fot. UAE Team Emirates

Jest wiele powodów, dla których można by uznać Giro d’Italia za ulubiony wyścig polskich kolarzy, jednak na pewno nie ma wśród nich zwycięstw etapowych. Wprawdzie także tutaj “walka o róż” nie pozostaje daleko w tyle za Vuelta a Espana i Tour de France, jednak problem tkwi w tym, że wszystkie padły łupem jednego kolarza – Lecha Piaseckiego. A ostatnie z nich aż 35 lat temu.

Gdy w 1989 roku Lech Piasecki odnosił swój piąty triumf na trasie Giro d’Italia, w dorobku polskich kolarzy nie było ani jednego etapu Tour de France i Giro d’Italia. Nic w tym dziwnego. On i Czesław Lang byli polskimi pionierami w kolarstwie zawodowym – wówczas obok nich w dużym, zachodnim peletonie nie mieliśmy ani jednego przedstawiciela, a tak się składa, że obaj ścigali się we włoskich drużynach. I choć obu zdarzało się jeździć w Tour de France, zresztą nie bez powodzenia, a Piasecki był nawet przez moment liderem klasyfikacji generalnej, to priorytetem niemal zawsze było Giro d’Italia. 

– Wtedy dla Włochów liczyło się tylko Giro d’Italia. Tam jechali najlepsi kolarze, najlepiej przygotowani. Tour de France na pewno nie było takim priorytetem, jak dziś. To zmieniło się dopiero później.

– opowiadał nam po latach Zbigniew Spruch, który do grona polskich zawodowców dołączył niedługo później.

Polski Ganna

Piasecki regularnie sprawiał zatem włodarzom swojego zespołu – Del Tongo, mnóstwo przyjemności. Był świetnym pomocnikiem – ten, kto czytał książkę Czesława Langa pt. “Zawodowiec”, ten wie, że tą dwójkę często porównywano do narzucających niezwykle wymagające tempo lokomotyw. Wspólnie wygrywali również Trofeo Barracchi – prestiżową dwójkową czasówkę, ale tym kolarzem, który indywidualnie osiągał lepsze wyniki, był Piasecki. 

Lang był świetnym czasowcem, o czym świadczą liczne miejsca w czołowej “10” na etapach Giro, a także zwycięstwa w Tour de Romandie, Tirreno-Adriatico i Wyścigu Dookoła Katalonii. Jednak młodszy z Polaków sukcesów miał jeszcze więcej, a swoją klasę najmocniej pokazywał właśnie podczas najbardziej różowego z wyścigów, gdzie niemal co roku wygrywał etapy – aż cztery z nich po czasówkach. Po pierwsze zwycięstwo sięgnął już 1986 – pierwszym roku zawodowstwa, a drugi triumf miał miejsce dwa lata później.

Jednak najlepszą edycją w jego wykonaniu była ta z 1989. Spokojnie można powiedzieć, że obrabował wówczas największy i najlepiej strzeżony włoski bank. Na liście startowej tamtego wyścigu stanęły takie gwiazdy jak Gianni Bugno, Mario Cipollini czy Laurent Fignon, ale to on wygrał najwięcej etapów spośród wszystkich uczestników, bo aż trzy. To był niemal występ na miarę Filippo Ganny z 2020 roku – dwa triumfy po czasówkach (Ganna miał trzy) i jeden na etapie ze startu wspólnego. Niestety jednak w kolejnych latach Piasecki, w przeciwieństwie do słynnego Włocha, nie był w stanie powtórzyć sukcesów i jego licznik się zatrzymał. Podobnie jak licznik całego polskiego kolarstwa.

Największy spośród polskich sprinterów

Czy od początku byliśmy skazani na długoletnie oczekiwanie na naśladowców Piaseckiego? Niekoniecznie, nawet jeśli na kolejnego świetnego czasowca musieliśmy czekać aż do drugiej dekady XXI wieku i wystrzału talentu Macieja Bodnara. Jednak Giro to przecież nie tylko czasówki – Giro to przecież również wiele okazji dla sprinterów, z czego skwapliwie korzystali przez lata Mario Cipollini i Alessandro Petacchi (w 2004 roku 9 wygranych etapów!). Niewiele brakowało, by swoją część uszczknął także Zbigniew Spruch.

