Szymon Gruchalski / Tour de Pologne

Jest wielu kolarzy, dla których Tour de Pologne stał się, nieco parabolizując, początkiem kariery. Dla Cesare Benedettiego okazał się jednak dosłownym jej końcem – ostatnim wyścigiem w karierze. To dobry czas na podsumowania. Zapraszamy wywiad w którym 37-latek opowiedział:

  • O tym, jak zakochał się w kolarstwie chwilę po dyskwalifikacji Marco Pantaniego
  • Dlaczego jako młody chłopak marzył o zostaniu ostatnim rozprowadzającym sprinterów
  • Dlaczego bardziej niż ze swojego zwycięstwa, cieszył się z triumfu Jaia Hindleya.

Niewiele jest takich zespołów, jak BORA-hansgrohe. Większość z nich ma za sobą albo wielką historię, albo wielki kapitał, który umożliwił bezpośrednie wejście zespołu do World Touru. Tymczasem drużyna, która dziś dysponuje jednym z największych budżetów w peletonie, zaczynała w 2010 roku jako drużyna kontynentalna, by dopiero w kolejnych latach błyskawicznie wskakiwać po kolejnych szczebelkach kolarskiej hierarchii.

W peletonie nie ma też już żadnego kolarza, który ze swoją obecną drużyną przeszedłby drogę od jej pierwszego sezonu w kolarskiej trzeciej lidze, aż do World Touru. Nie ma od dokładnie tygodnia, bo aż do zakończenia tegorocznego Tour de Pologne takim wyczynem mógł pochwalić się Cesare Benedetti – już były kolarz, którego marzenia nie zawsze były oczywiste, a jeszcze mniej oczywisty był moment, w którym stwierdził, że właśnie z kolarstwa chce uczynić swój sposób na życie.

– To było 25 lat temu. Znajoma rodziców pracowała w karawanie reklamowej Giro d’Italia. Ona pracowała w wiosce wyścigu, na starcie, dzięki czemu ja dostałem wejściówkę. To był ten etap, gdzie zatrzymali Pantaniego i to był mój pierwszy kontakt z kolarstwem. Spodobała mi się ta atmosfera i pomyślałem sobie, że kiedyś muszę tam wrócić, tylko że po drugiej stronie.

Co cię w tym tak urzekło? Wydawać by się mogło, że tamta historia z Pantanim mogła raczej odstraszać niż zachęcać do kolarstwa.

Mnie to wtedy nie interesowało. Może tego po prostu nie rozumiałem? Wcześniej oglądałem kolarstwo, bywałem na wyścigach, na Giro, w Dolomitach. Miałem blisko. Generalnie kochałem sport. Grałem w piłkę, ale był taki czas, że nie układało mi się z trenerem, więc postanowiłem, że wybiorę kolarstwo. U mnie w wiosce był chłopiec, który się ścigał. Jego tata już wcześniej chciał mnie ściągnąć do klubu, ale ja kochałem piłkę. Dopiero jak zobaczyłem Giro d’Italia od środka, wszystko się zmieniło. Wiedziałem, że chcę tam wrócić, ale już jako kolarz. Od razu zapisałem się do najbliższej drużyny.

Pochodzisz z okolic Rovereto – tamtędy często przejeżdżają różne wyścigi.

Tak, nawet urodziłem się w szpitalu w tej miejscowości, ale tak dokładniej, to pochodzę z Ronzo-Chienis małej wioski w Val di Gresta, położonej pomiędzy Rovereto, a Jeziorem Garda. Gdy Giro przejeżdżało tamtędy po raz trzeci – byłem w ucieczce. Emocjonalnie, mogłem wtedy już właściwie zakończyć karierę. Ciężko o coś lepszego niż to, czego doświadczyłem wtedy. 

Kto był twoim idolem w tamtych czasach? Z Trydentu pochodzi kilku znanych kolarzy – z dzieciństwa możesz pamiętać choćby Gilberto Simoniego.

No tak, był Simoni, był Alessandro Bertolini, który tak jak ja urodził się w Rovereto… Simoniemu zawsze kibicowałem w Giro d’Italia. Wtedy, gdy zaczynałem, on zajął miejsce na podium tego wyścigu, potem wygrał go dwa razy. W pierwszym roku u23 miałem nawet z nim okazję trenować, a raczej obserwować z bliska jak trenuje.

On mieszkał bardziej na północy, ale szczególnie zimą przyjeżdżali bliżej jeziora – tak żeby było łatwiej trenować – dzięki temu mogliśmy się mijać w czasie jazdy. Potem, gdy jechałem swój pierwszy Giro del Trentino, dla niego był to ostatni start w tym wyścigu.

