fot. Lech Piasecki/Facebook

Pomimo tegorocznych starań Stanisława Aniołkowskiego, Lech Piasecki wciąż pozostaje najsłynniejszym polskim kolarskim wąsaczem i zarazem jedynym zwycięzcą etapów  Giro d’Italia pochodzącym z naszego kraju. W pierwszej części wywiadu z nim przeczytacie m.in.:

  • Czego nauczył go Ryszard Szurkowski?
  • Jak jednym gestem odebrał nadzieję Uwe Amplera
  • Jak nie został członkiem PZPR

Choć we wstępie nazwałem Piaseckiego najsłynniejszym polskim kolarskim wąsaczem, to w tym miejscu warto doprecyzować – jeden z najlepszych polskich kolarzy w historii wąsa od dawna nie nosi. Nic dziwnego – w końcu od tego czasu minęło już ponad 30 lat i wiele się zmieniło, co bardzo dobrze widać także po samej Polsce, w której przemiany Piasecki doświadczył na własnej skórze.

Nie zmieniło się jednak wszystko – Lech Piasecki wciąż nie pożegnał się z kolarstwem. Owszem, karierę zakończył wcześnie – jeszcze przed ukończeniem 30. roku życia, ale za to do dziś prowadzi sklep rowerowy, w którym odwiedziłem go w piątek. I choć, jak miałem okazję się przekonać, sklep cieszy się sporym zainteresowaniem, to w przerwie pomiędzy kolejnymi klientami zdążyliśmy omówić drogę, którą pięciokrotny zwycięzca etapów Giro d’Italia przeszedł. Drogę od chłopca z Lipian, który chodził z ojcem na górkę za miastem, by obserwować kolarzy jadących w Wyścigu Pokoju i mógł jedynie słuchać szumu kolarskich opon i łańcuchów, do jednego z największych polskich kolarzy wszechczasów.

Od początku był pan złotym dzieckiem? Jak rozmawiałem z Januszem Kowalskim, który kończył karierę mniej więcej wtedy, gdy pan zaczynał, to mówił, że to było widać na pierwszy rzut oka, że zostanie pan kolarzem.

Podobno byłem talentem i rzeczywiście miałem predyspozycje do kolarstwa. Bo wierzę w to, że każdy człowiek ma jakieś ukryte predyspozycje do czegoś – czy to do sportu czy do innych dziedzin, ale nie każdy potrafi je w sobie odkryć i nie każdy ma tyle szczęścia, że ktoś odkryje je w nim. Tak, ludzie czasem rozmijają się ze swoim przeznaczeniem, ale ja miałem to szczęście. Wybrałem kolarstwo, pierwszy trener ,który wziął mnie pod swoją opiekę dostrzegł we mnie talent, a później potoczyło się już szybko.

Kiedy pan wygrał pierwszy wyścig?

Miałem 14 lat. Zapisałem się do klubu w połowie roku i w pierwszym wyścigu zająłem szóste miejsce.Podczas ucieczki złapała mnie kolka (brak doświadczenia) i doszła mnie grupa.Drugi start już wygrałem.

W Tour de Pologne też pierwsze zwycięstwo przyszło szybko…

Tak, wygrałem etap w pierwszej edycji, w której wystartowałem, to był etap do Zielonej Góry. Przyjechałem na ten wyścig wtedy w drugiej drużynie reprezentacji Polski, która pełniła funkcję młodzieżówki. 

Gdy przejeżdżał pan przez metę w Zielonej Górze, miał pan wrażenie, że kibice są niezadowoleni? W końcu był pan kojarzony z Gorzowem!

Nie, po pierwsze, właściwie to wtedy nawet nie wiedzieliśmy, że są takie animozje, po drugie, nie interesowałem się wtedy żużlem, a po trzecie, przynajmniej do niedawna, nie było wśród kolarskich kibiców animozji, złośliwości takich, jak na żużlu czy w piłce nożnej.

Wygrał pan wtedy po solowym ataku z peletonu – ktoś porównał wtedy pana do Jana Magiery.

