fot. Włodzimierz Rezner archiwum prywatne

Już od kilkudziesięciu lat głos Włodzimierza Reznera jest nieodłącznym elementem polskich wyścigów kolarskich. W drugiej części wywiadu legendarny dziennikarz Polskiego Radia opowiedział nam:

  • O tym, jak przyczynił się do dymisji ważnego partyjnego działacza
  • Jak odkrył talent Tomasza Brożyny
  • O swojej przygodzie z telewizją

Pan był nie tylko kolarskim sprawozdawcą, ale także działaczem. Do dziś pańskie nazwisko widnieje na stronie PZKol.

Bo ja tę działalność społeczną dla kolarstwa mam w swoim DNA! Od 1987 roku organizowałem Mistrzostwa Polski weteranów – przyjeżdżali do mnie Szurkowski i Mytnik, a potem oni golili wszystkich! To była fantastyczna przygoda, ale skończyłem po pięciu latach, jak odkryłem, że wielu uczestników tych zawodów po prostu się “koksuje”. A ja naiwny wierzyłem, że oni wszyscy są czyści, nawet nazwałem tę imprezę: “Rowerem po radość i zdrowie”! Teraz jestem już mądrzejszy. Cztery lata temu znów zacząłem organizować zawody – “Cyklofrajdę”, ale już dla dzieci, wraz ze stowarzyszeniem Polska 2050. 

Włodzimierz Rezner do dziś angażuje się w organizację kolarskich zawodów. Po rozczarowaniach związanych z weteranami, skupił się na zawodach dla dzieci
fot. Włodzimierz Rezner/Archiwum prywatne

A jeśli chodzi o pracę związkową, to szybko zostałem prezesem okręgowego związku kolarskiego, a w 1985 byłem nawet w prezydium PZKol. Przyłożyłem też rękę do zbudowania w Kielcach mocarnej sekcji kolarskiej Korony. Tam byli m.in. śp. Mariusz Bilewski, Kaziu Stafiej, Zbyszek Piątek… my byliśmy najlepsi w Polsce. W 1987 roku, jak Piątek wygrywał Tour de Pologne, to miał 21 lat, a pokonał Marka Leśniewskiego.

Zresztą, w Koronie zaczynał też Tomek Brożyna, którego odkryłem jadąc z prof. Stanisławem Góździem – dyrektorem Świętokrzyskiego Szpitala Onkologicznego po podkieleckich szosach. Jedziemy sobie na przejażdżkę i widzimy dwóch chłopaków. Ja im mówię, żeby podjeżdżali na Katarzynę i poczekali tam na nas. Mówię do Staszka: “Patrz, jakie on ma papiery na ściganie” – właściwie to mieli je obaj, ale przede wszystkim Tomek. Mówię mu: “To następnego dnia masz być w klubie i zameldować się u Jana Meli. Minęły cztery dni, a ja znowu jadę i znowu go widzę. Pytam:

– I jak tam, wszystko załatwione już?

– Nieee, pan Mela powiedział, żebym sobie uprał skarpetki. Że skoro mam już 17 lat, to jestem za stary.

– Spokojnie, przyjdź jutro, ja wtedy będę i cię zapiszemy

I przyszedł następnego dnia, razem z wujkiem. W końcu dostał się do klubu i błyskawicznie – już w sierpniu, zdobył tytuł mistrza Polski juniorów. Cztery minuty klepnął wtedy m.in. Jackowi Mickiewiczowi. Błyskawicznie rozwinęła się ta jego kariera i jak tylko powstał Exbud, to poprosiłem Ryśka, żeby Tomkowi przekazał rower marki Gianni Motta, na których jeździli na co dzień zawodowcy. Dostał stroje, suplementację – wszystko. W 1988 roku, przed swoim ostatnim startem w Giro d’Italia przyjechał go zobaczyć Czesiek Lang. Załatwiłem mu wtedy pobyt w takim ośrodku “Przedwiośnie” w Cedzynie. Czesiek rano przejechał 150 km w Wilkowie, w Ciekotach na Żeromszczyźnie. Brał wodę ze studni i na podjeździe pod Katarzynę trenował siłę. A po południu dostawał samochód i robił te 80 czy więcej kilometrów. 

