Choć postać Dariusza Banaszka wzbudza wiele emocji – również negatywnych, to trzeba przyznać, że w Polsce nie ma osoby, która w kolarstwo inwestowałaby z taką konsekwencją jak on. – Jestem kolarskim narkomanem – mówi sam o sobie, z taką pasją w oczach, że trudno mu nie uwierzyć. W pierwszej części wywiadu dla Naszosie.pl opowiada naszemu portalowi o tym, jak stracił głowę dla kolarstwa.
Pasja, z jaką Dariusz Banaszek opowiadał mi o kolarstwie, zupełnie mnie nie zaskoczyła. O tym, że przyjeżdżając do Legionowa kilka dni po Mistrzostwach Polski w Dobczycach, spotkam człowieka całkowicie zakręconego na punkcie tego sportu, wiedziałem na długo przed przyjazdem. A gdy przekroczyłem progi jego rowerowego salonu – BDC Bikes, raz jeszcze przekonałem się o tym na własnej skórze. Gdy tylko mnie zobaczył, od razu podszedł i powiedział: “Popatrz, zaraz pokażę ci całą historię kolarstwa”.
Idol
Przez następne 15 minut chodził i pokazywał mi kolarskie pamiątki, które udało mu się zgromadzić. Nie wszystkie dotyczyły jego własnych przedsięwzięć – zobaczyłem więc ukraiński rower sprzed kilkudziesięciu lat (otrzymany zapewne od Koli – jego dobrego kolegi i właściciela firmy Kolls) oraz szereg zdjęć z Wyścigu Pokoju, zrobionych w czasach, gdy Banaszek był małym chłopcem. I wreszcie rowery, należące w przeszłości do Kowalskiego, Szozdy i Szurkowskiego, które dziś zdobią jego rowerowy salon.

Młody (a właściwie bardzo mały) Dariusz Banaszek oczywiście ekscytował się bardzo kolejnymi sukcesami wielkich mistrzów, jednak żaden z nich nie mógłby o sobie powiedzieć, że był jego największym kolarskim idolem. To miano należy przyznać zawodnikowi zdecydowanie mniej utytułowanemu, choć mającemu na koncie pewne sukcesy – w 1979 roku był nawet 4. w Tour de Pologne, gdy w klasyfikacji generalnej wyprzedził nawet Szurkowskiego. Chodzi o jego stryjecznego brata – Grzegorza Banaszka.
– Byłem zafascynowany tym, co on robi. Podchodził do kolarstwa w bardzo profesjonalny sposób, a ja patrzyłem na każdy jego ruch, każde jego zachowanie. Dostawałem od niego bidony, jakieś inne rzeczy, które przywoził z zagranicy – z Francji, z Austrii, z Niemiec. To nie było nic wielkiego – jakieś naklejki, ale za komuny nawet takie drobnostki potrafiły bardzo cieszyć.
– Przede wszystkim jednak żyłem jego karierą. Do dziś mam w głowie takie wspomnienie: mam 6-8 lat, jest zima stulecia. Śniegi zasypały całe ulice, które były całkowicie nieprzejezdne. I ja, taki malutki szkrabek, potrafiłem przedzierać się przez ten śnieg z Wólki Radzymińskiej do Sierakowa, a to było jakieś 5 kilometrów. Dlaczego? Tylko po to, żeby dotrzeć do kiosku, kupić sobie “Przegląd Sportowy” i przeczytać tam o występie Grześka w jakimś wyścigu w Ameryce.
– opowiada, wyraźnie poruszony czarem wspomnień. – Czytałem o jego występach w Vuelta a Venezuela i Vuelta al Tachira (tak, wtedy “Przegląd Sportowy” pisał o takich wyścigach) i czułem, że robi coś wielkiego. Chciałem być taki jak on – mówi dzisiaj.
Wtedy były to jeszcze tylko dziecięce marzenia. Zaczęły się materializować dopiero wiele lat później…
Goniący za marzeniami
– Byłem dobry. Naprawdę dobry – wspomina po latach, gdy pytam go o kolarską karierę.