Rzeczywiście tak było. Magiera był jednym z najlepszych polskich zawodników. Wygrywał etapy na Wyścigu Pokoju, był uznanym czasowcem i na pewno wszelkie porównania do zawodników, którzy kiedyś odnosili sukcesy są czymś bardzo miłym dla każdego młodego kolarza. 

Był pan już wtedy w kadrze, pamięta pan okoliczności, w których został do niej powołany?

Po prostu wygrywałem dużo wyścigów, więc trenerzy mnie powoływali do kolejnych kadr. Najpierw byłem w kadrze juniorów, a później w kadrze elity. Pamiętam pierwsze zgrupowanie, które mieliśmy w Krynicy. Trenerami byli wtedy Zbigniew Rusin i Andrzej Trochanowski, a na zgrupowaniu mieli właściwie wszystkich najlepszych polskich kolarzy m.in.–Szurkowski, Sujka, Brzeźny, Mytnik, Lang, Szczepkowski, Cieślak, Ciekański, Plutecki, Mokiejewski – cała śmietanka polskiego kolarstwa, a ja z nimi. 

Pan już wtedy się zakolegował z Langiem?

Tak, dość szybko zapałaliśmy do siebie sympatią. On był dla mnie starszym, utytułowanym kolegą z kadry. Generalnie, ta bardziej doświadczona część kadry życzliwie przyjęła nas, młodych, bo oprócz mnie byli wtedy powołani m.in. Mietek Korycki, Adam Zagajewski, Andrzej Serediuk, Tadeusz Krawczyk i Andrzej Mierzejewski.

Właśnie, wtedy był pan drugo- czy trzecioplanową postacią tej kadry. A kiedy poczuł Pan, że powoli staje się jej postacią pierwszoplanową?

Tam nie było takich podziałów jak dzisiaj, czy jak w kolarstwie zawodowym. Nie było jednego lidera, któremu wszyscy są podporządkowani. Generalnie, każdy miał dla siebie miejsce i możliwości pokazania się. Nie było takich podziałów, a przynajmniej ja nic takiego nie pamiętam. Oczywiście, jak wygrywał Szurkowski, to drużyna na niego pracowała, on był liderem, ale gdy np. Brzeźny jechał swój wyścig, to on też mógł liczyć na wsparcie ekipy, gdy był lepszy. Podobnie było też później, w moich czasach, kiedy kadrę prowadził Szurkowski.

Możliwości wygrania wyścigu miał każdy, choć oczywiście, jak jechaliśmy na Wyścig Pokoju, to liderzy rzeczywiście byli wskazani na starcie i każdy wiedział, na kogo ma jechać. Natomiast ci, którzy byli wyznaczeni na liderów, musieli pokazać, że są na tyle mocni, by tę rolę spełniać. Jeżeli w 1985 roku ja czy Andrzej Mierzejewski pojechalibyśmy słabiej w prologu czy na pierwszych etapach, to liderem mógł zostać równie dobrze Marek Leśniewski, Marek Szerszyński czy Paweł Bartkowiak, którzy również byli znakomicie przygotowani do tego wyścigu. Drużyna musi wiedzieć, że lider jest jej najmocniejszym ogniwem.

Jak zaczynał pan karierę, to Ryszard Szurkowski ją kończył. Ale chyba załapał się pan na wspólne starty z nim, prawda?

Pamiętam taki wyścig w Pruszczu Gdańskim – to chyba tam pierwszy raz z nim startowałem. Bacznie obserwowałem wtedy jego poczynania – jego styl jazdy, zachowanie w peletonie. Na pewno wyciągałem wnioski, uczyłem się, podobnie jak inni obserwowałem  swoich starszych kolegów, jak się zachowują w peletonie, ustawiają na wietrze, na wachlarzu i jak rozgrywają wyścig. To wszystko zapewne procentowało w trakcie kariery.  

A jeszcze jako zawodnik dał panu jakieś konkretne rady?