– Czesiu, ale ty jesteś wycieniowany! – zagadałem do niego kiedyś.

– Nie, wycieniowany to ja będę dopiero wtedy, gdy będę miał skórę jak pergamin!

Tomek miał wtedy okazję z nim trochę pojeździć. Tak go wtedy wymęczył, że po wszystkim Czesiek mówi: “To będzie kozak!”. A później wiadomo co było – ile sukcesów Tomek osiągnął. On zajął 21. miejsce w Tour de France – ciekawe, który by był, gdyby nie trafił na czasy EPO-ki. A rok wcześniej wygrał Route du Sud – po tych samych alpejskich przełęczach. Wygrał cztery razy “Solidarkę”, wygrywał w Kanadzie (Tour de Beauce). A trener Zbigniew Rusin powiedział nawet: “Dwóch tylko ludzi miało takie zdrowie: Brożyna i Szurkowski”

Był pan działączem, a bywał pan dziennikarzem piszącym?

Nie, powiem szczerze, że nigdy nie byłem pisarzem. Nigdy nie byłem w tym dobry. Zawsze męczyły mnie też te wszystkie techniczne rzeczy, więc dziś byłoby mi pewnie jeszcze trudniej. Zresztą, nigdy nie lubiłem też montować. Dla mnie to trochę wypacza sens z życia wziętej relacji. Ja jestem człowiekiem żywego radia. U mnie zawsze liczył się tylko mikrofon, nawet nie dopuszczam do siebie myśli: “Co byłoby gdyby nie radio. Gdybym musiał robić coś innego”. Choć w zasadzie… może mógłbym pracować w telewizji. 

Zaliczyłem tam krótki epizod, który wspominam bardzo dobrze. To się zaczęło bardzo niespodziewanie. Najpierw byłem organizatorem mistrzostw Europy na torze, na Miedzianej Górze. To była niesamowita impreza! Ale najważniejsze wydarzyło się pod sam koniec. Podeszli do mnie przedstawiciele TVP i mówią: “Dobra, skoro nie jedziesz na igrzyska do Sydney, to robisz dla nas Tour de Pologne!”. I robiłem trzy razy, razem z Cześkiem Langiem. Trzy i pół godziny bez przerwy przed mikrofonem. To było dla mnie coś wielkiego. Świetnie mi tam szło, ktoś to zauważył, dzięki czemu później miałem okazję komentować mistrzostwa świata w Plouay.

Czyli komentował pan srebrny medal Zbigniewa Sprucha!

Medal Sprucha i nie tylko. To generalnie były bardzo udane mistrzostwa dla całej reprezentacji. Piotrek Mazur zdobył złoty medal juniorów na czas, Łukasz Bodnar skończył tam z brązem, a jeszcze Magda Sadłecka w innej konkurencji była druga! Super mi tam poszło, a do tego wszystkiego miałem jeszcze nosa, bo wygrałem takiego lotka, którego wewnątrz naszej polskiej delegacji zorganizowała Danuta Kowalska, współpracująca z Cześkiem. Typowało się pierwszą piątkę i później dostawało się punkty w zależności od tego, ilu kolarzy się trafiło. Ja trafiłem Zbyszka Sprucha na drugim miejscu, Bartoliego na czwartym i Vainsteinsa – choć u niego akurat nie obstawiłem pierwszego miejsca. 

Ja wygrałem, a drugi był trener Zdzisiu Trojga. Nie mógł mi tego później darować! Wygrałem wtedy mnóstwo tych “Franciszków”, ale oczywiście większość poszła na szampany. Jako reprezentacja mieliśmy w końcu co świętować. To był chyba w ogóle jeden z najszczęśliwszych okresów w mojej karierze dziennikarskiej. Niestety wszystko się szybko skończyło. Swój czwarty Tour de Pologne miałem robić z motocykla – tak jak dla Polskiego Radia robiłem Wyścig Pokoju, ale później okazało się, że za komentarz będą odpowiadać Jaroński i Wyrzykowski, a dla mnie zabrakło po prostu miejsca.