Rozpoczął ją jako 13-latek – rok po tym, gdy jego stryjeczny brat przejechał swój jedyny Wyścig Pokoju. Zaczynał w Polonezie Warszawa, gdzie jeździł wraz z Norbertem Szurkowskim. Szybko okazało się zresztą, że potencjał ma zdecydowanie większy niż syn czterokrotnego zwycięzcy Wyścigu Pokoju. Pokazał to choćby w 1988 roku, gdy pojechał na mistrzostwa świata juniorów, gdzie wraz z Jackiem Mickiewiczem, Pawłem Biskupem oraz Sławomirem Gierykiem zajęli czwarte miejsce. A mogło być jeszcze lepiej:
– Sławek Gieryk strzelił nam wtedy już na 20 kilometrze, a potem musieliśmy jechać we trzech – ja Biskup i Mickiewicz. Straciliśmy do Rosjan tylko 3 sekundy! Gdyby nie tamten strzał na początku… przecież my byśmy mieli medal – tego jestem pewien. A może byśmy to nawet wygrali! Dziś byłbym mistrzem świata!
– przekonywał.

Swój medal mistrzostw świata jednak ma – W 1992 roku zdobyłem jako kolarz Legii Warszawa srebrny medal w jeździe drużynowej na czas podczas Wojskowych Mistrzostw Świata. Wygrali Niemcy, a my pokonaliśmy Włochów z Rebellinem w składzie! – wspomina Banaszek, który w znalazł się wtedy w zespole razem ze Zbigniewem Ludwiniakiem, Pawłem Czopkiem oraz Sławomirem Krawczykiem.

Dariusz Banaszek był wyróżniającym się kolarzem w polskim peletonie. Świetnie szło mu nie tylko w drużynowej jeździe na czas, gdzie w 1993 roku zdobył mistrzostwo Polski, a w 1991 roku wrócił do domu ze srebrnym medalem. Dobrze radził sobie także podczas imprez ze startu wspólnego, jednak dość znamienne jest to, że gdy dziś spogląda się na jego stronę na Wikipedii, szukając jego największych sukcesów indywidualnych, znajduje się głównie same drugie i trzecie miejsca. Oto niektóre z nich
- 2. miejsce na etapie Tour de Pologne (1991)
- 3. miejsce na 2. etapie Tour de Pologne (1992)
- 3. miejsce na 7. etapie Tour de Pologne (1993)
- 2. miejsce na mistrzostwach Polski ze startu wspólnego (1993)
Tyle że jest to jedynie część prawdy, bo Banaszek potrafił wygrywać. Jego najważniejszym zwycięstwem jest to odniesione w prestiżowym klasyku Chełm-Warszawa, liczącym 267 km długości. Największych wyścigów nie wygrywał zbyt często, ale w tych mniejszych triumfował regularnie.
– Kiedyś policzyłem, że w czasie całej kariery, łącznie z występami w młodzikach i juniorach, uzbierałem 200 zwycięstw. Bywały lata, że wygrywałem kilkanaście razy w ciągu sezonu – i to już w elicie! – zapewnia. Niekiedy wygrywał nawet z najlepszymi kolarzami w Polsce – Jaskułą, Spruchem, Baranowskim czy Brożyną – Nie miałem ich zdrowia, ale byłem od nich zdecydowanie sprytniejszy. Taktyka i myślenie na rowerze to była moja domena. I myślę, że dalej jest. Jako dyrektor regularnie wygrywam z bogatszymi ekipami…

Kres lub nowy początek
Choć Banaszek z całą pewnością należał do wyróżniających się kolarzy w kraju, nie był w stanie załapać się na dobry, zagraniczny wyjazd. Dziś z żalem wspomina:
– Ci, którzy wyjeżdżali, mieli ode mnie zdecydowanie lepsze “motory”. Nawet jeśli pokonywałem ich w poszczególnych wyścigach, to całościowo byli zdecydowanie lepsi. Dla takich jak ja, z nieco mniejszym talentem wyjazd zagraniczny był wtedy praktycznie niemożliwy. Tym bardziej, że wtedy musiałby się na niego zgodzić PZKol…
Szybko zorientował się, że nie zostanie następcą Szurkowskiego ani Szozdy i ostatecznie postanowił zakończyć karierę już jako 25-latek, po sezonie spędzonym w Mrozie – drugiej polskiej ekipie zawodowej. – Odpuściłem. Czułem, że wygrałem wszystko to, co mogłem. Poza tym, urodził mi się syn Adrian…– opowiada po latach.
