W historii polskiego kolarstwa nietrudno wskazać kolarzy, którzy na szosie wygrali więcej niż Czesław Lang. Jednak to właśnie obecny organizator Tour de Pologne jest człowiekiem, który wywarł na nie największy wpływ. Prawdopodobnie nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie Igrzyska Olimpijskie w Moskwie. W poniższej rozmowie przeczytasz m.in.
- Dlaczego to właśnie dobry wynik na Igrzyskach Olimpijskie w Moskwie był przepustką do innego świata
- O kontuzji, która prawie przekreśliła nadzieje Czesława Langa
- O bliskim spotkaniu polskich olimpijczyków z kanadyjską policją
Trwające Igrzyska Olimpijskie w Paryżu to dobry pretekst do rozmowy z polskimi medalistami tej imprezy z poprzednich edycji. Opcji było wiele, ponieważ w ciągu całej historii igrzysk olimpijskich zdobyliśmy aż 9 medali w kolarstwie (medalistów było więcej – niektóre z nich zdobywały drużyny), jednak prawdopodobnie najwięcej zmienił ten zdobyty przez Czesława Langa.
Kto wie, jak potoczyłaby się historia polskiego kolarstwa, gdyby urodzony w Kołczygłowach kolarz nie sięgnął wtedy po srebrny medal igrzysk olimpijskich. Być może na pierwszego Polaka w peletonie zawodowym musielibyśmy czekać, jak Rosjanie, do końcówki lat 80? Być może Tour de Pologne byłby dziś malutką, lokalną imprezą? Bez wieloletnich doświadczeń Langa w zawodowym peletonie nie byłby to wcale nierealistyczny scenariusz. Na szczęście dziś jest to już tylko gdybanie. Także dzięki obietnicy, którą w 1980 roku złożono polskim kolarzom…
Szurkowski, Królak, Szozda, Mytnik i wielu, wielu innych. Przez lata polscy kolarze, pomimo zainteresowania zachodnich ekip, nie mieli szans na podpisanie zawodowego kontraktu. Jak to się stało, że taka szansa otworzyła się akurat w 1980 roku? To właśnie wtedy usłyszeliście, że medal olimpijski da wam przepustkę do peletonu zawodowego.
Wystarczy spojrzeć na sytuację polityczną, którą mieliśmy wówczas w Polsce. Przez lata mieliśmy w naszym kraju do czynienia z głębokim komunizmem – sam pamiętam takie czasy. Jednak lata 80. były już odrobinę inne. Polacy walczyli o zmianę ustroju. Lech Wałęsa, „Solidarność”, to wszystko zaczynało się wtedy rodzić. Polska naprawdę zaczęła otwierać się na zachód. Papieżem był już Jan Paweł II. Zresztą to dzięki papieżowi wielu ludzi dowiedziało się, że jest taki kraj jak Polska… to był splot wielu, wielu rzeczy.
Był też aspekt motywacyjny. Postanowiono nas w ten sposób dodatkowo zachęcić – a takie “dodatkowe zachęty” to była specjalność tamtego amatorskiego kolarstwa. Prawda jest taka, że za wyścigi w bloku wschodnim właściwie nie dostawało się wynagrodzenia. Taki Wyścig Pokoju – potężna impreza, tak ważna dla kraju – niemal dorównująca wyścigom zawodowym. A nagrody? Dostawało się kryształowy puchar, telewizor, inne fanty.
Tak samo medal olimpijski. Nie ścigało się o niego dla pieniędzy. Znów fanty – można było dostać talon na Poloneza, może 1000 złotych, a to było wtedy nic. I to potencjalne zawodowstwo miało być dla nas dodatkową motywacją. To było nasze wielkie marzenie. Wszyscy chcieliśmy być kolarzami zawodowymi i wystartować w Giro d’Italia czy Tour de France.
Pan już wcześniej miał oferty z zagranicy, prawda? Choćby po Tour du Vaucluse.
Tak, wygrałem tamten wyścig, na Mont Ventoux pokonałem Francuzów i w efekcie dostałem oferty od dwóch czy trzech francuskich zespołów, m.in. od Cyrille Guimarda – do drużyny, w której jeździł Bernard Hinault. Oni chcieli mnie też później, po tym medalu, jak już mogłem pójść na zachód.
Tylko że szefem wyszkolenia był wtedy Andrzej Żmuda, bardzo kompetentny człowiek, który we Włoszech spędził wiele lat i współpracował nawet z Francesco Moserem. Tam miał więcej znajomości, więc PZKol wolał, żebym przeniósł się na Półwysep Apeniński. Także Gis-Gelati – drużynę, do której ostatecznie trafiłem, wybrali mi działacze, a nie ja sam, jednak nie mam czego żałować.
A niewiele brakowało, by nie trafił pan ani do Włoch, ani do Francji. Bo przecież był czas, gdy wydawało się, że pan do Moskwy, na Igrzyska, walczyć o zawodowstwo, w ogóle nie pojedzie. Był pan skreślony z kadry.
No tak, niestety. To się stało kilka lat przed tamtymi igrzyskami. Pojechałem na któryś Wyścig Pokoju i na jednym z etapów zaczął się rant. Po tym rancie jechał przede mną taki Czech – Jiri Skoda. Zmienialiśmy się w prawo, a on z jakiegoś powodu pojechał na lewo i mnie zahaczył kołem. W efekcie wywróciłem się, wypadła mi ręka z barku. Byłem długo w szpitalu. Ta ręka miała być amputowana. Poskręcali ją na śrubach… było ze mną bardzo źle. Medycyna nie stała wtedy na takim poziomie, jak teraz. Miałem ten taki klasyczny, twardy gips, pod którym nic się nie chciało goić, a potem była jeszcze operacja, podczas której uszkodzono mi jakieś ważne nerwy.
