fot. Artur Machnik

Krzysztof Wyrzykowski to niekwestionowana legenda polskiego dziennikarstwa sportowego. W ciągu swojej kariery pisał lub komentował dla największych redakcji sportowych, m.in.: Eurosportu, Telewizji Polskiej czy „Przeglądu Sportowego”, a nawet francuskiego „L’Equipe”. Jakiś czas temu mieliśmy okazję spotkać się z nim i porozmawiać. O początkach zainteresowania kolarstwem, o pracy w „L’Equipe”, o Armstrongu, ale też o rzeczach bardziej aktualnych, jak choćby praca dla Polsatu. Wątków było dużo, więc i rozmowa wyszła bardzo długa. Dlatego zasiądźcie wygodnie w fotelu i nie tracąc czasu zabierajcie się do lektury.

Jesteśmy teraz w Praciakach – osiedlu w Rzykach, które, jak się domyślam już wkrótce będzie gościć kolarzy startujących w wyścigu Chojnatka-Praciaki. 

A wiesz, jaką metę mam! Sto metrów od nas [znajdujemy się w Oberży Czarny Groń] jest takie miejsce – tam byłby wspaniały finisz! To się tak mówi, że byłoby łatwo, a wcale że nie! Od Andrychowa jest 10-13 kilometrów, cały czas pod małą górkę. Zaraz będziemy z Tomkiem pracować, zobaczycie! (śmiech). 

Myśleliście kiedyś poważnie o organizacji tego wyścigu? 

Nieee, ale trzeba będzie napisać w tym naszym wywiadzie, że trudności są znaczne. Tu obok jest przełęcz – Kocierz. Ona jest przepiękna. Oczywiście dla turystów, bo dla kolarzy jest wykańczająca. To jest naprawdę potężny podjazd – zarówno od strony Żywca, jak i ode mnie, z Praciaków. Nie wiem, która droga jest trudniejsza, bo sam na rowerze nigdy nie jeździłem. No ale Przemek Niemiec mógłby o tym dokładniej powiedzieć, bo on przecież też jest z tych terenów. Szkoda tylko, że jak podczas Tour de Pologne kolarze tędy jadą, to nie ma zbyt wielkich różnic czasowych. 

A jak w ogóle znalazł się pan w Praciakach? Przecież urodził się pan w Warszawie 

Szukaliśmy jakiegoś domku w górach i tak się złożyło, że nasi przyjaciele z Paryża powiedzieli mi, że ktoś z ich znajomych sprzedaje domek w Praciakach. A akurat wtedy Tour de Pologne przejeżdżał przez Kocierz. Pomyślałem, że skoro będę przy trasie wyścigu, to sobie przyjadę i zobaczę ten dom. Spodobał mi się, i tak wyglądała nasza historia tego domu. To były lata dziewięćdziesiąte poprzedniego wieku… 

Czyli wiele lat po tym, jak zaczęło się pana zainteresowanie kolarstwem. 

Zaczynałem, tak jak wszyscy moi rówieśnicy, od Wyścigu Pokoju. Znałem wszystkie wyniki od początku do końca. Polityczna strona tych zawodów nie była wtedy dla mnie istotna. Ważne było jedynie kolarstwo – to amatorskie. I zanim dowiedziałem się, że gdzieś istnieje też to drugie, minęło trochę czasu. Pierwszy Wyścig Pokoju, jaki pamiętam, to był rok 1953 i od tego czasu zaczęła się moja miłość do kolarstwa, czyli miałem 8-9 lat. Ten wyścig był wtedy zdominowany przez Duńczyków. Z jednym wyjątkiem – w 1952 wygrał Ian Steel – Szkot, który nie wiadomo, skąd się wziął. Wcześniej ci Duńczycy to byli Emborg, Olsen, Pedersen. I oni rok po roku wygrywali ten wyścig. 

Dla mnie to był zupełnie obcy świat. Przecież to było tuż po wojnie. To nie było tak, że masz dowód osobisty i wyjeżdżasz gdzie chcesz. Byliśmy tak naprawę odizolowani od reszty Europy. Wyniki Tour de France to może ktoś, gdzieś miał, ale różnie z tym bywało. Albo „Przegląd Sportowy” podał, albo nie. A jak ani „Przegląd”, ani PAP nie podał, to wyników właściwie nie dało się znaleźć. Właściwie, bo mnie się czasami to udawało. 

W jaki sposób? 

W Warszawie, przy placu Unii Lubelskiej był Klub Międzynarodowej Prasy i Książki [w skrócie MPiK – stąd nazwa dzisiejszej sieci księgarni – Empik – przyp. red]. I tam mama kupowała mi Miroir du Cyclisme. Był to tygodnik wydawany przez francuskich komunistów. Więc oni wysyłali to do krajów komunistycznych. To było drogie, niewiele osób się tym interesowało. 

Już wtedy starał się pan zrozumieć, co tam było napisane? 

Nie, ja tylko patrzyłem na obrazki i sprawdzałem wyniki. 

Wróćmy jeszcze do tego Wyścigu Pokoju. 

W 1953 roku byłem w Zakopanem, w prewentorium, ponieważ miałem problemy z płucami. W tym prewentorium był ksiądz, absolutny fanatyk kolarstwa. Miał u siebie radio, więc jak była transmisja, to mnie wołał do siebie, żebym mógł sobie posłuchać. I tak sobie słuchałem, słuchałem i w ten sposób zaraziłem się Wyścigiem Pokoju. 

Kolejny ważny etap dla mojego zainteresowania się kolarstwem to był 1958 rok, kiedy wystartowałem w teleturnieju Telewizji Polskej z okazji 10-lecia Wyścigu Pokoju. W tym teleturnieju udało mi się zakwalifikować do półfinału. I nawet do dziś pamiętam, przez co odpadłem. To była naprawdę głupia rzecz. Nie zadano mi typowego, trudnego pytania, tylko po prostu pokazano zdjęcie kolarza. To był jakiś Rosjanin, czapeczka założona daszkiem do góry, bo oni tak sobie właśnie stawiali daszek do góry. I ja miałem odpowiedzieć, co to za kolarz i jakie były jego osiągnięcia. 

Byłem przekonany, że to jest Kapitonow. Z daleka tak mi właśnie wyglądał. Ale okazało się, że to nie był Kapitonow, tylko powiedzmy Czerepowicz. No i przez to skończyłem czwarty, odpadłem z teleturnieju, ale i tak było to wielkie osiągnięcie. Przecież ze mną startowali jacyś eksperci, jacyś mistrzowie Polski kibiców, a ja byłem tylko 14-latkiem. 

