fot. Lech Piasecki/Facebook

8 – tylu medalistów doczekała się Polska w wyścigu ze startu wspólnego amatorów w czasach, gdy właśnie kolarstwem amatorskim żył cały blok wschodni, w którym znajdował się nasz kraj.

Polskie kolarstwo zdecydowanie nie narodziło się wraz z początkiem kariery Ryszarda Szurkowskiego – w zasadzie to miało całkiem poważne tradycje. Przecież już w 1929 roku – dekadę przed rozpoczęciem II wojny światowej, powstało Tour de Pologne, który wprawdzie mógł tylko pomarzyć o statusie choćby Tour de Hongrie, a regularność jego rozgrywania wołała o pomstę do nieba, to jednak przyczynił się do rozwoju polskiego kolarstwa. 

Nie Polacy, a Węgrzy nazwali przecież Bolesława Napierałę “Lwem Węgierskich Szos” (co później zostało przekręcone na lepiej brzmiącego “Tygrysa Szos”). A po Napierale przyszli m.in. osiągający sukcesy w Wyścigu Pokoju Królak, Magiera i Gazda… Tak, Polska przez wiele lat miała świetnych kolarzy, jednak na medal mistrzostw świata czekała aż do czasów Ryszarda Szurkowskiego.

Ryszard Szurkowski – złoto (1973, Barcelona) i srebro (1974, Montreal)

Tyle że nawet “Król Ryszard” na swój premierowy medal musiał się naczekać stosunkowo długo. I sformułowanie “Król Ryszard” nie jest tu bynajmniej żadnym anachronizmem – mistrzostwo w Barcelonie zdobywał już jako jedna z największych postaci polskiego kolarstwa w całej jego historii. Nie dokonał tego sukcesu, jak 40 lat później Michał Kwiatkowski, na samym początku kariery. Wręcz przeciwnie – miał już wtedy 27 lat, 3 (z 4) wygrane Wyścigów Pokoju, 1 (z 2) srebrny medal olimpijski w jeździe drużynowej na czas i… wywalczone kilka dni wcześniej jedno złoto w jeździe drużynowej na czas.

To były czasy absolutnej dominacji polskich kolarzy – nie tylko Szurkowskiego. To co zaczął swoją fantastyczną pracą trener Henryk Łasak, dokończył po jego tragicznej śmierci następca – Wojciech Walkiewicz. Efekty były piorunujące. Mówiło się o “złotej dwunastce” – drużynie, która jako jedyna trzy razy z rzędu wygrała Puchar AIOCC (1973). W Barcelonie  wielkość polskiego kolarstwa było widać doskonale. W czteroosobowym odjeździe, który rozstrzygnął o losach medali, znalazło się dwóch Polaków, a ponad dwie minuty po Szurkowskim i spółce dojechał, jako piąty, Wojciech Matusiak.

Stanisław Szozda – srebro (1973, Barcelona)

Skoro było o Szurkowskim, skoro było nawet o Matusiaku, który tamten wyścig zakończył ostatecznie bez medalu, to musi być także o Szoździe, który szczególnie w 1973 roku był zdecydowanie największym rywalem Ryszarda Szurkowskiego. Nierzadko zdarzało się, że na ich rywalizacji zyskiwali inni – Szurkowski i Szozda się nie mogli dogadać, ale w pewnym momencie podjechał do nich Mytnik i mówi, że w takim razie niech dadzą wygrać mi – opowiadał mi niedawno Henryk Charucki

Nie on pierwszy – nie ostatni, o czym przeczytacie jeszcze niżej. Tyle że w 1973 żadne niesnaski i nieporozumienia nie mogły zmienić tego, że to właśnie ta dwójka zdominowała najważniejsze wyścigi tamtego sezonu. W maju zapewnili Polsce dublet na Wyścigu Pokoju, zaś we wrześniu – dublet na mistrzostwach świata. Będąc w ucieczce wykorzystali przewagę liczebną. Szurkowski zaatakował i pojechał po zwycięstwo, zaś Szozda miał otrzymać obietnicę, że za pomoc w Hiszpanii Szurkowski odwdzięczy mu się w Montrealu…

Janusz Kowalski – złoto (1974, Montreal)

Tyle że Szozda, który w 1974 wygrał pod nieobecność Szurkowskiego Wyścig Pokoju, w Kanadzie zajął dopiero czwarte miejsce. Wyprzedzili go dwaj Polacy – Szurkowski i Janusz Kowalski. – Szurkowski, gdy w Montrealu ten Szozda do niego podjechał [i poprosił o pomoc], odpowiedział mu: “Nie, nie będę cię rozprowadzał. Jak chcesz, to pokonaj mnie na finiszu”. – opowiadał nam kilka miesięcy temu Kowalski.