Tymczasem walka o igrzyska trwała w najlepsze. W kadrze uznali, że na moje miejsce mają kilku kolejnych, co zresztą nie było bardzo dalekie od prawdy, bo nasze kolarstwo było bardzo mocne. Mimo wszystko, jak trenerzy do mnie przyszli, a potem usłyszałem, jak mówią: „Z tego Langa to już nic nie będzie”, to zrobiło mi się przykro. Zawziąłem się i postanowiłem zrobić wszystko, żeby pokazać im, jak bardzo się mylą. To mnie naprawdę zmotywowało. Efekt był olbrzymi, bo 1980 był dla mnie najlepszym rokiem w peletonie amatorskim – dziś myślę sobie, że to, co się wtedy stało, mogło mi wyjść na dobre.
Mimo wszystko, powrót po tych problemach zdrowotnych na pewno nie był łatwy.
No tak. Bo to nie jest tylko uraz fizyczny. To także taka mała trauma, a wiadomo, że kolarze ryzykują często – na zjazdach, na finiszach, ale nie tylko. W zasadzie wszędzie. Jeśli tego nie będziesz robić, nie postawisz wszystkiego na jedną kartę – nie wygrasz. Człowiek liczy się z tym, że wszystko może się skończyć bardzo źle – trochę jak żołnierz w okopie. Niezależnie od tego, czy na szosie jest piach, czy na szosie jest woda, on kładzie się na tym rowerze i walczy o to, żeby być lepszym od rywali.
Było mi na początku trudno do tego wrócić. Trudno było się przełamać. Tym bardziej, że kontuzjowane ciało było jeszcze osłabione, nie wszystko się zrosło i wiedziałem, że ewentualny upadek może mnie kosztować więcej, niż innych. Że łatwiej będzie mi złapać kontuzję. Tylko że jako kolarz musisz się w końcu z tym uporać. Pokonać strach. Udało mi się to i dzięki temu przyszły wyniki
Ale to dopiero później. Wcześniej, na początku kolejnego sezonu, raz jeszcze został pan skreślony przez trenerów kadry.
No tak. To już był początek 1980 roku. Ja wtedy znów byłem w kadrze. Choć czasu było niewiele, to zdążyłem pokazać trenerom, że mimo tamtej kontuzji wciąż jestem mocny i wciąż warto na mnie stawiać. Gdy robiono badania wydolnościowe, to wyniki były tak dobre, że postanowiono zostawić mnie w kadrze.
Niestety szybko podpadłem. To był początek roku i trenerzy wymyślili, że skoro jeszcze nie ma żadnych zawodów, to zrobią nam podczas zgrupowania pod Bergamo taki wyścig wewnętrzny. To było bardzo trudne zgrupowanie – być może najtrudniejsze ze wszystkich, jakie mieliśmy. W efekcie ten “wyścig” zarządzony przez trenerów prawdziwego wyścigu nie przypominał. Jechaliśmy swoim, mocnym tempem, ale nie było żadnych skoków czy pogoni. Nie było już na to siły.
Trenerzy uznali jednak, że to efekt jakiegoś buntu. A jak był bunt, to musiał być i jego prowodyr. Przyczepili się do Szurkowskiego, do Pożaka i do mnie, bo to właśnie my mieliśmy tam największy autorytet. Moją karą za to było pominięcie przy okazji wyjazdu dwóch najlepszych szóstek do Francji na tamtejsze wyścigi. Zamiast tego zostałem pod Bergamo i wystartowałem w Bargamasce, gdzie nominalnie mieli startować najsłabsi z nas. “Najsłabsi” jeśli chodzi o jazdę po górach, bo choćby takiemu Leszkowi Michalakowi klasy kolarskiej trudno było odmówić. To wszystko wyszło mi jednak na dobre, bo wygrałem tamten wyścig.
Podczas górskiej czasówki dojechał pan nawet do Moreno Argentina, który przed panem wystartował!
Tak, Argentina, ale nie tylko – było tam też kilku innych świetnych kolarzy. W zasadzie przeleciałem obok nich. A później, na etapie rozgrywanym tego samego dnia po południu były ataki, ataki, ataki, aż w końcu zaatakowałem ja i dojechałem do mety jako pierwszy.
Ta Bergamasca to był górski wyścig, prawda?
Górski, przede wszystkim bardzo prestiżowy. Gdy popatrzy się na listę zwycięzców, to są tam wielkie nazwiska. Także te polskie. Wygrywał tam Stasiu Szozda, wygrywał Janusz Bieniek (z którym wtedy jechałem). To zwycięstwo to była duża rzecz.
Zdaje się, że w Wielkiej Brytanii Alp nie ma, a tam też panu dobrze szło.
Tak, ale nie uprzedzajmy faktów. Najpierw pojechałem do Meksyku, gdzie góry były. Pojechaliśmy z tym samym zespołem – tym, w którym był m.in. Leszek Michalak – to on i ja byliśmy w tej grupie najmocniejsi. Pozostali – np. Ciekański czy Plutecki to byli kolarze, którzy na imprezy mistrzowskie jeździli, ale w drużynie. To byli ciężcy zawodnicy, którzy w tych górach niemiłosiernie się mordowali. A jednak dali radę – wszyscy daliśmy. Byliśmy aktywni, wygrywaliśmy etapy, a ja skończyłem wyścig na drugim miejscu.
Zdaje się, że nagroda była wysoka.
Tak, wygraliśmy 800 dolarów.
Ile to było? Bo domyślam się, że zdecydowanie więcej, niż wspomniane przez pana wcześniej 1000 złotych.
Wtedy każdy dolar się liczył. Za 5 dolarów można było kupić nocleg w hotelu Victoria i jeszcze dobrze zjeść!