W zasadzie to nie pamiętam. Zachowanie w peletonie, ustawienie się na finiszu… są rzeczy, w których Rysiek był prawdziwym mistrzem i warto było go obserwować, Na pewno był bardzo życzliwy dla młodych i odnosił się do nas z dużą sympatią [inną perspektywę na podejście Szurkowskiego do młodych można znaleźć tutaj – przyp. red.], ale rad konkretnych w tamtym okresie nie pamiętam  – mimo wszystko byliśmy rywalami.

Nie mieliście okazji występować razem w kadrze?

Ryszard już wtedy razem z innymi byłymi kadrowiczami ścigał się we Francji. On, Mytnik, Pożak, Brzeżny, Charucki. – oni ścigali się już raczej na zachodzie niż w Polsce, choć, tak jak wspominałem wcześniej, miałem to szczęście, że kilka razy w jednym peletonie mogłem z nim jechać – tak jak wtedy, w Pruszczu Gdańskim czy na mistrzostwach Polski w Kaliszu, gdzie przyjechał razem z ekipą “Francuzów”, czyli właśnie tych starszych zawodników, którzy na co dzień ścigali się na zachodzie. Było kilka startów. Poza tym później nie był typowym trenerem bo,oprócz wypełniania obowiązków szkoleniowych, jeździł z nami na treningi i startował w niektórych wyścigach.

Miał wtedy jakieś wyniki?

Ryszard nie jechał dla wyników, bo przecież karierę sportową już zakończył. Jechał, żeby przyjemnie spędzić czas, bo wciąż kochał to robić, ale przede wszystkim po to, by zobaczyć swoją kadrę’’ od środka.’’ Z samochodu dyrektor sportowy czy trener nie zawsze widzi jak jego zawodnicy zachowują się w peletonie, kogo można typować na lidera czy na zwycięzcę kolejnych wyścigów.

Co ciekawe, w kadrze prowadził pana nie tylko Szurkowski, ale też Stanisław Szozda, który przed jego przyjściem był w sztabie pierwszego trenera.

No tak, był asystentem trenera Rucińskiego i trenera Jankowskiego. Był z nami w Szklarskiej Porębie czy w Zakopanem, później jechał z nami do Bułgarii na zgrupowania. Staszek  był mistrzem, jeśli chodzi o takie “bandyckie” wejścia w zakręty na stadionach, na których wtedy często kończyły się wyścigi. Jego wskazówki  na pewno miały swoje przełożenie na sukcesy, które osiągnęliśmy jako drużyna. Staszek na pewno do tych sukcesów też dołożył swoje cegiełki.

A jeśli chodzi o sposób prowadzenia was, to czym się od siebie różnili?

Ryszard bardzo spokojny, zrównoważony, Staszek bardziej nerwowy, trochę choleryk, ale obu wspominam bardzo pozytywnie.

Od Szozdy czy Szurkowskiego dostał pan kiedyś jakiś mocny opieprz?

Oni przede wszystkim dawali nam wskazówki. Owszem, czasami   w impulsywny sposób, ale nigdy w taki by kogoś zranić. Szurkowski nie musiał na nas krzyczeć. Wiedzieliśmy, że ma rację. Zresztą, treningi były mordercze, a on zamiast siedzieć w samochodzie jechał razem z nami. Jeżeli Rysiek coś robił, to znaczyło, że my też chcemy, musimy, że damy radę.

Dlaczego nigdy nie udało się panu wygrać Tour de Pologne? Sam wyścig chyba panu odpowiadał, skoro wygrał pan trzy etapy w dwóch edycjach.

