
W historii polskiego kolarstwa nietrudno wskazać kolarzy, którzy na szosie wygrali więcej niż Czesław Lang. Jednak to właśnie on jest człowiekiem, który wywarł na nie największy wpływ. Głównie za sprawą Tour de Pologne, które od lat należy do 12 najważniejszych wyścigów tygodniowych na świecie. W drugiej części wywiadu z Czesławem Langiem dowiecie się…
- …czy Joachim Halupczok rzeczywiście został przetrenowany po transferze do Włoch
- …jak kłopotliwe doświadczenia Langa z czasów pracy dla Diana-Colnago-Animex wpłynęły na Tour de Pologne
- …w jaki sposób największy polski wyścig przyczynił się do rozbudowy polskiej infrastruktury
Zza drzwi biura Czesława Langa, w którym rozmawiamy od półtorej godziny, rozlega się pukanie:
– Proszę wejść – mówi gospodarz.
– Sponsorzy czekają – słyszymy.
Niestety, grafik organizatora Tour de Pologne na kilka dni przed rozpoczęciem wyścigu jest wyjątkowo napięty. To ciągłe wyjazdy, spotkania i dopinanie ostatnich szczegółów, niezbędnych do tego, by wszystko przebiegło jak należy. Wiedziałem zatem, że czas na rozmowę powoli dobiega końca, jednak jako że do zadania miałem jeszcze mnóstwo pytań to pozostało jeszcze tylko jedno wyjście – dokończenie wywiadu w innym terminie.
To właśnie dlatego, choć zazwyczaj okres pomiędzy pierwszą częścią wywiadu trwa w przypadku mojego cyklu zaledwie tydzień – tu musieliście poczekać na niego ponad miesiąc. Ale spokojnie – aby udobruchać tych oburzonych takim obrotem, przygotowałem dla was nie jedną, a dwie kolejne części rozmowy z prawdopodobnie najważniejszą osobą w polskim kolarstwie. Ta, którą przeczytacie poniżej, opowiadać będzie o początkach ery Czesława Langa, który na początku lat 90. wyprowadził wyścig z wyjątkowo trudnej sytuacji finansowej.
__________________________________________________________________
Stworzę teraz łańcuszek zdarzeń. W 1980 roku nie zdobywa pan srebrnego medalu olimpijskiego. W efekcie nie zostaje pan kolarzem zawodowym. Czy w tej sytuacji Tour de Pologne dziś by już nie istniało?
Nie wiem, mogłoby nie istnieć, podobnie jak polskie kolarstwo zawodowe. Ja przez wiele lat mieszkałem z Leszkiem Piaseckim we Włoszech i jak jeździliśmy na wspólne treningi, narzekaliśmy między sobą na to, jak wygląda nasza sytuacja. Że my musimy jeździć na wyścigi do Włoch, do Francji i tu wygrywać, żeby to kogokolwiek zainteresowało. A my też chcieliśmy wygrywać u siebie jakieś naprawdę ważne zawody
Niestety z biegiem lat sytuacja wcale nie zmieniała się na lepsze – wręcz przeciwnie. Po zmianie ustroju było pod tym względem coraz gorzej. Za moich czasów w mistrzostwach Polski brało udział 2000 ludzi. Trzeba było podzielić kraj na strefy, zorganizować eliminacje, z każdej strefy wziąć ileś osób i dopiero w ten sposób wyłonić najlepszych 200 zawodników. To wszystko upadło. Zaczęło się rozmydlać. Do tego kolarstwo zawodowe zaczynało dominować nad wszystkim, a to, które znaliśmy wcześniej, powoli upadało. W Polsce nastąpiła nagła zmiana mentalności. Niemal zupełnie przestano się interesować amatorami. To znaczy, zwykli ludzie pamiętali, ale działacze czy szczególnie dziennikarze, zupełnie się tym nie interesowali. Kolarstwo amatorskie umierało, więc trzeba było przejść na ten sport zawodowy, bo on z kolei wzbudzał coraz większe zainteresowanie. Trzeba było się do tych nowych realiów i sprawić, by ci zawodowcy przyjeżdżali do Polski. Zacząłem od tego, że firmę poprosiłem o wsparcie firmę Animex…
No tak, i dzięki temu wspólnie zorganizowaliście Puchar Animexu. “Przegląd Sportowy” pisał nawet, że te zawody rozmachem przewyższają nawet rozgrywany w tym samym czasie Maraton Warszawski.