Trochę się minęliście…

Tak, ale mimo wszystko, cieszę się, że mieliśmy okazję wystartować w tym jednym wyścigu. On zakończył karierę dość późno, w wieku 39 lat. I tak miałem więc trochę szczęścia, że na mnie “poczekał”.

To był twój największy idol?

Niezupełnie, bo ja raczej nie miałem takich typowych idoli. Raczej starałem się podpatrywać tych kolarzy, którzy byli blisko mnie – kolegów z drużyny, którzy byli ode mnie 3-4 lata starsi. Chciałem czerpać z nich to, co najlepsze

Zawsze podobały mi się też sprinty. Marzyłem o tym, żeby zostać ostatnim rozprowadzającym. Niestety okazało się, że nie mam do tego ciała. Szybko musiałem zacząć sobie wyznaczać realistyczne cele. Trzeba było już jeździć lepiej po górach, więc te wszystkie marzenia zostawiłem za sobą. Jednak później, już w trakcie swojej kariery miałem okazję kilka razy rozprowadzać zespołowych kolegów, więc można powiedzieć, że to marzenie się spełniło.

A skąd się to marzenie u ciebie wzięło? Sam kibicowałeś Simoniemu, generalnie częściej podziwia się górali niż sprinterów, a ty nie dość, że wolałeś tych ostatnich, to jeszcze zamiast stać się jednym z nich, to chciałeś im pomagać.

To były czasy Cipolliniego. Właściwie to on wymyślił taki prawdziwy pociąg na dużą skalę, z tymi wszystkimi wagonami… I w telewizji komentatorzy zawsze wspominali o tych dwóch ostatnich kolarzach, którzy robili świetną robotę, żeby trzymać go z przodu, rozprowadzać. Był Cipollini, był Robbie McEwen, z którym później się ścigałem, był Petacchi.

A pamiętasz moment, w którym zorientowałeś się, że nie będziesz taki, jak oni?

Myślę, że w już w juniorach. Bardzo schudłem, musiałem zacząć jeździć mocniej w górach. Było mało wyścigów, które kończyły się sprintami. Tutaj, w zawodowstwie jest tak, że poziom jest bardzo wysoki, równy. Różnice między kolarzami są niewielkie i nawet na trudnych etapach nie jest łatwo odjechać pozostałym – przykład widzieliśmy tu w Polsce. Etapy były pagórkowate, a i tak kończyły się sprintem. W juniorach te różnice są bardzo widoczne, stąd finiszów z grupy było niedużo. Miałem niezły “silnik”, mogłem jeździć trochę po górach. Dieta zaczynała być ważna, to, żeby schudnąć… Trzeba było myśleć o tym, co zrobić, by utrzymać się z kolarstwa.

A takich kolarzy, którzy tak jak ty, chcieli być jak Cipollini,  było w twoich czasach dużo? Czy wszyscy i tak woleli być jak Pantani czy Simoni?

Cipollini był ikoną. Mało było takich kolarzy jak on – rozpoznawalnych nie tylko przez fanów kolarstwa, ale generalnie przez szeroką publiczność na całym świecie. Podobną popularnością cieszą się chyba tylko Eddy Merckx, u nas jest jeszcze Francesco Moser, Peter Sagan, Lance Armstrong… wielu innych takich zawodników nie ma. Myślę, że nawet Alberto Contador nie mógłby się z Cipollinim równać popularnością. Dlatego było wielu takich, którzy chcieli być, jak on.

Ty sam swoją drogę w dużym kolarstwie rozpocząłeś od stażu w Liquigasie. Jak udało ci się tam dostać?

Miałem 22 lata, całkiem dobry sezon. Pokazałem się na Baby Giro, gdzie przez cztery etapy miałem koszulkę lidera i skończyłem wyścig szósty. Dzięki temu, że byłem jeszcze kolarzem u23, to mogłem spróbować swoich sił w Liquigasie. To był fajny czas. Jechałem pierwszy wyścig dla tego zespołu z Pellizzottim, który był chwilę po zakończeniu Tour de France z koszulką górala. Był Ivan Basso, Sylwester Szmyd, który trzynaście lat później został moim trenerem. Fajny czas, ale niestety ostatecznie nie podpisali ze mną kontraktu. Woleli Petera Sagana!

Byłeś wcześniej w ekipie u23 Liquigasu? Bo to była jedna z pierwszych drużyn, które miały swoją ekipę rozwojową. 

