fot. Wiki Commons

Józef Gawliczek to jeden z najlepszych górali w historii polskiego kolarstwa. W drugiej części wywiadu opowiada…

  • … o początkach Ryszarda Szurkowskiego
  • …  jak prawie pokonał Joopa Zoetemelka
  • … o tym, jak wygrywa się wyścigi, nie wygrywając ani jednego etapu.

 

Na Tour de l’Avenir wygrał pan etap, a być może jeszcze większy sukces odniósł pan podczas Milk Race. Tam wygrał pan cały wyścig, choć akurat tutaj obyło się bez zwycięstwa etapowego.

Walczyłem na każdym etapie, na każdej premii. Tam każdy taki wygrany sprint to były sekundy. Dzięki temu wygrałem cały wyścig, choć nie wygrałem ani jednego etapu, a za nie były jeszcze większe bonifikaty. Niestety do takich triumfów zawsze brakowało mi szybkości. Wielokrotnie próbowałem poprawić swój sprint, czasami trenowałem go z Jasiem Kudrą – ja po jednej, on po drugiej stronie szosy, ale to nic nie dawało, bo taki czysty sprint, a sprint, gdzie trzeba znaleźć odpowiednie koło, to coś zdecydowanie innego. To dlatego za każdym razem znajdował się ktoś lepszy ode mnie, a prezes Gołębiewski mówił mi:

– Józiu wszystko pięknie, ale ty nie wygrałeś ani jednego etapu

– Gdybym wygrał etap, to mógłbym nie wygrać wyścigu. – odpowiadałem wtedy.

Uważam, że dobrze się stało. Gdyby mi się udało, być może zadowoliłbym się tym jednym sukcesem. Uznałbym, że zrobiłem swoje i miałbym mniejszą motywację, żeby dalej walczyć. Poza tym, takim sukcesem mógłbym tylko podrażnić swoich rywali, którzy jeszcze bardziej chcieliby mnie pokonać. 

Na ostatnim etapie były cztery premie górskie, a ja byłem tam właściwie sam. Już po pierwszej górze obok mnie nie było ani jednego Polaka. Nawet Bekera. Myślę sobie: “Przegrałem”. Najgorsze było to, że moim największym rywalem był tam Rosjanin. A Rosjanie to okropny naród. Jako ludzie potrafią być fajni, ale jako przeciwnicy okropni. Nie, oni nie potrafią uczciwie rywalizować. Zawsze w ruch szły łokcie i tak dalej. Za nic mieli jakiekolwiek zasady. 

Ale ja znalazłem na nich wszystkich sposób – na tego Ruska też. Widziałem, że moim kolegom nie idzie, że zawsze gdy pojawia się jakaś góreczka, to ich już nie ma, więc postanowiłem zagrać inaczej. On próbował mnie przechytrzyć. Wypuścił do przodu swoich kolegów z drużyny i chciał, żebym ja ich gonił. A ja… postanowiłem ich odpuścić. 

Dlaczego?

Przeliczyłem to sobie. Byłem liderem, a ci co zaatakowali, mieli poważną stratę w klasyfikacji generalnej. Policzyłem sobie, na jaką odległość mogę ich wypuścić, ile mogą uzbierać bonusowych sekund. Po prostu kontrolowałem sytuację. Oni pozabierali sekundy na bonifikatach, dzięki czemu ten Rosjanin, który ze mną walczył, nie mógł już ich zdobyć, a ja tylko czekałem. W końcu to on, ten mój rywal, musiał gonić. Nie udało mu się. Ucieczka dojechała do mety, a ja pozostałem liderem i wygrałem dzięki temu cały wyścig.