W kilkunastoosobowej grupce walczącej o zwycięstwo mieliśmy aż czterech Polaków – obok Szozdy, Szurkowskiego i Kowalskiego był w niej jeszcze Kaczmarek. Tyle że z powodu nieporozumień między polskimi liderami, ale także chaotycznej sytuacji na trasie, trudno było mówić o zawiązaniu przez nich współpracy w końcówce. Każdy jechał na siebie i ostatecznie… wyszło genialnie – drugi rok z rzędu mistrzem został Polak.

Tyle że sensacyjnie najmocniejszy okazał się Kowalski. Sensacyjnie nie tylko z powodu młodego wieku (miał zaledwie 22 lata), ale przede wszystkim z uwagi na to, że wcześniej jechał w ucieczce dnia, przez co trudy wyścigu musiał odczuwać mocniej niż rywale. A jednak na finiszu wykazał się fantastyczną szybkością i na koniec mógł podnieść ręce w geście zwycięstwa. Ułamki sekundy po nim kreskę przekroczył Szurkowski, zaś Szozda… – był niesamowicie blisko brązowego medalisty. Zabrakło naprawdę niewiele, byśmy na mistrzostwach świata mieli takie samo podium, jak na mistrzostwach Polski opowiadał z dumą ówczesny mistrz świata, który niestety później nie zrobił tak dużej kariery, jak mu wcześniej wróżono (o przyczynach opowiada TUTAJ).

Krzysztof Sujka – srebro (1978, Nurburgring)

Era niezwyciężonej złotej dwunastki zakończyła się w 1975 roku, gdy Ryszard Szurkowski wygrał swój ostatni Wyścig Pokoju w karierze. W kolejnych latach on i Szozda pojawiali się na największych wydarzeniach dla polskiego kolarstwa amatorskiego jedynie incydentalnie i najczęściej bez takich sukcesów, jak wcześniej (choć Szozda jeszcze w 1976 zajął jeszcze w Wyścigu Pokoju 2. miejsce). 

Na szczęście złota dekada wciąż trwała, a wymieniona dwójka doczekała się godnych następców. Jednym z najlepszych był Krzysztof Sujka – kolarz, który w 1978 roku pojechał na mistrzostwa świata w ostatniej chwili. Był bardzo utalentowanym kolarzem i pewnie dlatego znalazło się dla niego miejsce w drużynie na 100 kilometrów. Niestety – wyścig okazał się dla nas sporym zawodem – Polacy zajęli 4. miejsce, a później w ogóle wykluczono ich z wyścigu z uwagi na wykrycie środków dopingujących u Szurkowskiego.

Tyle że to miał być dla niego jedyny występ w Niemczech. Udział 22-latka w światowym czempionacie zakończyłby się po jednych zawodach, gdyby nie fakt, że w ostatniej chwili, jak podawał “Przegląd Sportowy”, niedyspozycję zgłosił Janusz Bieniek. To właśnie jego miejsce zająć miał ktoś z dwójki Tadeusz Mytnik-Krzysztof Sujka, jednak jako że ze składu zniknął wspomniany wcześniej Szurkowski – na słynnym Nurburgringu pojawili się obaj, a po srebro sięgnął ten, który z dwumiesięcznym wyprzedzeniem zrobił sobie prezent na 23 urodziny. A był moment, na kilkadziesiąt metrów przed metą, gdy prowadził i mknął po złoto, tyle że w ostatniej chwili, z prędkością zapewne tylko nieco odbiegającą od tej, którą dwa lata wcześniej zaimponował na tym samym torze James Hunt, wyprzedził go Gilbert Glaus.

Jan Jankiewicz – srebro (1979, Valkenburg)

Na Sujce lista wielkich polskich talentów się jednak nie kończyła. Już kilka miesięcy później  srebrny medalista z Nurburgringu, potwierdził swój potencjał podczas Wyścigu Pokoju, gdzie zajął 3. miejsce w “generalce”, ale… tylko o 1 sekundę gorszy okazał się od niego jego równolatek – Jan Jankiewicz, który tym samym zakończył tamtą imprezę jako czwarty.

Jego i Sujkę łączył nie tylko wiek i kolor kruszcu, jaki ostatecznie zdobyli. Jankiewicz, podobnie jak rok wcześniej Sujka, również mógł nie przystąpić do tamtego wyścigu. – Od razu ogłosiliśmy nazwisko rezerwowego – jest nim Czesław Lang. Na wypadek, gdyby Jankiewicz wykazywał oznaki zmęczenia po jeździe drużynowej – mówił kilka dni przed startem Zbigniew Rusin „Przeglądowi Sportowemu”. 