Polak w czasach swojej kariery nie wygrywał zbyt często. Nie bez kozery jednak drugą część wywiadu z nim zatytułowaliśmy: “Zawsze drugi”. Choć drugich miejsc w karierze Sprucha rzeczywiście było bardzo dużo, to słowa “drugi” nie należy tutaj traktować dosłownie – raczej jako zwrócenie uwagi, że Polak wielokrotnie bywał blisko osiągnięcia czegoś wielkiego, ale za każdym razem czegoś brakowało.

Był drugi na mistrzostwach świata i w Gandawa-Wevelgem. Był trzeci i czwarty w Mediolan-San Remo. Był nawet w czołówkach Ronde van Vlaanderen i igrzysk olimpijskich. Był świetnym klasykowcem, ale równie dobrym sprinterem. I przez wiele lat potrafił pokazywać to na trasach Giro d’Italia. Spójrzcie tylko na te liczby:

Miejsca top 10* Miejsca w top 5** Podium
1992 2
1994 1
1995
1996 6 3 2
1997 1
1998 3 2 1
* i ** – dla jasności, każdy wynik na podium wliczany jest również do rubryki top 5 i top 10, zaś każdy wynik z top 5 wylądował również w top 10

 

To zdecydowanie najlepsze wyniki etapowe w całej historii polskich startów w Giro d’Italia (pomijając Piaseckiego), a zasługują na tym większą uwagę, że Spruch osiągnął je jako… rozprowadzający Jana Svorady. Czech był jednym z najlepszych sprinterów tamtych czasów i kilkukrotnym zwycięzcą etapowym każdego z trzech wielkich tourów. Na szczęście Polak miał mimo to okazję, by przy okazji powalczyć o dobre wyniki na własną rękę:

– Rozprowadzałem go, zostawiałem na kole Cipolliniego albo innego mocnego sprintera, a potem finiszowałem sam. Takie było zalecenie szefów ekipy, bo walczyliśmy też w punktowej klasyfikacji zespołowej, która wtedy funkcjonowała. Zresztą, my ją w tym 1995 roku, wygraliśmy. Oczywiście czasami, jak ten rozprowadzający (czyli ja) osiągał zbyt dobry wynik, to dyrektor sportowy był zły. To oznaczało, że mógł pomóc zdecydowanie bardziej, a jego liderowi przepadła szansa na zwycięstwo, które zawsze było priorytetem

– opowiadał nam po latach, we wspomnianym już wcześniej wywiadzie.

Co by było, gdyby Spruch mógł całkowicie skupić się na swoich celach? Tego się już nie dowiemy. Choć w latach 1999-2000, zdecydowanie najlepszych w karierze, miał już więcej swobody, to uwidaczniała się ona głównie na klasykach – wielkotourowe sprinty wciąż pozostawały domeną Svorady.

Era pomocników. I harcowników

Po kontuzji, która właściwie zakończyła karierę Zbigniewa Sprucha, w polskim peletonie przez długi czas panowała posucha, a nasza największa gwiazda – Sylwester Szmyd, pełniła funkcję pomocnika. Ci, jak wiadomo, rzadko mają okazje do osiągania dobrych wyników – nawet gdy, jak Polak, są w swoim fachu prawdziwymi mistrzami. I owszem, w Criterium du Dauphine udało mu się zabrać w ucieczkę i nawet wygrać etap na legendarnym Mont Ventoux, ale w Giro d’Italia najlepszy wynik osiągnął w 2009 roku. Na jednym z etapów był wówczas 7., ale z dużą stratą do najlepszych.

Większe szanse na zwycięstwo nasi kolarze mieli, nieco później, bo na przełomie lat chudych i tłustych w polskim kolarstwie – dokładniej w 2012 roku. Już wtedy na liście startowej znaleźli się Michał Kwiatkowski i Maciej Bodnar*, ale byli wówczas jeszcze przed najlepszymi okresami w swoich karierach. U ich szczytu byli za to dwaj harcownicy – Bartosz Huzarski i Michał Gołaś. Polacy regularnie zabierali się w odjazdy i dawało to nie najgorsze efekty.