I tak, cały czas interesowałem się kolarstwem, ale głównie Wyścigiem Pokoju. Później to się zmieniło, bardziej ciągnęło mnie do tego zachodniego kolarstwa. Ci moi – “Tytani Szos”, to jest pierwsza w Polsce pozycja, która traktowała o zawodowstwie. Mogę nawet opowiedzieć o tej książce taką jedną ciekawą anegdotę. Moja książka była wystawiona w Warszawie na Targach Książki. Zainteresowali się nią wydawcy ze Związku Radzieckiego. Szybko uzgodnili warunki finansowe z wydawnictwem – “Sport i Turystyka” i powrócili do Moskwy. 

Po jakimś czasie zadzwonił telefon. Dzwonił dyrektor wydawnictwa: “Panie Krzysztofie, niech pan do mnie przyjdzie, bo jest taka delikatna sprawa”. Idę i dowiaduję się, że Rosjanie chcą się wycofać z wydania książki… 

Dlaczego? 

“Tytani szos” to książka, która była podzielona na dwie części. Pierwsza była o Wyścigu Pokoju, a druga o kolarstwie zawodowym. Oni przeczytali tylko początek i myśleli, że ta cała książka jest o amatorach, bo było w niej bardzo dużo o kolarzach radzieckich odgrywających w kolarstwie amatorów czołową rolę. Zawodowcy ich w ogóle nie interesowali, więc dyrektor prosił mnie, żebym dopisał jeszcze drugą część tylko o amatorach, to wtedy Rosjanie przetłumaczą tę książkę. 

I napisał pan? 

Powiedziałem, że jak zapłacą dodatkowo, to mogę im to napisać. Przecież nie zrobię drugiej książki za darmo. Rosjanie nie zamierzali dopłacać ani grosza, a byłoby to sporo pieniędzy.. Z tego wniosek, że jak chcesz tłumaczyć książkę, to najpierw musisz ją przeczytać do końca. A nie, że przeczytasz 15 stron i powiesz: “Jest ok!”.

Trudno było panu zbierać informacje o tych wyścigach zawodowców? Czy wtedy było już o to dużo łatwiej, niż w czasie początków pańskiego zainteresowania kolarstwem? 

Nie, bo wtedy już znałem francuski. Miałem bardzo dużo literatury do tego typu wyścigów. W Polsce nie było ich gdzie oglądać, ale oglądałem różne zdjęcia, co też dużo dawało. W czasie wakacji jeździłem do Francji i wtedy mogłem oglądać Tour de France. Czyli jeszcze kiedy mieszkałem w Polsce, to cztery czy pięć razy oglądałem wszystkie transmisje. Wtedy nic mnie nie interesowało, tylko siedziałem przed telewizorem i patrzyłem na to, co dzieje się na wyścigu. Jak wszyscy Francuzi. Zawsze mówię, że podczas Tour de France wszyscy Francuzi są na wakacjach. I to zdanie wciąż jest aktualne. 

Miał pan okazję przekonać się o tym w czasie pracy w „L’Equipe”. Jak w ogóle polski dziennikarz może dostać się do tak dużej zagranicznej gazety? 

Zacznijmy od tego, że ja jestem z wykształcenia romanistą. Najpierw skończyłem Wyższe Studium Języków Obcych w Warszawie. To była wyższa szkoła językowa, która ruszyła w 1963 roku, rok po mojej maturze, w której dużo mniejszy nacisk kładło się na bierną znajomość języka. Znacznie ważniejsza była czynna znajomość. Były takie trzy szkoły w Europie. Jedna w Warszawie, druga w Moskwie i jedna w Genewie. Skończyłem te czteroletnie studia dające tytuł tłumacza zawodowego. Potem dorobiłem jeszcze magisterium z romanistyki na Uniwerytecie Jagiellońskim. 

O czym pan pisał pracę dyplomową, a potem magisterską? 

Na wyższym studium pisałem krytykę tłumaczenia filmu “Cena Strachu” – jeden z najlepszych filmów, jakie w życiu widziałem. Zresztą jest też stustronicowa książka Georgesa Arnaud pod tym samym tytułem. To jest opowieść o tym, jak czterech kierowców przewozi nitroglicerynę w Gwatemali, gdzie nie ma szos, trzeba jechać po jakimś błocie, jakichś kamieniach, koleinach, dołach, chaszczach. Film jest genialny, trzymający w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. Bo wiesz, nitrogliceryna jest taka, że jak coś pójdzie nie tak to… 

… wszystko pójdzie w powietrze. 

Dokładnie. Natomiast w Krakowie, u prof. Witolda Mańczaka, on był wówczas bardzo znanym specjalistą od gramatyki historycznej (swoją drogą, ten egzamin u niego to była straszna kobyła), pisałem o zapożyczeniach z języka angielskiego we francuskim słownictwie sportowym. Po tym wszystkim profesor Mańczak podszedł do mnie i powiedział, że na sporcie się nie zna, ale temat jest bardzo ciekawy. Mówił, że w ogóle nie przypuszczał, by tak wiele rzeczy mogło być kalką z języka angielskiego. 

To świadczy o dobrej znajomości języka.

Sporo razy byłem we Francji. Np w 1974 roku pojechałem razem z Telewizją Polską, w której wtedy pracowałem, na wyścig Paryż-Nicea. Napisałem wtedy artykuł pt. “ Sałatka Nicejska” – w ogóle chyba jeden z pierwszych w Polsce o wyścigach zawodowców. Pojechała tam właściwie cała nasza najlepsza paka. Pojechał Szurkowski, który był mistrzem świata i pojechała grupa, która drużynowo zdobyła złote medale. Łącznie pięć tęczowych koszulek. Polski Związek Kolarski zaproponował mi, żebym został szefem tej ekipy. Wiadomo, znałem francuski, znałem Francję. No i niby byłem tym szefem, tylko że ja z tą ekipą stosunkowo mało przebywałem. Więcej czasu spędzałem z redaktorem Lechem Cergowskim i prezesem Włodzimierzem Gołębiewskim, bo mieliśmy swój samochód, którym jeździliśmy po trasie wyścigu. 

Pierwszego dnia pomyliłem drogę z lotniska Orly pod Paryżem i spóźniliśmy się na start. Taka to jest jazda, jak człowiek za bardzo się denerwuje. Wybrałem zły zjazd z autostrady, i potem nie było jak zawrócić. Zanim dojechaliśmy na start, minęło mnóstwo czasu. Wyścig ruszył. My przyjeżdżamy, a tam nie ma nikogo. Powiedzieli nam, że pojechali pięć czy dziesięć minut temu. No to chłopaki zaczęli łapać za klamki i jadąc 70-80 na godzinę dogoniliśmy tę całą resztę. Taki był mój chrzest. 