Nie wygrałem Tour de Pologne, ale nie boli mnie to szczególnie Szurkowski też nie wygrał, choć przecież był najlepszym kolarzem wszechczasów jeśli chodzi o polską  i światową historię kolarstwa amatorskiego. To nie jest tak, że najlepszy kolarz musi wygrać  wszystkie wyścigi na świecie. Czasami brakuje trochę szczęścia, czasami brakuje formy w danym okresie, zdarza się, że ktoś jest lepszy albo równie dobry jak  zwycięzca, ale na początkowym etapie wyścigu szło nieco gorzej, więc wtedy jechał, jak wszyscy, na lidera… Różne sytuacje bywają, ale skoro ani razu nie wygrałem, to znaczy, że nigdy nie byłem akurat wtedy, gdy wyścig się odbywał, na tyle mocny, by wygrać.

Milk Race pokrywał się wtedy z Tour de Pologne?

Znajdowały się w kalendarzu obok siebie. W związku z tym, jak jechało się na jeden z wyścigów, to raczej odpuszczało się drugi. Milk Race trwał 10 dni, Tour de Pologne też mniej więcej tyle. Zawodnik, zwłaszcza tak młody jak ja, nie mógł jechać w obu imprezach – trzeba było mądrze dysponować naszymi siłami.

Lepiej było znaleźć się w kadrze na Milk Race czy na Tour de Pologne? I gdzie jeździli kolarze, którzy byli członkami pierwszej reprezentacji na najważniejsze imprezy?

Pierwszy to najbardziej prestiżowy wyścig dla amatorów w Wielkiej Brytanii, drugi to największy wyścig dla amatorów w Polsce, więc wydaje mi się, że ich prestiż był podobny. A co do tego, kto gdzie jeździł – tu decydowali trenerzy kadry.

Ale 1983 rok pamięta pan chyba doskonale? To właśnie wtedy zadebiutował pan w Wyścigu Pokoju.

No oczywiście, takich rzeczy się nie zapomina – nawet jeśli akurat najważniejsze wspomnienie z tego wyścigu nie było zbyt przyjemne. Na trasie etapu Toruń-Poznań jadąc w ucieczce zaliczyłem kraksę, będąc przypadkową ofiarą bójki kolarzy niemieckich i ZSRR, przez co od razu straciłem mnóstwo minut do czołówki. Staszek Szozda zbierał mnie z rowu, bo akurat jechał na motorze jako łącznik. Pomagał mi się pozbierać i dzięki niemu przyjechałem do mety w drugiej grupie.

To był jeden z pierwszych etapów, bo wyścig zaczynał się w Warszawie, w Polsce i dopiero później jechaliśmy do Czech i NRD. 

Tam jechaliście na Krawczyka i Serediuka, prawda?

No tak, oni od początku byli naszymi liderami. Byli od nas starsi, bardziej doświadczeni i pewnie stąd to wynikało

Dwa lata później, przy okazji pańskiego drugiego występu w Wyścigu Pokoju tym liderem był już jednak pan, a trenerem Szurkowski. Czuł pan zmianę jakościową po objęciu przez niego kadry? Bogdan Tuszyński opisywał to prawie jak nadejście zbawiciela polskiego kolarstwa.

Tak naprawdę każdy trener, który wcześniej z nami pracował, dołożył swoją cegiełkę do każdego kolejnego wyniku, który osiągała kadra, nawet po przyjściu nowych szkoleniowców. Mogę jednak na pewno powiedzieć, że przyjście Szurkowskiego wiązało się z olbrzymią zmianą mentalną. Wcześniej jeździliśmy na wyścigi mając obawy, czując większy respekt do  rywali niż powinnismy. Brakowało nam trochę pewności siebie i jeździliśmy ostrożnie. Po przyjściu Szurkowskiego poczuliśmy, że każdy wyścig jest do wygrania. Ryszard Szurkowski to osobowość. Był dla każdego z nas ikoną. I każdy chciał być kimś takim jak on. I teraz nagle on, już jako nasz trener, mówi nam, że coś jest możliwe, więc mu wierzyliśmy i wygrywaliśmy.