Banaszek miał na siebie plan “B”, i to taki, który pozwolił mu zarabiać zdecydowanie więcej niż w peletonie. – Zawsze byłem operatywny – mówi z satysfakcją w oczach. Jego matka pracowała na Stadionie Dziesięciolecia, który w 1989 roku stał się targowiskiem, znanym niekiedy jako “Jarmark Europa”, a on bardzo szybko zaczął handlować tam różnymi rzeczami, powiększając stopniowo swój majątek. Zdobywanie kapitału ułatwiło mu kolarstwo – gdy kończył karierę miał na koncie 100 tysięcy złotych wygranych podczas różnych zagranicznych wyścigów – przede wszystkim we Włoszech.


W 1995 roku postanowił zatem stworzyć swoją pierwszą poważną inwestycję. Wybór nie był oczywisty – lata 90. były niespokojnym czasem. Do dziś często wspomina się o gangu pruszkowskim, który był jedynie najbardziej znanym przykładem fali przestępczości, z którą polska policja przez wiele lat nie była sobie w stanie poradzić – poza nim funkcjonowały inne, choćby wołomiński i nowodworski.
Na porządku dziennym były więc napady na ciężarówki i wymuszenia haraczy – w tej sytuacji zakładanie nowego biznesu, zwłaszcza na Mazowszu, zawsze było obarczone pewnym ryzykiem, z czego Banaszek doskonale zdawał sobie sprawę. Ostatecznie udało mu się jednak podjąć dobrą decyzję, w czym sam widzi efekt interwencji siły wyższej.
– Pewnego dnia poszedłem na cmentarz do mojej cioci, chrzestnej. Modliłem się przy jej grobie, rozmawiałem z nią. I przede wszystkim pytałem: “Ciociu, powiedz mi, w co zainwestować, żeby mi wszystkiego nie zabrali?”. Odpowiedź z nieba przyszła bardzo szybko. Tego samego dnia poszedłem na obiad do innej cioci i nagle, kompletnie nieoczekiwanie, ktoś mówi mi: “Kup tę działkę”. Kupiłem ją za wszystko, co miałem. Potem wziąłem kredyt i wybudowałem pierwszy budynek handlowo-usługowy w Nowym Dworze Mazowieckim. Udało się, a dziś mogę o sobie powiedzieć, że wybudowałem kilkanaście tysięcy mieszkań.
Powrót do kolarstwa
Banaszek szybko dorobił się dużych pieniędzy, jednak wcale nie zapomniał o kolarstwie. Niekiedy mówi się złośliwie, że tworzy kolejne drużyny tylko po to, by jego synowie mieli gdzie jeździć. Jednak gdy pytam go o te sugestie uśmiecha się tylko i mówi:
– To bzdury, przecież gdy ja po raz pierwszy zainwestowałem w grupę kolarską, Adrian miał pięć lat, a Norbert roczek. Tak naprawdę czasami miałem wrażenie, że oni patrzą na mnie jak na wariata i zastanawiają się, “Co ten tata wyprawia?” .

Rzeczywiście, jego firma w 1998 roku zaangażowała się w utworzenie nowej ekipy – Lukullus Banaszek Sport. Miał 28 lat i już był dyrektorem sportowym, jak sam zapewnia – najmłodszym na świecie. A w organizowanie drużyn zaangażował się już wcześniej. To on miał bowiem odpowiadać za to, że w sponsorowanie kolarstwa zaangażował się w 1995 roku Wojciech Mróz.
– To był 1994 rok, byłem jeszcze zawodnikiem i akurat startowałem na kryterium w Poznaniu. Ktoś mi mówi: patrz, to jest Wojciech Mróz. On ma kasę, robi wędliny. Gdy to usłyszałem, od razu zabrałem się do działania. Powiedziałem, żebyśmy się spotkali u niego, potem przyjechałem i go przekonałem, żebyśmy założyli wspólnie tę grupę. Gdyby nie ja, nigdy by nie powstała.