Nie, ale dobrze pamiętam, że jak byłem stażystą, to w drużynie do lat 23 jeździł Maciek Paterski.

Znałeś wtedy swoją obecną żonę, prawda?

Tak.

Mówiłeś już po polsku?

Nie, dosłownie kilka słów. Z żoną na początku rozmawialiśmy po angielsku.

Z Paterskim też?

Nie, z nim po włosku. On we Włoszech był już od dłuższego czasu, więc dobrze znał ten język. Ale też nie było wielu okazji do rozmowy. Nie wiem, ile wyścigów razem przejechaliśmy – może ze trzy. Poza tym, przyjeżdżaliśmy na miejsce dzień wcześniej, więc okazji do pogadania właściwie nie mieliśmy. Jednak w kolejnych latach, gdy spotykaliśmy się na kolejnych wyścigach w peletonie, to zawsze rozmawialiśmy. Bardzo mi było przykro, jak w zeszłym roku zakończył karierę tą kraksą na mistrzostwach Europy. 

Wtedy, gdy trafiłeś do Liquigasu, miałeś jeszcze marzenia, by w przyszłości być liderem ekipy na wielkie toury? Ostatecznie byłeś przecież świeżo po tym 6. miejscu na Baby Giro.

Młody kolarz zawsze ma marzenia, ale ja jednak starałem się być realistą. Wiedziałem, że może być ciężko. Myślałem, że może będę w stanie odnosić zwycięstwa, ale z drugiej strony, zdawałem sobie sprawę, że nigdy mi to nie wychodziło. Myślę, że niemal zawsze widziałem siebie jako pomocnika. Jeszcze w juniorach, gdy byliśmy z Danielem Ossem, który też pochodzi z Trydentu, jest w podobnym wieku, co ja i był zawsze zdecydowanie lepszy ode mnie.

Czyli wy się znaliście dobrze od czasów juniorskich?

Nie, jeszcze dłużej. Właściwie od kiedy zacząłem się ścigać. To już 25 lat! A kiedy w juniorach jeździliśmy razem, to pamiętam, że byłem mocniejszy wtedy, gdy na niego pracowałem, niż gdy miałem walczyć o własny wynik. Myślę, że zawsze czułem, że to jest moja rola.

A czemu nie udało ci się pozostać w Liquigasie dłużej?

Nie wiem. Mieliśmy wtedy w składzie mało miejsca. Nikt też do mnie nie zadzwonił, nie powiedział wprost, że się żegnamy. Po prostu nie dostałem oferty. Ale nie był to dla mnie problem, nie miałem nikomu niczego za złe, choć fakt, że o tym, jak wygląda moja sytuacja dowiedziałem się późno. Był już koniec września… trochę trudno, znaleźć sobie w takiej sytuacji coś innego. Na szczęście jeden z dyrektorów mojego zespołu u23, wcześniej pracował w Milramie. I tam był taki jeden kolarz, który kończył karierę i wiedział, że będzie dyrektorem NetAppu. 

W ten sposób złapałem kontakt do tego zespołu. Później spotkałem się z Ralphem Denkiem podczas mistrzostw świata w Mendrisio i w ten sposób, szybciutko podpisaliśmy kontrakt. Oczywiście mogłem zostać we Włoszech, w drużynie amatorskiej i starać się w taki sposób powalczyć dalej o kontrakt zawodowy, ale wybrałem nieznane. Postanowiłem zaryzykować. Drużyna miała fajny plan na przyszłość… Oczywiście wiele drużyn tak ma, a te cele nie zawsze są później realizowane.

Tam się udało, choć i tak trochę żałuję, że wtedy nie zdołałem pozostać w Liquigasie. Tam od początku byli świetni liderzy, więc szybko mógłbym pokazać swoje umiejętności, jeśli chodzi o pomoc kolegom z drużyny.

Fot. Red Bull BORA-hansgrohe

Jak wspominasz pierwsze spotkanie z Ralphem Denkiem. To rzeczywiście był wizjoner, który potrafił snuć wielkie wizje?

Spotkałem jego i dwóch innych dyrektorów, z którymi w trójkę zbudował zespół. Choć z Ralphem pracujemy razem od 15 lat, to zawsze utrzymuję od niego pewien dystans. Nie, że się boję, ale ten szacunek jest spory. To taki typowy menedżer ze starej szkoły – jak coś mówi i poda rękę, to wiem, że tak będzie. Niesamowity szacun do niego, że z niczego zbudował taką drużynę i ściągnął Red Bulla do kolarstwa. Myślę, że to było bardzo trudne.