Mogli tak pisać, bo to byli moi koledzy, ale plany rzeczywiście były ambitne. Chciałem wziąć przykład z Francuzów i Włochów, którzy po zakończeniu Tour de France czy Giro d’Italia regularnie organizują kryteria dla najlepszych kolarzy tamtych wyścigów. Widziałem to tak – kilka imprez co roku, np. nocne kryterium w Warszawie, później ściganie w Gdańsku itd… pięć czy sześć polskich miast każdego roku, na kilometrowej rundzie. Wszystko byłoby zorganizowane tak, jak na wyścigach, w których ścigaliśmy się z “Piaskiem”.
Nawet się udało, bo zdaje się, że na tamtą imprezę przyjechały bardzo duże nazwiska
No tak, był Argentin, był Cipollini, był Fondriest, Jaskuła, Spruch – to wszystko byli moi kumple z szosy. Tylko że ostatecznie zrobiliśmy tylko jedno kryterium. W zasadzie już wtedy myślałem sobie, że kryterium jest fajne, ale warto byłoby zrobić coś, co oprócz wartości widowiskowej, miałoby również wartość sportową. Coś, czym ludzie mogliby żyć nie tylko przez te dwie godziny, ale też dłużej. Zastanawiać się, kto wygra, z jaką przewagą itd.
Polska tego potrzebowała. Mieszkałem w Italii, jednak widziałem co się dzieje. Wiedziałem, że Wyścig Pokoju traci na znaczeniu i grozi mu upadek. A bez Wyścigu Pokoju, bez wielkiej kolarskiej imprezy, bez wielkiej sceny nie będzie wielkich aktorów. Potrzebujemy miejsca, gdzie startuje elita. Miejsca, gdzie pokazujemy dzieciom i młodzieży, że kolarstwo jest fajne i warto się nim zainteresować na poważnie.
Szybko zacząłem myśleć, że takim miejscem mogłoby być Tour de Pologne. I właśnie wtedy zadzwonił do mnie Zbigniew Rusin legenda polskiego kolarstwa, wieloletni lekarz i trener kadry, a wtedy prezes. Był zdesperowany, mówi mi, że tego wyścigu może w ogóle nie być! – Zajmij się tym. Nikt inny nie jest zainteresowany – poprosił. Ja się zgodziłem, ponieważ naprawdę zamierzałem wskrzesić ten wyścig.
Nie było jednak łatwo. Media w ogóle wyrażały żadnego zainteresowania, a PZKol miał wiecznie jakieś pretensje. Ja wykładałem swoje pieniądze, ale wyścig był własnością związku, który nim zarządzał – a sam byłem tylko jego dyrektorem. Mieli więc dużo do powiedzenia – nie zawsze dobrego. Czasem potrafili się nawet przyczepić o pieniądze wydane na reklamę. W pewnym momencie nie wytrzymałem i założyłem swoją spółkę, do której od tego momentu należał wyścig. Skoro to ja wykładałem pieniądze, to ja chciałem mieć pełną decyzyjność. Zrobiłem wyścig tak, jak robią to Włosi i Francuzi przy swoich wielkich wyścigach. Nie chciałem: “Bujać martwego dziecka”. Nie chciałem, żeby wyścig wegetował na dotychczasowych zasadach, aż w końcu wszyscy przestaną mieć złudzenia co do jego przyszłości.
Czyli uszeregujmy – poproszono pana o organizację wyścigu, bo nie miał się kto nim zająć, pan inwestował własne pieniądze mimo tego, że wyścig nie był pana własnością, a oni mieli jeszcze jakieś pretensje?
No tak. Układ decyzyjny tamtego wyścigu to generalnie była wtedy bardzo skomplikowana sprawa. Był PZKol, który współpracował ze mną – dyrektorem sportowym i sekretarzem – Andrzejem Gelke, ale to nie wszystko. Do tego tego włączały się jeszcze okręgowe związki kolarskie, w każdym województwie wyglądało to inaczej… Na początku dałem temu układowi szanse, ale jak się okazało, że nie dostałem żadnej oferty dla sponsorów, że wciąż dostaję jedynie pretensje, to powiedziałem “koniec”.