A później nie miał pan żadnych ofert, żeby komentować? Np. dla Eurosportu?

Nie miałem od nich niestety żadnych ofert. Nie chcieli mnie tam nigdy. Ale za to pracowałem w telewizjach lokalnych – robiłem tam bardzo dużo wywiadów. Stamtąd zawsze do mnie dzwonili, proponowano rolę eksperta, a ja zawsze się zgadzałem.

Włodzimierz Rezner w czasach, gdy ścigał się w organizowanych przez siebie wyścigach weteranów

A czemu wcześniej nie pracował pan dla telewizji?

Była taka okazja. Podczas któregoś Wyścigu Pokoju, chyba w Hradec Kralove, podszedł do mnie Ryszard Dyja – prawdopodobnie największa wówczas postać w telewizji, i mówi:  “Ty będziesz pracował dla mnie w telewizji. Ty będziesz robił kolarstwo”. Tylko że ja już byłem zakochany w radiu, a jednocześnie czułem dług wdzięczności wobec Bogdana Tuszyńskiego. To on był dla mnie idolem i to on mi podał rękę, kiedy tego potrzebowałem. To on na mnie postawił. Nie mogłem, nie chciałem tego zostawiać, nawet mimo tego, że telewizja była wtedy prawdziwą potęgą.

Mimo to, po drodze były pewnie jakieś wpadki?

Tak, dużo się takich historii zdarza, jak u każdego. Prowadziłem mecz Radomiaka u siebie, w piłce nożnej. I jest gol do szatni. Koniec pierwszej połowy. Ja mówię, że jest prowadzenie Radomiaka, że duża radość, że wracamy za 15 minut, po przerwie… Okazało się, że ten gol był nieuznany. Bo to był rzut wolny pośredni, a zawodnik, który strzelił gola, uderzył bezpośrednio. To była chyba największa wpadka, jaką pamiętam, ale wiem, że mogło być gorzej, bo byli tacy, co kończyli całe mecze innymi wynikami, niż było w rzeczywistości.

Wiele zależy jednak również od warunków, w których się pracuje. Jak prowadziłem ten mecz Polska-Stany Zjednoczone. Przejęty niesamowicie byłem. Stoję przed szatnią ŁKS-u, a przychodzi Janek Ciszewski, z którym ja nie miałem żadnego kontaktu. On mnie nie znał i myślał, że ja jestem jakimś kierownikiem drużyny, kimś w tym rodzaju, i pyta mnie:

– Masz składy?

– Mam

To podszedł i wziął te składy ode mnie. Nic mu nie powiedziałem. Nie tłumaczyłem, że ja nie jestem żadnym pracownikiem obsługi, a będę ten mecz relacjonował tak samo, jak on. Nie wypadało, trochę się wstydziłem – to przecież wielki “Cis”. Nie miałem więc składów. ale to też nie był żaden większy problem. Szybko zdobyłem je sobie jeszcze raz. Gorzej, że jak wszedłem do tej budy komentatorskiej, to się okazało, że zaczął padać deszcz! Naprawdę nic nie było widać! Trzeba było “szyć”. Mówiłem więc coś w stylu: Boniek do Laty, Lato do Bońka i tylko modlę się, żeby nie było bramki, której mógłbym nie zauważyć.

Po trzech minutach Ciszewski do mnie podchodzi, puka mnie w ramię – Chodź, patrz się na mój monitor – więc ja podszedłem i teraz już wszystko widziałem. Proszę powiedzieć, który komentator by tak zrobił? To był nie tylko świetny sprawozdawca, ale też wspaniały człowiek!