Co pan zrobił z pieniędzmi?
Ja już w trakcie kariery starałem się inwestować zarobione pieniądze w jakieś ziemie, czy nieruchomości. Robiłem tak też później, gdy byłem już kolarzem zawodowym i tych pieniędzy było więcej. Kariera kolarza jest krótka, a ty musisz później dalej za coś żyć. Nie żyje się historią. Nie nakarmisz się medalami albo wspominaniem tego, czego dokonałeś. Nie, życie idzie do przodu i musisz sobie z tym poradzić.
Wracając do sezonu 1980. Po Wyścigu Dookoła Meksyku (lub Wyścigu Dwóch Kalifornii) przyszedł czas na Milk Race. Tam był pan przez moment liderem.
Tak, wyścig zaczynał się od prologu – zdaje się, że była to drużynowa jazda na czas, którą wygraliśmy i w efekcie założyłem koszulkę lidera wyścigu. Niestety nie miałem jej długo. Na jednym z etapów złapałem gumę, a za nami nie było polskiego wozu technicznego. To było tak, że tylko jedno państwo miało za peletonem swój samochód. To zmieniało się po każdym etapie i niestety tamtego dnia padło na Czechów. Niestety, oni nie byli zbyt chętni do współpracy. Nawet poszarpałem się z ich mechanikiem, który robił wszystko, by ta wymiana trwała jak najdłużej. W zasadzie mu przywaliłem, a następnie sam wziąłem to koło i sobie założyłem.
Później goniłem, goniłem, ale zabrakło mi czasu. Nie było łatwo, bo jak ta ucieczka zobaczyła, że złapałem gumę, to przyspieszyła. Nie tylko Rosjanie, ale też Bułgarzy i Czesi, bo oni zawsze pomagali naszym wschodnim sąsiadom.
Jak to?
Normalnie pomagali. Federacje się dogadały. Tak zwane państwa uległe! Nie to co ci zawsze krnąbrni Polacy!
A pan był na tyle krnąbrny, że postawił się Suchoruczenkowowi – wówczas największej gwieździe kolarstwa zawodowego.
Tak. Ja się tam bardzo na nim skoncentrowałem. I choć wtedy nie wygrałem [Suchoruczenkow też nie – przyp. red.], to odkryłem, że jednak da się z nim rywalizować. Obserwowałem go bardzo uważnie. Dzięki temu później, podczas igrzysk olimpijskich wiedziałem, jak się zachowa.
Nazywaliśmy go w peletonie “cyborgiem”. Nie było widać po nim właściwie żadnego zmęczenia. Poznałem go na Wyścigu Pokoju, rok wcześniej, w Czechach. Na takich czeskich “kopcach” wyszedł jakiś Rosjanin i zaczyna nadawać mocne tempo. Ja siadam mu na kole, a za naszymi plecami peleton zaczyna się robić coraz mniejszy. Grupa się naciąga, naciąga, kolejni kolarze puszczają koło – Czesi, Polacy, NRD-owcy – Hartnicki, Ludwigi – wszyscy. W pewnym momencie oglądam się za siebie i widzę, że zostałem z nim sam.
Tylko że trzymałem się ledwo, ledwo. A on w ogóle nie wygląda, jakby odczuwał jakiekolwiek zmęczenie. Ja jak Froome – siedzę i kręcę z miękkiego obrotu. A ten też siedzi, tylko że jedzie z takiego “cepa” – ciężkie przełożenie i kręci. A im bliżej szczytu się znajdowaliśmy, tym mocniej kręcił. Choć ja już na tej wspinaczce w zasadzie umierałem, to na jego twarzy nie widać było ani jednej stróżki potu! Nie dałem rady. Odpuściłem 200 metrów przed szczytem. Poczekałem na peleton. Próbowaliśmy stworzyć pogoń, ale jego się dogonić już nie dało. A że kapitanem tej drużyny byłem ja, to na mnie spadła później odpowiedzialność. Dziennikarze, kibice – wszyscy, pytali: “Dlaczego nie utrzymałeś koła”. A gdzie byli inni? Czesi, Niemcy, Włosi? Po prostu się nie dało. To było absolutnie niemożliwe!
Ale nie poddaliśmy się. Na tamten Wyścig Pokoju pojechaliśmy w mocnym składzie. Był Krzysiu Sujka, Jan Jankiewicz, Janek Krawczyk, Irek Walczak – bardzo solidna ekipa, zwłaszcza w górach. I chwilę po tym, jak dziennikarze zmieszali nas z błotem, to zrobiliśmy atak. Odjechało czterech Polaków – ja, “Suja”, “Jankiel” i Krawczyk, jeden Rosjanin, obok nas było jeszcze 2-3 kolarzy – zgubiliśmy Czechów i Niemców. Normalnie zrobiliśmy sobie jazdę drużynową na czas. Nie walczyliśmy już o zwycięstwo indywidualne, ale interesowała nas klasyfikacja drużynowa.
Próbowaliśmy też ograć samego Suchoruczenkowa. Mówiłem “Jankielowi” tak – Jesteś najbardziej dynamiczny z nas wszystkich, to podążaj za tymi jego wszystkimi atakami. Tobie się może udać. – No i się nie udało. “Jankiel” miał pilnować tego “Suchego”, a ten jak zaciągnął na 15 km przed metą, to nie było co zbierać. Zaatakował i sam dojechał do mety. “Jankiel” był z nas najlepszy, ale i tak stracił dużo czasu. No i dlaczego nie upilnował “Suchego” – znów się potwierdziło, to o czym mówiłem. Była to po prostu misja niemożliwa. Jankiewicz mógł być kapitalnym kolarzem – wicemistrzem świata, zresztą zakończył tamten wyścig na 4. miejscu, ale “Sucho” był po prostu nie do upilnowania.
