fot. Soudal-Quick Step

10 – tyle sekund zabrakło Michałowi Kwiatkowskiemu, by 10 lat temu wygrać Tour of Britain – ostatni sprawdzian przed mistrzostwami świata w Ponferradzie, które miały zwieńczyć jego bardzo udany sezon.

– Per chi tira la Polonia?* – zastanawiali się włoscy komentatorzy, gdy polska drużyna pracowała jak szalona na czele peletonu próbującego zmniejszyć przewagę jadącej z przodu ucieczki podczas wspomnianej już hiszpańskiej imprezy. Zupełnie jakby nie wiedzieli, że Michał Kwiatkowski to, zupełnie obiektywnie patrząc, jeden z najlepszych kolarzy, którzy znajdowali się wówczas na trasie wyścigu.

*wł. Na kogo pracuje Polska?

Człowiek sukcesu

Tak, 2014 rok był dla Polaka pięknym czasem, by rozpocząć śledzenie nie tylko Tour de France (gdzie błyszczał przecież Rafał Majka), ale generalnie kolarstwo. Wszędzie bowiem pojawiały się znajome twarze – najczęściej ta piekielnie utalentowanego 24-latka z Chełmży. Serię sukcesów rozpoczął już w styczniu od zwycięstwa w Trofeo Sierra Tremuntana, gdzie o 27 sekund pokonał mocną grupę przyprowadzoną przez Edvalda Boassona Hagena. 

Nazwisko dynamicznego Norwega nie robi na Was wrażenia? W porządku – w drugiej połowie lutego połasił się na pokonanie samego Alberto Contadora podczas Volta ao Algarve, by dwa tygodnie później przyjechać na dopiero budujące swoją pozycję Strade Bianche i zgubić na Via Santa Caterina samego Petera Sagana, wraz z którym odjechał wcześniej m.in. Alejandro Valverde i Fabianowi Cancellarze.

Dopiero rozpoczął się więc marzec, a Polak już miał pięć zwycięstw* w naprawdę dobrze obsadzonych wyścigach. A choć w ciagu kolejnych kilku tygodni dorzucił do tego dorobku tylko jedną pozycję, to jego kolejne występy przynosiły olbrzymią dawkę emocji. Do zakończenia pierwszej części sezonu Polak:

  • Został liderem Tirreno-Adriatico, a koszulkę lidera oddał po dwóch dniach Alberto Contadorowi
  • Wyścig Dookoła Kraju Basków zakończył na drugim miejscu – przegrał tylko z Contadorem. Wygrał za to klasyfikację punktową (której do listy zwycięstw zwyczajowo się nie wlicza), co zawdzięcza regularnemu sięganiu po trzecie miejsca. Zakończył na nim aż 5 z 6 etapów tamtego wyścigu!
  • Trzecie miejsce nie odkleiło się od niego również podczas ardeńskich klasyków. Tę pozycję zajmował w Strzale Walońskiej i Liege-Bastogne-Liege. Nieco gorzej poszło mu w Amstel Gold Race – tu był piąty.
  • Wygrał prolog Tour de Romandie. Pięciokilometrową trasę przejechał o cztery sekundy szybciej niż kolejni w klasyfikacji etapu Rohan Dennis i Marcel Kittel. Piątego Tony’ego Martina pokonał o 5 sekund.
*w Algarve oprócz całego wyścigu zgarnął również dwa etapy
Wielka niewiadoma

Jednak gdy w końcówce lata rozpoczynało się Tour of Britain, te wszystkie występy wydawały się już jednak czymś stosunkowo odległym – zdecydowanie bliższe było rozczarowujące dla niego samego Tour de France. Jeszcze w maju Chris Froome mówił o nim dziennikarzom L’Equipe – On może tam celować w pierwszą piątkę. Pokazał, że kiedy już założy koszulkę lidera, ciężko mu ją odebrać.

