Fot. Jan Rozmarynowski / naszosie.pl

W czasie swojej krótkiej lecz owocnej kariery zawodowej Lech Piasecki wygrał aż pięć etapów Giro d’Italia, jednak żadne z tamtych zwycięstw nie jest mu pamiętane tak mocno, jak etap Tour de France, którego wcale nie zakończył jako triumfator…

Tour de France nigdy nie było wyścigiem wyłącznie francuskim. W przeciwieństwie do Giro d’Italia, gdzie z początku startowali wyłącznie Włosi, Wielka Pętla od razu szeroko otwarła swoje ramiona dla obcokrajowców – już w pierwszej edycji czwarte miejsce zajął w niej Włoch – Rudolfo Muller, a wygrał Francuz pochodzący spod włoskiej Aosty – Maurice Garin. 

Początkowo największy wyścig na świecie jedynie zapraszał do siebie obcokrajowców, jednak w końcu, już po zakończeniu II wojny światowej zaczął udzielać kolejnych rewizyt. Po raz pierwszy w 1954 w Holandii, a potem jeszcze 27 razy – niemal zawsze państwach sąsiadujących z Francją. W 1987 roku było podobnie, choć… nieco inaczej – Berlin Zachodni był wprawdzie częścią graniczącego z Francją RFN, jednak stanowił eksklawę całkowicie otoczoną przez NRD. Geograficznie miejsce to znajdowało się więc już za umowną “żelazną kurtyną” i choć od Lipska, Drezna czy, przede wszystkim, Berlina Wschodniego, oddzielał je liczący 156 km mur, Tour de France nigdy wcześniej, ani nigdy później nie znalazło się bliżej świata, dla którego największą kolarską imprezą był Wyścig Pokoju.

Peleton otwarty na wschód

Prawdopodobnie żadne z 28 dotychczas rozegranych Grand Depart nie miało większego ciężaru symbolicznego niż tamten trzydniowy wypad do Berlina. Także z uwagi na charakter tamtego Tour de France, w którym nagle zaczęli się pojawiać przedstawiciele bloku wschodniego.

Była to spora nowość – przez lata jedynymi przedstawicielami krajów zza żelaznej kurtyny byli Polacy urodzeni na emigracji tacy jak Aleksander Sowa, Edward Klabiński czy Tadeusz Wiernicki. Zawodnicy, którzy urodzili się europejskich krajach rządzonych komunistów, nie mogli ścigać się w zawodowym peletonie aż do czasów Czesława Langa, który w 1982 roku, dwa lata po wywalczeniu w Moskwie srebrnego medalu igrzysk olimpijskich, dostał w końcu przepustkę na zachód i wykorzystał ją, by podpisać kontrakt z Gis-Gelati.

W kolejnych latach profesjonalny peleton stawał się dla wschodnich amatorów coraz bardziej dostępny – kontrakty w nim, często z pomocą Langa, podpisywali kolejni kolarze z Polski, Jugosławii czy Czechosłowacji. Lang zadebiutował w Tour de France w 1984 roku, a rok później wystąpił w tym wyścigu po raz drugi. Z kolei gdy w 1986 roku zabrakło go na liście startowej, miano jedynego kolarza zza żelaznej kurtyny przejął Primož Čerin z Jugosławii. W 1987 roku takich zawodników, po raz pierwszy w historii, było na trasie Wielkiej Pętli aż czterech. Tym razem nie było wśród nich Čerina, ale pojawił się Lang, a obok niego Lech Piasecki i dwóch Czechosłowaków – Kvetoslav Palov i Milan Jurco. Czas miał jednak pokazać, że tylko jeden z nich odegra w tamtym wyścigu pierwszoplanową rolę.