Najważniejsze było jednak to, że wieczorem spotykałem się z dziennikarzami, m.in. z „L’Equipe”. I szef działu kolarskiego tej redakcji, widząc że mówię po francusku i że mam wspaniałych kolarzy, zaproponował mi, żebym był korespondentem z kolarstwa dla „L’Equipe”. W ten sposób zacząłem do nich pisać o różnych wyścigach. Później oni przestali wysyłać dziennikarzy na Wyścig Pokoju i zacząłem dla nich “obsługiwać” wyścig między trzema stolicami. 

Po ośmiu latach, gdy w Polsce wybuchł stan wojenny, Francuzi chcieli otworzyć biuro „L’Equipe” w Warszawie, w którym miałem zostać szefem i jedynym pracownikiem. 

I pisał pan z tego biura w Warszawie? 

Nie, bo ono nigdy nie powstało. Władze, które w czasie stanu wojennego decydowały o takich rzeczach, czyli z tego co pamiętam Ministerstwo Obrony Narodowej czy Ministerstwo Spraw Zagranicznych, nie zgodziło się na to. No to ja wtedy zostałem taksówkarzem i jeździłem sobie tą taksówką, aż w końcu l’Equipe przysłało mi propozycję, żebym przyjechał do Francji. 

A tak właściwie, to dlaczego musiał pan zostać taksówkarzem? Mimo stanu wojennego, w Polsce wciąż działały niektóre media 

Niestety powiedziano mi, że nie będę już dziennikarzem w Polsce Ludowej, ponieważ zostałem negatywnie zweryfikowany przez telewizję. 

O, a to z jakiego powodu? 

Politycznego, byłem członkiem Solidarności, nie pamiętam już, jaką dokładnie funkcję pełniłem, no ale to nieważne. Ważne jest to, że wtedy niestety “ścinali” wszystkich tych, którzy byli w Solidarności. No to założyłem taksówkę razem z redaktorem Maciejem Wierzyńskim. Oczywiście każdy z nas miał swoją taksówkę. 

Równocześnie chodziliśmy na egzaminy, bo to nie było tak łatwo, jak teraz, że można sobie założyć sobie taksówkę, nie znając Warszawy. Mówili na przykład: “jest pan na Placu Zamkowym i ma pan pasażera, którego trzeba dowieźć na ulicę Brylantową”. I jeszcze trzeba było wybrać najkrótszą możliwą trasę, bo jak pojechałeś gdzieś na około, żeby nabić licznik, to oblewali. 

I w „L’Equipe” wiedzieli o tym, że ja muszę wykonywać ten zawód taksówkarza, choć tak naprawdę jestem dziennikarzem. Zaproponowali mi pracę w Paryżu. Na początku się zastanawiałem, bo przecież nigdy nie pracowałem tylko w języku francuskim. Jednak pomyślałem sobie, że warto spróbować. Najpierw pojechałem sam, później dojechała do mnie żona z dziećmi. I tak pojechaliśmy na rok, może dwa-trzy, a już jesteśmy 38 lat.

I właśnie, jak sobie pan radził z tym pisaniem po francusku? Bo domyślam się, że nauka na studiach romanistycznych, to nie to samo, co praca dla „L’Equipe”? 

Oczywiście na początku nie znałem francuskiego tak dobrze, jak dziś, ale nie miałem zbyt wielkich problemów z pisaniem. Czasem miałem mniejsze lub większe wątpliwości, ale wtedy mogłem zapytać żony – także romanistki, która kończyła te same studia co ja, a potem córek, które były w szkole, a później kończyły studia we Francji. Tak że z tym sobie raczej radziłem. I nie zapomniałem polskiego, bo było dla mnie bardzo ważne. Nie chciałem upodabniać się do wielu rodaków, którzy po rocznym pobycie we Francji “ja nie mówić po polski”. To jest dopiero dramat. 

Francuski nie jest językiem łatwym, ale za to bardzo bogatym. To znaczy, że jeśli już go znasz, to możesz nim lawirować na przeróżne sposoby. Ciągle znajdujesz jakieś synonimy, odpowiedniki, zdecydowanie łatwiejsze są gry słów. 

Wielu było obcokrajowców w tym „L’Equipe”? 

Właściwie to byłem tylko ja. Chociaż nie, był jeszcze jeden dziennikarz z Rumunii. Uciekał przed reżimem Ceaușescu. Jego zatrudnili w dziale informacji. Znał parę języków, więc tam siedział i pisał różne artykuły. No ale on nie wyjeżdżał na żadne zawody, a ja jeździłem naprawdę sporo – zwiedziłem przecież pół świata dzięki „L’Equipe”. 

Ile razy był pan na Tour de France? 

Dziesięć razy. 

To o trzy więcej niż liczba zwycięstw Lance’a Armstronga w Tour de France. Miał pan okazję go poznać. Czy w związku z tym wierzył pan w jego czystość? 

Cóż, muszę przyznać, że szybko zacząłem w nią wątpić. Ale wydaje mi się, że Armstrong wcale nie musiał wpaść. Myślę, że on popełnił wielki błąd. Gdyby wygrał to Tour de France 5 razy, nic by się nie stało. No ale on był trochę bezczelny – kto by pomyślał? Amerykanin chce wygrać ten wyścig 7 razy! Francuzi wiedzieli, że tam, w Stanach Zjednoczonych, kultury kolarskiej nie ma za grosz. To było dla nich tak, jakby napluć na całą stuletnią historię Tour de France. I właśnie dlatego go “przyskrzynili”. Mogli wiedzieć, domyślać się, ale moim zdaniem nic by z tym nie zrobili, gdyby poprzestał na tych pięciu triumfach. A tak, w końcu go złapali.

Ale koniec końców do “zniszczenia” Armstronga doprowadzili inni, sprawą zajmowała się amerykańska FBI, o dopingu Armstronga pisał irlandzki dziennikarz – David Walsh… 

Tak, ale to wszystko zostało sprowokowane przez Francuzów. To oni powiadomili amerykańskie służby śledcze, FBI. Co ciekawe śledztwo prowadził Polak z pochodzenia, no przynajmniej nazwisko miał polskie – Jeff Novitzky. Później on oddał sprawę Tygartowi i to właśnie ten ostatni dopadł w końcu Armstronga. Potem był jeszcze ten wywiad z Oprah Winfrey, ale to przecież było takie… 

Wyreżyserowane?

Dokładnie, nie powiedział tam niczego istotnego. Dziennikarka nie wyglądała na szczególnie zainteresowaną wyciągnięciem od niego trudnych odpowiedzi. On był jakiś taki sztucznie wyluzowany. W ogóle mi się to nie podobało. 

Zapewne sporo się różnił od osoby, którą miał pan okazję poznać wiele lat wcześniej. 

