. Pojechał tam Mierzejewski, Wiatr – też świetny kolarz. Zarazka dostał wtedy białej gorączki. Przecież zaraz miała być prezentacja! Mówi wtedy do mnie:

– Panie Włodziu, no jak można z takimi ludźmi coś budować…

I ostatecznie nie było tej polsko-amerykańskiej grupy, a Halupczok poszedł do Diana-Colnago. To był najbardziej utalentowany polski kolarz? Na pewno widział pan wielu…

Na pewno był wielkim talentem. Do dziś pamiętam to jego zwycięstwo – 121 km/h na zjeździe! Później na 3 okrążenia przed końcem, gdy widać było, że Ampler coś tam popija, że się nie najlepiej czuje, Wacek Skarul krzyknął mu: “Achim skacz!”. Potem był skok “Halupka” i 2:55 przewagi na samej mecie. To był po prostu kolarski fenomen. A później ten jego dramat, przy którym cała kolarska Polska po prostu płakała. To był i fantastyczny człowiek, skromny niesamowicie, wielki mistrz, którego niestety pożegnaliśmy w 1994 roku. To było w Opolu, on zaczął grać w piłkę, lekarze mu zabronili i serduszko w końcu nie wytrzymało… do dziś jak o tym mówię, to łezki mi się kręcą w oczach. 

Ale nie wiem, czy był największym talentem. Jedyne, co wiem, to fakt, że to był fenomen. Po prostu FE-NO-MEN. On przyjeżdżał na kadrę pierwszy raz i za 3-4 dni był najlepszy. Ale oczywiście podziwiałem też Michała Kwiatkowskiego. Michał Kwiatkowski w tym Działyniu, gdzie odkrył go Wiesiu Młodziankiewicz. Na początku taki drobniutki chłopaczek, a za chwilę Wiesiu mówi: “To jest talent!”. To trzeba mieć coś takiego, żeby umieć podać tę rękę w odpowiednim momencie, wskazać tą drogę. Michał miał to szczęście, że trafił na Wiesia i dzięki temu mogliśmy – i do dziś możemy, podziwiać jego sukcesy. Ja byłem i w Ponferradzie, gdy Michał zdobył mistrzostwo świata. To była zresztą fenomenalna jazda całego polskiego teamu – całej polskiej drużyny. Jak na tamtą górę w Ponferradzie wyprowadził go Michał Gołaś. A potem jak sam “Kwiatek” utrzymał na zjeździe i aż do mety utrzymał tę 9-sekundową (a na mecie 6-sekundową przewagę) to jest coś fenomenalnego. Pamiętam brytyjskiego sprawozdawcę, który na mecie krzyczał wtedy: “Polak wykąpany w talencie!”. Naprawdę niezwykłe. Podziwiam cały czas Rafała Majkę. Przypominam sobie nie tylko opowieści Zbyszka Klęka, jak ten Rafałek przyjechał z Zegartowic na takie zawody szkolne po bieżni. Po trzech okrążeniach widział ten Zbyszek Klęk, że to jest talenciak. 

– Rafałek, a tyś się w ogóle zmęczył?

– Nie, nie, ja nic się nie zmęczyłem!

– No to jedź jeszcze ze trzy okrążenia, żebyś się choć trochę zmęczył.

To nie jest tylko talent, ale też oczywiście organizm. Wielu widziałem znakomitych kolarzy, o niesamowitym potencjale, tylko niestety niektórzy nie mieli takich możliwości, jeśli chodzi o organizm, o wydolność. Choć na przykład Staszek Szozda potrafił to przezwyciężyć. On przekraczał swoje możliwości. Jechał na 102 procent, aż mu się te czerwone światełka zapaliły i wtedy już nie wytrzymywał. Ale jednocześnie to był na rowerze taki Kmicic! Te jego pojedynki z Hartnickiem, o których później słyszało się niesłychane opowieści, zresztą, ja to widziałem też na żywo, podczas Wyścigów Pokoju. On cały czas miał w głowie. “Ja cierpię niesamowicie, ale to już niedaleko, a on też cierpi!”. To są wojownicy. Wyścig Dookoła Maroka, Staszek jest chory, przeziębiony, gorączka niesamowita, Staszek lideruje wyścigowi, Rusin go nie chce dopuścić, bo gdzież to? Przecież zaraz jest Wyścig Pokoju, bo Maroko zawsze było tuż po. A Szozda mówi: “Nie, jedziemy!” i po starcie zaraz atakuje. A Hartnick tylko krzyczy: “Freundschaft, freundschaft!” (“Przyjaźń, przyjaźń!”) – etap przyjaźni. A gdyby wiedział, że tam zdrówko szwankuje, to pewnie by próbował ataku. 

Wielu było tych wielkich kolarzy, a ilu takich, które też mogliby być wielcy, gdyby w odpowiednim czasie trafili na odpowiednie osoby? A ilu było takich, co byli jeszcze bardziej utalentowani, niż Michał Kwiatkowski, ale “poszli w długą”? Ile mogli osiągnąć? Tego się już nigdy nie dowiemy…


Zobacz też inne wywiady autora:

Krzysztof Wyrzykowski – człowiek, któremu sekrety zdradzał Armstrong 

Michał Gołaś – Godzinne konwersatorium z „profesorem kolarstwa” 

Lechosław Michalak i kolarski powrót do lat 80.

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 1 Przysięga

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 2 Spełnienie

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 3 Koniec

Bogumiła Matusiak – wspomnienia ze starego Tour de France

Fignon i spółka powiedzieli: „On musi nas masować” – wywiad z „Bobem” Madejakiem

Od angażu „na kredyt”, do gwiazdy Tour de Pologne w pół roku – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 1

Droga prowadząca do Francji – wywiad z Janem Brzeźnym, cz. 2.

Na „ty” z Szarmachem – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 3

Maciej Paterski: „Jens Voigt chyba chciał mnie udusić” 

Maciej Paterski – jak pokonał Mollemę i Rogliča 

Maciej Bodnar – jak rozkochał w sobie Włochów i trafił do elity

Maciej Bodnar – Bodyguard zawodowiec

Zbigniew Spruch – wtedy, gdy wszystko się zaczęło

Zbigniew Spruch – Zawsze drugi

Portugalskie przygody Dariusza Bigosa

Dariusz Bigos: „Celujemy w drugą dywizję. Być może już za dwa lata”

Henryk Charucki – Wizyta w fabryce elektrycznych maszyn i kolarskich marzeń

Henryk Charucki – Wielka kolarska emigracja

Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota

Marek Leśniewski – długa droga do zawodowstwa 

Tomasz Marczyński – 60 minut z Loco

Janusz Kowalski – Szybszy od Pogačara

Janusz Kowalski – opowieść o niewykorzystanym potencjale

Przemysław Niemiec – Droga do Giro

Przemysław Niemiec – W kolarskim raju

Lech Piasecki – zanim został zawodowcem

Lech Piasecki: „Saronni dał mi zwycięstwo, Anquetil je odebrał”

Poprzedni artykułTour de France 2024: Połamany Aleksandr Vlasov poza wyścigiem
Następny artykułParyż 2024: Słowenia z Tadejem Pogačarem. Primož Roglič nie obroni tytułu
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
Robert T.
Robert T.

Brawo Włodku!!! Dzięki za kawał Wielkiej Historii!!!