– przekonuje Banaszek, który w Mrozie przejeździł jeden sezon, a później rywalizował z nim jako dyrektor sportowy kolejnych ekip – Ambra SNC, PSB Kreisel, PSB Atlas, Atlas-Lukullus Ambra czy Banaszek Sport.

W jego drużynach jeździli bardzo dobrzy kolarze – od Roberta Radosza, przez Marcina Sapę, po Marka Galińskiego. Momentami osiągali nawet bardzo dobre wyniki, wygrywając m.in. w Serbii, Bułgarii czy odległym Maroku. Największe sukcesy Banaszek miał jednak odnieść dopiero później, gdy swoje występy na szosie rozpoczęli jego synowie…
Czterej muszkieterowie
Adrian Banaszek przyszedł na świat 21 października 1993 roku, napełniając olbrzymią radością dom państwa Banaszków. Cztery lata później, taka sama radość spotkała przynajmniej trzy różne domostwa w niewielkiej, liczącej dziś niespełna 1000 mieszkańców Wólce Radzymińskiej. Dariusz Banaszek doczekał się bowiem swojego trzeciego syna – Norberta, jego bratu – Bogdanowi, urodził się Alan, zaś w nieodległym sąsiedztwie przyszedł na świat jeszcze jeden chłopiec o dobrze znanym dziś doskonale imieniu i nazwisku – Stanisław Aniołkowski. Chłopcy szybko stali się nierozłączni, a niedługo później postanowili pójść w ślady starszego pokolenia Banaszków.
– Staszek, Alan i Norbert zaczęli jeździć jak mieli 14 lat. Adriana początkowo nie ciągnęło do kolarstwa, był nawet przez jakiś czas takim małym grubaskiem. Zaczął jeździć jak był trochę starszy, ale gdy już był juniorem, to oddałem go Jackowi Kasprzakowi do KTK Kalisz, gdzie jeździł m.in. z Kubą Kaczmarkiem. Tam okazało się, że ma talent i jakoś to poszło… żałuję tylko, że miał astmę. Wierzę, że gdyby nie ona, zrobiłby taką karierę jak Nils Politt, z którym kiedyś uciekał na mistrzostwach świata orlików…
– opowiada dziś dyrektor Mazowsze Serce Polski, nawiązując do mistrzostw świata w Richmond z 2015 roku, gdzie polsko-niemiecki odjazd został doścignięty przez peleton tuż przed metą.

Cała czwórka dostała szansę na pokazanie swoich umiejętności po tym, jak w 2011 roku Dariusz Banaszek stworzył grupę o nazwie BDC Markpol. Nowy zespół okazał się bardzo mocny – w jego pierwotnym składzie znaleźli się nie tylko wspominani tu już Radosz i Sapa, ale nawet sam Dariusz Baranowski. Drużyna swoją moc pokazywała szczególnie podczas drużynowych mistrzostw Polski, gdzie dwa razy z rzędu zdobywała złoty medal pokonując teoretycznie mocniejsze CCC. W 2013 i 2014 roku spisywała się w wyścigach UCI na tyle dobrze, że dostała dziką kartę na mistrzostwa świata w drużynowych mistrzostwach świata – Wyścig transmitowany na cały świat, a na koszulkach… logo mojego salonu rowerowego. To było dla mnie niesamowite wyróżnienie… – opowiada dziś Dariusz Banaszek.
I właśnie w barwach tego mocnego zespołu swoją pierwszą szansę w elicie otrzymał Adrian Banaszek, który dostał się do niego już w 2012 roku, będąc pierwszorocznym orlikiem. Wtedy, w rozmowie z naszym portalem ojciec kolarza przyznawał wprost – On ma na razie tylko jedno zadanie. Podpatrywać resztę chłopaków. Moim zdaniem robi to dobrze.