A z czym dokładnie wiązało się to ryzyko przeprowadzki do NetAppu, o którym mówiłeś wcześniej? Musiałeś się wyprowadzić z Włoch?

Drużyna była mała, a w kontrakcie było napisane, że wyjazdy będziemy mieli z Belgii – tam mieliśmy magazyn. Dlatego właśnie tam mieszkałem, a do domu wracałem mniej więcej raz na dwa miesiące. Tylko że na to nie patrzyłem wtedy jak na jakieś ryzyko. Od kiedy byłem w juniorach, przez większość czasu byłem poza domem. To było normalne

Ryzyko było takie, że drużyna była mała. Był wielki plan, ale nie wiadomo było, czy zostanie zrealizowany. Oni od początku marzyli o tym, żeby w ciągu trzech lat zbudować drużynę na ProTour (bo tak wtedy nazywał się World Tour). Potem okazało się, że plany trzeba trochę zrewidować, ale w końcu udało się dopiąć swego.

Jak duży kontrakt dostałeś na start? Wiem, że już rok później ekipa płaciła niezłe pieniądze, jak na drugą dywizję. A jak to wyglądało, gdy zaczynaliście w trzeciej?

Ja jeździłem za minimalną stawkę. Nie wiem, jaki mieliśmy budżet, ale na pewno NetApp, jako sponsor, miał duże możliwości. Gdyby chcieli, to pewnie mogliby bardzo szybko stworzyć ekipę na miarę World Touru. Jak od nas odeszli, to zainwestowali w MotoGP, a tam jest, jak mi się wydaje, więcej pieniędzy, niż w kolarstwie.

Jednak choć moje wynagrodzenie nie było duże – nie narzekałem. Lepsze to, niż praca w fabryce. Najważniejsze było to, że robię to, co kocham.

Wtedy jeździliście chyba regularnie na wyścigi w Polsce, prawda?

Byliśmy na Grodach Piastowskich i na “Solidarce”. Zdaje się, że w “Solidarce” byliśmy raz, na “Grodach” – trzy razy. 

To był twój pierwszy kontakt z Polską, czy już wcześniej, za sprawą partnerki odwiedzałeś ten kraj?

Właściwie to odkąd poznałem swoją obecną żonę, regularnie jeździliśmy razem do Polski. Poznaliśmy się w lipcu 2007 roku, a już w październiku byłem tutaj pierwszy raz. Wciąż pamiętam te dziurawe drogi na Dolnym Śląsku, które zresztą w tym roku odwiedziliśmy podczas Tour de Pologne – po raz drugi z rzędu. Już rok temu, gdy wróciłem w to miejsce, to pomyślałem sobie: “Jakie te drogi są teraz ładne!”. A gdy jeździliśmy tymi drogami lata wcześniej, podczas Grodów Piastowskich, to pamiętam, że była tam taka runda, ze słynnym zjazdem pełnym dziur.

Polska bardzo się zmieniła, odkąd przyjechałem tutaj pierwszy raz. Wtedy Polska w Unii Europejskiej była od 3 lat, ta rozbudowa się właściwie jeszcze na dobre nie zaczęła. Potem było Euro 2012 i od tego momentu zauważyłem bardzo duży przeskok. Ten betonowy dworzec w Katowicach wygląda dziś zdecydowanie lepiej, powstała tam galeria handlowa. Teraz wydaje mi się, że to jest zupełnie inne miasto. Gliwice są chyba teraz bardziej zielone, jest więcej dróg, pojawiła się średnicówka. 

Jak pierwszy raz tu przyjechałem autem, nie było autostrady. Dojeżdżałeś do Ostrawy, a potem musiałeś stamtąd jechać normalnymi drogami. Teraz przejazd zajmuje zdecydowanie mniej czasu.

Nie zapytam cię, kiedy nauczyłeś się polskiego, bo pewnie powiesz mi, że wciąż się uczysz. W takim razie moje pytanie będzie inne – od kiedy jesteś w stanie się dogadać z rodzicami swojej żony.

Myślę, że to był cały czas proces. Starałem się coś mówić w zasadzie od początku, za każdym razem trochę więcej i więcej. Myślę, że największe postępy zacząłem robić po narodzinach mojej córki. W domu rozmawialiśmy wtedy właściwie tylko po polsku i dlatego łatwiej było mi się nauczyć.

Skoro staracie się mówić do niej głównie po polsku, to znaczy, że chcecie, żeby była bardziej Polką niż Włoszką?