Postanowiłem robić Tour de Pologne po swojemu i liczyć, że pozwoli nam to dołączyć do grona najlepszych wyścigów na świecie. Chcieliśmy, żeby przyjeżdżali do nas najlepsi kolarze na świecie i żeby zwycięstwo u nas było dla nich ważne. Myślałem sobie – Dlaczego my, jako Polacy nie możemy mieć swojego wyścigu?Jesteśmy krajem Szurkowskiego, krajem Mytnika, krajem Królaka i Szozdy. Krajem o wspaniałych kolarskich tradycjach, z Tour de Pologne, którego historia sięga jeszcze czasów przedwojennych… – I w końcu nam się to się udało, bo w 2005 roku dołączyliśmy do Pro Touru (ówczesny World Tour).
Tylko że droga do tego była bardzo długa i kręta. Żeby wyścig pojawił się w telewizji, trzeba było zapłacić. Żeby napisali w gazecie – też trzeba było zapłacić. Do tego w biurze zalegały niezapłacone faktury, miasta nie widziały swojego interesu w goszczeniu wyścigu, a sponsorów nie było. No, czasem dostałeś kilka bidonów od Coca-Coli – tylko że co ty z tym zrobisz? Pierwszym dużym sponsorem był Fiat. Z nimi dużo łatwiej mi się było porozumieć, bo to włoska firma, a z Włochami nadawaliśmy na tych samych falach. Poszedłem więc prezesa, pogadaliśmy po włosku i dzięki temu później mieliśmy na wyścigu jednolitą kolumnę samochodową, była też nagroda Fiata… Ale generalnie była bieda.
To nie był jeszcze wyścig zawodowy, tylko wyścig open – amatorski, otwarty dla zawodowców. Zaprosiłem tam 5 drużyn zawodowych, żeby wzięły w nim udział. Biuro wyścigu, ale nie tylko – ba, właściwie wszystko, włącznie z noclegiem ekip, mieściło się w Hotelu Warszawa. Jak ci Włosi z Lampre tam podjechali z tymi swoimi jednakowymi samochodami, z całym swoim sprzętem, to naprawdę było czego zazdrościć. A obok nich zawodnicy polskich ekip, którym brakowało właściwie wszystkiego. Odrapane Nyski, rowery każdy inny, kolarze w niejednolitych strojach – to wszystko wyglądało jak takie pospolite ruszenie! Ciekawie wyglądał ten kontrast.
Nie dziwi mnie, że akurat Lampre było jednym z pierwszych zespołów zawodowych, które pojawiły się na trasie Tour de Pologne…
No tak, ja miałem tam wielu kolegów. Gdy kończyłem się ścigać, to byłem jeszcze przez trzy lata dyrektorem drużyny, która się nazywała Diana-Colnago-Animex, z którego później narodziło się Lampre. Ładna drużyna z tego powstała, bo po drugiej stronie też byli dobrzy kolarze – Saronni, Chioccioli – top topów. Tylko że to mnie w ogóle nie kręciło.
Dlaczego?
W tamtych czasach dyrektor sportowy to było takie “biuro podróży”. Tu hotel, tu lot trzeba było załatwić. Tamten zachorował, to coś trzeba mu zawieźć – nie, że się jakieś treningi organizowało. Mi to nie pasowało. Do tego ciągle w samochodzie, poza domem. Ciągle stres, ciągle nerwy. Nie było GPS-ów, a ty przyjeżdżałeś do państwa, którego języka nie znasz… No nie wiedziałeś, jak się odnaleźć.
Mówią ci, że start jest w tym i tym miejscu. Tylko co to oznacza? Jak tam dojechać? Nie było oznakowania, a ty musisz się spieszyć, bo czasami za późno się wyjeżdżało. Mówisz kolarzom, że trzeba wyjeżdżać, a tu Saronni dopija kawkę i mówi: “Cesare, spokojnie, jest czas” – no i co robić? To mnie zawsze bardzo stresowało i właśnie dlatego jak tylko zacząłem organizować Tour de Pologne, to wszystko było pooznaczane tak, żeby nikt nie musiał przeżywać tego, co wtedy przeżyłem ja.
Ale jako dyrektor sportowy odpowiadał pan chyba też za taktykę, prawda?