Tymczasem Polak dobre miał we Francji tylko momenty – wtedy gdy rozprowadził po zwycięstwo Matteo Trentina, gdy niemal dojechał na solo do mety sprinterskiego szóstego etapu, gdy pomimo upadku i defektu zakończył na 7. miejscu legendarny etap do Arenbergu lub gdy dzięki dzielnej walce w ucieczce dnia przez kilkadziesiąt minut był wirtualnym liderem wyścigu. Ostatecznie jednak wyścig kończył z pustymi rękami. Bez miejsca w czołowej “10”, o którym przed Wielką Pętlą głośno mówił Patrick Lefevere, a także bez żółtej koszulki i bez zwycięstwa etapowego, na które można było ostrzyć sobie zęby po poprzedniej edycji.

Zmęczenie sezonem, które “Kwiatek” odczuwał już w drugiej części Tour de Romandie, we Francji znów się uwidoczniło. To właśnie z jego powodu odpuścił też później Tour de Pologne. Przez ten cały czas nie nie próżnował – pojechał np. na obóz wysokogórski do Livigno, tyle że niemal w ogóle się nie ścigał. Widzieliśmy go już tylko w rozgrywanym pod koniec sierpnia GP Ouest France-Plouay (dzisiejsze Bretagne Classic), a tam pomimo aktywnej jazdy nie potrafił wyścigu utrudnić na tyle, by zająć w nim wysokie miejsce. Tak, gdy zaczynało się Tour of Britain, dyspozycja Michała Kwiatkowskiego była pewną niewiadomą. A do mistrzostw świata ze startu wspólnego pozostawały już tylko trzy tygodnie!

Czekając na czasówkę

Tour of Britain, podobnie jak dziś, nie był wtedy wyścigiem zaliczanym do World Touru i patrząc na jego listę startową trudno uznać to za przypadek. Brakowało na niej wielkich gwiazd, no może z wyjątkiem Bradleya Wigginsa. Brytyjczyk nie był już rzecz jasna tym samym kolarzem, który w 2012 roku wygrywał Tour de France. W górach radził sobie wówczas słabiej nawet od Kwiatkowskiego! Tyle że tamten wyścig miał się rozstrzygnąć nie w górach, a na trasie znacznie bardziej odpowiadającej charakterystyce brytyjskiego szlachcica. Tym bardziej biorąc pod uwagę słowa Polaka który na początku wyścigu stwierdził:

– To trudny wyścig. Prowadzi po wąskich i pagórkowatych drogach. Cały czas trzeba być skoncentrowanym, ale myślę, że o wszystkim zdecyduje czasówka. – i wydaje się, że trafnie scharakteryzował tamten wyścig, choć kolejne etapy pokazały. że odrobinę się pomylił, jeśli chodzi o ostateczne predykcje. Tamte słowa wypowiedział po trzecim odcinku – uważanym wówczas za królewski etapie z metą na The Tumble, gdzie zajął drugie miejsce, za Edoardo Zardinim. 

I choć przegrał wtedy z mającym wtedy swój sezon życia Włochem o 9 sekund to i tak musiał być zadowolony ze swojej postawy. – Ciągle się uczę – w tamtych latach takie słowa słyszeliśmy z ust Michała Kwiatkowskiego niemal co wyścig. Wtedy nie padły, ale wydaje się, że i tam “Kwiato” dostał od rywali cenną lekcję. Wciąż był młodym kolarzem i w związku z tym do kolejnych wyścigów podchodził raczej jako faworyt drugiego szeregu. Tu był głównym kandydatem do zwycięstwa i rywale dawali mu to odczuć.

– Starałem się uciec, ale wszyscy szybko reagowali na moje ruchy i siadali na koło. Kiedy ruszyli Nicolas Roche i Edoardo Zardini, to nikt nie chciał ich gonić. Patrzyli się na mnie. Na ostatnich kilometrach graliśmy w pewien rodzaj gry taktycznej. Było sporo czarowania. 

– opowiadał później.