Nie do końca. Córka mówi i po włosku, i po polsku. Mamy dużo kontaktów we Włoszech. Z dziadkami, z nianią, która mówi po włosku… Ona będzie dwujęzyczna. I tak jak inne dwujęzyczne dzieci ma na początku trochę trudniej. Musi się nauczyć większej liczby słów, trochę miesza włoski z polskim, ale potem będzie miała w życiu łatwiej. Także dlatego, że prościej będzie jej się uczyć kolejnych języków.

A ty jako dziecko miałeś trochę podobnie? W Trydencie oprócz Włochów jest przecież również wiele osób niemieckojęzycznych. 

U mnie mówiło się po włosku i trochę takim dialekcie, w którym jest jakaś domieszka niemieckiego. Niemieckiego uczyłem się też w szkole, więc jak potem przyszedłem do NetAppu, miałem trochę łatwiej. Owszem, dużo rzeczy pozapominałem, ponieważ miałem długą przerwę od niemieckiego – jak już coś, to rozmawiałem w dialekcie z rodzicami albo z przyjaciółmi na wioskach. W Rovereto tak samo, tylko że to duże miasto, więc przyjechała tam duża liczba „włoszaków” i oficjalnie łatwiej jest się dogadać po włosku.

Właśnie, wracając do NetAppu. W kolejnych latach ekipa szybko pięła się w górę. Miałeś duże problemy z tym, by utrzymać jej tempo wzrostu?

Zawsze robiłem wszystko, by utrzymać kontrakt. Był jeden rok, gdy wydawało się, że będę już kończył karierę. To był rok 2015. Już w sierpniu mówili mi, że nie dostanę kontraktu. Że miałem okazję na zdobywanie wyników, a nigdy tego nie zrobiłem. Ja się temu trochę dziwiłem, bo zawsze pomagałem, tylko że jak nie masz lidera, który wygrywa, to trudno się pokazać. 

Dlatego w ProConti nie jest tak trudno udowodnić, ile tak naprawdę jest się wartym. Może teraz, gdy są te wszystkie testy, przeliczniki, gdy widzi się waty, da się to zrobić. Wtedy wychodzi, jaki kto ma silnik. Ale w tamtych czasach… no nie było lekko. Na szczęście szefowie zmienili zdanie, a rok później jeździłem już praktycznie wszystko – Liege-Bastogne-Liege, Dauphine, Tour de France, Vuelta a Espana.

Co się w takim razie zmieniło?

Myślę, że dyrektorzy zaczęli bardziej mi ufać. Było też dla kogo pracować. Mieliśmy Sama Bennetta, który zdobył dla nas dużo wyników. Był Emanuel Buchmann, który zawsze doceniał moją pracę. Na Dauphine w 2016 roku dobrze dla niego pracowałem. W górach radziłem sobie lepiej, niż teraz i to chyba właśnie dzięki niemu dostałem się później do składu na Tour de France. 

To wszystko wydarzyło się jednak dopiero w 2016. A co sprawiło, że w ogóle miałeś na to szansę? Że mimo wcześniejszych zapowiedzi przedłużono z tobą kontrakt?

Bardzo mi pomógł dyrektor – Christian Pomer. Gdy był na wyścigach z Denkiem, to pokazywał mu, że zawsze robię na wyścigach to, czego oczekują ode mnie dyrektorzy. Potem, przez te dwa miesiące jeździłem na każdy wyścig z takim nastawieniem, jakby miał być ostatnim. Dawałem z siebie wszystko też na Lombardii, gdzie długo byłem w ucieczce, a później utrzymałem się wysoko i ostatecznie zakończyłem tamten start na 14. miejscu.

Wynik może nie był imponujący – 14. miejsce to może nic takiego, ale wtedy było to największe osiągnięcie w historii występów zespołu w monumentach. Myślę, że to dużo zmieniło, jeśli w kwestii mojego pozostania – mniej więcej tyle samo, co interwencja Pomera.

Fot. Red Bull BORA-hansgrohe

Dzięki temu dotrwałeś do najlepszego okresu w historii zespołu. Od 2017 roku nazywa się on BORA-hansgrohe (dziś Red Bull – Bora-Hansgrohe) i ściga się w World Tourze, a w jego barwach jeżdżą wielcy liderzy. Z którym najlepiej ci się współpracowało?