No tak, coś podpowiadałem. Mówiłem – Macie tu Giuseppe, wszyscy jadą wokół niego –. Mówiłem, że ten go osłania, ten rozprowadza, ale to były ogólniki, bo przecież w kolarstwie wszystko dzieje się na bieżąco i wyścig kreśli często inne scenariusze niż te, które się wcześniej wymyśliło. Jak nie było tych słuchawek, to słuchało się któregoś z doświadczonych kolarzy, którzy znajdowali sposoby, żeby porozumieć się z resztą.
Jak Moser podnosił rękę do góry, to wszyscy musieliśmy do niego dojechać. Robiliśmy w peletonie odprawę i ustalaliśmy, co robimy. Często mówił nam, żebyśmy podkręcili tempo na płaskim. Chodziło o to, żeby podmęczyć górali, tak, by ci nie mieli później siły, żeby atakować na podjeździe, bo tam Moser często tracił.
Z tego Lampre pan zatem odszedł, ale wcześniej sprowadził tam polskiego sponsora i wielu zawodników z Polski, którzy dzięki temu mogli rozpocząć swoją zawodową karierę.
Tak, ja w zasadzie założyłem tę grupę polsko-włoską. Jaskuła, Halupczok, Spruch, Szerszyński, Kulas, Piasecki… – ja z nimi wszystkimi rozmawiałem, dogadywałem kontrakty i ostatecznie sprowadzałem.
Zaraz, zaraz, zakładał pan tę grupę?
Może bardziej zmieniłem ją w grupę polsko-włoską, bo wcześniej była to klasyczna włoska drużyna, która nazywała się Diana-Colnago. Podczas jednej rozmowy z Ernesto Colnago, który był właścicielem tej Diany, złożyłem mu propozycję. – Może byśmy zrobili z tej Diany polsko-włoską grupę, wzięli kolarzy z Polski? Oni teraz szukają zespołów, a są bardzo mocni – przekonywałem.
Oni się zgodzili, ale był jeden warunek. Musiałem znaleźć sponsora. Udało się, chętny się pojawił– wspominany już wcześniej Animex. To była wtedy bardzo prężna firma, działająca na całym świecie. Nie wiem, czemu później się rozpadła, ale wtedy, gdy rozmawialiśmy, to właśnie za jej pośrednictwem sprzedawało się za granicę właściwie wszystkie polskie produkty żywnościowe. Zboża, dziczyznę, szynki “Jano” czy “Krakus”… Czasami nawet wychodzili poza to swoje standardowe pole działania, bo sprzedawali nawet konie! Dyrektorem marketingu był tam wtedy Jerzy Milewski, którego przekonałem, że warto zainwestować w kolarstwo. Trafiłem na odpowiedni grunt, bo skoro zajmowali się handlem zagranicznym, to taka współpraca z dużym włoskim zespołem mogła im bardzo pomóc. Dlatego ostatecznie zaakceptowali moją propozycję.
Na horyzoncie pojawiła się więc niemal całkowicie nowa drużyna, z pięcioma czy sześcioma Polakami w składzie. Dyrektorami sportowymi byliśmy tam ja i Pietro Alighieri. Pracowaliśmy razem trzy lata, a w końcu wszystko się rozpadło. Po naszej polskiej kolonii nie pozostał właściwie już żaden ślad. Ja odszedłem, Animex też się rozstał z drużyną, Jaskuła przeszedł do innego zespołu, a nieco wcześniej Halupczok zachorował, co później zakończyło się jego śmiercią.
No właśnie, jak wspomina pan Halupczoka?
On przyszedł do tego zawodowego peletonu i od samego początku zaczął się bardzo spokojnie szykować do Giro d’Italia. Zaczął ładnie, przez długi czas był piąty – rywalizował z Giannim Bugno i resztą jak równy z równym. I w pewnym momencie dostał zapalenie ścięgna achillesowego. Wrócił do Polski, w kraju był około miesiąc, może więcej i jak tylko wyleczył to ścięgno, przyleciał z powrotem do Włoch.
Później miał badania, które robiło się przed każdym sezonem i nagle okazało się, że ma arytmię. Wszyscy byli zszokowani: “Jaka arytmia?” – on ledwo został kolarzem zawodowym. Przejechał raptem parę wyścigów. Zaczęli go badać najlepsi lekarze: “No, może zmęczony, może to, może tamto” – było mnóstwo hipotez, ale tak naprawdę przyczyny nie udało się ustalić. .