Niestety, bardzo tego żałuję. Kiedyś spędzaliśmy razem sporo czasu w jego willi nad jeziorem Como – jeździłem tam razem z żoną i najmłodszą córką. Był wspaniałym gawędziarzem i miał przepiękne dziewczyny. Kiedyś on miał około tygodniowy urlop, a ja byłem na wyścigu w Hiszpanii. I jak miałem chwilę wolnego czasu, pojechałem tam do niego. Poznałem wtedy Holenderkę, z którą on się wtedy spotykał – to była taka przemiła i przepiękna dziewczyna. Później długo żałowałem, że on się z nią nie ożenił, tylko z piosenkarką – Sheryl Crow. Wtedy on był już kimś, a ja go przecież poznałem już na samym początku jego przygody z kolarstwem – właściwie było to na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie, gdzie miał wygrać, a przegrał. 

Tak, z tego co się orientuję, zajął miejsce w drugiej dziesiątce. 

A amerykańscy dziennikarze podchodzili do mnie i mówili: “Chris, spokojnie, nie interesuj się tak tym wyścigiem ze startu wspólnego. Jedzie Armstrong, on ich wszystkich wykosi”. Ja sobie myślałem, co to za Armstrong? Nie słyszałem o nim, chyba tak samo, jak reszta europejskich dziennikarzy, nie mówiąc o kibicach. 

Nie wyszło mu, ale miał już wtedy załatwiony kontrakt z Motorolą. Sześć dni później zadebiutował w tym zespole występem w Clasica San Sebastian. I on tam był ostatni – naprawdę ostatni. Przyjechał 10 minut za przedostatnim zawodnikiem. Ludzie w Hiszpanii prawie pluli na niego, bo przecież tam nie lubi się Amerykanów, podobnie zresztą jak na francuskich wsiach. Popychali go, śmiali się, a on mimo wszystko robił wszystko, żeby ukończyć ten wyścig. I powiedział na mecie: “Za rok przyjadę tu znowu i wygram”. Nie wygrał – udało mu się to dopiero parę lat później [w 1995 roku – przyp. red.], ale za to zdobył mistrzostwo świata. 

A później wszedł do sali konferencyjnej i powiedział do pana: “Chris, I won, kurwa mać!” 

Tak, znaliśmy się już wtedy dość dobrze. Ja w Barcelonie poznałem go jako kolarza, ale na to, by poznać go jako człowieka musiałem poczekać prawie rok, do Tour de France 1993, kiedy wygrał etap do Verdun, czyli kilka miesięcy przed Oslo. W tamtych czasach nie było jeszcze rzeczników prasowych, ale w Motoroli był już człowiek, który zajmował się sprawami dziennikarzy. Nazywał się Hennie Kuiper – mistrz olimpijski z Monachium i zwycięzca czterech różnych monumentów. 

Byłem z nim wtedy bardzo zaprzyjaźniony, więc na mecie podszedłem do niego i powiedziałem, że chciałbym podjechać do Armstronga do hotelu i zrobić wywiad. Kuiper się zgodził, więc ja, zgodnie z planem, pojawiłem się na miejscu. Znów podszedłem do Kuipera, a on mówi: “Krzysiek, to idź do niego, on jest w pokoju 12. na parterze”. To idę tam, pukam do drzwi – nikt nie odpowiada. Zaczynam nasłuchiwać, co dzieje się w środku, czy ktoś tam w ogóle jest. 

Usłyszałem… jakąś bajeczkę dla dzieci. Jakiś piesek Pluto, czy coś tam. To ja jeszcze raz pukam. W końcu otwiera mi Armstrong. Mówię, że jesteśmy umóweni, on patrzy na moją wywieszkę i odpowiada: “A, to ty jesteś ten Polak, kurwa mać”. Później dodał, że niestety teraz nie ma czasu i że muszę poczekać, aż skończy się bajka. No to patrzyłem w ten telewizor razem z nim. Tu latał jakiś Pluto, tu jakaś Myszka Miki, a on to wszystko oglądał. Byłem zadowolony, bo byłem już w pokoju, drzwi były zamknięte – wiedziałem, że już mi ten Amerykanin nie ucieknie. No to czekałem. 

Na szczęście z tego co kojarzę, te bajki nie trwają zbyt długo. Nie trzeba było długo czekać. 

Dokładnie, jakieś 15 minut i było po wszystkim. Zacząłem przeprowadzać z nim wywiad dla l’Equipe. I jak skończyliśmy, on zaproponował, żebyśmy częściej się spotykali. Mówił, że nawet zna kilka słów po polsku, bo jeszcze w Stanach kolarsko wychowali go bracia Bekowie. Ojciec – Jerzy Bek, był trenerem polskiej kadry torowców i sam był bardzo dobrym torowcem, wielokrotnym mistrzem Polski. Miał dwóch synów – Andrzeja i Jarosława. Jeden z nich zdobył medal Igrzysk Olimpijskich w tandemie. 

Później znaleźli się w USA i tam spotkali Armstronga. No i dlatego on mógł mi powiedzieć, że kolarstwa uczyli go Polacy – właśnie bracia Bekowie i słynny Eddy B. Zresztą z Gregiem LeMondem było tak samo – on też w którejś z naszych rozmów podkreślił, że to Polacy nauczyli go kolarstwa. Ale, co tu się dziwić – kto inny miał to robić? Przecież nie Amerykanie. Tam nikt nie jeździł na rowerze – właściwie tylko Polacy. 

Wracając do Armstronga. Po naszej rozmowie wystartował w kolejnych etapach, ale niestety tamtego Tour de France nie ukończył. Podobnie jak kilku kolejnych – może było tak dwa-trzy razy. Często było tak, że zanim nadeszły największe góry, Armstronga już nie było na trasie. Oni go oszczędzali, nie chcieli go zajechać. 

Widziałem to z bardzo bliska, bo się zakolegowaliśmy. Gdy tylko miał coś do przekazania, że na przykład nie startuje w tym i tym wyścigu, tylko wraca do Stanów Zjednoczonych, to była to wiadomość tylko dla mnie. W końcu jednak kontakt się urwał. Ja odszedłem z działu kolarskiego, a wszystko zbiegło się w czasie z chorobą Lance’a… 

Wyszło to jakoś tak naturalnie. Ja nie jeździłem na wyścigi, bo byłem już w dziale olimpijskim i zajmowałem się czymś innym, on nie jeździł, z wiadomych powodów. Poza tym albo ludzie, którzy się nim zajmowali, albo on sam, wprowadził jakąś taką barierę komunikacyjną i ciężko było się do niego dobić. I już to wydawało mi się podejrzane. Dlaczego ludzie, którzy byli z nim bardzo blisko – nie mówię tu tylko o mnie, bo było też kilku innych dziennikarzy, nie mieli już do niego dostępu? 