Było wielu, z którymi pracowało mi się dobrze. Nie mam jednego, ale… lubię mówić o postępie, który robiłem, gdy jeździłem z Peterem Saganem. Chyba jadąc z nim w składzie byłem najlepszą wersją siebie. Najłatwiej było mi pokonywać swoje mentalne limity. Gdy wiedziałem, że mam pracować na Petera, w koszulce mistrza świata… zawsze wiedziałem, co mam robić. Mogłem sobie myśleć: “Nie, już nie dam rady”, a potem patrzyłem na niego, na jego tęczowy trykot i… siły mi wracały.

To była kwestia osobowości Sagana? Był wymagający wobec swoich pomocników?

Właśnie nie… Bardzo uważał, żeby nas nie wykończyć. Kiedy trzeba było się oszczędzać, to się oszczędzaliśmy, a wtedy kiedy trzeba było zapieprzać, zapieprzaliśmy. Wiedział, jak traktować ludzi i był prawdziwą gwiazdą. Dzięki niemu łatwiej było poruszać się w peletonie – był większy respekt. A jak gdzieś go nie było, to się przemieszczałeś w inne miejsce peletonu i w końcu go znajdowałeś. 

A jak wspominasz wygraną w Giro d’Italia? To było chyba twoje jedyne zawodowe zwycięstwo.

Właściwie to tak, choć po drodze były też dwie wygrane jazdy drużynowe na czas, które nie są liczone do oficjalnej sumy zwycięstw. Na tamtym Giro mieliśmy Majkę, który walczył w klasyfikacji generalnej. Mieliśmy też Ackermanna, który wygrał dwa etapy [i klasyfikację punktową po pamiętnej walce z Arnaud Demarem – przyp. red.]. No i było też to moje zwycięstwo – wisienka na torcie. 

To był udany wyścig. Właściwie zawsze pracowałem z przodu – często razem z Pawłem Poljańskim. Dlatego myślałem, że nawet jak uda mi się znaleźć w ucieczce, to nie będę miał tej świeżości, żeby walczyć z innymi. Nie myślałem też, że będę miał wolną rękę. A jednak. Na tamtym 12. etapie powiedzieli mi, żebym uciekał. Nie wiedziałem, że mam jakieś szanse. Ten podjazd był dla mnie zdecydowanie za ciężki. Miał 10 kilometrów, był dość stromy. Patxi Vila powiedział mi wtedy – Spróbujesz. Jak ci się uda – świetnie. Jak nie – poczekasz na Rafała. 

Było trudno – w pewnym momencie nawet zostałem z tyłu, ale jakieś 600 metrów do mety wróciłem do czołówki. Trzeba było tylko wyjść z koła. Udało się.

W którym momencie uwierzyłeś, że to się może udać?

Myślę, że dopiero na ostatniej prostej. Stanąłem sztywno na pedałach i ruszyłem.

Potem odczułeś duży przyrost popularności? Myślę, że to właśnie wtedy wielu polskich kibiców dowiedziało się o twoich związkach z Polską.

Pojawił się artykuł w “Przeglądzie Sportowym”. Czasami oglądam też tę końcówkę z komentarzami Jarońskiego i Baranowskiego (tego ostatniego spotkałem też na starcie w Wałbrzychu)… Pamiętam, jak wróciłem z tego Giro do Gliwic. Dwie osoby się wtedy ze mną kontaktowały. Jak byłem w ZOO tutaj, w Krakowie, to ktoś chciał sobie ze mną zrobić zdjęcie… 

Jakieś wrażenie to robi, ale ja się nie zmieniłem, a moja kariera też się nie zmieniła od tego jednego zwycięstwa. Oczywiście – jak jest prezentacja drużyny, to spiker czytając moje nazwisko często mówi, że jestem zwycięzcą etapowym Giro d’Italia, ale tak generalnie, większość rzeczy pozostała bez zmian.

Spotkałem się z twoją wypowiedzią, że to był jednocześnie najlepszy i najgorszy dzień w twoim kolarskim życiu.

W prywatnym życiu to wtedy akurat trochę cierpiałem. Trochę “na zimno” reagowałem wtedy na to, co mnie spotykało. Nie mówię, że było mi wtedy całkiem wszystko jedno, ale… hmm, ciężko mi znaleźć odpowiednie słowo…

Zwycięstwo nie było najważniejsze? 

Dokładnie tak.

A chcesz powiedzieć, czemu tak było?

Nie wiem, po prostu miałem jakieś problemy ze sobą. Jako kolarz, jako człowiek, jako osoba. Trochę pomieszało mi się wtedy w życiu.

Większe emocje przeżywałeś, rok temu, przejeżdżając przez swoją rodzinną miejscowość.