Później na moment mu się poprawiło. Przez chwilę wydawało się, że wszystko jest w porządku, że ta arytmia ustała. Ale wtedy znów serce zaczęło mu wariować. Chciał się ścigać, chciał trenować, bo to kochał, ale lekarze zespołu mu nie pozwolili. Wiedzieli, że byłoby to nieodpowiedzialne. Wrócił do Polski, zespół mu płacił, ale nasz kontakt delikatnie się urwał. Niedługo przed śmiercią spotkałem go na Balu Mistrzów Sportu. To był grudzień, a on był pełen nadziei.
– Ta arytmia mi się cofa, lekarze są dobrej myśli – powiedział mi
– Super, to pojedziemy do Włoch, oni ci pewnie zaproponują kontrakt, zrobią swoje badania i wszystko będzie dobrze – odpowiedziałem.
Nie było. Niedługo po tym, jak wróciłem do Włoch, okazało się, że zmarł. Grał w piłkę, poczuł się gorzej, zasłabł, a później zmarł w szpitalu.
Dziś, gdy pojawiają się na temat Halupczoka artykuły, to często czytam, że on we Włoszech został przetrenowany. Rzeczywiście mogło tak być?
Absolutnie nie. Jak on zaczął sezon, to jeździł ze mną, w Hiszpanii, razem z drugim, słabszym zespołem. On był do Giro bardzo leciutko prowadzony – naprawdę na niego uważaliśmy, bo wiedzieliśmy, że ma młody organizm, na który trzeba bardzo uważać. Śmieszy mnie również, gdy słyszę, że serce odmówiło mu posłuszeństwa, ponieważ brał EPO. Przede wszystkim, EPO wtedy jeszcze nie było – na pewno nie na taką skalę, jak później, gdy wszyscy to brali, jak witaminę C.
Ale chyba jakiś doping był obecny. Kolarze byli za niego zawieszani.
Nieprawda. Ja się tam ścigałem przez 9 lat i nie spotkałem się z żadnym kolegą, który by brał. Szczerze ci mogę powiedzieć, przysiąc na zdrowie mojej córki, że nigdy żadnego dopingu nie brałem. Nikt mi nie dawał tego świństwa, tylko po to, żebym np. przejechał Tour de France. Wiem, że ktoś może zaraz wyciągnąć, że “Piasek” miał kiedyś wpadkę, tylko że… to była błahostka. Wtedy sportowcy pilnowali się trochę mniej, niż dzisiaj i on po prostu… wypił za dużo syropu na kaszel. Okazało się, że była w nim efedryna, ale na szczęście w śladowej ilości. Na koniec okazało się więc, że nie dostał żadnej kary i sprawę uznano za zakończoną.
Nie, dla kolarzy na naszym poziomie doping nie był dostępny. Może ci wybitni, jak Bernard Hinault albo Laurent Fignon – może ci Francuzi byli bardziej do przodu, niż Włosi. O nich nie wiem, bo nie jeździłem z nimi tak często, więc trudno mi się na ich temat wypowiadać. Wiem tylko, że we Włoszech jeździliśmy na czysto.
Pan po odejściu z Lampre prowadził jeszcze Legię Warszawa.
Właściwie stworzyłem nowy klub. Amatorski, ale prowadzony jak zawodowy. Znalazłem sponsora – PEKAES, w związku z czym zespół nazywał się PEKAES Lang Rover Legia. Zatrudniłem tam m.in. Zbyszka Szczepkowskiego jako dyrektora sportowego. Wzięliśmy Baranowskiego i ten Baranowski wygrał moje Tour de Pologne…
… Tour de Pologne, który w tamtych czasach chyba bardzo ułatwiał polskim ekipom funkcjonowanie.