Suchoruczenkowa kilka razy byłem w stanie upilnować dopiero później – podczas Tour de l’Avenir tego samego roku, gdzie zdarzało mi się z nim rywalizować na równych warunkach, ale taka myśl, że naprawdę mogę walczyć z nim jak równy z równym, pojawiła się w mojej głowie dopiero później, właśnie podczas Milk Race. Tam byłem w stanie go upilnować i później chciałem to samo zrobić na Igrzyskach Olimpijskich. Tam byłem skoncentrowany tylko na nim, bo z nim się ścigałem, a tych Włochów czy Francuzów, którzy mieli z nami rywalizować*, często nie znałem i nie wiedziałem, czego mogę się po nich spodziewać. A patrząc na Suchoruczenkowa, po prostu wiedziałem, że jest najlepszym kolarzem na świecie.
*Choć igrzyska zostały zbojkotowane przez część krajów zachodu, to akurat Francuzi, Włosi i większość innych kolarskich nacji pojawiła się na starcie wyścigu.
A kiedy trafił pan z powrotem do tej pierwszej reprezentacji Polski?
To było po tym Wyścigu Dookoła Meksyku. Wygrałem w Lombardii, tam byłem drugi, to trenerzy widzieli już, że jestem mocny. Wróciłem do łask.
Czyli mimo waszych wcześniejszych zatargów, nie hamowali pańskiego powrotu do galowego składu.
Oni nie byli głupi. Mogli zawodnika lubić, mogli go nie lubić, ale jak był mocny, to go brali. Oni też chcieli zwycięstw dla swojej drużyny. Zwłaszcza biorąc pod uwagę zbliżające się igrzyska.
Na Tour de Pologne pojechał pan więc już jako członek pierwszej drużyny. I chyba przypieczętował pan wyjazd na igrzyska, wygrywając cały wyścig.
Mieliśmy już silną reprezentację Polski i to już dawało mi dużą przewagę, bo na początku wyścigu była jazda drużynowa na czas, która już trochę ustawiała tę klasyfikację generalną. Tam pojechaliśmy dość szybko, bo w moim zespole był Jankiewicz, ja, Wojtas, Sujka. Zdobyliśmy tam przewagę, a ja potem ją utrzymałem, niezależnie od tego, że przyjechali tam mocni Włosi, którzy w Bieszczadach chcieli nam się dobrać do skóry.
Wtedy w Tour de Pologne nie było takich gór, jak teraz, prawda?
No nie było, choć podjazdy się pojawiały. Była Miedziana Góra, były Bieszczady – duża pętla, mała pętla. Jazda na czas była w Lesku, po tamtejszych hopkach – na pewno nie było łatwo, ale fakt, łatwiej niż teraz.
A po Tour de Pologne przyszedł czas na wyścig olimpijski. Tam stoczył pan bój z dwoma Rosjanami, ale pańskim bezpośrednim rywalem nie był Suchoruczenkow, który znów okazał się bezkonkurencyjny. Walczył pan przede wszystkim z Jurijem Barinowem.
Barinow to był super sprinter. Niski, krępy, mocny. To była typowa radziecka szkoła. Trochę taki jak nieco później Abdużaparow. Typowy, rasowy sprinter. On wygrał w tamtym roku kilka etapów na Wyścigu Pokoju, regularnie sięgał po zwycięstwa w kolejnych wyścigach. Dlatego jak “Sucho” odjechał nam na 30 km do mety, to moje szanse choćby na ten srebrny medal gwałtownie spadły. Barinow nie musiał gonić, był ode mnie szybszy, naprawdę nic nie wskazywało na to, że mam z nim szanse powalczyć. On myślał, że ten finisz to będzie dla niego formalność. Ale ja się tam sprężyłem. Pokazałem tę swoją torową prędkość i wygrałem.
A nie próbował pan mu jakoś wcześniej odjechać?
Ja mu nie, ale za to on mnie tak. Skakał – raz z lewej, raz z prawej, ale ja go za każdym razem z łatwością doganiałem. Raz zrobiłem nawet taki “myk”: udawałem, że go nie mogę dojść. Zostaję to 10 metrów za nim, wykrzywiam twarz w grymasie, on patrzy na mnie, myśli, że już jestem ujechany, więc ciśnie jeszcze mocniej. A ja trzymam tę odległość, trzymam i jak widzę, że słabnie, to zacząłem mu odjeżdżać. W końcu do mnie doskoczył, ale później już nie próbował kolejnych akcji. Po prostu usiadł mi na koło i czekał na finisz.
A pan jechał na maksa, czy starał się jakoś regulować tempo? Pogoń była daleko, składała się z trzech zawodników, wśród nich był Polak – Arkadiusz Wojtas…
Nie, ja cały czas jechałem na maksa. Nie mieliśmy wtedy takich informacji o tej pogoni. Wiedziałem jedynie, że za nami jest peleton. I że ma stratę 3-4 minuty. Czy to dużo? To zależy – raczej nie przy takim dystansie. Trzeba było cały czas uciekać, bo jak się peleton spręży, to przewagę odrobi raz-dwa. Wiedziałem, że jest ten Barinow. Wiedziałem, że jemu na finiszu będzie łatwiej. Tylko wiedziałem też, że jak dojedziemy, to będzie medal – już nieważne jakiego kruszcu.
No tak, medal i kontrakt w zawodowym zespole. A na koniec okazało się, że pan tego Barinowa jeszcze i tak pokonał.