Obaj stali na etapowym podium. Huzarskiemu nie dopisało szczęście – wprawdzie okazał się najlepszym spośród uciekinierów dnia, ale etap wygrał zmierzający po założenie koszulki lidera Joaquim Rodriguez. Zresztą, niewiele brakowało, by nieco wcześniej taki sam trykot założył Michał Gołaś.

– Miałem wtedy sporego pecha, bo na tamtym Giro byłem bardzo mocny. Zabierałem się wtedy w te wszystkie ucieczki bez najmniejszego wysiłku. No i na tamtym [szóstym – przyp. B.K] etapie akurat złapałem gumę w samej końcówce. Trzeba było wymieniać rower. Straciłem trochę czasu, a na zapasowym sprzęcie jechało mi się inaczej, bo to był zupełnie inny model. 

– Mimo to udało mi się dogonić grupę, w której jechał wirtualny lider – Adriano Malori. Przed nami jechał jeszcze bardzo mocny wtedy Miguel Angel Rubiano, ale on miał już wtedy dużą stratę w klasyfikacji generalnej.

– opowiadał nam kilka lat temu Polak, który wówczas zajął 3. miejsce – wynik słodko-gorzki, bo Maloriego nie udało się ani zgubić, ani nawet pokonać w sprincie, więc ostatecznie do koszulki zabrakło mu 15 sekund.

*Gdyby nie kontuzja, jechałby też, i to jako lider Saxo Banku, Rafał Majka.

Złota era

Lata 2001-2012 nie były może dla polskiego kibica kolarstwa czasem pełnym emocji, ale za to kolejna dekada przyniosła nam wysyp sukcesów. Także w wielkich tourach. To właśnie wtedy nasi zawodnicy odnieśli 5 spośród 6 zwycięstw etapowych w Tour de France i wszystkie pięć etapowych sukcesów w Vuelta a Espana. Dlaczego więc nie udało im się to w Giro d’Italia?

Z różnych przyczyn. Choć Kwiatkowski swoją przygodę z wielkimi tourami zaczynał właśnie od włoskiego wyścigu, to później na jego trasę już nie wracał. Maciej Bodnar startował wprawdzie trzykrotnie, ale będąc albo przed (2012), albo po (2020-21) szczycie swojej kariery. W przeciwieństwie do Rafała Majki i Przemysława Niemca, którzy właśnie na Półwyspie Apenińskim osiągali największe swoje największe sukcesy. Pierwszy z nich jednak przyjeżdżał zawsze jako lider drużyny i kolarz walczący w klasyfikacji generalki, który nie mógł liczyć na to, że rywale puszczą go w ucieczkę dnia. Drugi niemal zawsze był pomocnikiem i choć ta rola nie uniemożliwiła mu walki o miejsce w czołowej “10” klasyfikacji generalnej (w 2013 zajął 6. miejsce), to bardzo utrudniała walkę o etapy. 

Nawet jednak wtedy, gdy już znalazł się w odpowiednim odjeździe, jak na 16. etapie w 2013, to sukces uniemożliwił mu brak odpowiedniej dynamiki, przez który przegrał sprint o zwycięstwo z Benatem Intxaustim i Tanelem Kangertem. Oczywiście swój etapowy triumf w wielkim tourze w końcu odniósł, ale wydarzyło się to nie na Giro, a na Vuelcie. We Włoszech musi mu wystarczyć dwukrotne zajęcie 3. miejsca na etapach – to i tak lepszy wynik, niż Majki, który nigdy nie uplasował się w najlepszej trójce żadnego z odcinków.

Wąs kluczem?

Nie ma co się łudzić – najlepszy czas polskiego kolarstwa w dotychczasowej historii właściwie dobiegł już końca. Większość z bohaterów drugiej dekady XXI wieku już jakiś czas temu pożegnała się z kolarstwem. Owszem, jej dwie największe ikony wciąż jeżdżą, ale wielkie wyniki osiągają zdecydowanie rzadziej, niż w latach swojej świetności. Widać to nawet na przykładzie Giro d’Italia. Od 2020 roku, gdzie regularny Majka, zaskakująco dobry na czasówkach Gradek i waleczny Małecki uzbierali łącznie 5 miejsc w etapowej pierwszej “10”, minęły już trzy pełne edycje, a my w żadnej z nich nie zobaczyliśmy w “dysze” żadnego z rodaków. 