Pisał o tym choćby David Walsh. Podobno Armstrong w ogóle stał się wtedy bardziej zamknięty. 

A ja pamiętałem go jako wspaniałego chłopaka. Ciekawie mówił, był bardzo miły. Aż tu nagle zmienił się o 180 stopni. Sam przekonałem się o tym podczas Paryż-Nicea. Przyjechałem tam prywatnie, m.in. po to, żeby zobaczyć się z Armstrongiem. On siedział w samochodzie z dyrektorem sportowym. Byłem niedaleko, a on mnie wtedy zobaczył, otworzył szybkę, wystawił głowę i powiedział: “O, Chris, ja się do ciebie później odezwę”. I już nigdy się nie odezwał. A wszystkie moje próby porozumienia się z nim były torpedowane przez Stepletona – agenta Armstronga. Najlepsze jest to, że on za każdym razem bardzo grzecznie odpowiadał. Pisał, że dziękuje za list i że skontaktuje się niebawem. I zawsze na tym się kończyło

Podobno dopuszczał do siebie tylko tych dziennikarzy, którzy podchodzili do jego osoby bezkrytycznie. 

Ale oni też mieli trudno. Był między nimi taki dziennikarz – starszy ode mnie, nazywał się Samuel Abt. To był człowiek, który opisywał wszystkie historie Lance’a Armstronga w prasie amerykańskiej. Nie pamiętam już jakiej, ale na pewno nie sportowej, bo tam właściwie nie ma sportowych gazet. I on po pewnym czasie też stracił do niego dostęp. Też był piekielnie zdziwiony. Zastanawiał się, jak to jest, że ten Armstrong się z nim nie chciał kontaktować. 

Wróćmy jednak na chwilę do czasów, gdy utrzymywał pan jeszcze kontakt z Armstrongiem. Jak to było w tym Oslo? 

Pracowałem wtedy dla dwóch mediów – dla TVP i „L’Equipe”. Najpierw robiliśmy transmisję z Czesławem Langiem, a później miałem zrobić wywiad z Armstrongiem dla Francuzów. Wcześniej była jednak konferencja prasowa. Ona była zorganizowana w takiej wielkiej sali, ale dziennikarzy było tak wielu, że dla niektórych, także dla mnie, brakowało miejsc siedzących. I tak stoję sobie, aż w końcu zobaczyłem, jak wchodzi. On też mnie zauważył. Machnął do mnie ręką, ja odmachałem. I wtedy właśnie wypalił: “Chris, I won, kurwa mać!”. 

Zrobił to tak głośno, że później podchodzili do mnie dziennikarze nieznający języka polskiego. Pytali: “Co on Ci powiedział, co to znaczy, to kurwa mać?” 

A co do tych informacji, które dostawał pan od Armstronga. Jest jakaś, która szczególnie zapadła panu w pamięć? 

Hmm, chyba najlepiej pamiętam sytuację, która miała miejsce przed Dauphine, czy jakimś innym wyścigiem tego typu. Na pewno było to przed Tour de France. Siedzieliśmy sobie wtedy przy jakimś boisku piłkarskim, za bramką. I on tak patrzył na ten mecz i w pewnym momencie powiedział do mnie: „Ja nie wiem, czy w przyszłym roku o tej porze będę kolarzem”. Już nie pamiętam, w którym to było roku. 

Może w 1994? Wtedy mieliśmy tę niesławną Strzałę Walońską z EPO w roli głównej. Podobno właśnie wtedy doszedł do wniosku, że bez erytropoetyny nie da się wygrywać. 

Hmm, myślę, że to bardzo możliwe. No ale prawdę mówiąc, ciężko mi jest to stwierdzić ze stuprocentową pewnością. Później nie zagłębiałem się już w temat, bo wiedziałem, że tego nigdzie nie wykorzystam. Powiedział mi to w sekrecie, nie mogłem o tym nikomu opowiadać. 

Myślę jednak, że coś tutaj może być na rzeczy. On musiał wiedzieć, że tu musi być coś. COŚ, bez czego się nie wygrywa. Niektórzy twierdzą, że było tylko dwóch kolarzy, którzy wygrywali etapy Tour de France bez dopingu. Jeden to był Szwajcar – Zimmermann, a drugiego to już nie pamiętam. 

Może Carlos Sastre? 

Tak myślisz? 

Nie wiem, przypomniał mi się jego przydomek – Mr. Clean.

A wiesz, co powiedział o nim kiedyś Armstrong? “Mogę 10 lat nie jeździć na rowerze, ale jeśli Sastre wygrywa Tour de France, to ja mogę wrócić i też wygram”. 

I częściowo miał rację, bo wrócił po czterech latach i zajął 3. miejsce – był 12 pozycji przed Sastre. 

No tak, on tego Sastre w ogóle nie poważał. Dla niego to był jakiś kolarz drugiej kategorii.

Wie pan z czego to wynikało? 

Nie wiem, ja już wtedy w tym aż tak bardzo nie siedziałem. 

No tak, już w połowie lat 90 przestał pan jeździć na Tour de France. 

Ale jeździłem na igrzyska olimpijskie, ponieważ w pewnym momencie przeszedłem z działu kolarskiego do działu olimpijskiego. Dzięki temu byłem na wszystkich igrzyskach od Atlanty do Salt Lake City. Później przeszedłem na emeryturę w „L’Equipe”, ale jeździłem na igrzyska z TVP – w ten sposób obskoczyłem chyba łącznie z 10 igrzysk. 

A tak właściwie to z czego wynikała stosunkowo wczesna emerytura? Miał pan dopiero 58 lat. I, jak sam miałem okazję się przekonać, wciąż był świetny w tym, co robił. 

Wtedy we Francji zostało wprowadzone prawo – ono na pewno dotyczyło dziennikarzy, ale przypuszczam, że nie tylko. Pozwalało na wcześniejszą emeryturę, w wieku 57-58 lat. No i skoro pojawiła się taka możliwość, to ja postanowiłem z niej skorzystać. Miałem 24 godziny do namysłu. Przyszedłem do domu, porozmawiałem z żoną. Powiedziałem jej: “Wiesz co, albo teraz wezmę emeryturę, albo za 7 lat”. Ja przecież ciągle jeździłem na te wyścigi i nie bardzo mi się już chciało. No to wybrałem emeryturę. 

I właściwie od razu zaczął pan pracować w Eurosporcie. 

Właściwie to współpracować. Nigdy nie byłem tam na etacie, nie dostawałem stałej pensji. Dostawałem tyle pieniędzy, na ile sobie zapracowałem. 

