fot. Lech Piasecki/Facebook

Dziś w wieku 75 lat odszedł Ryszard Szurkowski – najlepszy polski kolarz w historii. “Króla Ryszarda” wspomina Lech Piasecki – jego były rywal, a także zawodnik, który pod jego wodzą sięgnął w 1985 roku po mistrzostwo świata.

Gdy graliśmy w kapsle, ja zawsze byłem Szurkowskim, który najpierw jeździł z szóstką, później z siódemką. Kiedyś, z okazji którychś urodzin Ryśka, na swoim Facebooku zamieściłem nasze wspólne zdjęcie z mistrzostw świata w Giavera del Montello i napisałem nad nim “… zawsze chciałem być taki jak ON … mój idol z lat młodości, rywal i kolega z peletonu, trener, przyjaciel…  Wielki Mistrz Ryszard Szurkowski…. dziś obchodzi urodziny … wszystkiego najlepszego …”. Myślę, że słowa te bardzo dobrze oddają to, co czułem ja, moi przyjaciele z dzieciństwa, a później także koledzy z kadry.

 

Jednym z pierwszych wyścigów, w którym startowaliśmy wspólnie było kryterium w Choszcznie, a później, gdy zostałem już zawodnikiem elity, tych wyścigów było więcej. Pamiętam, że wtedy z uwagą obserwowałem to, co robi, jeżdziłem za nim, starając się wyciągnąć od niego jak najwięcej. Był też taki jeden start w mistrzostwach Polski, o których Rysiek, w filmie dokumentalnym opublikowanym wczoraj przez TVP Sport mówił, że młodzież zaatakowała, a on był piąty – najwyżej spośród kolarzy ze starej gwardii. Natomiast ja wtedy wygrałem, co było dla mnie niesamowitym przeżyciem.

Po zakończeniu kariery trenował mnie w kadrze narodowej. Był znakomitym trenerem. Pomagało mu to, że był wielką osobowością. Potrafił przekazywać nam informacje w taki sposób, że nikt nie myślał o tym, by z nim dyskutować. To co powiedział było świętością – czy to podczas wyścigów, czy treningów. Nie musiał być surowy. Nie krzyczał na nas, zawsze mówił spokojnym, zrównoważonym głosem, ale był przy tym wszystkim bardzo przekonujący.

Wielokrotnie już przytaczałem sytuację ze zgrupowania w Zakopanem. Mieliśmy zaplanowany trening na zewnątrz, ale pogoda była bardzo zła, więc wszyscy czekaliśmy w holu na decyzję o zmianie planów. Nagle jednak zobaczyliśmy, jak Rysiek wchodzi do nas, cały ubrany, gotowy do treningu i mówi “co wy tu robicie? Za pięć minut wyjeżdżamy”. Choć było bardzo zimno i padał śnieg, musieliśmy więc jechać, a on razem z nami – mógł obserwować nas z okna ciepłego samochodu, a on wolał marznąć, jadąc obok nas na rowerze.

Pomimo upływu lat on wciąż kochał kolarstwo – nie tylko z nami trenował, ale nieraz nawet startował w wyścigach – choćby w zimowych mistrzostwach Bułgarii czy we wczesnosezonowych włoskich wyścigach.

Pamiętam też zgrupowanie w Spale przed mistrzostwami świata w Giavera del Montello.  Któregoś popołudnia Rysiek przyszedł do mojego pokoju i powiedział: “Chodź, zabiorę cię gdzieś”. Pojechaliśmy nad jezioro, wypożyczyliśmy kajak i porozmawialiśmy – nie jako zawodnik i trener, tylko dwie równe sobie osoby. Podczas rozmowy przekonywał mnie też, że mogę zostać mistrzem świata, co też później rzeczywiście się stało. 

Później jeszcze wielokrotnie spotykaliśmy się na stopie prywatnej. Ostatni raz się widzieliśmy w Warszawie, 10 stycznia po Gali Mistrzów Sportu. Wyglądał dokładnie tak, jak na tym wspomnianym już wcześniej filmie. Oczywiście wciąż walczył z dolegliwościami, towarzyszącymi mu od jego wypadku sprzed dwóch lat, ale wszyscy, łącznie z nim wierzyliśmy, że kiedyś wróci na nogi. Był niesamowitym walczakiem. W walce o powrót do pełnej sprawności wykazywał taką samą determinację, jak wtedy, gdy był kolarzem. Dlatego ta smutna informacja z dzisiejszego poranka była wielkim szokiem. To był niesamowity człowiek, wielka osobowość – takich ludzi już nie ma.