Sprawdzianem i potwierdzeniem tego, że idziemy w dobrą stronę, dla mnie i moich kolegów były wiosenne mistrzostwa Bułgarii, które wygrałem. Wystartowała tam między innymi cała kadra Rosjan. Na trasie się przewróciłem. To było w tunelu. Poobdzierałem się, urwałem hamulec i uszkodziłem korbę. Później, przy każdym przekręceniu, ta korba pukała w ramę. Do tego poszła dziewięcioosobowa ucieczka bez Polaków. Szurkowski podjechał do mnie i mówi: 

– Dobra, trzeba ich gonić

– Ale trenerze, korba zepsuta, łokieć poobijany, przecież nie ma szans – odpowiadam. 

– Nie marudź

No i razem z Andrzejem Mierzejewskim dociągnęli mnie do ucieczki, brakowało może jeszcze z 30 metrów, gdy trener powiedział, że muszę ich teraz dogonić  i wygrać. Zostawały ze dwa kilometry do mety, więc niewiele, ale zrobiłem to, co powiedział. A rywale byli naprawdę silni. Pojawiła się w nas wielka wiara, że kiedy się chce, można wszystko. Wcześniej też o tym wiedzieliśmy, ale czegoś brakowało. Szurkowski okazał się tym, który nam uzmysłowił, że możemy zrobić więcej, niż nam się wydaje... To nas, kolarzy tamtej reprezentacji przełamało. Od tamtej pory zaczęliśmy wygrywać w zasadzie wszystko.

(Więcej o współpracy Piaseckiego i Szurkowskiego możecie przeczytać tutaj)

Było tak, jak pisał potem Tuszyński, że dzięki tej pewności siebie zaczęliście jeździć bardziej ofensywnie?

Zdecydowanie tak. To my atakowaliśmy. To my dyktowaliśmy warunki, a nie inni nam.

Takie podejście przynosiło skutki. Wyścig Pokoju pan wygrał, prowadząc w “generalce” od początku do końca.

No tak, byłem liderem od samego początku, od prologu w Pradze. Potem polecieliśmy do Moskwy na trzy etapy. Z Andrzejem Mierzejewskim zaatakowaliśmy na etapie z metą na Kryłatskoje [słynny tor w Moskwie]. To było na 20 kilometrów przed metą. 

Plan był taki, że atakujemy z Mierzejem na dwie rundy przed końcem. Szurkowski stał na długiej prostej, gdzie zaczynają się podjazdy i zakręty. To był znak, że mamy ruszyć. Podjechał do mnie Mierzej i mówi: „Jak chcesz być drugi, siadaj na koło!”. No i pojechaliśmy. Ponad dwadzieścia kilometrów jechaliśmy z przewagą między osiem, a dwanaście sekund, więc właściwie cały czas czuliśmy na karkach oddech peletonu. Pogoń umiejętnie rozjeżdżali nasi koledzy z drużyny. W pierwszej chwili, gdy odjechaliśmy, wszyscy się zawahali. Niemcy patrzyli na Rosjan, Rosjanie na Niemców, a my odskoczyliśmy i zyskaliśmy przewagę, której już nie oddaliśmy do mety.

Nie było wam szkoda sił? Dziewięć sekund to nie tak dużo, biorąc pod uwagę, jak dużo sił straciliście. 

No może i tak, ale proszę zobaczyć, co teraz robi Pogačar – ma koszulkę lidera, dużą przewagę, a i tak atakuje i odjeżdża wszystkim. To była ambicja, to była mentalność zwycięzców. Trzeba być zawodnikiem ofensywnym i tej ofensywy nauczył nas Ryszard.

Właściwie to jest bardzo ciekawe, że akurat on was tego nauczył, skoro sam w czasach swojej zawodniczej kariery uchodził raczej za kolarza pasywnego.

Nie wiem skąd ta opinia, ja uważam inaczej. Na pewno jako trener bardzo zachęcał nas do aktywnej jazdy. Trzeba pokazywać swoją siłę  i możliwości również na inne sposoby. Pamiętam etap z metą w Bielsku-Białej – Marek Szerszyński był wtedy w solowej ucieczce, a mnie atakowali głównie Niemcy – nie pamiętam dokładnie, czy celowo wypiąłem nogę z noska i ich tą jedną nogą wyprzedziłem pod Salmopol. A może, gdy atakowali spojrzałem im wymownie w oczy, a oni przestali atakować, bo uznali, że nie ma szans.