Wygrywałem też Wyścig Dookoła Rumunii, choć tam nie miałem wokół siebie mocnej drużyny, ale i rywale nie byli bardzo mocni. W zasadzie to liczyło się ich tylko dwóch: Moiceanu i Dumitrescu, choć Dumitrescu to był przede wszystkim przyjaciel. Znaliśmy się z ucieczek na Wyścigu Pokoju. To był taki kolarz jak ja: nieszczególnie dobry na finiszu, ale za to wytrzymały. Trudno go było zerwać. On mi tam pomagał, żebym wygrał ten wyścig. Słyszał, co Rumuni planują zrobić, a potem wszystko mi relacjonował! Absolutnie wszystko. Mówił: “Tego pilnuj i tego”, a potem okazywało się, że faktycznie oni atakowali, a ja do nich doskakiwałem.

Jak już jesteśmy przy pańskich zwycięstwach, to warto przypomnieć o Tour de Pologne, wygranym, tak samo jak Milk Race, w 1966 roku.

Ja tam miałem na starcie tylko dwóch kumpli: Surmińskiego i Bekera. Był jeszcze Janek Kudra – wspaniały człowiek, mój bardzo dobry przyjaciel, ale jednocześnie straszny indywidualista. Poza tym w wyścigu startowali prawie sami młodzi i Janek Magiera, który trzymał raczej z nimi niż ze mną. Rajmund Zieliński postanowił przerzucić się na tor, Fornalczyk, Królak i wielu innych pokończyło kariery. Wszyscy pojawili się na starcie, ale tylko jako kibice.

Józiek, teraz kolej na ciebie – mówili

Dobrze mówicie. Ale co z tego? Przyszliście na start, a nie startujecie. Co ja mogę sam zrobić?

Popatrzyłem sobie wtedy na tych młodych zawodników. Trzech braci Woźniaków, Marian Forma, Demel… cała masa młodych, bardzo zdolnych ludzi. Przed snem pomyślałem sobie: “Pamiętaj. Wykorzystaj dobrze każdy kilometr. Każdy moment. Niech się młodym wydaje, że zwycięstwo mają w kieszeni, bo nas została tylko trójka czy czwórka. A na koniec ja wykorzystam ich pracę”.

Przez cały wyścig jechali bardzo aktywnie. Wypruwali sobie żyły walcząc o zwycięstwa etapowe. Wygrywali praktycznie wszystkie etapy, ale ja się tym nie przejmowałem. Przyszedł szósty etap z Krynicy do Suchej Beskidzkiej. Ja ich tam troszkę podgotowałem, żeby sprawdzić, który z nich jest najbardziej żywy, ale oderwać mi się nie udało. Oni bardzo tam mnie i Józka pilnowali. Wprawdzie w końcu udało mu się wygrać etap, został nawet liderem klasyfikacji generalnej, ale przewaga nad Magierą była nieduża, a wiadomo było, że obaj możemy dużo stracić do niego na etapie jazdy na czas. On był wybitnym czasowcem.

Dzień później był etap z Suchej Beskidzkiej do Oświęcimia. Jechaliśmy przez Bielsko-Białą, a ja bardzo dobrze znałem tamte tereny, bo często tam trenowałem. Wiedziałem perfekcyjnie gdzie wieje wiaterek, gdzie, co może się wydarzyć. Dlatego wraz z Surmińskim i Bekerem zadbaliśmy o to, żeby poszła ucieczka. I uciekli: Kudra, Kowalski, Bławdzin i paru innych. Ja nie, ja czekałem na rozwój wypadków. Gdy byliśmy w okolicach Skoczowa, gdy poszedł ten boczny wiaterek, powiedziałem Surmińskiemu: “Franek, jest rant, przez pięć kilometrów pracuj. I nikomu nie dajesz koła, tylko mnie! Tam mają 50 sekund przewagi. Musisz odrobić 20, kolejne 30 będzie dla mnie”. 