Tych wpadek to można byłoby wymieniać naprawdę bardzo dużo. Podobnie jak trudnych momentów, bo przecież mnie kilka razy wyrzucano z pracy. I za każdym razem robili to ludzie, którzy w radiu zarabiali duże pieniądze, ale nie kochali go tak jak ja! Pamiętam, jak w 1973 roku dostałem telefon od swojego szefa. To był fantastyczny człowiek – Aleksander Tarnawski, ten co stworzył “Sygnały Dnia”, “Lato z Radiem” i wiele innych programów, które funkcjonują do dziś. On do mnie mówi: “Włodek! Jedź tam, do tej cementowni w Małogoszczy. Inwestycja stoi… To jest materiał na reportaż!” To ja jadę, zorientować się, jaka jest sytuacja. Na miejscu zastałem dyrektora budowy o nazwisku Dobosz. Ja z nim rozmawiam i słyszę – Rzeczywiście, nie ma konstrukcji stalowych z Czechosłowacji. Leżymy! –. O godzinie 7. są “Sygnały Dnia”, a ja mówię, co w tej Małogoszczy widziałem i słyszałem. 

Potem jadę tam jeszcze raz, bo okazuje się, że przyjeżdża wicepremier Mitręga i minister budownictwa Karkoszka. Przyjeżdżają, pamiętam, że mieli taki kawowe Peugeoty, przyjeżdżają i idą przez ten plac budowy, ja obok nich, z mikrofonem. Oni się coś zaczynają żalić, a Karkoszka do nich: “Towarzysze, świetna robota!”. Potem jest zebranie w tym biurze budowy. Nagle Karkoszka znów się odzywa:: “Jedziemy z towarzyszem Mitręgą, a tu was, przodującą klasę robotniczą, tak szkalują! W naszym Polskim Radiu!”. Ja się patrzę na tego Dobosza, który sprzedał mi te wszystkie informacje, a on dosłownie blady jak ściana.

Zebranie się kończy, ja pakuję manatki i jadę do rozgłośni. Nie było wtedy telefonów komórkowych, więc dopiero tam mogłem zadzwonić do szefa, do Tarnawskiego. Mówię mu:

– Szefie, bo jest taka sytuacja, władza jest na nas bardzo zdenerwowana

– Włodek, nie przejmuj się. Zjedz bułkę, napij się wody. Wszystko będzie dobrze

I co się dzieje? Tego samego dnia, wieczorem, w Dzienniku Głównym, pojawia się informacja, że ze stanowiska wicepremiera został odwołany Jan Mitręga. Jak włączałem telewizor, byłem w podłym nastroju. Wcześniej, gdy tylko przyjechałem do radia i opowiedziałem zastępcy naczelnego, co się stało, to był bardzo zestresowany. – Mówiłem ci, to jest koniec! – usłyszałem. Właściwie już mnie wyrzucał. Na drugi dzień, po tych informacjach, które ukazały się w Dzienniku Głównym, sytuacja zmieniła się o 180 stopni. Wchodzę do biura i słyszę!

– Dobrą robotę zrobiłeś

– No tak, teraz “dobrą robotę zrobiłeś”, a wczoraj mnie z pracy zwalniałeś!

No dobrze, czyli wtedy udało się panu jednak uniknąć zwolnienia. A za co wyrzucali?

To generalnie nie są rzeczy do publicznego opowiadania. Mogę jedynie powiedzieć, że z Radia Kielce wyrzucali mnie aż czterokrotnie, a z Pierwszego Programu Polskiego Radia nigdy. W 2005 roku, jak nieopatrznie wystartowałem na prezesa kieleckiego radia i osiągnąłem najlepszy wynik, to ci wyżej przywieźli swojego człowieka. Trzy dni później  ten nowy prezes dzwoni do mnie pijany i mówi:

– Ja to już pana nie widzę w rozgłośni!

– Mnie? Mnie, po tylu latach pan nie widzi?

– A co pan sobie myśli? Pan by obcego do swojego domu wpuścił?