– W pewnym momencie Ampler narzucił takie tempo, że “Piasek” powiedział sobie, że coś trzeba z tym zrobić, bo nas zaraz wszystkich ugotuje. No to wtedy wypina jeden but z noska i jedną nogą zrównuje się z Amplerem i patrzy się mu głęboko w oczy. Wtedy Ampler odpuścił. Zrozumiał, że dalsze próby ataku nie mają sensu. Generalnie Leszek był mistrzem takich zagrywek. Czasem wystarczyło mu jedno spojrzenie, by przeciwnik wiedział (albo po prostu pomyślał), że nie ma już żadnych szans.

– Marek Leśniewski

Podczas tamtego wyścigu był w ogóle choć jeden moment, w którym bał się pan, że straci tę koszulkę?

Myślę, że to mogło być w Bielsku-Białej, ale nawet gdyby tak się stało, dla drużyny nie byłoby to szczególnie bolesne, bo kolarzem, który mógł mi ją wtedy zabrać, był Marek Szerszyński. Brał udział w ucieczce i w pewnym momencie miał na tyle dużą przewagę, że wirtualnie był liderem wyścigu. Rysiek wpoił nam taką myśl: „Nieważne, kto wygrywa, ważne, że wygrywamy my”– byliśmy ze sobą bardzo zżyci i dla mnie nie było ważne, kto wygrywa – ważne, żeby był to ktoś z nas. Ja miałem to szczęście, że często udawało się to właśnie mnie z różnych przyczyn. 

Tamten Wyścig Pokoju był wyjątkowy także dlatego, że organizowany był w 40. rocznicę pokonania Niemiec w II wojnie światowej. Pan jako zawodnik czuł, że uczestniczy nie tylko w wydarzeniu sportowym, ale też propagandowym?

Oczywiście, że tak. Wyścig Pokoju z założenia był wyścigiem propagandowym. Był największym na świecie wyścigiem amatorskim – można go było porównać rozmachem do Tour de France. Organizowany przez państwowe gazety, z góry wiadomo było, że tak to musi wyglądać. Wszystko było dopięte na ostatni guzik, bo w grę wchodził prestiż państw-gospodarzy.

O politycznym znaczeniu Wyścigu Pokoju przekonałem się najlepiej chyba nie w 1985, ale w 1983. Generalnie przed wyjazdem na każdy start, panował dość dziwaczny, z dzisiejszej perspektywy zwyczaj. Każdy z nas pił szklankę koglu-moglu, który zagryzaliśmy szynką z puszki – dziś pewnie kolarze po czymś takim musieliby na długo odwiedzić toaletę, a ja na czymś takim wyścig wygrałem. 

To działało jak placebo – miało pomagać, więc pomagało. Wydawało się, że to dodaje nam niebywałej siły. Raz, w 1983 roku, pojawił się problem. Zabrakło szynki. Po chwili szynka w puszkach się pojawia, razem z przygotowanymi dla nas z wnioskami o przystąpienie do partii. Szynkę wzięliśmy, papierów nie podpisaliśmy, żaden z nas nie wstąpił do partii, ale zakusy były… 

Sportowiec żyje swoim życiem sportowym. Każdy ma oczywiście swoje poglądy i przekonania, sympatie i antypatie, ale one przechodzą na plan dalszy – najważniejszy jest sportowy wynik i to jemu wszystko jest podporządkowane. Zresztą dziś dzieje się podobnie.

I naprawdę nie było żadnych negatywnych konsekwencji? 

Nie było. 

W tamtych czasach Polacy wzdychali do zachodu – wy też?