Wszystko się udało. Dzięki niemu bardzo zbliżyliśmy się do grupy z Kowalskim i Kudrą, a ja ostatkiem sił ich dogoniłem. Podjeżdżam wtedy do Kudry i mówię mu: “Janek, ja nie mam już siły. Pracujcie mocno, to uciekniecie tym, co są za wami. Przyjadą później z dużą stratą”. Dowaliliśmy reszcie w ten sposób 6 minut. Wyścig był już prawie wygrany. Wszyscy mi gratulowali. Nawet Łasak podszedł do mnie wtedy i powiedział: “Józiek, jak wyście to zrobili?”. A jeszcze lepiej wspominam gratulacje od trenera Tropaczyńskiego. “Nie wiem, co mam ci powiedzieć” – powiedział. Jego warga drżała ze wzruszenia, a z oczu płynęły łzy. Przytuliłem go jak ojca. “To, co wyście zrobili, to było mistrzostwo świata!” powiedział. 

Niesamowicie to wszystko wymyśliliśmy, a na tamtej trasie już nikt nigdy nie pobił tamtego rekordu prędkości. Do dziś przychodzą do mnie ludzie i gratulują tamtego tempa, a ja za każdym razem odpowiadam: “To nie moja zasługa! To wszystko dzięki tym młodym!”. To oni przez cały wyścig jechali agresywnie. Sędzia macha chorągiewką, a oni już ruszali! Nadawali takie szaleńcze tempo, a ja na tym tylko korzystałem… lepszego prezentu nie mogłem sobie od nich zażyczyć. Nikt nie był przecież taki mocny, żeby mnie urwać.

Niestety porównywalnych sukcesów nie osiągał pan na mistrzostwach świata. Co sprawiło, że najlepszym miejscem, które udało się panu zająć było 22. podczas zawodów w Niemczech?

Na pierwszych mistrzostwach świata zabrakło mi doświadczenia. Nie do końca rozumiałem, jak rozgrywają się te wyścigi. Na początku zauważyłem, że w odjazd pojechało kilku kolarzy, których znałem z Tour de l’Avenir. Wiedziałem, że są mocni, to jak głupi pojechałem za nimi. Żaden z nich nie dojechał w czołówce – oczywiście ja też nie. To jest długi wyścig – ma 200, czasem 240 kilometrów. Nie możesz się wystrzelać na początku.

Później, w 1966 roku zawinił brak odpowiednich zębatek. Przed wyścigiem byliśmy umówieni, że muszę mieć zębatkę 24-kę. Potrzebowałem miękkiego przełożenia, bo tam był trudny podjazd, a ja lubiłem szybko kręcić. Dzięki temu swojemu młynkowi mogłem też szybciej się zerwać do finiszu i do ataku. Niestety niby byliśmy umówieni, a na koniec okazało się, że tej zębatki nie dostanę. Myślę, że to też mogło być kluczowe. Wyścig miał 200 kilometrów, a na takim dystansie nawet mały podjazd (jeśli nie pokonuje się go w taki sposób, jak należy) po jakimś czasie okazuje się trudny. W pewnym momencie po prostu nie wytrzymałem.

Niestety na kolejnych mistrzostwach świata też niczego nie zdziałałem. Nigdy nie pasowała mi trasa. Gdy jeździliśmy pod górę, bardzo trudno było mnie zostawić z tyłu, nie przypominam sobie zbyt wielu takich sytuacji, choć pewnie takie były, bo każdy kiedyś przegrywa, nawet ta nasza tenisistka – Iga Świątek. Niestety gorzej było, jak trasa prowadziła góra-dół. Po podjeździe natychmiast następował zjazd, a po zjeździe podjazd – wtedy miałem problemy. Na takich trasach nie potrafiłem gubić rywali. 

Rzadko wystawiano pana także w drużynie na 100 kilometrów…

To prawda, ale nigdy nie miałem o to pretensji do trenerów. Wystarczy spojrzeć na tę drużynę, którą zwykle wystawiali i na mnie. Ja jestem drobniutki, niski, a oni bardzo wysocy, dobrze zbudowani. Może gdyby ta drużyna liczyła 5-6 zawodników, to bym się do niej załapał, ale miejsca były tylko cztery.