Dzięki temu miał pan okazję komentować jeden z najpiękniejszych okresów w historii polskiego kolarstwa. 

Cóż, zacznijmy od tego ja bardziej cenię lata Szurkowskiego i tej całej reszty wspaniałych kolarzy. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że mieliśmy wtedy dwa kolarstwa, a teraz mamy tak naprawdę jedno, bo amatorzy nikogo nie interesują. No ale dla mnie mimo wszystko najlepszym kolarzem w historii był właśnie Szurkowski i nie mam co do tego żadnych wątpliwości. 

To był niebywały profesjonalista – on miał w swoim zeszycie zanotowane wszystkie swoje wyniki – dosłownie wszystkie, z czego ja później skorzystałem, gdy pisaliśmy jego biografię. Wracał do domu i wszystko zapisywał. Był bardzo zorganizowany i tak naprawdę był pierwszym kolarzem w Polsce, który podchodził do swojej pracy w tak profesjonalny sposób. Poza Merckxem miał najwięcej zwycięstw w stosunku do startów – wyszło mu łącznie około 500 triumfów.

A nie było mu łatwiej, niż Merckxowi? W końcu startował z kolarzami, którzy, przynajmniej z nazwy, byli amatorami. 

Tak, ale to nie byli byle jacy amatorzy. A on prał ich wszystkich, jak leci – i Zoetemelka, i Kuipera. A jak pojechał z zawodowcami na Paryż-Nicea, to pierwszy etap w Orleanie przegrał z Merckxem o gumę. On miał niesamowitą smykałkę do ścigania. Wszystko widział, wszystko czuł, a do tego miał bardzo dobrą drużynę, która mu pomagała. 

No ale akurat dziś kolarze też mają drużyny, które im pomagają. Gdyby nie Gołaś, Bodnar, Paterski i reszta, to Kwiatkowski też nic by nie zrobił w Ponferradzie. Z nim mam inny problem. Poznałem go w czasie któregoś Tour de Pologne. Nie startował, ale zjawił się tam razem ze swoją ówczesną dziewczyną, która później została jego żoną. I to jest przemiły chłopak. Wydawało mi się, że w głowie ma wszystko bardzo dobrze poukładane, że wszystko rozumie, jak wyglądają wyścigi itd. 

No i okazało się, że pewnie ma wszystko poukładane, ale nie do końca. Ktoś mu wmówił, że może wygrać Tour de France. A ja powiedziałem mu: “Michał, ty nigdy nie wygrasz Tour de France”. W ogóle nie ma takiej możliwości. Setki razy mówiłem Tomkowi, czy to prywatnie, czy na antenie: “To nie jest zawodnik na wygranie Tour de France”. To jest zawodnik na wygranie dosłownie każdego klasyku i każdego wyścigu etapowego do siedmiu dni. Paryż-Nicea, Dauphine Libere – proszę bardzo. Ale jak zaczną się wysokie góry, to Kwiatek tam nie wjedzie z najlepszymi góralami. A skoro tak, to nie wygra wyścigu. 

A Geraint Thomas? O nim też można było kiedyś powiedzieć, że w życiu nie wjedzie w góry z najlepszymi. A wjechał i wygrał Tour de France. 

To takie wypadki mogą być, ale jak Kwiatkowski wygrywał Mistrzostwa Świata, to Thomas jeszcze nie miał żadnego zwycięstwa. A potem wygrał Tour de France, bo Kwiatek go wwoził pod te góry. Potem odpadał i tracił 15 minut. I to jest ten kolarz, który ma ambicje? Nie! On to zrobił dla kasy! Trzeba być brutalnym – Kwiatek całą drugą część kariery poświęcił na robienie pieniędzy. 

I nie zamierzam mu z tego czynić zarzutu – to jego prawo. Tylko ja jako kibic wolałbym, żeby on walczył i wygrywał. Wtedy miałby te same pieniądze, a trofeów zdecydowanie więcej. Co on wygrał ostatnio? Wiem, że wygrał etap Tour de France, no ale to co tam się wydarzyło, to było po prostu śmieszne. To było kino. 

No tak, sam kolarsko wychowałem się na Kwiatkowskim i zawsze wyobrażałem sobie, że jego pierwszy prawdziwy sukces w Tour de France to będzie coś, co przyniesie mi mnóstwo emocji. Niestety wtedy nie poczułem nic. 

Przypominam sobie tylko jeden taki przypadek w historii, bardzo się źle skończył dla bohaterów – LeMond i Hinault razem przejechali linię mety w Alpe d’Huez. Nienawidzili się, nie rozmawiali ze sobą, ale tam przyjechali tak samo, jak teraz Kwiatkowski. A potem Hinault powiedział, że to jeszcze nie koniec, bo zawsze może przydarzyć się jakaś kraksa. 

Dla mnie to nie jest kolarstwo. Nie podobała mi się ani ta sytuacja z Hinaultem i LeMondem, ani to zwycięstwo Kwiatkowskiego. To jest trochę zaprzeczenie kolarstwa. To znaczy, że co? Że 10 metrów przed metą ich nie obchodzi już, kto ma być pierwszy na mecie? Oni mają walczyć do końca i nie walczą, to było widać. Nie powinno się tego robić, w ten sposób robi się krzywdę kolarstwu. 

Przynajmniej są piękne zdjęcia na mecie… 

O jakim pięknie mówimy? Może w takim razie w ogóle przestańmy się ścigać. Szkoda mi tego Michała, bo on miał duży potencjał. Mógł wygrać parę ładnych wyścigów. 

Ale może nie było tak źle? Wygrał Mistrzostwa Świata, Strade Bianche, Milano-San Remo, Clasica San Sebastian, Tour de Pologne, Tirreno-Adriatico, E3… trochę się tego nazbierało. No a pewnie coś pominąłem. 

Ale to wszystko jest mało, on wraz z Saganem byli uważani za dwa porównywalne talenty. I patrz, gdzie jest teraz Michał, a gdzie Sagan? Sagan nie pracował na nikogo – pracował na siebie i chyba nie wyszedł na tym źle finansowo? 

Jeśli Kwiatkowski mógł wygrać więcej, to może problem tkwił w psychice? Bo to nie było tak, że on przestał wygrywać po przejściu do Team Sky. Mam wrażenie, że większy przełom w jego karierze nastąpił po zdobyciu mistrzostwa świata. Że to od tego momentu duże zwycięstwa zaczął przeplatać słabszymi występami. 

Ja bym jednak wolał, żeby on został u Lefevere’a, w Belgii. On by tam odniósł więcej sukcesów, niż odniósł w Sky/INEOS. Przecież tu masz tak: Bernal? Wygrał Tour de France, trzeba było mu pomagać. Froome, Thomas – wygrywali, trzeba było pomagać. A jeszcze byli przecież tacy, co nie wygrywali, a i tak trzeba było im pomagać. 