Oczywiście przedwcześnie wysłali mnie na emeryturę, z zakazem wstępu do rozgłośni. Nawet mikrofon mi zabrali, do sądu mnie chcieli wysyłać, ale na tym lepiej zakończmy. Nie chcę do tego wracać. Dla mnie to była wielka tragedia. Gdy tylko ktoś zabierał mi mikrofon, to tak, jakby kończył mi się świat. Pamiętam, jak musiałem brać urlop w Radiu Kielce, żeby polecieć do Atlanty z Programem Pierwszym Polskiego Radia. I brałem – tak bardzo mi zależało. I spisałem się na tyle dobrze, że później, podczas Tour de Pologne, wręczano mi nagrodę – o, ten zegarek, który mam teraz na ręce. 

To było o 11. Trzy godziny później dostałem kolejną nagrodę, tym razem za obsługę Tour de Pologne. A potem przyjechałem do siedziby swojego macierzystego kieleckiego radia i słyszę, że mam się wynosić. Nawet gazety później o tym pisały. Do dziś pamiętam tytuły: “Dwie nagrody, jedno zwolnienie”.

Szybko przywrócili pana do tego radia?

Nie, cały czas byłem w jedynce, a z Radiem Kielce się sądziłem, ale do procesu naprawdę nie chcę wracać. Po tym zwolnieniu rozpocząłem protest głodowy. Wsiadłem do swojego Fiata, przed budynkiem polskiego radia i umieściłem na szybie kartonową planszę z napisem: “Radio nie jest wasze prywatne, tylko polskie, publiczne. Dość manipulowania sumieniami dziennikarzy!”. Ludzie mnie wspierali, oburzali się moim zwolnieniem. O moim proteście było nawet głośno w prasie, ale władze radia były nieugięte. Nie przywrócono mnie do pracy.

A później był pan jeszcze radnym Kielc.

Tak, byłem przez chwilę. Zastąpiłem osobę, która dostała się do sejmu. I właściwie to w tym krótkim czasie udało mi się zrobić bardzo wiele. Ja przeniosłem kielecką telewizję z takiego małego pomieszczenia do Kieleckiego Centrum Kultury. Za moich czasów rozpoczęła się budowa stadionu Kolportera Korony Kielce, rozpoczęła się budowa hali widowiskowo-sportowej… 

I pan miał duży udział w tym, że to się wszystko stało?

Tak, wykorzystałem nie tylko to, że byłem radnym, ale też to, że znałem wiceprezydenta Kielc, Marka Piotrowicza. Mówię mu – Marek, na takim stadionie, to wstyd grać! – bo wtedy Korona grała przy Szczepaniaka. Straszne tam było dziadostwo. Niedługo później były rozmowy z prezesem Kolportera – Krzysztofem Klickim i zaczęła się budowa stadionu – jednego z pierwszych tak nowoczesnych w Polsce. 

fot. Włodzimierz Rezner/Archiwum prywatne

To nie były dobre czasy dla polskiej piłki nożnej. Klicki odszedł z powodu afery korupcyjnej, a kluby miewały problemy z niesfornymi kibicami. Pan to odczuł na własnej skórze? Był pan przecież spikerem na Koronie Kielce.

Raz była taka sytuacja, że Legia przyjechała do nas, w Pucharze Polski. Gdy kibice jechali do nas, dwóch z nich, pijanych, wypadło z pociągu. A później, już na stadionie, zaczęła się bójka. Oni rzucali nawet wtedy jakimiś płytami. Nakrzyczałem na nich z trybun – wy tacy, wy owacy. Bandyci! – a później oni mi porysowali samochód.

Ale pracę z Koroną Kielce wspominam dobrze. Jak byłem kierownikiem redakcji sportowej w Kielcach, to robiliśmy relację z pięciu stanowisk. Ja, jako ten wiodący, mówiłem: 

– 16. minuta spotkania, piłka przenosi się poza boisko –. Wtedy mój redakcyjny kolega podchodził do będącego na trybunach Michała Listkiewicza i pyta: – Jak podoba się mecz? – ten krótko odpowiada, a później wracamy na murawę. I tak mniej więcej wyglądało to przez całe 90 minut. A później ludzie się dziwili, jak się nam to udało zrobić.