Nie byłem jednak słabym czasowcem. Gdy były jakieś zawody krajowe, zazwyczaj byłem w pierwszej trójce czy czwórce. Gorzej było w wyścigach międzynarodowych, tam czasami miałem problem z tym, by dostać się do czołowej “10”, ale nigdy dużo nie traciłem w tej konkurencji, nawet gdy trasa była całkowicie płaska. Jeszcze lepiej radziłem sobie gdy jeździliśmy pod górę. Kiedyś prawie pokonałem samego Joopa Zoetemelka! Podczas Wyścigu Dookoła Austrii w ramach górskiej czasówki wyjeżdżaliśmy pod Grossglockner i wszyscy obserwatorzy byli zszokowani tym, jak dobrze sobie radzę. Na niecałych 8 kilometrach wyprzedziłem 7 czy 8 rywali, którzy wyruszali na trasę przede mną.

Wszystko układało się idealnie aż 500 metrów przed metą but wypiął mi się z pedała. Było zbyt stromo, żeby po prostu wpiąć go, jadąc dalej, pedałując tylko jedną nogą. Żeby się nie zatrzymać w miejscu (bo później trudno byłoby mi ruszyć), musiałem zawrócić, zjechać trochę w dół i dopiero po wpięciu, ruszyć z powrotem w górę. Ten moment kosztował mnie zwycięstwo [prawdopodobnie mój rozmówca ma rację. Joop Zoetemelk wygrał tamten etap z przewagą 6 sekund nad drugim Gawliczkiem – przyp. BK.].

fot. Józef Gawliczek/Archiwum prywatne

Ostatnie z niespełnionych marzeń to Wyścig Pokoju…

Henryka Łasaka zawsze bardzo szanowałem, bo był ze mną szczery. Gdy w 1966 roku obejmował kadrę, powiedział mi szczerze: “Józek, bardzo na ciebie liczę, biorę cię pod uwagę we wszystkich wyścigach, ale w Wyścigu Pokoju cię nie wystawię”. I ja to rozumiałem – nie miałem z tą jego decyzją żadnych problemów.

Gdy komuś składam życzenia, zawsze kończę je słowami: “I szczęścia w życiu”. Ja tego szczęścia niestety nie miałem na szosie zbyt wiele. Pamiętam Wyścig Pokoju z 1967 roku. Wszystkich starych odstawił od składu: Zieliński, Gazda, nawet Kudra, który zawsze dobrze sobie radził w Wyścigu Pokoju, raz nawet zajął trzecie miejsce… wszystkich odstawił. W składzie ostałem się z nich wszystkich tylko ja.

Łasak powiedział mi: – Józek, postawiłem na tych młodych, ale ciebie też chcę mieć w składzie. Ci chłopcy słuchają cię bardziej niż mnie. Sportowo też jesteś mocny, dlatego liczę na ciebie! – a ja mu uwierzyłem. Pojechałem na ten wyścig i czułem, że faktycznie jestem bardzo mocny. Jestem pewien, że to byłby mój najlepszy występ w Wyścigu Pokoju, taki który przykrył by wszystkie rozczarowania z poprzednich lat.

fot. Józef Gawliczek/Archiwum prywatne

Niestety, wszystkie moje marzenia szybko zostały zweryfikowane. Na jednym z pierwszych etapów złapałem gumę. Potem czekałem na samochód z nowym kołem, czekałem, czekałem i… nic się nie działo. W końcu przyjechali. Moja strata była już bardzo duża, ale wszyscy mi pomagali – auta, motory, łapałem się w cień aerodynamiczny i krok po kroku zmniejszałem stratę. 

Już prawie doleciałem peleton. Wyjechałem rozpędzony zza tych samochodów i… wjechałem wprost w olbrzymią kraksę, która przytrafiła się peletonowi chwilę wcześniej! Przez moment wydawało mi się, że sytuacja jest pod kontrolą, że zareagowałem w porę. Podniosłem przednie koło, przeskoczyłem nad leżącym zawodnikiem, ale prawdopodobnie zahaczyłem o kogoś tylnym kołem. Wywróciłem się na ziemię i zrobiłem to tak pechowo, że złamałem rękę. Do dziś pamiętam orzeczenie lekarzy: “Przedstawowe złamanie kości promieniowej”.