Wtedy musiał obejść się smakiem, ale już następnego dnia do jego szerokiej kolekcji wywalczonych w tamtym roku koszulek lidera “generalki”, dołączyła także ta z Tour of Britain. Na mecie w Bristolu* Polak wykazał się dynamiką, z której poznaliśmy go już choćby podczas Wyścigu Dookoła Kraju Basków. Na ostatnich 200 metrach dzięki kapitalnemu przyspieszeniu dogonił uciekających Jacka Bauera i Alberta Timmera, jednocześnie odjeżdżając głównej grupie na sześć sekund. Na półmetku wyścigu był liderem.

*Z dzisiejszej perspektywy można stwierdzić, że Bristol to miasto, które sprzyja przyszłym mistrzom świata. W kolejnych latach wygrywali tam kolejno: Rohan Dennis, Tony Martin i Julian Alaphilippe. Każdy kolarz z tego grona zostawał później mistrzem świata, choć dokonać tego w tym samym roku udało się jedynie Tony’emu Martinowi, który najpierw wygrał czasówkę z metą w Bristolu, a później powtórzył to samo na mistrzostwach świata w Katarze.

Peleton dziurawy jak durszlak

W tej sytuacji, jak to zwykle bywa, to na drużynie “Kwiatka” zaczął spoczywać główny ciężar kontrolowania ucieczki – dopilnowania, by szyków faworytom nie pokrzyżował któryś z harcowników. Niestety, było to wyjątkowo niewdzięczne zadanie. Składy w tamtym wyścigu liczyły zaledwie 6 zawodników, a trasa wybitnie nie sprzyjała gonieniu. W kolejnych dniach Omega Pharma-Quick Step miała się o tym boleśnie przekonać.

Prawdziwym utrapieniem peletonu okazał się Matthias Brandle – 24-letni zawodnik, który wygrał dwa bliźniacze etapy – okazał się najlepszy piątego i szóstego dnia rywalizacji. W obu przypadkach w pierwszej części etapu zabierał się w trzyosobowy odjazd, który dojeżdżał do mety, a w końcówce to właśnie on okazywał się jego najmocniejszym członkiem. Najpierw pokazał to na finiszu, a dzień później na ostatniej górskiej premii. A za drugim razem jego przewaga nad peletonem wyniosła blisko 2 minuty!

Na szczęście on nie był dla Kwiatkowskiego szczególnym zagrożeniem – na pierwszych etapach poniósł zbyt duże straty. Gorzej, że tego samego nie można było powiedzieć o Alexie Dowsetcie. Brytyjczyk przed 6. etapem miał do Kwiatkowskiego zaledwie 1:25 straty. Dlatego gdy w pewnym momencie przewaga uciekinierów urosła do 9 minut, sytuacja zrobiła się bardzo nerwowa. “Wataha” naciskała – naciskał nawet sam Kwiatkowski, ale  różnica na mecie była na tyle duża, że po etapie Dowsett mógł cieszyć się 34 sekundami przewagi, które w kontekście zbliżającej się czasówki wyglądały bardzo obiecująco.

Ostatecznie jednak to nie on okazał się przekleństwem Polaka – Brytyjczyk nie wytrzymał jednego z ostatnich podjazdów i do mety kolejnego etapu przyjechał daleko za czołówką. Problem w tym, że jego miejsca nie zajął “Kwiatek”, a… Dylan Van Baarle – bohater kolejnej skutecznej ucieczki, która przechytrzyła peleton. 

Holender powoli kończył wówczas swój pierwszy sezon w World Tourze i wcześniej nie osiągał spektakularnych sukcesów*. W Tour of Britain miał jednak chrapkę na dobry wynik. Atakował już dwa dni wcześniej, a na 7. etapie zrobił to po raz wtóry i stał się kolejnym kolarzem, który wykorzystał problemy ekipy Patricka Lefevere’a z kontrolowaniem wyścigu. Kwiatkowski znów był aktywny w końcówce, nawet dojechał do mety jako 4. – za prowadzącą trójką, jednak to nie wystarczyło. Koszulka wciąż pozostawała poza jego zasięgiem. Trzeba było odrobić 19 sekund do Van Baarle, który już wtedy uchodził za niezłego czasowca.