Wydaje mi się, że wtedy, na tych igrzyskach, sport nie był tylko sportem. To było coś więcej. Wszyscy pamiętamy gest Kozakiewcza, a był przecież jeszcze piękny występ Janka Kowalczyka w mundurze żołnierza Wojska Polskiego [i zdobyty przez niego złoty medal – przyp. red.]. To wszystko, ta cała otoczka, dodawała nam sił, motywacji, żeby pokonać Rosjan. I u nas było tak samo. Te obrazki – uciekają dwie czerwone, rosyjskie koszulki i jedna biało-czerwona.
Później ten jeden Rosjanin odjechał – ok, ale można było pokonać jeszcze jednego. I wtedy było pytanie kto kogo pokona. Ludzie to zapamiętali i pamiętają do tej pory – to były dla nich niesamowite emocje, zwłaszcza to oczekiwanie. Ten finisz był przecież bardzo dynamiczny, było blisko, trzeba było poczekać na werdykt sędziów – to dodawało dramaturgii.
Ten werdykt był dla pana korzystny. Jak to się stało? Ustaliliśmy, że nie był pan faworytem.
On myślał, że to będzie formalność. Nie był tak skoncentrowany, jak ja. Na zdjęciu z finiszu widać, że on trzymał ręce na górnej części kierownicy, na “klamkach” – a finiszuje się przecież zazwyczaj z dolnego uchwytu. Myślał, że mi wyjdzie z koła i tyle – po zawodach. A tu niespodzianka.
Ja go na finiszu zaskoczyłem. Długo wcześniej spadł mi łańcuch – w efekcie nie mogłem już wrzucić go później na ostatni tryb. A to przecież ten ostatni tryb daje ci największą prędkość. Zamiast na “13” musiałem jechać na “15”. To odebrało mi nieco prędkości, ale miało jedną zaletę – łatwiej było rozkręcić tryby, przez co zyskałem na dynamice. To taka różnica, jak dodawanie gazu w samochodzie. Inaczej będziesz się rozpędzać jadąc na “3”, a inaczej na “5”. W końcówce, podobnie jak przez większość czasu trwania odjazdu, to ja byłem pierwszy. Patrzyłem cały czas to na niego, to na jego cień. Jechałem, jechałem – on nie wychodził na zmianę, czekał sobie spokojnie. Dopiero na 300, 250 km przed metą jego koło powoli zaczyna mi się zbliżać do supportu.
Zobaczyłem to i od razu ruszyłem z całej siły. Błyskawicznie mu odjechałem na dwa metry i tak zaczęliśmy finiszować. On oczywiście odrobił te dwa metry dość szybko, ale musiał przecież jeszcze mnie wyprzedzić – odrobić tę dzielącą nas długość roweru.
Trochę się spóźnił.
No tak, a ja byłem szybkim zawodnikiem. Wywodziłem się z toru, a później, już jako zawodowiec, wygrałem taką kilometrową czasówkę. Ze startu zatrzymanego, na takim zwykłym rowerze szosowym, wykręciłem 1:04. To był wtedy rekord tamtej trasy (bo zawody odbywały się co roku), a pobił go dopiero po kilku latach Mario Cipollini o jakieś tam setne sekundy.
Wcześniej, w Montrealu ścigałem się na torze, w wyścigu na dochodzenie i w naszej drużynie to ja byłem rozprowadzającym. To była rola o tyle trudna, że trzeba było umieć się szybko zebrać ze startu – ci pozostali musieli ruszyć nieco później niż ty. Ja to zawsze miałem – umiałem szybko się zebrać i Barinow był kolejnym kolarzem, który się o tym przekonał na własnej skórze. Z kolei ja mogłem się cieszyć, że byłem kolejnym sportowcem, który dał Polakom na tamtych igrzyskach mnóstwo radości.
A jak pan wspomina atmosferę tamtych igrzysk? Miał pan w ogóle okazję uczestniczyć w ceremonii otwarcia?
Niestety nie. Kolarze nigdy w niej nie uczestniczyli. My nie lubimy stać na nogach – to przeszkadza później, podczas zawodów. Jak jesteś w dobrej formie, to nawet jak po lotnisku się chwilę przespacerujesz, to później nogi cię bolą, jak cholera. Od razu musisz wsiąść na rower i się rozjechać.
Mieliście na to jeszcze jakieś sposoby?
Przede wszystkim nogi trzymane do góry – gdzie tylko się da. Gdybym siedział tu, za tym biurkiem, a ty byś wszedł bez pukania, to pewnie zastałbyś mnie z nogami na tym biurku. Teraz kolarze mają te skarpety uciskowe, wtedy tego nie było. I po takim locie do Wenezueli czy do Montrealu musiałeś czekać dwa-trzy dni, żeby wszystko wróciło do normy.
Mówi pan o Montrealu. Do Moskwy też lecieliście samolotem, prawda?
Tak, a w Montrealu, jak byłem w wiosce olimpijskiej, to raz wybraliśmy się na trening i nieopatrznie wjechaliśmy na autostradę. Zrobiła się afera. Tu motocykle, helikoptery, policja. I potem były nagłówki, że reprezentacja polski zwinięta 30 km od wioski olimpijskiej z autostrady.
Jak to się stało?
Normalnie, wyjechaliśmy sobie na trening. Fajna, szeroka droga, to jedziemy. Ja miałem wtedy 20 lat, Jankiewicz z tego samego rocznika, co ja, Sujka tak samo. Tylko Faltyn i Szczepkowski byli od nas starsi, ale niewiele. Nie byliśmy obyci z tym światem, przyjechaliśmy z bloku wschodniego i nie potrafiliśmy się do końca odnaleźć. Nie znaliśmy języka.
W Moskwie pan i Jankiewicz znów znaleźliście się w kadrze, ale tym razem jako członkowie drużyny na 100 kilometrów. Niestety, tu medalu nie było.