To było chyba największe rozczarowanie w moim życiu. Ja z tą złamaną ręką ukończyłem etap, choć trasa prowadziła po bruku, ale niestety następnego dnia musiałem wycofać się z wyścigu. Koledzy musieli radzić sobie dalej beze mnie. 

Mówił pan o wyścigach przejechanych razem z Joopem Zoetemelkiem i Felice Gimondim, ale miał pan okazję się ścigać również z największym polskim kolarzem – Ryszardem Szurkowskim…

Kiedyś był na ziemi wrocławskiej taki wyścig: Szlakiem Grodów Piastowskich [przestał istnieć w 2021 roku – przyp. red.]. Pamiętam taki jeden etap, na którym uciekałem z Szurkowskim. Nikt o nim wtedy jeszcze nie słyszał, ponieważ był jeszcze bardzo młodym kolarzem. Zbliżaliśmy się do górskiej premii, a on mówi, żebyśmy się ścigali – no to się ścigaliśmy, ale tuż przed metą zauważyłem, że nie ma sędziów, więc odpuściłem. Rysiek wygrał, i mówi:

Ha, wygrałem!

– Co wygrałeś? Przecież sędziów tu nie ma. Kto to widział…

I zostałem z tyłu, żeby poczekać na mojego serdecznego kolegę, Henryka Kowalskiego. Byłem pewien, że prędzej czy później dogonimy Ryśka i tych wszystkich zawodników, którzy mnie po drodze wyprzedzili. Rzeczywiście, im bliżej mety, tym więcej zawodników udało nam się złapać. Zostało nam jeszcze 30 kilometrów, gdy do złapania pozostawał nam już tylko Rysiek i nie udało nam się go złapać. Był zbyt mocny. Wtedy właśnie pomyślałem sobie: “Oho, to będzie bardzo trudny rywal”. Minęło pół roku, przychodzą przełajowe mistrzostwa Polski, on już tam był klasą.

Ostatnie górskie mistrzostwa Polski, w których wystartowałem, odbyły się w Bielsku. Zacząłem już wtedy budować dom. Chciałem mieć już jakiś mały warsztacik. To był dla mnie bardzo intensywny czas i nie miałem dużo czasu na treningi, jednak uznałem, że jeszcze tam pojadę. Stanęliśmy na starcie i pomyślałem sobie: “Boże święty, ja przecież tydzień nie trenowałem. Co teraz?”. W końcu jednak uznałem, że nie ma się czym przejmować. W razie czego zatrzymam się gdzieś na trasie, zjadę do samochodu i wrócę do domu.

Obok siebie widziałem wielu młodych: Hanusika, Szozdę, Czechowskiego. Na początku myślałem, że teraz już nie mam z nimi najmniejszych szans, ale szybko zorientowałem się, że oni wcale nie narzucają takiego tempa, które by mnie męczyło. Z początku się nie angażowałem. Trasa była trudna. Jechało się pod Szczyrk, przez Wisłę, pod Kubalonkę… i jechałem sobie tak, jak oni jechali. Nie byłem wcale szczególnie zmęczony.

W końcu wjechaliśmy na przedostatnie okrążenie. Wyjechaliśmy ze Szczyrku i zaczęliśmy pokonywać taki brukowany podjazd, który dobrze znałem. Zauważyłem, że pozostali zawodnicy mają problem z tym, by wytrzymać na nim moje przyspieszenia, więc zaatakowałem właśnie tam, a potem, gdy już oderwałem się razem z kilkoma innymi zawodnikami, próbowaliśmy utrzymać przewagę na podjeździe pod Zameczek, który zawsze bardzo mi pasował. 