Na pewno. Pamiętam, jak w juniorach miałem wyścig we Włoszech. Już jadąc samochodem z trenerami przez Austrię, widziałem przez okno inny świat, nieporównywalny z naszym. Dziś w Polsce jest inaczej – tak samo, a niekiedy nawet lepiej niż tam wtedy. Wielu zawodników wyjeżdżało na wyścigi i już nie wracali. Zobaczyli lepszy świat i zostali. Nie wrócili do Polski.

Pana nie kusiło? Czy nie było okazji?

Okazje na pewno były. Jeździłem na Zachód na zawody kilka razy w roku – najpierw na zgrupowania do Włoch, później na zawody – także do Niemiec, Austrii, Szwajcarii – właściwie po całej Europie. Tych okazji było więc wiele, ale nigdy o tym nie myślałem. Zresztą, na wyjazdach kadry nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś nie wrócił – wszyscy, którzy wyjeżdżali, później wracali. Owszem, czasem reprezentanci Polski uciekali z kraju, ale zawsze działo się to podczas wyjazdów klubowych.

To dlatego, że byliście dobrze pilnowani?

Czy ja wiem? Faktycznie, na wyjazdach kadry zawsze był z nami ktoś, o kim nikt nic nie wiedział, kim właściwie jest. Pewnie miał nad nami czuwać. Nie było jednak tak, że za nami chodził cały czas. Myślę, że gdyby ktoś chciał uciec – zrobiłby to bez problemu.

Na szczęście Piasecki, aby dostać się na zachód, wcale nie musiał uciekać. Jako drugi kolarz zza bloku wschodniego ( drugi Polak) został wypuszczony przez polskie władze do świata zawodowców i to już w wieku 24 lat. Po osiągnięciu wszystkiego, co było do wygrania w kolarstwie amatorskim, przeniósł się do świata zawodowców. Tam osiągnął sukcesy, spośród których najważniejsze wciąż czekają na powtórzenie. O tym wszystkim będzie jednak już w drugiej części wywiadu, która ukaże się w kolejnym tygodniu.

Zobacz też:

Krzysztof Wyrzykowski – człowiek, któremu sekrety zdradzał Armstrong 

Michał Gołaś – Godzinne konwersatorium z „profesorem kolarstwa” 

Lechosław Michalak i kolarski powrót do lat 80.

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 1 Przysięga

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 2 Spełnienie

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 3 Koniec

Bogumiła Matusiak – wspomnienia ze starego Tour de France

Fignon i spółka powiedzieli: „On musi nas masować” – wywiad z „Bobem” Madejakiem

Od angażu „na kredyt”, do gwiazdy Tour de Pologne w pół roku – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 1

Droga prowadząca do Francji – wywiad z Janem Brzeźnym, cz. 2.

Na „ty” z Szarmachem – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 3

Maciej Paterski: „Jens Voigt chyba chciał mnie udusić” 

Maciej Paterski – jak pokonał Mollemę i Rogliča 

Maciej Bodnar – jak rozkochał w sobie Włochów i trafił do elity

Maciej Bodnar – Bodyguard zawodowiec

Zbigniew Spruch – wtedy, gdy wszystko się zaczęło

Zbigniew Spruch – Zawsze drugi

Portugalskie przygody Dariusza Bigosa

Dariusz Bigos: „Celujemy w drugą dywizję. Być może już za dwa lata”

Henryk Charucki – Wizyta w fabryce elektrycznych maszyn i kolarskich marzeń

Henryk Charucki Wielka kolarska emigracja

Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota

Marek Leśniewski – długa droga do zawodowstwa 

Tomasz Marczyński – 60 minut z Loco

Janusz Kowalski – Szybszy od Pogačara

Janusz Kowalski – opowieść o niewykorzystanym potencjale

Przemysław Niemiec – Droga do Giro

Przemysław Niemiec – W kolarskim raju

 

 

 

Poprzedni artykułTadej Pogačar: „Myślę, że Jonas będzie w dobrej formie na starcie Touru”
Następny artykułRobert Stannard zawieszony przez UCI… w latach 2018-22
Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością.
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Gosc
Gosc

Talent to Piasecki mial ogromny. Mialem okazje sie z nim scigac.