Tak, zajęliśmy czwarte miejsce. Kilka rzeczy poszło nie po naszej myśli. Jankowi Jankiewiczowi tuż przed igrzyskami zmarł tata, co miało wpływ nie tylko na jego występ, ale też na nas wszystkich.
I po tym naszym czwartym miejscu wyjechaliśmy z wioski olimpijskiej, żeby wziąć udział w wyścigu.
Zaraz zaraz, na jaki wyścig?
Gdzieś do Polski – nie pamiętam i nie chcę zmyślać, więc nie powiem, gdzie dokładnie.
Daleko…
Tak, ale trzeba było tak zrobić. Także dlatego, że w wiosce olimpijskiej nie ma za bardzo warunków do treningu. Po drugie, jesteś cały czas rozproszony. Po trzecie, to szybka droga do tego, żeby przytyć. Tam masz wszystkie kuchnie świata i wszystkiego chcesz spróbować. Tu Chińczycy, tu to, tu tamto… I nawet nie wiesz kiedy przybędą ci trzy kilogramy! Nie, długi pobyt w wiosce olimpijskiej nie jest wskazany.
Nie byliśmy przyzwyczajeni do takich korb, bo to było 175 albo i więcej, a zwykle mieliśmy w szosowym rowerze zamontowane 172,5. Założenia były dobre – miała być większa siła nacisku. Niestety, te nasze mięśnie były przyzwyczajone do czego innego. My na tym nie trenowaliśmy za dużo, a jadąc na takim przełożeniu, zupełnie inny był rytm. Byliśmy trochę zamuleni.
Związek często kombinował z tym sprzętem? Bo mi te przeróżne eksperymenty kojarzyły zawsze bardziej ze Związkiem Radzieckim i NRD.
No pewnie, że tak. My to przy nich byliśmy harcerze. Jak był Wyścig Pokoju, to Niemcy już mieli swój autokar. My na stadionie jedliśmy bułki z kiełbasą i parówki, popijaliśmy to oranżadą, a NRD-owcy od razu do autokaru, pod kroplówkę, na badania, uzupełnienie elektrolitów… Rosjanie też mieli zaawansowaną medycynę sportową – oni już przecież latali w kosmos. A u nas? Jadło się, co było do zjedzenia i się jechało. Do bidonów wlewało się Visolvit…
Albo kogel-mogel!
Dokładnie. Ale jest satysfakcja, że pokonywało się tych Rosjan. Bez takiego wspomagania, na które mogli liczyć oni. I że bez dopingu osiągnąłem to, co osiągnąłem – także w peletonie zawodowym. Dla mnie to jest wielki sukces.
Ale wróćmy jeszcze do poprzedniego pytania. Nam też się zdarzało takie eksperymentowanie ze sprzętem, choćby na mniejszą skalę?
Choćby wtedy, gdy zobaczyliśmy te “Lemondówki”, to postanowiliśmy spróbować ich u siebie. Przednie koło dawało się mniejsze, większe z tyłu i jechało się w takiej delikatnie pochylonej pozycji. Wtedy jak byłeś pochylony, jak opierałeś się o tę kierownicę, to byłeś bliżej kolarza, który jechał przed tobą. A im bliżej niego jesteś, tym bardziej korzystasz na tym tunelu aerodynamicznym, który tworzy się za jego plecami.
Działało?
No tak! W pewnym momencie zaczęli też robić stroje z lycry – w czasach, gdy nawet w peletonie zawodowym jeździło się w bawełnianych koszulkach. Koszulki bawełniane, pohaftowane jakąś nitką i tak się jeździło. Tak że faktycznie zdarzały się jakieś nowinki także naszym działaczom, ale to były pojedyncze sytuacje. Albo zakładało się na ten kask coś jak czepek pływacki z lycry. Ale to wszystko było kombinowanie. Raz wyszło, raz nie wyszło – dziś to wygląda o wiele lepiej. Jest większy profesjonalizm.
Pan już w 1980 roku miał więc zapewnienie, że dostanie zgodę na kontrakt, ale wyjechał dopiero w 1982. Dlaczego to wszystko trwało tak długo?
To wcale nie było takie pewne. Ja musiałem najpierw wyjechać na badania lekarskie. Nikt nie weźmie cię, skoro nie jest pewny, czy ty będziesz w stanie jeździć. Legia musiała wyrazić zgodę – zrobiła to, ale też trzeba było na to czasu, załatwienia wszystkich formalności. W końcu wyjechałem i akurat wybuchł stan wojenny.
Ja byłem żołnierzem, bo w Legii każdy miał status żołnierza, a jak jest wojna, to każdy żołnierz ma obowiązek wrócić do jednostki. Jak nie – jesteś dezerterem. Ja byłem za granicą – owszem, ale w Polsce została rodzina. Nie bez przyczyny – komuniści nie pozwolil na to, żeby żona i córka ze mną pojechały. Oni się nie cackali – chcieli mnie trzymać na smyczy – wiedziałem, że gdybym zrobił coś, co by im się nie spodobało, to zapłaciliby za to najbliżsi.
Dlatego to, że byłem w Toskanii, w domu mojego menedżera nie oznaczało, że nic mi nie mogą zrobić. Właśnie tam dopadła mnie ta informacja o sytuacji w Polsce i naprawdę nie wiedziałem, co się dzieje. Widzę wiadomości z włoskiej telewizji, coś sobie źle przetłumaczyłem i myślę: “Cholera jasna, wojna w Polsce”. Patrzę w telewizor, widzę czołgi na ulicach, ten śnieg, komunikaty ze słowem “guerra” – Co jest, Ruscy nas napadli? – zastanawiałem się przerażony. Zadzwoniłem do ambasady – nikt nie odbiera. W konsulacie? Też. Nawet do Watykanu nie dało się dodzwonić.