Niestety, na ostatnim okrążeniu moja ucieczka została dociągnięta przez grupę, w której jechał Rysiek. Od razu do mnie podjechał, a ja powiedziałem mu wtedy: “Dzisiaj chyba wygrasz, ale jeszcze spróbuję ci dać radę”. Nie przyjechałem do Bielska po zwycięstwo, ale  teraz zaczęło mi na nim bardzo zależeć – w końcu wygrać z Ryśkiem to była już wtedy bardzo duża rzecz. On był już wtedy zdecydowanie największą gwiazdą polskiego kolarstwa. 

Gdy wjechaliśmy do Szczyrku i znów zaczęliśmy się wspinać, zacząłem zachęcać do ataku młodszych kolegów ze Śląska, korzystając z tego, że Szurkowski akurat jest trochę z tyłu. “Dalej, dalej” – krzyczałem, ale oni nie ruszali się tak szybko, żeby na dobre oderwać się od peletonu. Myślę sobie: “Z przodu dalej nie ma Ryśka! Trzeba jeszcze raz ruszyć!”. I ruszyłem! Od razu zyskałem 30 sekund przewagi, bo peleton właściwie stanął!

Na górze miałem już taką przewagę, że sędziowie zaczęli mi mówić: “Po co ty się tak spieszysz? Przecież masz już półtorej minuty przewagi!”. Wtedy wiedziałem, że już nic nie zabierze mi zwycięstwa. Wyścig kończył się na Równicy, podjeździe, który doskonale znałem, bo często tam trenowałem. Pomyślałem sobie, że tam Szurkowski by mnie nie ograł nawet, gdyby jakimś cudem mnie dogonił. Tylko że to nie miało żadnego znaczenia, bo utrzymałem przewagę i po raz ostatni zostałem mistrzem Polski. 

To był mój ostatni sezon, który potraktowałem całkowicie poważnie. W kolejnym roku jeździłem już tylko po to, żeby nie zakończyć kariery nagle. Zawsze mówiło się, że jak długo jeździ się na wysokim poziomie, a potem nagle przestaje się to robić, człowiek zaczyna chorować. W takim razie pomyślałem, że pojeżdżę jeszcze rok, bez nastawienia na wyniki, i skończę. I tak przez cały rok właściwie nie trenowałem. Przez tydzień zarabiałem na życie, a potem jeździłem na wyścigi, które traktowałem jak treningi i wracałem do domu.

Mimo wszystko nie szło mi źle. LZS-y nawet wytypowały mnie na Tour de Pologne, ja nie chciałem tam jechać. Mówiłem Tropaczyńskiemu: “Panie trenerze, jest jesień. Kończę budować dom, warsztat, w przyszłym roku zgłaszam działalność… po co mi ten start?” – zapytałem. Pojechałem do Warszawy, ale w końcu trener, który był rozsądnym człowiekiem powiedział: “Skoro taka jest twoja decyzja, uszanuję ją, choć bardzo byś się nam teraz przydał. I tak zrobiłeś dużo dla LZS-u.”

Pomimo kilku niespełnionych marzeń, karierę zakończył pan jako kolarz spełniony. Co pan robił później?

Przede wszystkim prowadziłem ten swój warsztat, ponieważ zawsze miałem do tego smykałkę. Zresztą często wpadali do niego byli kolarze. Do dziś pamiętam wizyty Mariana Więckowskiego – och, ile razy było tak, że wpadał do mnie z samochodem i zostawiał je w tym moim warsztacie. Potem autem zajmował się mój pracownik, a my szliśmy na górę i wspominaliśmy stare dzieje. 

Utrzymywałem kontakty z innymi kolarzami, sam nawet organizowałem mnóstwo różnych spotkań, na które przychodzili prawie wszyscy zasłużeni kolarze, z wyjątkiem młodych – Rafała Majki i Michała Kwiatkowskiego, którzy byli wtedy zwykle potrzebni szefom swoich drużyn.