Tak, a wyżej postawiłbym pewnie też zwycięstwo w Giro d’Italia z Jaiem Hindleyem dwa lata temu. Myślę, że dla mnie jako pomocnika był to najlepszy wynik, jaki mogłem osiągnąć. Często pomagałem w wyścigach, które nie kończyły się pełnym sukcesem. Było kilka takich wyścigów, które kończyliśmy ze sporym niedosytem, tymczasem tu udało się. Wygranie wielkiego jest szalenie trudną rzeczą – co roku udaje się to tylko maksymalnie trzem kolarzom. A ja byłem częścią zwycięskiego składu – nie każdy może tak o sobie powiedzieć.

U ciebie było to tym bardziej wyjątkowe, że widziałeś rozwój tego projektu właściwie od początku.

No tak, byłem w Borze wtedy, gdy zespół nazywał się jeszcze NetApp, przeszedłem z nim przez wszystkie kategorie. A wtedy, gdy Hindley wygrywał, to też byliśmy na początku kolejnego cyklu – wiele się zmieniło. Przyszło wielu nowych ludzi, dyrektorów sportowych. To już nie była wtedy ekipa Sagana – nowi kolarze, nowi liderzy… Teraz drużyna miała cel, żeby wygrać w końcu wielki tour i to się stało od razu. 

Teraz to jest już trzeci rok – zobaczymy, co wydarzy się teraz, na Vuelcie. Na razie celowaliśmy w podium Tour de France i nie wyszło. Właśnie ten wyścig był naszym celem, chcieliśmy skończyć go w trójce i nie wyszło.

Ten cel nie był wcale nierealny.

No tak. Po tym, jak kupili Rogliča to stał się całkiem realny. To właściwie nasz jedyny zawodnik, który może stawiać sobie aż tak wysokie cele. Tylko że on ma już 34 lata…

Więc musi się spieszyć.

No tak.

Ale rok temu Jai Hindley też nie był tak daleko od tego celu. Długo szło mu naprawdę dobrze, ale plany trochę pokrzyżował mu upadek.

Miał upadek, do tego przez cały wyścig był trochę chory… No ale wygrał etap, założył koszulkę lidera. On spełnił swoje marzenia, ale my trochę też. Pewnie widziałeś, jak się wszyscy cieszyliśmy…

Tak, ten moment był dobrze pokazany w serialu Netflixa. A co będzie dalej? Nie będziesz już kolarzem – będziesz dyrektorem sportowym. Co się zmieni?

Generalnie, już w zeszłym roku postanowiłem, że 2025 będzie moim ostatnim rokiem w roli kolarza. Dałem sobie limit – trochę sztucznie, bo najchętniej ścigałbym się już zawsze. Tylko że tak nie można. Człowiek się boi, że skończy za późno. Że nie dostanie kontraktu i nie będzie wiedział, co ze sobą robić w życiu. A ja wiem. Ja w tym roku, wiosną, dostałem od ekipy propozycję, żeby od przyszłego sezonu rozpocząć pracę w drużynie u23.

Karierę miałem zakończyć w sierpniu, żeby mieć te 2 ostatnie miesiące sezonu na to, by pojeździć z dyrektorami zespołu na wyścigi i zobaczyć, jak wygląda z bliska ich praca. Miałem wolną rękę, żeby wybrać, co to będzie za wyścig – tylko musiał być w sierpniu, bo wtedy kończył mi się kontrakt. Musiało pójść na Tour de Pologne.

Czyli teraz czeka cię taki staż?

Właściwie to tak. Wiem, że zaczynam we Włoszech, od Giro di Toscana, potem Coppa Sabatini, Trofeo Marco Pantani, Trofeo Matteotti. Będę jeździł z Christianem Palmerem. 11 lat temu, gdy zaczynał pracę z nami, byłem na jego pierwszym wyścigu w Belgii. A teraz wsiądę z nim w samochód jako współdyrektor. 

Cieszę się, że będę jeździł z młodymi. Mam nadzieję, że będą mnie bardziej słuchać. Poza tym, dziwnie bym się czuł, gdybym nagle kolegom z pokoju musiał mówić, co mają robić.

Z drugiej strony, sam trenujesz u Sylwestra Szmyda, z którym jeździłeś w Liquigasie.

Trener to jednak trochę inne zajęcie. Ja źle bym się czuł, gdybym miał dawać kolegom rozkazy. Mówić im, jak mają jeździć. Myślę, że lepiej będzie zacząć od małych wyścigów, żeby pozwolić sobie na jakieś błędy i potem nauczyć się. Tak samo zrobiłem z kolarską karierą.