Wiedziałem tylko tyle, ile Włosi, czyli niewiele. Miałem tylko szczątkowe informacje. I nie było jak wrócić do Polski, bo poodwoływano loty. A tak było wspaniale. Spełniały się marzenia mojego życia. Miałem piękny rower, stroje jak zawodowcy… nawet na majtkach miałem napisane “Lang”. Buty kolarskie robiłem u szewca, który pracował tylko dla największych mistrzów – Fausto Coppi, Moser, Saronni… w zasadzie wybierał sobie tych kolarzy i wybrał mnie. Buty robił ze skóry cielęcej, podeszwa była ze skóry, z wkładką metalową. Ten but był później idealnie dopasowany…
I nagle okazało się, że to wszystko ma się zaraz skończyć. Pytają mnie: “Co robisz?”, a ja im odpowiadam, że trzeba wracać do Polski. Miałem jeszcze niezałatwione sprawy wojskowe…
Bał się pan, że skoro jest żołnierzem, to zaraz go wezmą na front?
No jasne, że tak. Że w kamasze mnie wrzucą… Ich naprawdę nie obchodziło, czy ty jesteś sportowcem. Tu nie było żartów. Ale i tak trzeba było wracać. W końcu po długim oczekiwaniu – to trwało może 10 dni, wreszcie pojawiła się możliwość wyjazdu do Polski. Pojawił się jakiś dostępny lot. Poleciałem od razu.
Pojechałem na lotnisko. Sprzętu nie brałem. Pożegnałem się tylko z Włochami, którzy wyekwipowali mnie jak na wojnę. Pokupowali mi jakieś jedzenie, makarony, coś dla dziecka… naprawdę się postarali. Nie wiedzieliśmy, czy się jeszcze zobaczymy. Wchodzę na lotnisko. To był jedyny lot do Polski, a tam tylko jedna starsza pani. Nikt się nie wybierał w tamtą stronę. W końcu wojna!
A później, gdy dolatywałem na miejsce, gdy patrzyłem na ten śnieg, ten smutny, szary, styczniowy krajobraz, pomyślałem sobie – Co ja najlepszego zrobiłem. Przecież jakbym został, to może by się to wszystko jakoś poukładało – zacząłem żałować. Choćby ten jeden start w Giro d’Italia – to było moje marzenie. Naprawdę. Tylko wystartować, zobaczyć, jak to wygląda! I wszystko przepadło! Ale co się stało, to się nie odstanie.
Nagle znalazłem się z powrotem w tej polskiej rzeczywistości. Przywitała mnie żandarmeria wojskowa. Sprawdzili paszport, mówią – Pan z nami – i myślę sobie: “Już się zaczęło”. Biorą mnie do samochodu i jedziemy. To byli typowi służbiści, nic nie mówili. To tylko potęgowało we mnie poczucie niepokoju, które i tak już od początku we mnie buzowało. I zaprowadzili mnie do szefa Legii.
Dopiero wtedy moje obawy trochę się rozwiały. Widzę, że szef się do mnie uśmiecha. – Dobrze, że wróciliście – Mówił językiem typowym dla tamtego wojska, z takimi rosyjskimi naleciałościami. Całe nasze dowództwo było wtedy po rosyjskich szkołach, więc tak to wtedy zazwyczaj wyglądało. Ale to trochę mnie uspokoiło. Wyglądało na to, że nie czekają mnie żadne duże kłopoty. Tłumaczę mu, że tam we Włoszech na mnie czekają, że bardzo bym chciał wyjechać, a on – w porządku, zgadzamy się. Tylko trzeba załatwić klubowi sprzęt, stroje dla piłkarzy…
O, czyli piłkarze też na tym zyskali
Właściwie to głównie piłkarze. Stroje, adidasy… Powiedzieli, że jak oni się zobowiążą do dostarczenia sprzętu, to oni się zgodzą, żebym wyjechał na stałe. To ja dzwonię do Włoch, do Gis-Gelati, z którym już byłem dogadany, tłumaczę, jaka jest sytuacja.
Sam musiał pan wszystko załatwiać?
No tak. Zresztą, ja byłem nawet gotów oddać całe stypendium, które bym zarabiał, żeby tylko zostać tym zawodowcem. Zresztą, po części tak się też czasami działo. I jest sukces! Włosi się zgodzili! Poszło pismo w jedną stronę, potem w drugą. W sprawę włączył się nawet Departament Sportu. To nie był koniec. Zaczęły się ostatnie formalności. Trzeba było się zwolnić z wojska, co było tym trudniejsze, że cały czas był ten stan wojenny.
Trzeba było podpisać obiegówkę – czy zdało się broń, mundur, to-tamto. To wszystko trwało. Do tego paszport – nie miało się go przecież w domu, leżał na komendzie. Po dwóch tygodniach udało się i to – w końcu go odebrałem. Do tego wiza, załatwianie jej było trudne, bo Włosi traktowali Polskę tak jak inne kraje bloku wschodniego. Trzeba było latać od jednej ambasady do drugiej… W styczniu przyleciałem do Polski, a we Włoszech byłem dopiero w kwietniu. Trochę czasu, jak widać, mi to wszystko zajęło.
Jak już wróciłem, menedżer postawił też sprawę jasno – Przyleciałeś do pracy do Włoch – masz mówić po włosku – mówił mi. W zasadzie moja nauka trwała dwa tygodnie. Pisałem sobie po 30 słówek dziennie – każde słówko, wyrażenie i się tego uczyłem. “Come si chiama” – “jak się nazywa” – to było chyba najważniejsze, bo później się wskazywało na jakąś rzecz i można było się dopytać, jak ją nazwać. Oglądałem telewizję, bo byłem ciekaw, co działo się w kraju.