No tak. Właściwie to taki był od początku cel tego całego przedsięwzięcia. Ja chciałem przybliżyć Polakom ten peleton zawodowy. Chciałem pokazać jaka jest różnica między nimi i peletonem zawodowym. Wiedziałem, że najważniejsza jest impreza, bo ona przede wszystkim stwarza możliwości reklamy. Jak jest impreza i masz drużynę, która w niej występuje, to łatwiej jest ci przyjść do takiej Coca-Coli i powiedzieć: “Dajcie mi tyle pieniędzy, a ja zrobię taki zespół, który wystartuje w Tour de Pologne i pokaże się z dobrej strony. Tour de Pologne to jest kilka godzin transmisji, więc logo firmy będzie cały czas widoczne, bo my będziemy aktywni”. Później projekt może się rozwijać, szef firmy powie, że da więcej pieniędzy, ale trzeba zrobić mocniejszy zespół, który wygra jeszcze więcej.
A jak ty nie masz jak pokazać sponsora, to co zrobisz? Bo przecież Francuzi nie wezmą cię od razu na Tour de France. Włosi na Giro d’Italia też. A my bierzemy reprezentację Polski, a jak były polskie drużyny prokontynentalne, to też zawsze dawaliśmy im dzikie karty.
Niestety teraz dzikich kart polskim drużynom, poza kadrą, dać już nie możecie.
No tak i niektórzy chcieliby, żebyśmy nie byli w World Tourze, bo wtedy polskie drużyny mogłyby wystartować. Tylko że to nie miałoby sensu. Jakbyśmy nie byli w World Tourze, to by nas media nie pokazywały tak, jak teraz.
Ale na pewno nie dałoby się zapewnić odpowiedniej otoczki imprezie rangi Pro Series? Ja wierzę, że kibice i tak by przyszli.
Tylko my płacimy za realizację naprawdę duże pieniądze. Gdybyś nie miał odpowiedniej obsady, odpowiednich zawodników, to byś nie znalazł pieniędzy od sponsorów. Każdy może spróbować, każdy próbuje, ale nie zawsze wychodzi. Polskie wyścigi mają duże problemy. Ciężko zainteresować tymi wyścigami widownię. A jak nie masz widowni, to nie masz sponsorów. Na to, co jest teraz, pracowałem 30 lat – żeby prestiż i zainteresowanie było na odpowiednio dużym poziomie i żeby przyjeżdżali tutaj najlepsi zawodnicy na świecie. Nie chciałbym tego wszystkiego stracić.
No tak, o równie dobrych zawodników co teraz bez World Touru z pewnością byłoby trudno.
Tak, trudno byłoby to zrobić. Chyba że zorganizowałoby się takie kryterium, jak to, o którym już tutaj rozmawialiśmy. Zapłaciłbyś telewizji, żeby przyjechała, zrobiła chociaż to 30 minut jakiegoś reportażu. Tylko czy ludzie by się tym ekscytowali? Mam wątpliwości. A tutaj ludzie się ekscytują. Zastanawiają się, czy Vingegaard wygra, czy i jak pojedzie Majka. Czy przyjedzie ten, czy tamten – jak się zaprezentuje. Są emocje. Przez kilka dni z rzędu.
A przy pokazowym kryterium? No i nawet przyjechałby ten Vingegaard, przejechałby się na przykład wokół rynku we Wrocławiu, popatrzą, ale żeby to miało później jakieś przebicie w mediach zagranicznych? No nie, to byłaby tylko taka pokazówka. Nie ma tej rangi, tego poziomu sportowego.
Wracając jednak znów na chwilę w przeszłość, do początków wyścigu. Jak dużo rzeczy musiał pan robić wtedy sam?
Byłem ja, był Bogdan Mączka i… to chyba tyle. A, jeszcze księgową mieliśmy! Objeździć trasę, załatwić hotele, porozmawiać z policją. Do tego zgody, pozwolenia… To wszystko musiał robić jeden ten jeden człowiek – ja oczywiście z nim raz czy drugi pojechałem, ale później to on wszystkiego pilnował.
Później zapraszanie drużyn, rozmowy ze sponsorami, z mediami i różne nieoczywiste kwestie, choćby związane z tym, że wtedy obywatele wielu państw, żeby przyjechać do Polski potrzebowały wizy. Czasami ktoś z granicy dzwoni do mnie i mówi, że jego ważny kolarz tej wizy nie ma. Ja wtedy musiałem jechać na tę granicę i rozmawiać ze służbą graniczną. Przekonać, żeby przepuścili, bo to dla promocji Polski itd. Często się udawało.