Byłem też spikerem na Vive Kielce od 1973 roku, gdy zespół nazywał się jeszcze Iskra Kielce. Wchodziłem z nimi do pierwszej ligi, a współpracę zakończyliśmy dopiero 6 lat temu!

O, czyli doczekał się pan zwycięstwa tego zespołu w Lidze Mistrzów.

No tak. Byłem tam tak długo dlatego, że uwielbiałem ludzi, którzy byli wtedy w klubie i wokół klubu. Byłem zaprzyjaźniony z trenerem Mundkiem Strząbałą, który pracował tam przez lata, stworzył wielką Iskrę, a po drodze odkrył talent Karola Bieleckiego (Bieleckiego jak ojciec potraktował Marek Adamczak – kielecki działacz i przedsiębiorca). A od poznania Berta Servaasa jeszcze bardziej się przywiązałem do tej drużyny! Pamiętam, że bardzo go zachęcałem do tego, żeby jeszcze bardziej inwestował w Vive, choć po prawdzie to nie musiałem, bo on i tak był bardzo na tę piłkę ręczną nakręcony!

A czemu wasza współpraca się zakończyła?

Przyszli młodzi, choćby Paweł Papaj. Oni byli świetni. Potrafili zorganizować bardzo dobre oprawy, ale nie tylko to. Widać było, że znają się na tym, co robią, bardzo dużo rzeczy dobrze im wychodziło, ale czułem, że przestałem tam pasować. Młodzież wypiera starych – tak to wszędzie działa, a ja miałem wrażenie, że oni mnie tam za bardzo nie chcą. Pożegnaliśmy się.

Z kolarskimi wyścigami nie zamierza się pan jednak żegnać, prawda?

Nie ma takiej możliwości, choć jest tego ostatnio coraz mniej. Ja jestem coraz starszy. Mam czterech wnuków. Chcę spędzać z nimi więcej czasu! Dwóch mi ostatnio zdawało maturę, trzeci zdaje za dwa lata, a najmłodszy skończył sześć lat! No i oczywiście jest jeszcze moja ukochana żona, która zawsze bardzo się stresuje, jak ogląda mecze naszych drużyn albo występy naszych zawodników w poszczególnych dyscyplinach sportowych. 

Nie, po prostu nie mogę już jeździć tyle, co kiedyś. Jak był Wyścig Pokoju, to wyjeżdżało się z domu 20 dni. Wyścig Dookoła Polski to kolejne 20 dni i jak się to wszystko zsumowało, to wychodziło, że w domu byłem tylko gościem. A pieniążki, które dostawaliśmy na te wyjazdy były takie mizerne, że koniec świata! W 1985 dostałem od Polskiego Radia, na tydzień trwania mistrzostw świata w Giavera del Montello, 7 dolarów diety. To był jakiś śmiech – wtedy to wystarczało na dwie duże kanapki i koniec! Trzeba było kombinować. Pojechaliśmy w czterech – z Heńkiem Urbasiem, Wojtkiem Mittelstaedtem i Januszem Żwanem.

Pojechaliśmy moim Fiatem, poprosiłem Zarazkę, żeby nam w Wiedniu załatwił jakieś spanie, to później nie musieliśmy już za nie płacić – tyle dobrego. Ruszyliśmy dalej, na granicy austriacko-włoskiej wyciągnęliśmy kanister i lejek, żeby zatankować, a tu się okazuje, że benzyna rozlewa się na wszystkie strony. Ktoś nas zobaczył, krzyknął: “Polaken, bomben” –  myśleli, że my tu jakiś zamach szykujemy, że zaraz będziemy coś podpalać. Musieliśmy im się tłumaczyć. W końcu dali nam spokój, a my kupiliśmy coca-colę, wypiliśmy, a potem przecięliśmy butelkę i mieliśmy ten swój lejek. 