No tak. Przeszedłeś z BORA-hansgrohe drogę od zespołu kontynentalnego do jednego z kilku najlepszych zespołów świata. Żadnego z twoich ówczesnych kolegów nie ma już w tym zespole.

No tak. Jest jeszcze Schwarzmann. On wciąż jeździ, ale już w Israel-Premier Tech. Z całego ówczesnego zostaliśmy tylko ja i Ralph Denk. Jest jeszcze jeden mechanik, ale on przyszedł rok później. We dwóch zostaliśmy.

Pozmieniało się pewnie także organizacyjnie.

Nie pamiętam już, ilu kolarzy mieliśmy w pierwszym roku. Na pewno nie aż tak dużo, jak teraz. Pewnie z biurem, mechanikami itd. to było 30 osób. W sumie nie wiem, jak to wygląda teraz, gdy dołączył do nas Red Bull, ale jak w zeszłym roku byliśmy na team building, to była nas setka. To jest duża firma.

Fot. Red Bull BORA-hansgrohe

Jesteś legendą zespołu, którą sponsoruje Red Bull – to duża rzecz. Życzę ci podobnych sukcesów także w nowej roli. Widzisz się w przyszłości jako dyrektor pierwszego zespołu?

Nie wiem. Na razie mam kontrakt z zespołem u23. Zobaczymy, co będzie dalej. Nie wykluczam, że praca z młodymi tak mi się spodoba, że zostanę z nimi na dłużej. Myślę że stresu grand tourów nie potrzebuję. Ale to wszystko dopiero wyjdzie po czasie.

A gdzie będziesz teraz mieszkał?

Trochę w Polsce, trochę we Trydencie, choć… myślę, że w Polsce będę spędzał więcej czasu niż do tej pory, bo nie będę musiał trenować. Szczególnie zimą. Teraz dla mnie śnieg może padać od grudnia do lutego. I nie będę narzekał, że nie mogę jeździć. Ja się będę wtedy bardzo cieszyć.

Czytaj również inne wywiady autora

Krzysztof Wyrzykowski – człowiek, któremu sekrety zdradzał Armstrong 

Michał Gołaś – Godzinne konwersatorium z „profesorem kolarstwa” 

Lechosław Michalak i kolarski powrót do lat 80.

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 1 Przysięga

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 2 Spełnienie

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 3 Koniec

Bogumiła Matusiak – wspomnienia ze starego Tour de France

Fignon i spółka powiedzieli: „On musi nas masować” – wywiad z „Bobem” Madejakiem

Od angażu „na kredyt”, do gwiazdy Tour de Pologne w pół roku – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 1

Droga prowadząca do Francji – wywiad z Janem Brzeźnym, cz. 2.

Na „ty” z Szarmachem – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 3

Maciej Paterski: „Jens Voigt chyba chciał mnie udusić” 

Maciej Paterski – jak pokonał Mollemę i Rogliča 

Maciej Bodnar – jak rozkochał w sobie Włochów i trafił do elity

Maciej Bodnar – Bodyguard zawodowiec

Zbigniew Spruch – wtedy, gdy wszystko się zaczęło

Zbigniew Spruch – Zawsze drugi

Portugalskie przygody Dariusza Bigosa

Dariusz Bigos: „Celujemy w drugą dywizję. Być może już za dwa lata”

Henryk Charucki – Wizyta w fabryce elektrycznych maszyn i kolarskich marzeń

Henryk Charucki – Wielka kolarska emigracja

Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota

Marek Leśniewski – długa droga do zawodowstwa 

Tomasz Marczyński – 60 minut z Loco

Janusz Kowalski – Szybszy od Pogačara

Janusz Kowalski – opowieść o niewykorzystanym potencjale

Przemysław Niemiec – Droga do Giro

Przemysław Niemiec – W kolarskim raju

Lech Piasecki – zanim został zawodowcem

Lech Piasecki: „Saronni dał mi zwycięstwo, Anquetil je odebrał”

Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 1

Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 2

Czesław Lang – Igrzyska, które spełniły marzenia

Poprzedni artykułVuelta a España 2024: Enric Mas cudem uniknął kraksy [wideo]
Następny artykułVuelta a España 2024: Duże zmiany w klasyfikacji generalnej po 9. etapie
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Andrzej
Andrzej

Mam pytanie do autora. Czy jest opcja żeby kiedyś nastąpił powrót do podcastów? Były naprawdę super!