I rzeczywiście, Jankiewicz zaczął stosunkowo niemrawo, trzymając się raczej tyłu peletonu, jednak w najważniejszych momentach był na czele. W końcówce to on animował ściganie. Atakował kilka razy, a jego aktywna jazda pozwoliła mu się znaleźć w czołowej czwórce, która rozstrzygnęła między sobą walkę o zwycięstwo. W końcówce najszybszy okazał się Włoch – Gianni Giacomini, ale Polak wywalczył srebrny medal. 

Po swoim występie trochę czuł lekki niedosyt – kto wie, czy nie założyłem w tym momencie [na finiszu – przyp. red.] zbyt miękkiego obrotu? – zastanawiał się na łamach największej polskiej gazety sportowej. Był jednak szczęśliwy – podobnie jak cały biało-czerwony obóz. Na 7. miejscu tamten wyścig zakończył bowiem Jan Krawczyk, zaś ósmy był… Ryszard Szurkowski, dla którego były to ostatnie mistrzostwa świata w karierze. A o ich trudności niech świadczą najlepiej jego słowa po zakończeniu rywalizacji: – W takich mistrzostwach świata nie jechałem nigdy. Nie było ani chwili przestoju, przez cały dystans.

Andrzej Serediuk – brąz (1983, Altenrhein)

Niestety, na kolejny medal mistrzostw świata musieliśmy czekać cztery lata. Jankiewicz i Sujka, choć w 1979 roku byli jeszcze bardzo młodzi, to w kolejnych latach nie byli w stanie nawiązać do sukcesów z początków kariery – zresztą sam Jankiewicz skończył się ścigać jako 28-latek. Sukcesy Czesława Langa z 1980 roku nie zmieniały faktu, że polskie kolarstwo miało się coraz gorzej. O Polskim Związku Kolarskim zaś, wcześniej będącym podobno wzorem dla innych tego typu organizacji, Lech Cergowski na łamach „PS” pisał już po mistrzostwach tak: 

– Niech nikt nie sądzi, iż nagle zmieni się zdanie o raczej mało udolnym działaniu szczupłego aparatu organizacyjnego, zwłaszcza zaś szkoleniowego PZKol […] Najlepszym, ostatnim przykładem niech będzie wyjazd przypadkowej ekipy na niesłychanie silnie obsadzony Tour de l’Avenir.

Legenda polskiego dziennikarstwa pisała po fakcie, że medal Serediuka jest czymś, w co mogli wierzyć tylko nadmierni optymiści, choć… warto pamietać, że w poprzedniej edycji kolarskiego mundialu, w swoim debiucie, zajął on… niezłe, 4. miejsce. A w 1983 roku również był w gazie, co pokazał kończąc Tour de Pologne, zaledwie dwa miesiące wcześniej, na 2. pozycji.

W samym Altenrhein medal dała mu ambitna pogoń za dwójką: Uwe Raab-Niklasa Ruettimanna. Zabrakło niewiele, bo zaledwie 4 sekund, ale najważniejsze, że na końcu mógł cieszyć się z wymarzonego medalu. A gdyby żył (niestety zmarł w 2016 roku), to mógłby się pochwalić, że do dziś jest jedynym polskim kolarzem, który z wyścigu ze startu wspólnego na mistrzostwach świata wrócił z brązem.

Lech Piasecki – złoto (1985, Giavera del Montello)

Zdaniem Cergowskiego sukces Serediuka, osiągnięty pomimo wadliwego systemu, udowadniał, że Polska jest prawdziwą kopalnią talentów. Kolejne lata miały pokazać, że być może faktycznie coś w tym jest – udowodnili to dwaj kolejni polscy medaliści mistrzostw świata. Pierwszy z nich jest zasługą tego, który w tym tekście pojawiał się już wielokrotnie – Ryszarda Szurkowskiego. To właśnie on przejął w 1985 roku obowiązki trenera kadry, co okazało się prawdziwym punktem zwrotnym.

To wiązało się z olbrzymią zmianą mentalną. Wcześniej jeździliśmy na wyścigi mając obawy, czując większy respekt do  rywali niż powinniśmy. Brakowało nam trochę pewności siebie i jeździliśmy ostrożnie. Po przyjściu Szurkowskiego poczuliśmy, że każdy wyścig jest do wygrania  

– opowiadał mi po latach Lech Piasecki. Mający wówczas 23 lata kolarz prawdopodobnie najmocniej skorzystał na zmianie trenera. Po przyjściu Szurkowskiego z miejsca stał się jej gwiazdą. Wygrał nie tylko Wyścig Pokoju, ale też wiele innych wyścigów i w efekcie na mistrzostwa świata jechał w roli głównego faworyta. 