Trudne były te delegacje – zdarzało nam się spać w pokojach bez okien, ale było warto. Te przeżycia, które tam się gromadziło, to jest coś bezcennego. Albo te historie – widok Kapitonowa, który rzucał butelkami po tym, jak Mierzejewski i Piasecki odjechali jego “Kamandzie” na Wyścigu Pokoju. Do tego wspaniałe przyjaźnie, niektóre utrzymywane aż do teraz – niesamowicie cenię sobie choćby znajomość z Zenonem Jaskułą – fantastyczny kolarz i fantastyczny człowiek.

To wszystko jest już jednak przeszłość. Teraz już żyję spokojniej, ale o emeryturze nie myślę! To jest tak, jak powiedział kiedyś Tadzio Mytnik. Jak siądziesz na kanapie, to już cię nie ma. Moi koledzy, którzy kończyli pracę w różnych dziedzinach, później szybko umierali. Człowiek po prostu potrzebuje aktywności. Dlatego jak ktoś do mnie dzwoni, prosi, żebym przyjechał, zrobił spikerkę, to przyjeżdżam – z miłości dla kolarstwa, nie dla pieniędzy.  Człowiek po prostu kocha to kolarstwo. Rysiek Szurkowski powiedział kiedyś “Kolarstwo to czar”, a ja się z tym zgadzam. 

Zobacz też inne wywiady autora:

Krzysztof Wyrzykowski – człowiek, któremu sekrety zdradzał Armstrong 

Michał Gołaś – Godzinne konwersatorium z „profesorem kolarstwa” 

Lechosław Michalak i kolarski powrót do lat 80.

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 1 Przysięga

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 2 Spełnienie

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 3 Koniec

Bogumiła Matusiak – wspomnienia ze starego Tour de France

Fignon i spółka powiedzieli: „On musi nas masować” – wywiad z „Bobem” Madejakiem

Od angażu „na kredyt”, do gwiazdy Tour de Pologne w pół roku – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 1

Droga prowadząca do Francji – wywiad z Janem Brzeźnym, cz. 2.

Na „ty” z Szarmachem – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 3

Maciej Paterski: „Jens Voigt chyba chciał mnie udusić” 

Maciej Paterski – jak pokonał Mollemę i Rogliča 

Maciej Bodnar – jak rozkochał w sobie Włochów i trafił do elity

Maciej Bodnar – Bodyguard zawodowiec

Zbigniew Spruch – wtedy, gdy wszystko się zaczęło

Zbigniew Spruch – Zawsze drugi

Portugalskie przygody Dariusza Bigosa

Dariusz Bigos: „Celujemy w drugą dywizję. Być może już za dwa lata”

Henryk Charucki – Wizyta w fabryce elektrycznych maszyn i kolarskich marzeń

Henryk Charucki – Wielka kolarska emigracja

Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota

Marek Leśniewski – długa droga do zawodowstwa 

Tomasz Marczyński – 60 minut z Loco

Janusz Kowalski – Szybszy od Pogačara

Janusz Kowalski – opowieść o niewykorzystanym potencjale

Przemysław Niemiec – Droga do Giro

Przemysław Niemiec – W kolarskim raju

Lech Piasecki – zanim został zawodowcem

Lech Piasecki: „Saronni dał mi zwycięstwo, Anquetil je odebrał”

Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa

Poprzedni artykułTour de France 2024: Jasper Philipsen bezkonkurencyjny, kraksa Biniama Girmaya
Następny artykułCzy Stanisław Aniołkowski jest lepszy od Bryana Coquarda?
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Szosiarz
Szosiarz

Wspaniały wywiad rzeka, wstyd się przyznać, ale zawsze zapominam nazwisko tego wybitnego komentatora, ale głos i styl komentowania rozpoznam w nocy o północy 👍🏻

Marek
Marek

Fantastyczny,niezapomniany głos.Głos który tworzył obraz.Mało kto coś takiego potrafi.Mialem okazję słyszeć osobiście.
Ten człowiek potrafił z błysku jednej szprychy uczynić lawinę barw.