Maillot jaune

To, że był nim akurat Lech Piasecki, nie mogło być dla nikogo jakimkolwiek zaskoczeniem. Choć aby mieć jakiekolwiek szanse na opuszczenie bloku wschodniego trzeba było być naprawdę mocnym, to kolarze stamtąd najczęściej sprowadzani byli do roli pomocników. Nie Piasecki, który w rozmowie ze mną przyznawał, że on najczęściej wcielał się w rolę “wolnego strzelca” – wprawdzie angażującego się w pomoc liderowi grupy – Giuseppe Saronniemu, ale otrzymującemu liczne szanse walki na własny rachunek. Efekty były znakomite: w 1986 roku świeży nabytek Del Tongo wygrał m.in. Giro di Romagna, Florencja-Pistoia i etap Giro d’Italia, zaś w 1987 miał już na koncie etap Tirreno-Adriatico.

Szybko zyskał sobie renomę świetnego czasowca, zatem już przed prologiem – 6-kilometrową czasówką po ulicach Berlina, uchodził za poważnego kandydata do sięgnięcia po żółtą koszulkę. To się nie udało, ale Polak i tak osiągnął olbrzymi sukces, ulegając tylko Jelle Nijdamowi – 24-letniemu Holendrowi, który tamtego dnia rozpoczął swoją passę sukcesów*.

Polak nie został posiadaczem żółtej koszulki, ale nie wszystko było jeszcze stracone. Jego strata wynosiła tylko 3 sekundy, co oznaczało, że kolarz dzierżący w zastępstwie za Nijdama zieloną koszulkę, wciąż miał szansę na przejęcie jednego z najważniejszych symboli kolarstwa. Wystarczyło tylko dojechać do mety przed liderem wyścigu, a szansa na to pojawiła się na kilkanaście kilometrów przed metą kolejnego etapu…

Zabrałem się w 6-7-osobową ucieczkę. Zauważyłem, że nie ma w niej lidera wyścigu, więc od razu założyłem, że muszę zrobić wszystko, by ta ucieczka dojechała do mety z jakąkolwiek przewagą. To dawałoby mi koszulkę lidera Tour de France. Właściwie nie interesowało mnie jakieś miejsce na podium na tym etapie. Byłem zainteresowany tylko tym, żeby dojechać do mety przed liderem.

– opowiadał jakiś czas temu o tamtym etapie w rozmowie z Polskim Radiem.

Piaseckiemu udało się zrealizować tamte założenia. Ucieczka dojechała 23 sekundy przed peletonem. Choć był bardzo dynamicznym kolarzem i być może w innych okolicznościach powalczyłby o triumf, tu dbał tylko o to, by nie stracić cennych sekund. Na nagraniach z tamtego etapu nie widać, by zażarcie walczył o zwycięstwo. Najważniejsza była koszulka lidera Tour de France. Pierwsza (i jak do tej pory ostatnia) w polskiej historii.

*W kolejnych latach Jelle Nijdam wygrał jeszcze klasyki – Paryż-Tours i Amstel Gold Race, pięć etapów Tour de France, etap Vuelta a Espana i trzy klasyfikacje generalne Wyścigu Dookoła Holandii.

Piasecki przeskoczył mur

Zwycięstwo Piaseckiego wywołało oczywiście olbrzymie zainteresowanie wśród dziennikarzy z całego świata, którzy ochoczo rozpisywali się o tym, że jeszcze niedawno Piasecki jeździł po drugiej stronie Muru Berlińskiego. “Lech Piasecki przeskoczył przez mur” – głosił duży napis widniejący na okładce L’Equipe – a przynajmniej tak tłumaczył po latach go z języka francuskiego jego autor, którym był… Krzysztof Wyrzykowski, wówczas pracujący dla największej francuskiej redakcji sportowej*. – Mój tytuł poszedł na pierwszą stronę. To było tylko raz – opowiadał w “Rach-ciach-ciach, czyli pchamy, pchamy” – książce napisanej wraz z Tomaszem Jarońskim.