Pozostali kolarze z Wólki Radzymińskiej byli jeszcze wówczas zdecydowanie zbyt młodzi, by w ogóle myśleć o karierze w elicie. Tyle że nawet oni znaleźli swoje miejsce w projekcie Dariusza Banaszka…
– Stworzyłem tam, przy tej grupie, ekipę dla juniorów, do której wziąłem swojego byłego trenera – Henia Brożynę. Poprosiłem go, żeby zaczął mi rozwijać Adriana, Norberta, Alana, no i Stasia Aniołkowskiego. Zrobił to świetnie, co zresztą widać. Chłopaki miały dzięki mnie sprzęt na takim samym poziomie, jak najlepsi kolarze na świecie…
O krok od spełnienia marzeń
Prawdopodobnie najbliżej tego, by cała czwórka jeździła w jednym zespole było w 2016 roku. Z kwartetu wyłamał się jedynie Alan Banaszek, który po zdobyciu mistrzostwa Europy juniorów trafił do największej polskiej grupy – CCC Sprandi Polkowice. Pozostali – Stanisław Aniołkowski wraz z Adrianem i Norbertem Banaszkami stali się natomiast kolarzami VERVA ActiveJet Team – zespołu który powstał z inicjatywy Piotra Bielińskiego już dwa lata wcześniej. Dariusz Banaszek do swoich podopiecznych dołączył dopiero później, w lutym 2016 roku, gdy został ogłoszony nowym dyrektorem sportowym.
To był dość interesujący ruch także ze względu na to, że za zatrudnienie Banaszka odpowiadał Piotr Kosmala. Dziś trudno usłyszeć o ówczesnym dyrektorze VERVA ActiveJet Team jakiekolwiek ciepłe słowa ze strony Banaszka, który swoją niechęć do Kosmali wywodzi jeszcze z czasów Mroza. Wtedy, jako nowy dyrektor sportowy mówił jednak w oficjalnym komunikacie – Łączy nas szczególna więź. Przez wiele lat rywalizowaliśmy ze sobą, a walka ta była szczególna i bardzo emocjonalna.
Dziś wspomina tamten moment tak: – On nigdy nie był moim przyjacielem, ale… ja po prostu cieszyłem się jak dziecko, że zaproponował mi to, żebym został dyrektorem sportowym takiej ekipy. Nie mogłem mu odmówić. Pomyślałem sobie: “To jest to”, to będzie długofalowy projekt dla polskiego kolarstwa. Bardzo doceniłem to, że on zauważył moją ciężką pracę, moje zaangażowanie i przede wszystkim moje umiejętności. Nigdy nie mieliśmy świetnych relacji, a on i tak wybrał akurat mnie.
Ekscytacja Banaszka wynikała przede wszystkim z tego, że w ekipę Bielińskiego zainwestował Orlen. Pozwoliło to jej dyrektorom sportowym snuć dalekosiężne plany, sięgające nawet startu w Tour de France. Ostatecznie nic z nich nie wyszło – gdy rozpoczął się sezon 2017, VERVA Activejet Team już nie istniała. Orlen zaś zajął się sponsorowaniem Polskiego Związku Kolarskiego, na którego czele stanął… Banaszek.
– To mógł być błąd, że się wtedy zgodziłem, ale z drugiej strony, co miałem zrobić, skoro zagłosowało na mnie wtedy 85 procent działaczy? – pyta Banaszek, dla którego dziś okres spędzony w PZKol jest jedną wielką niewykorzystaną szansą. Zaczął się bowiem od tego, że związek otrzymał 17 milionów złotych od Orlenu, a zakończył serią afer i wojen wewnętrznych, z nim samym w roli głównej.
To wszystko spowodowało, że główny bohater tego tekstu, pod naporem ze strony Ministerstwa Sportu i medialnej krytyki, już po kilkunastu miesiącach podał się do dymisji, nawet pomimo licznego poparcia ze strony związkowych działaczy. Z kolarstwa nie zamierzał się jednak wycofywać i niedługo później rozpoczął swój kolejny projekt. Prawdopodobnie najlepszy spośród wszystkich rozpoczętych. O nim przeczytacie jednak dopiero w drugiej części wywiadu…
Zobacz też inne wywiady autora:
Krzysztof Wyrzykowski – człowiek, któremu sekrety zdradzał Armstrong
Michał Gołaś – Godzinne konwersatorium z „profesorem kolarstwa”
Lechosław Michalak i kolarski powrót do lat 80.