A może zostając w Quick Stepie wcale nie polepszyłby swojej sytuacji, przynajmniej jeśli chodzi o klasyki. Przecież tam jest Alaphilippe który już pod koniec jego przygody w Belgii zaczął wyrastać na lidera zespołu? 

Nie wydaje mi się. Gdy razem jeździli, Francuz patrzył na Michała jak w obrazek. On korzystał z jego rad, umiejętności. I to jest bardzo fajny facet, on jest uśmiechnięty niezależnie od tego, czy wygrywa, czy przegrywa. No ale zobacz, gdzie on jest – on jest dwukrotnym mistrzem świata, zakładał żółtą koszulkę przez wiele dni. Michał powinien być liderem Tour de France, przynajmniej przez jakiś czas. Niech dwa dni będzie, ale niech będzie. Na mistrza świata już nie liczę, bo dziś są inni. 

Van der Poel, Van Aert, jeszcze ten Evenepoel. No i ci Słoweńcy – przecież Słowenia w przeszłości nie miała ani jednego mocnego kolarza, a teraz nagle mamy cały ich wysyp. W sumie to teraz w ogóle nie ma już gdzie wygrywać. 

No tak, mamy erę kosmitów. Podoba się panu to nowe kolarstwo? 

Pewnie, że mi się to podoba. Jest dużo lepiej niż dwa, trzy lata temu, gdy co chwila zastanawialiśmy się, gdzie jest Nibali, a jak nie Nibali, to ten, który nigdy nic nie wygrał i nie wygra – Nairo Quintana. Cały czas mówił, że dziś zaatakuje, no i zaatakował, a za chwilę już spływał. 

Albo Pinot, któremu zawsze coś przeszkadzało w spełnieniu marzeń Francuzów.

O, to jest inna sprawa – Pinot jest nieszczęśliwy, bo ciągle ma kontuzję.

Chyba ciężko będzie mu kiedykolwiek wygrać Tour de France. Czy Francuzi mają dziś kolarza, z którym wiążą jakieś nadzieje w kontekście pierwszego od czasów Hinaulta zwycięstwa w ich najważniejszym wyścigu? 

Alaphilippe. Ja wiem, że będzie ciężko, ale Patrick Lefevere – menedżer Quick-Stepu, którego zresztą dobrze znam, bo to są moje czasy, może nauczyć Alaphilippe’a jazdy po górach. Cieszyłbym się, gdyby poszedł w ślady Jalaberta, który przecież zaczynał jako sprinter, a później wygrywał koszulkę górala Tour de France i klasyfikację generalną Vuelta a Espana. To było niepojęte, tylko że to wszystko działo się w tamtych czasach, kiedy wszyscy brali. 

A Vuelta była trochę innym wyścigiem niż teraz – wygrywał ją Sean Kelly, który przecież był raczej klasykowcem. 

Tak, i zieloną koszulkę kosił z niesamowitą regularnością. To był bardzo ciekawy facet – wiesz, że on do końca swojej kariery korzystał z nosków na butach? Nie miał tych bloków, a zamiast tego właśnie zaciskał te noski. Tylko problem był, jak się wypieprzał, bo nie mógł sobie ot tak wypiąć butów. No i wtedy była ciężka sprawa. Fajnie mi się z nim rozmawiało, tak samo, jak z Adrie van der Poelem – tatą Mathieu. Był frankofilem, z żoną mieszkali we Francji. Jego teściem był przecież Poulidor. 

A wie pan, skąd ta jego miłość do Francji? 

Hmm, pierwszym takim kolarzem, który mieszkał we Francji (i zresztą mieszka do dziś) był Zoetemelk. Potem dołączyli do niego kolejni. Pewnie chodziło o to, że najważniejszą imprezą dla Holendrów i Francuzów jest Tour de France. No i oni ciągnęli do tej Francji, żeby mieć optymalne warunki przygotowań do tego wyścigu. 

Wtedy Francja była ostoją kolarstwa. Dziś też tak jest? Tour de France dalej jest największą kolarską imprezą, ale dawno nie wygrał jej Francuz. 

Tu trzeba byłoby się zastanowić, bo pouciekało kilka kolarskich imprez. Może Włochy – tam jest dużo kolarskich wyścigów. Wiadomo, wiosna już dawno za nami, ale przecież jeszcze jest pełno tych jesiennych klasyków. Pamiętam, że jak jeszcze byłem w „L’Equipe” i jeździłem na te włoskie wyścigi przed mistrzostwami świata, to dwa tygodnie siedziałem we Włoszech. I cały czas miałem co robić, bo tam co chwila odbywał się jakiś klasyk. Potem mistrzostwa świata i znów Włochy – Il Lombardia – Wyścig Spadających Liści. To jest bardzo ładna nazwa. 

To prawda, kolarstwo jest pełne takich bardzo ładnych nazw. 

Bo widzisz, dziennikarze, którzy opisywali kolarstwo – przynajmniej ci, których pamiętam z francuskiej literatury, szukali tego rodzaju porównań. To nie było tylko pisanie, że na 16. kilometrze uformowała się ucieczka.

Wróćmy jeszcze do komentowania. Po Eurosporcie przeszedł pan do Polsatu. Z czego to wynikało? 

Nie zgadzałem się z polityką dotyczącą transmisji. Nie podobało mi się to, że transmisje, nawet całkowicie płaskich etapów są takie długie, że w tym samym czasie transmitujemy na dwóch różnych stacjach dwa wyścigi kolarskie. Że komentatorzy nie jeżdżą na wyścigi, a co komentator jest wart, jeśli wie to samo, co kibic, który ma dostęp do internetu i może sobie sam wszystko sprawdzić? A może jeszcze ten kibic zna cztery języki i już będzie wiedział cztery razy więcej, niż komentator. 

Poza tym podjęto decyzję o tym, że biathlon będzie komentował tylko jeden dziennikarz i postanowiono, że będzie nim Tomek i ja się z tym zgadzałem, bo przecież on jest ode mnie młodszy o 11 lat. Jeśli Eurosport ma budować przyszłość z którymkolwiek z nas, to z nim a nie ze mną. My zbyt długo się znamy, zbyt długo razem komentowaliśmy, żeby to miało sprawić, że się ze sobą poróżnimy. 

Między nami nie było więc żadnych nieporozumień. Były za to nieporozumienia między mną, a firmą. Bo szybko okazało się, że jednak wracają do dwóch komentatorów, ale tym drugim komentatorem został Tomasz Sikora. Gdyby mi to zakomunikowano w inny sposób, to oczywiście bym to zrozumiał. Tomka Sikorę przecież też znam bardzo dobrze. Nie ma między nami żadnych nieporozumień. No i trzeba pamiętać, o tym, że zarówno ja, jak i Tomek Jaroński byliśmy komentatorami – Tomek Sikora jest konsultantem, ekspertem. 