Trudniej było, gdy nie przy polskiej, a niemieckiej granicy zatrzymano Francuzów z kamerą, którą się później przyczepiało do helikoptera. Oni tam stoją i dzwonią do mnie, że Niemcy ich nie chcą przepuścić z tą kamerą. Myślę – W Polsce byłoby łatwo. Powiedziałoby się tym strażnikom, że my chcemy pokazać nasz kraj, że to dla dobra Polski. Niemców tak nie przekonam – Na szczęście fortuna mi sprzyjała. Jeden z naszych pograniczników znał się z którymś Niemcem i go przekonał, że ta kamera powinna przejechać przez granicę
Na początku zresztą mieliśmy polskie helikoptery – MIG-i. A jeszcze wcześniej, jak była transmisja, to korzystaliśmy z kamer stacjonarnych – nie było nas stać nawet na motory. Zrobiliśmy rundę i telewizja pokazywała kolarzy tylko tuż przed metą i tuż za. A jak wyjeżdżali spoza zasięgu tych kamer, to trzeba było szyć – słowami i obrazem, żeby to wszystko jakoś wyglądało.
Hotele nie wyglądały tak, jak dzisiaj, drogi były w dużo gorszym stanie – tam rzeczywiście były dziury. Była kiedyś taka jedna gmina na Mazurach, przez którą chcieliśmy przejechać. Idealnie pasowała do naszej trasy, tylko był jeden problem – dziura na dziurze. Przychodzę do pani wójt, proszę żeby coś z tą drogą zrobili. Wysłaliśmy pismo do wojewody, napisaliśmy, że będzie tamtędy przejeżdżał wyścig, że chcemy pokazać, jak szybko Polska się zmienia, modernizuje. Jak gospodarka się rozwija. I że potrzebujemy w tym celu w tamtym miejscu wyremontować drogę.
Udało się, piorunem to zrobili. Na tych 10 kilometrach położyli nowiutki, piękny asfalt i zajęło im to 3, może 4 miesiące. I poprowadziliśmy tamtędy wyścig. A później ta sama pani wójt przyszła do mnie i poprosiła – Panie Czesławie, tam, niedaleko jest jeszcze jeden taki bardzo brzydki kawałek drogi. Może byśmy następny wyścig tamtędy poprowadzili. Tam też przydałoby się zrobić remont – Niestety nie było takiej możliwości. Musiałem odmówić.
A zdarzało się panu przekonywać do tego, żeby postawić w danym miejscu jakieś hotele?
Aż tak mocno nie działałem. To jest jednak sektor prywatny, więc ludzie prywatnie się do tego ustosunkowują. Ale jak coś leżało w gestii samorządów, to zawsze starali się poprawić stan dróg, elewacje itd. – tak, żeby później było się czym pochwalić.
Zdaje się, że układał pan też kolarzom menu…
Robiłem to właściwie zawsze. Pan Bogdan Mączka załatwiał te hotele, a ja im później przesyłałem menu – takie, żeby uwzględniało to, czego potrzebują kolarze. Jakieś spaghetti, to czy inne mięso oraz sałatki. Zawsze starałem się robić wyścig z perspektywy kolarza. Zastanawiałem się nad tym, czego sam potrzebowałbym jako zawodnik. A czego zawodnik potrzebuje przede wszystkim? Bezpiecznych dróg, żeby dojechać do mety; wygodnych hoteli, żeby się odpowiednio zregenerować i dobrego jedzenia, żeby była siła na kolejny start. No, dobrze byłoby, gdyby pojawiły się media, które by to wszystko pokazały. To były moje priorytety i dopiero później była cała reszta.
To był tylko “Przegląd Sportowy”?
“Przegląd Sportowy” był na pewno naszym najważniejszym partnerem medialnym. Jeszcze w czasach mojej kariery byłem bardzo zaprzyjaźniony z wielkim dziennikarzem tej gazety – Lechem Cergowskim. Jak po 1981 przeszedłem na zawodowstwo, to w Polsce jeszcze nie za bardzo można było pisać o kolarstwie zawodowym – coś się pojawiało, ale właściwie tylko wyniki. A on starał się przemycić tam coś więcej, pisał o moich występach, a później jeszcze wciągnął w to Tomasza Jarońskiego.