Ale nie tylko on uznał, że to dobry moment, by przypomnieć o tym, że kolarz z Gorzowa Wielkopolskiego jeszcze niedawno ścigał się po drugiej stronie muru. Choćby legenda włoskiego dziennikarstwa sportowego – Gianpaolo Ormezzano pisała wówczas dla “La Stampy” o okolicznościach przeprowadzki z komunistycznej Polski do kapitalistycznych Włoch: 

– “Wszystko odbyło się za zgodą mojej federacji” – opowiada Piasecki. Jest pierwszym mistrzem świata amatorów z kraju socjalistycznego, który uzyskał wizę wyjazdową. Mówi, że Colnago, producent rowerów, uwiódł Polaków ofertami cennego materiału. 

– czytamy w archiwalnym wydaniu włoskiego dziennika.

Wtedy, na przełomie 1985 i 1986 roku Piasecki w rzeczywisty sposób przeskoczył metaforyczny mur – półtora roku później w metaforyczny sposób przeskoczył mur rzeczywisty. Dopiero przyjazd Tour de France do Berlina – nawet jeśli tylko do jego zachodniej części, pozwolił bowiem mieszkańcom NRD zrozumieć, czym tak naprawdę jest Wielka Pętla:

– Dopiero w 1987 roku, gdy Tour de France rozpoczął się w Berlinie, po raz pierwszy uświadomiłem sobie, jak duży jest to wyścig. Mur Berliński wciąż jeszcze stał, więc nie mogłem go obejrzeć, ale byłem już w szkole sportowej w Berlinie, więc łatwiej było mi dotrzeć do zachodnich stacji telewizyjnych, dla których Tour był olbrzymim wydarzeniem. […] Byłem oczarowany. Wszystkie te kolorowe koszulki z różnymi sponsorami były tak piękne, tak bogate, w porównaniu z moją jednolicie szarą koszulką reprezentacji Niemiec Wschodnich. A dodatkowo prolog wygrał Polak – Lech Piasecki. to był dla mnie przełomowy moment. Pamiętam, że pomyślałem sobie wtedy: “Wow, skoro taki facet może przyjechać z kraju komunistycznego i pojechać w Tour de France, to może ja też kiedyś będę mógł. I od tego dnia Tour de France było moim marzeniem…

– pisał wiele lat później w swojej biografii Jens Voigt – wówczas 16-letni mieszkaniec Berlina Wschodniego. W jego wspomnieniach łatwo dostrzec pewne nieścisłości – w końcu Piasecki wcale nie wygrał prologu tamtego wyścigu, jednak na szerszy obrazek nie ma to wcale większego wpływu. Możemy założyć, że Voigt nie był jedyny, a Piasecki, choć żółtą koszulkę nosił tylko przez dwa dni, był w kolejnych latach inspiracją dla zdecydowanie większej liczby kolarzy z byłego bloku wschodniego, którzy w kolejnych latach coraz szerszą ławą zaczęli wchodzić do międzynarodowego peletonu…

*W oryginale tytuł brzmi: “Piasecki passe a l’ouest”, czego w dosłownym tłumaczeniu nijak nie da się przetłumaczyć na “Piasecki przeskoczył przez mur”. Dosłowne tłumaczenie tytułów jest jednak z reguły, ze względu na ich specyfikę, pozbawione większego sensu, dlatego warto zdać się na tłumaczenie autora.

Flamme Rouge to mój nowy cykl poświęcony w całości Tour de France. Przez trzy tygodnie, zazwyczaj codziennie, będę publikować w jego ramach teksty omawiające zarówno historyczne momenty Wielkiej Pętli, jak i bieżące wydarzenia z wyścigu. 

 

Poprzedni artykułJonathan Milan: „Mogę być tylko częściowo zadowolony”
Następny artykułNiedziela 2.0 – zapowiedź 4. etapu Tour de France 2025
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
Leon
Leon

No i fajna inicjatywa. Liczę ze będzie ciekawie.