No i Tomek Sikora jest znakomitym fachowcem, świetnym człowiekiem, bardzo się lubimy, ale sposób, w jaki załatwiła to firma, bardzo mi się nie spodobał. Przez 20 lat pracowałem w Eurosporcie, nie ja jeden i wszyscy którzy odeszliśmy zasługujemy na choć trochę szacunku. Ale nie u ludzi, którzy teraz kierują stacją, pracują w niej od dwóch czy trzech lat i kompletnie się na tym nie znają. Napisałem list co o tym myślę i odszedłem 

Czemu uważa pan, że ludzie, którzy są dziś w Eurosporcie nie znają się na swojej robocie? 

Nie wiem, jak dokładnie jest teraz, ale jak odchodziłem, to rządził taki triumwirat – żaden z jego członków nie jest dziennikarzem. Nikt w środowisku ich nie zna. Ja wiem, że z punktu widzenia Discovery czy Eurosportu są to osoby ważne. Pewnie potrafią zapewnić kasę, reklamy – tu mogę się zgodzić, ale jeśli te osoby mają odpowiadać merytorycznie za program, to nie. One się na tym po prostu kompletnie nie znają. I z tego wynika to, że dziś w Eurosporcie mamy tylko kolarstwo i snooker. Jeszcze skoki narciarskie, u nas bardzo popularne, ale jako sport globalny jednak niszowe. Interesuje się nimi w kilku krajach europejskich i w Japonii. 

Po odejściu z Eurosportu przeszedł pan do Polsatu… 

No właśnie tak niby przeszedłem, a jakby nie przeszedłem. Niestety pandemia mocno zrewidowała nasze plany. Bo ja mieszkając we Francji, nie mogłem decydować się na to, żeby co chwila jeździć do Warszawy i komentować biathlon. Byliśmy umówieni tylko na biathlon, już nie na kolarstwo. No tylko ten wirus się rozpanoszył i trochę pokrzyżował nam szyki. Trochę pokomentowałem, ale nie wiem, czy jeszcze będę to robił. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Jestem cały czas we Francji, musiałbym ciągle latać, a teraz jest to po prostu utrudnione. 

A nie byłby pan w stanie komentować zdalnie? Eurosport czasami korzysta z takiej techniki. 

Tak, zresztą można powiedzieć, że to ja jestem prekursorem takiego rozwiązania, bo przecież jeszcze w Eurosporcie przez kilka lat robiłem Radio Praciaki. Nie chciałem jechać do Warszawy. Wolałem siedzieć sobie tutaj, z rodziną na wakacjach i od czasu do czasu pokomentować sobie razem z Tomkiem. I to przez trzy lata bardzo dobrze funkcjonowało, a jak później redakcja powiedziała nie, no to nie. I skończyliśmy z tym. 

Niestety w Polsacie nie korzystamy z takiego rozwiązania, nie wiem do końca dlaczego. Chyba stacja nie jest na nie technicznie przygotowana. Nigdy nie słyszałem, żeby coś takiego robili. Natomiast Eurosport wciąż jeszcze dopracowuje ten system, bo on wciąż taki idealny wcale nie jest i trzeba dopracować kilka rzeczy. 

Takie rozwiązanie na pewno jest bardzo wygodne dla komentatora. 

Tak, a przecież taki Tomek Jaroński musi dojeżdżać do Warszawy 70 kilometrów. Więc taka zdalna forma komentowania jest bardzo wygodna. Myślę, że już nie wrócimy do takiego systemu, że pracujesz głównie poza miejscem zamieszkania.

No tak, teraz wszyscy widzą, że tak się da, że jest wygodniej… 

… i mniej kosztuje. Taka stacja nie musi już troszczyć się, żeby załatwić komentatorowi kawę czy choćby papier toaletowy albo mydło. Jesteś w domu, to korzystasz z tego, co masz w domu. Nikomu nie przychodzi do głowy, że dobrze byłoby tym ludziom dorzucić coś na takie rzeczy. A dlaczego oni mają wydawać na to swoje środki? Jest w pracy, to powinien mieć zapewnione to, co wcześniej miał zapewnione. 

Przez jakiś czas współpracował pan także z „Przeglądem Sportowym”. Pisał pan felietony, ale szybko przestały się one pojawiać. Z czego to wynika? 

Wiesz co, ja chyba nie będę tego dalej prowadził. To nie dla mnie. Trzeba być bardzo na bieżąco. Muszę mieć ogólny ogląd na to, co się w sporcie dzieje. Ja tego nie mam. To, że przeczytam gazetę, nie znaczy, że wiem wystarczająco dużo. Muszę być w środku tego wszystkiego. Muszę rozmawiać z ludźmi. Muszę się dowiedzieć czegoś oficjalnie, czegoś nieoficjalnie. I wtedy dopiero mogę pisać felieton. Dla „Przeglądu” napisałem ich kilka, ale zrezygnowałem, bo to jednak nie miało sensu. Na półce z książkami pozostaje kilka moich ładnych pozycji i z nich jestem zadowolony…

W Praciakach rozmawiał Bartek Kozyra

guest
7 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
maciej
maciej

Wywiad 1klasa!Rewela!👍👍

KLM
KLM

Pojawiło się GCN+ i szybko zniknął tani roczny abonament na playera. Taka to polityka.

BBogdan
BBogdan

Zawsze poważałem Pana Krzysztofa i bardzo doceniam jego wiedzę i sposób, niezwykle kulturalny, komentowania wyścigów. Ale ostatni czas w Eurosporcie, takie miałem wrażenie, trochę za bardzo marudził…
Super wywiad, zgadzam się z komentarzami. Uznanie dla red. Kozyry :)👍👍

Edek
Edek

Pan Krzysztof dużo i ładnie opowiada o Francji – historii, kulturze, kuchni itd. Ale o kolarstwie a w szczególności taktyce, rozpoznawaniu zawodników na trasie miał umiarkowane pojęcie. Dobrze że jest Baranowski

Jakub
Jakub

Świetny wywiad:-)

Sneake
Sneake

Świetny materiał. Dziękuję 😉

Zbyszek
Zbyszek

Brawo. Świetny wywiad.
Czyta się jak ciekawą powieść. Brakuje mi komentarza Pana Krzysztofa. Szeroka wiedza, kulturalny
i często bezkompromisowy komentarz sprawiały że oglądanie TDF miało trochę pełniejszy wymiar.
Teraz jest inaczej….