Paradoksalnie jednak to właśnie teraz, być może nawet bardziej, niż w którymkolwiek roku “złotej ery” możemy liczyć na przełamanie etapowej posuchy. Rafał Majka nie jedzie już na “generalkę”. Owszem, jego najważniejszą rolą będzie pomoc Tadejowi Pogačarowi, a jak na razie wiele wskazuje na to, że jako jedyny jest w stanie sprostać wysokim wymaganiom szefostwa UAE Team, ale można mieć nadzieję, że w drugiej części wyścigu, gdy Słoweniec uzyska dużą przewagę nad rywalami, dostanie wolną rękę.

A przecież na liście startowej jest jeszcze drugi Polak – Stanisław Aniołkowski. I jemu również nie można odbierać szans. Nie oszukujmy się, nawet mimo 8. miejsca zajętego na 3. etapie jego zwycięstwo byłoby olbrzymią sensacją, jednak trudno je całkowicie wykluczać – w końcu sprinterom zostało jeszcze 5 szans na etapowy triumf. Poza tym – 35-letnia posucha, przy tak dużej liczbie szans może w pewnym momencie kazać polskiemu kibicowi wierzyć w istnienie jakiejś klątwy uniemożliwiającej polskim kolarzom odnoszenie kolejnych etapowych zwycięstw. Jeśli taka istnieje, to, odpowiedzcie sami – czy zapuszczenie przez Stanisława Aniołkowskiego okazałego wąsa, tak kojarzącego się z Lechem Piaseckim, nie byłoby najlepszym sposobem na to, by w końcu się jej pozbyć?

Polskie etapowe podia na Giro d’Italia

1. miejsce Lech Piasecki 12. etap 1986
1. miejsce Lech Piasecki 21. etap 1988
1. miejsce Lech Piasecki 10. etap 1989
1. miejsce Lech Piasecki 15b etap 1989
1. miejsce Lech Piasecki 20. etap 1989
2. miejsce Lech Piasecki 1b etap 1987
2. miejsce Bartosz Huzarski 10. etap 2012
3. miejsce Lech Piasecki 13. etap 1987
3. miejsce Czesław Lang Prolog 1987
3. miejsce Lech Piasecki 1. etap 1988
3. miejsce Lech Piasecki 1. etap 1990
3. miejsce Lech Piasecki 10. etap 1990
3. miejsce Michał Gołaś 6. etap 2012
3. miejsce Przemysław Niemiec 15. etap 2013
3. miejsce Przemysław Niemiec 16. etap 2013
3. miejsce Zbigniew Spruch 9. etap 1996
3. miejsce Zbigniew Spruch 18. etap 1996
3. miejsce Zbigniew Spruch
22. etap Giro d’Italia 1998
3. miejsce Joachim Halupczok 12. etap 1990

Tabelka może zawierać luki. Jeśli je znajdziecie, zapraszamy do ich uzupełnienia w komentarzach.

Poprzedni artykułGiro d’Italia 2024: Narvaez już witał się z gąską, Pogačar zamienił się w rozprowadzającego [wypowiedzi]
Następny artykułWyścig Pokoju U17 2024: Etapowa wygrana Mikołaja Legiecia, podia Igora Mitoraja i Mateusza Blaszaka
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
6 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Tom
Tom

Joachim Halupczok w 1990r. w swoim pierwszym starcie w takim trudnym wyścigu był wiceliderem i gdyby nie kontuzja walczyłby o miejsce na podium. Pamiętajmy.

Tomek
Tomek

Benedetti?

Nerd
Nerd

Może gdyby Michał z Rafałem, nie wybrali by bycia robolami na rzecz innych, to tych zwycięstw było by więcej. Zwłaszcza Majka gdyby jeździł w jakiejś średniej grupie jako lider (na co miał możliwości) spokojnie miałby kilka GT ukończonych w top 10.

Łukasz
Łukasz

Gdy w 1989 roku Lech Piasecki odnosił swój piąty triumf na trasie Giro d’Italia, w dorobku polskich kolarzy nie było ani jednego etapu Tour de France i Giro d’Italia.” wkradł się błąd – nie było etapu Vuelty