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 1 Przysięga
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 2 Spełnienie
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 3 Koniec
Bogumiła Matusiak – wspomnienia ze starego Tour de France
Fignon i spółka powiedzieli: „On musi nas masować” – wywiad z „Bobem” Madejakiem
Od angażu „na kredyt”, do gwiazdy Tour de Pologne w pół roku – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 1
Droga prowadząca do Francji – wywiad z Janem Brzeźnym, cz. 2.
Na „ty” z Szarmachem – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 3
Maciej Paterski: „Jens Voigt chyba chciał mnie udusić”
Maciej Paterski – jak pokonał Mollemę i Rogliča
Zbigniew Spruch – wtedy, gdy wszystko się zaczęło
Zbigniew Spruch – Zawsze drugi
Maciej Bodnar – jak rozkochał w sobie Włochów i trafił do elity
Maciej Bodnar – Bodyguard zawodowiec
Portugalskie przygody Dariusza Bigosa
Dariusz Bigos: „Celujemy w drugą dywizję. Być może już za dwa lata”
Henryk Charucki – Wizyta w fabryce elektrycznych maszyn i kolarskich marzeń
Henryk Charucki – Wielka kolarska emigracja
Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota
Marek Leśniewski – długa droga do zawodowstwa
Tomasz Marczyński – 60 minut z Loco
Janusz Kowalski – Szybszy od Pogačara
Janusz Kowalski – opowieść o niewykorzystanym potencjale
Przemysław Niemiec – Droga do Giro
Przemysław Niemiec – W kolarskim raju
Lech Piasecki – zanim został zawodowcem
Lech Piasecki: „Saronni dał mi zwycięstwo, Anquetil je odebrał”
Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 1
Czesław Lang – Tour de Pologne. Nowy początek
Czesław Lang: „Cavendish żałował, że przyjechał tu tak późno”
Benedetti – Polak z Włoch. Pomocnik, który stał się legendą
Bartosz Huzarski – od Wyścigu Pokoju do wielkich tourów
Boska komedia Marka Rutkiewicza – cz. 1 Niebo
Boska komedia Marka Rutkiewicza cz. 2 Piekło
Boska komedia Marka Rutkiewicza cz. 3 Czyściec
Paweł Poljański: „Contador często się na nas wkurzał”
Paweł Poljański – pomocnik z wyboru
Piotr Wadecki – twardziel i lokator „Kanibala”
Jan Jankiewicz – Z toru na szosę
Jan Jankiewicz – z szosy na tor
Krzysztof Sujka: „Rywal powiedział: dla mnie to ty jesteś mistrzem”
Krzysztof Sujka: „Mam tylko jedno niespełnione marzenie…”
Józef Gawliczek – jak załatwił Gimondiemu zwycięstwo w Tour de l’Avenir
Józef Gawliczek – pogromca Rosjan i godny rywal Zoetemelka










Wolę wywiady pytania-odpowiedź, bo te opowieści trochę gubią przekaz rozmówcy wg mnie.
Mogliście wyjaśnić od razu kwestie flagi Jakuba Mareczko na first cycling 😀
a tak poważnie, barwna postać, kontrowersyjna, no ale nie da się odmówić tego, że w jakimś stopniu ciągnie to kolarstwo i dzięki temu kilka kolarzy może realizować pasję w ramach zawodu, a nie tylko hobby.
Niestety w Polsce sponsorzy to są głównie pasjonaci, czy też byli kolarze, którzy rozumieją ten sport, a to trochę za mało ;c
Na pierwszym zdęciu: „smiles in polish”
Ja znalem Mirka i Grzeska kuzynow Darka. Jezdzili dla Sarmaty Warszawa pod okiem pana Michala Liberskiego. Pan Michal zbudowal bardzo silny zespol. Grzesiek byl swietnym kolarzem , Mirek byl solidnym zawodnikiem. Scigali sie tez weedy w Sarmacie bracia Goworek. Tez dobrzy kolarze. Lata 70 I poczatek 80 bylo tyle klubow , tyle wyscigow. Szosa , tor . Dobre , stare czasy.