Utrzymuję kontakty z innymi kolarzami, ale też z kolarstwem. Nawet dziś, mając 86 lat, wciąż ćwiczę. Na rowerku, pół godziny, przed śniadaniem. Zaraz po śniadaniu nie można, bo to nie zdrowe. Żaden sportowiec nie trenuje zaraz po posiłku, a później nie mam czasu. Najlepiej jest, gdy jest się półgłodnym. Sport to jest taka rzecz, której się nie porzuca całkowicie – przynajmniej zazwyczaj. Gdy się całkowicie przestaje ćwiczyć, organizm źle to znosi. Traci się formę, traci się kondycję i powoli się umiera. 

Zobacz też inne wywiady autora:

Krzysztof Wyrzykowski – człowiek, któremu sekrety zdradzał Armstrong 

Michał Gołaś – Godzinne konwersatorium z „profesorem kolarstwa” 

Lechosław Michalak i kolarski powrót do lat 80.

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 1 Przysięga

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 2 Spełnienie

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 3 Koniec

Bogumiła Matusiak – wspomnienia ze starego Tour de France

Fignon i spółka powiedzieli: „On musi nas masować” – wywiad z „Bobem” Madejakiem

Od angażu „na kredyt”, do gwiazdy Tour de Pologne w pół roku – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 1

Droga prowadząca do Francji – wywiad z Janem Brzeźnym, cz. 2.

Na „ty” z Szarmachem – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 3

Maciej Paterski: „Jens Voigt chyba chciał mnie udusić” 

Maciej Paterski – jak pokonał Mollemę i Rogliča 

Maciej Bodnar – jak rozkochał w sobie Włochów i trafił do elity

Maciej Bodnar – Bodyguard zawodowiec

Zbigniew Spruch – wtedy, gdy wszystko się zaczęło

Zbigniew Spruch – Zawsze drugi

Portugalskie przygody Dariusza Bigosa

Dariusz Bigos: „Celujemy w drugą dywizję. Być może już za dwa lata”

Henryk Charucki – Wizyta w fabryce elektrycznych maszyn i kolarskich marzeń

Henryk Charucki – Wielka kolarska emigracja

Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota

Marek Leśniewski – długa droga do zawodowstwa 

Tomasz Marczyński – 60 minut z Loco

Janusz Kowalski – Szybszy od Pogačara

Janusz Kowalski – opowieść o niewykorzystanym potencjale

Przemysław Niemiec – Droga do Giro

Przemysław Niemiec – W kolarskim raju

Lech Piasecki – zanim został zawodowcem

Lech Piasecki: „Saronni dał mi zwycięstwo, Anquetil je odebrał”

Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 1

Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 2

Czesław Lang – Igrzyska, które spełniły marzenia

Czesław Lang – Tour de Pologne. Nowy początek

Czesław Lang: „Cavendish żałował, że przyjechał tu tak późno”

Benedetti – Polak z Włoch. Pomocnik, który stał się legendą

Bartosz Huzarski – od Wyścigu Pokoju do wielkich tourów

Boska komedia Marka Rutkiewicza – cz. 1 Niebo

Boska komedia Marka Rutkiewicza cz. 2 Piekło

Boska komedia Marka Rutkiewicza cz. 3  Czyściec

Paweł Poljański: „Contador często się na nas wkurzał”

Paweł Poljański – pomocnik z wyboru 

Piotr Wadecki – twardziel i lokator „Kanibala”

Jan Jankiewicz – Z toru na szosę

Jan Jankiewicz – z szosy na tor

Krzysztof Sujka: „Rywal powiedział: dla mnie to ty jesteś mistrzem”

Krzysztof Sujka: „Mam tylko jedno niespełnione marzenie…”

Józef Gawliczek – jak załatwił Gimondiemu zwycięstwo w Tour de l’Avenir

Poprzedni artykułW stronę słońca – zapowiedź Paryż-Nicea 2025
Następny artykułParyż-Nicea 2025: Tim Merlier pewnie wygrywa na otwarcie
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
Jacek
Jacek

Piękne wspomnienia. Serdecznie pozdrawiam Pana, Panie Józefie, i życzę szczęścia w życiu ☺️