Cały czas uczyłem się języka, to było mi łatwiej. Ale często wcale łatwo nie było. Menedżer potrafił mnie wysłać do innego miasta do lekarza, żebym zrobił sobie badania. Nie było wtedy GPS-a, nie znałem miasta. Język wciąż kaleczyłem… To była taka szkoła życia, że głowa mała. Potem pytają: “Jakie badania”, a ja nie wiem, co odpowiedzieć. Aż chce się powiedzieć: “Nie wiem, jestem tylko sportowcem”. Ale jakoś sobie radziłem. Musiałem.
Zespół nie pomagał?
Właściwie w ogóle nikt się o ciebie nie troszczył. Musiałeś radzić sobie sam.
________________________________________________________________
Pomimo trudnych początków, Czesław Lang sobie we Włoszech poradził. Pracując m.in. na Francesco Mosera i Giuseppe Saronniego dość szybko zyskał sobie w zawodowym peletonie duży szacunek, a sam również niekiedy wygrywał. Młodszym kibicom, którym wygrane przez niego, bardzo prestiżowe wówczas Millemetri del Corso di Mestre i Trofeo Baracchi nie mówią dziś zbyt wiele, możemy przypomnieć, że pierwszy polski zawodowiec zatriumfował również na etapach Tour de Romandie, Volta a Catalunya i Tirreno-Adriatico. W peletonie zawodowym poradził sobie zdecydowanie lepiej niż Suchoruczenkow, który miał od niego mniej szczęścia i na zachód mógł wyjechać dopiero 7 lat później.
Jednak nie o przygodzie Langa z zawodowstwem będzie druga część naszego wywiadu, a o Tour de Pologne – o początkach jego pracy przy wyścigu, ale też o tym, czym ten wyścig jest obecnie.
Zobacz również inne wywiady autora:
Krzysztof Wyrzykowski – człowiek, któremu sekrety zdradzał Armstrong
Michał Gołaś – Godzinne konwersatorium z „profesorem kolarstwa”
Lechosław Michalak i kolarski powrót do lat 80.
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 1 Przysięga
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 2 Spełnienie
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 3 Koniec
Bogumiła Matusiak – wspomnienia ze starego Tour de France
Fignon i spółka powiedzieli: „On musi nas masować” – wywiad z „Bobem” Madejakiem
Od angażu „na kredyt”, do gwiazdy Tour de Pologne w pół roku – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 1
Droga prowadząca do Francji – wywiad z Janem Brzeźnym, cz. 2.
Na „ty” z Szarmachem – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 3
Maciej Paterski: „Jens Voigt chyba chciał mnie udusić”
Maciej Paterski – jak pokonał Mollemę i Rogliča
Maciej Bodnar – jak rozkochał w sobie Włochów i trafił do elity
Maciej Bodnar – Bodyguard zawodowiec
Zbigniew Spruch – wtedy, gdy wszystko się zaczęło
Zbigniew Spruch – Zawsze drugi
Portugalskie przygody Dariusza Bigosa
Dariusz Bigos: „Celujemy w drugą dywizję. Być może już za dwa lata”
Henryk Charucki – Wizyta w fabryce elektrycznych maszyn i kolarskich marzeń
Henryk Charucki – Wielka kolarska emigracja
Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota
Marek Leśniewski – długa droga do zawodowstwa
Tomasz Marczyński – 60 minut z Loco
Janusz Kowalski – Szybszy od Pogačara
Janusz Kowalski – opowieść o niewykorzystanym potencjale
Przemysław Niemiec – Droga do Giro
Przemysław Niemiec – W kolarskim raju
Lech Piasecki – zanim został zawodowcem
Lech Piasecki: „Saronni dał mi zwycięstwo, Anquetil je odebrał”
Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 1
Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 2










A Jak to bylo ze sprzedaza Halupczoka na zachod?.
Z tym dopingiem w tamtych czasach to było trochę inaczej. Wszyscy wtedy brali, pan Czesław również, tyle że wtedy to co brali nie było jeszcze zakazane, dopiero dziś zrobilibyśmy „wielkie oczy” a wtedy była to normalna suplementacja. Nikt w klubie nawet zawodnika nie pytał tylko wszyscy jedli i pili co im podano. Wielu przez to dziś już nie żyje lub ma bardzo poważne problemy ze zdrowiem. Jednakże żadnego oszustwa ( nie licząc Rosjan czy NRD z tamtego okresu bo ci się rzeczywiście tykali brzytwy) nigdy nie było. Niestety całe kolarstwo było systemowo trute przez swoich lekarzy i trenerów. Nikt się nie zastanawiał nad skutkami zdrowotnymi w tamtych czasach. Dopiero po erze Induraina i następującej po nim aferze Festiny, zaczęto walczyć o zdrowie zawodników i hurtowo zakazywać różnych substancji. W latach 70tych i wczesnych 80tych poziom kolarzy był bardzo wysoki, bo nikt jeszcze się nie przejmował. A kolarze robili i jeśli co im kazano. Rosjanie to co innego, brali kompletnie wszystko co tylko popadło, zakazane również, bo kontrolę w ich przypadku nie działały w naszych wschodnich wyścigach, już wtedy robili hurtowo transfuzje miedzy kolejnymi etapami wyścigów. Inny świat. Z kolei pan Czesław i jego koledzy byli prawdziwą elita bo jechali wyłącznie na tym co brali wszyscy.
Etap 7 Wyścigu Pokoju 1979 który wygrał Drogan to była jazda indywidualna na czas a nie ucieczka z czterema Polakami Panie redaktorze- odnośnie pana dopisku.
Ok, dziękuję za zwrócenie uwagi. Wygląda na to, że ma Pan rację. W takim razie musiało chodzić o inny etap