To tamten siódmy etap – nie czasówka, jak przewidywał Kwiatkowski, okazał się decydujący. Wiggins mógł zaliczyć standardowy dla siebie w tamtym czasie kapitalny samotny przejazd, ale Kwiatkowskiego wyprzedzić nie był w stanie – wystarczyło tylko do wskoczenia na podium. Z kolei Kwiatkowski dwoił się i troił, ale bezskutecznie – pokonanie lidera o 19 sekund okazało się wyzwaniem poza jego siły. Okazało się, że 9 kilometrów to zbyt mało, by całkowicie przemeblować „generalkę”.

*Mimo wszystko za taki trudno uznać 6. miejsce w ZLM Tour, choć należy przyznać, że dziś pokonanie w klasyfikacji generalnej tego typu wyścigu 20-letniego Wouta Van Aerta (zajął tam 8. miejsce) wygląda naprawdę dobrze.
Mistrzowski epilog

Tour of Britain nie okazał się dla Kwiatkowskiego wielkim sukcesem, jednak pokazał jedno – najlepszy polski kolarz powoli wraca do formy z wiosny, dzięki czemu można było z nadzieją podchodzić do jego występu na pasującej mu trasie w Ponferradzie. Udało się. Dwa tygodnie po rozczarowaniu w Wielkiej Brytanii Polak podbił Hiszpanię. Tym razem jego ekipa, w której podobnie jak dwa tygodnie wcześniej znalazł się Michał Gołaś, swoje zadanie wykonała w stu procentach. Kontrolowała wyścig od początku do końca i umożliwiła swojemu liderowi piękny triumf.

A Dylan Van Baarle? Zwycięstwo w Tour of Britain nie okazało się początkiem długiej serii zwycięstw. Na swój drugi zawodowy triumf Holender musiał poczekać aż do 2018 roku, gdy zasilił szeregi… brytyjskiego Team Sky. To właśnie w barwach tego zespołu przeżył najlepsze chwile w swojej karierze, których ukoronowaniem okazało się zwycięstwo w Paryż-Roubaix z 2022 roku. Wygląda na to, że Holendrowi klimat Wysp Brytyjskich po prostu służy.


Już w najbliższą niedzielę rozpoczną się mistrzostwa świata w kolarstwie szosowym. Choć zawody w poszczególnych konkurencjach i kategoriach wiekowych będziemy relacjonować dla Was przez cały tydzień, to wyścigiem szczególnie wyczekiwanym będą zawody ze startu wspólnego mężczyzn. Do nich pozostało już tylko 10 dni.

Aby nieco umilić Wam czekanie na gwiezdne starcie Remco Evenepoela, Tadeja Pogačara, Mathieu van der Poela i Primoža Rogliča postanowiłem przygotować dla Was 10 tekstów, które, jak to przy odliczaniu bywa, zaczynać będą się od kolejnych liczb – zaczynając od „10”, a na „1” kończąc. Każda z liczb będzie jednak wyłącznie pretekstem do opowiedzenia jakiejś historii związanej najczęściej z najnowszą, a niekiedy nieco starszą historią kolarskiego czempionatu. 

Skoro w tym roku mija dekada od mistrzostwa świata Michała Kwiatkowskiego, to większość spośród tekstów będzie z nim w mniejszym lub większym stopniu powiązana. Jeden z tych dotyczących go w największym stopniu ukaże się już jutro – jak myślicie, o czym będzie opowiadał? Przypominam, że do zagospodarowania będzie liczba „9”.

 

 

Poprzedni artykułSkoda Tour de Luxembourg 2024: Pedersen lepszy od van der Poela
Następny artykułCzesław Lang – Tour de Pologne. Nowy początek [wywiad]
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
Adam
Adam

Było, minęło…