Kiedyś nawet zaprosiłem tę dwójkę oraz Wojtka Mittelstaedta i Stasia Brzósko do Włoch, pokazałem im, jak wygląda peleton, przejechali ze mną Giro d’Italia. Starałem się przybliżać im, a za ich pośrednictwem Polakom, jak to kolarstwo wygląda.
Pan sam też komentował kolarstwo, prawda?
No tak. I mój cel był taki sam. Nie chciałem komentować, dla samego komentowania. Chciałem wytłumaczyć ludziom, na czym ten sport polega. Jak wygląda od kuchni. Teraz każdy, kto chce, wie, na czym polega jazda na kole, na czym wygląda praca, jak to wygląda z punktu widzenia kolarza, co je, na jakim rowerze jeździ… właśnie o to mi głównie chodziło. Żeby przybliżyć ten sport ludziom.
Nie łatwiej byłoby zostać właśnie przy tym?
Może i tak, ale szybko zorientowałem się, że moja rola jest inna. Gdybym tylko opowiadał Polakom o kolarstwie, to szybko mogłoby się okazać, że niedługo nie będzie o czym opowiadać. Bo o czym mówić, jak nie ma żadnej imprezy i żadnych kolarzy? Skomentować można dużo ludzi, a organizacja na takim poziomie nie jest łatwa. To nie jest samograj. Trudno jest stworzyć zespół, który by był w stanie zrobić to w odpowiedni sposób. Co roku trzeba włożyć mnóstwo wysiłku, żeby za kilka miesięcy wyścig pojechał – już miałem spotkanie z kilkoma sponsorami w sprawie kolejnego sezonu. Nawet dzisiaj jadę do Krakowa, potem na Dolny Śląsk, w wiele innych miejsc i dopiero później zaangażować do tego ludzi. Dla organizatora wyścig nie kończy się właściwie nigdy. Gdy kolarze dojadą do mety, on już musi myśleć o kolejnej edycji.
Zobacz też inne wywiady autora:
Krzysztof Wyrzykowski – człowiek, któremu sekrety zdradzał Armstrong
Michał Gołaś – Godzinne konwersatorium z „profesorem kolarstwa”
Lechosław Michalak i kolarski powrót do lat 80.
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 1 Przysięga
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 2 Spełnienie
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 3 Koniec
Bogumiła Matusiak – wspomnienia ze starego Tour de France
Fignon i spółka powiedzieli: „On musi nas masować” – wywiad z „Bobem” Madejakiem
Od angażu „na kredyt”, do gwiazdy Tour de Pologne w pół roku – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 1
Droga prowadząca do Francji – wywiad z Janem Brzeźnym, cz. 2.
Na „ty” z Szarmachem – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 3
Maciej Paterski: „Jens Voigt chyba chciał mnie udusić”
Maciej Paterski – jak pokonał Mollemę i Rogliča
Maciej Bodnar – jak rozkochał w sobie Włochów i trafił do elity
Maciej Bodnar – Bodyguard zawodowiec
Zbigniew Spruch – wtedy, gdy wszystko się zaczęło
Zbigniew Spruch – Zawsze drugi
Portugalskie przygody Dariusza Bigosa
Dariusz Bigos: „Celujemy w drugą dywizję. Być może już za dwa lata”
Henryk Charucki – Wizyta w fabryce elektrycznych maszyn i kolarskich marzeń
Henryk Charucki – Wielka kolarska emigracja
Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota
Marek Leśniewski – długa droga do zawodowstwa
Tomasz Marczyński – 60 minut z Loco
Janusz Kowalski – Szybszy od Pogačara
Janusz Kowalski – opowieść o niewykorzystanym potencjale
Przemysław Niemiec – Droga do Giro
Przemysław Niemiec – W kolarskim raju
Lech Piasecki – zanim został zawodowcem
Lech Piasecki: „Saronni dał mi zwycięstwo, Anquetil je odebrał”
Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 1
Benedetti – Polak z Włoch. Pomocnik, który stał się legendą
Bartosz Huzarski – od Wyścigu Pokoju do wielkich tourów









No właśnie. TdP jaki jest – taki jest. Ale jest i gdyby się skończył to wielkie kotlarstwo będzie objeżdżało Polskę wielkim łukiem. Dlatego lubię ten wyścig, ze wszystkimi smaczkami, wliczając to w balonozę… Duży szacunek do p. Langa za to co robi