W Giavera del Montello kolarz, który Wyścig Pokoju wygrał głównie dzięki dwójkowej akcji z Andrzejem Mierzejewskim, zaś później, już w peletonie zawodowym błyszczał w czasówkach, raz jeszcze udowodnił swoją wszechstronność. Tym razem rywali pokonał na sprinterskim finiszu. Nie byłoby go jednak, gdyby nie wspaniała praca Marka Szerszyńskiego, który na ostatnich metrach kasował każdy kolejny skok, mogący udaremnić szanse Piaseckiego na pierwsze od 11 lat złoto dla Polski.

Joachim Halupczok – złoto (1989, Chambery)

Piasecki przeszedł na zawodowstwo już kilka miesięcy po tamtym złocie, jednak polskie kolarstwo amatorskie nie musiało długo czekać na godnego następcę. Tym okazał się Joachim Halupczok – kolarz, o którym wielu do dziś mówi, że był prawdopodobnie największym talentem, jaki widziało polskie kolarstwo. W Wyścigu Pokoju zadebiutował miesiąc przed 21. urodzinami – od razu zajął 4. miejsce. A niedługo później miał błysnąć raz jeszcze – podczas mistrzostw świata.

– Na tamtą imprezę przyjechało wielu mocnych górali. Achim był w stanie mocno zaatakować pod górę, ale zorientował się, że może to zrobić inaczej. Nad drogą, którą prowadził zjazd, była autostrada podtrzymywana przez takie wielkie słupy. Aby jeden z nich ominąć, droga musiała dość znacząco zmienić swój kierunek, zrobić taki uskok. Achim zaatakował właśnie na tym fragmencie trasy – na zjeździe skręcił w lewo i tyle go widzieli.

– relacjonował nam po latach Marek Leśniewski, który zresztą niewiele wcześniej uczył swojego kolegę zjeżdżania, za co ten podziękował mu na mecie tamtego wyścigu. Zresztą, jeśli wywiad był przeprowadzony tuż po ukończeniu przez niego zmagań, to możliwe, że Halupczok był wówczas jedynym kolarzem, który przekroczył linię mety. Wyścig ukończył bowiem 2 minuty przed wicemistrzem – Erikiem Pichonem

Halupczok, tak samo jak Piasecki, od razu po zdobyciu mistrzostwa świata przeszedł na zawodowstwo (więcej na ten temat przeczytasz TUTAJ). Niestety takich sukcesów, jak wielki poprzednik nie osiągnął. Pokazywał potencjał – długo utrzymywał się w czołowej “5” Giro d’Italia już w pierwszym roku zawodowstwa, a Paryż-Roubaix ukończył na 14. miejscu, co do dziś jest najlepszym polskim wynikiem (osiągnął go też Zbigniew Spruch). Niestety na więcej nie pozwoliło mu zdrowie – najpierw pojawiły się kłopoty z kolanami, zaś później, o wiele poważniejsze, z sercem. Te ostatnie doprowadziły do tego, że Halupczok zmarł w wieku 25 lat, a jego historia pozostaje prawdopodobnie najsmutniejszą w całych dziejach polskiego kolarstwa.


Po Halupczoku kolejnych amatorskich mistrzów świata już nie mieliśmy (przynajmniej w tym dawnym, wyczynowym tego słowa znaczeniu). Od 1990 roku polscy kolarze tłumnie zaczęli przechodzić na zawodowstwo, a od 1995 impreza w ogóle przestała się odbywać. W nowych czasach o medale jest trudniej – trzeba walczyć nie tylko z blokiem wschodnim i młodymi wilczkami z zachodu, ale ze wszystkimi najlepszymi kolarzami z całego świata. Medale nie lądują więc już na szyjach naszych reprezentantów hurtowo, tak jak w latach 1974-89, ale i tak zdążyliśmy się doczekać dwóch krążków – srebrnego medalu Zbigniewa Sprucha i Michała Kwiatkowskiego. Trzymamy kciuki, by prędzej czy później obaj panowie doczekali się godnych następców.

 

Poprzedni artykułChrono Féminin de Gatineau 2024: Marta Jaskulska 3. w jeździe na czas
Następny artykułZurych 2024: Remco Evenepoel „bardzo zmotywowany” przed czasówką
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
Bartosz G.
Bartosz G.

Bardzo fajny artykuł. Przyjemne to uczucie, nazwiska bohaterów mego dzieciństwa, zakopane na dnie wspomnień, są ponownie wydobyte na światło dzienne. Lata mijają a ja ciągle śledzę kolarski świat. Sujka, Krawczyk czy Lang zasiali bakcyla w przedszkolaku a dziś półwiekowy facet pasjonuje się walką Rogliča z O’Connorem. Dzięki