Alberto Contador, Peter Sagan, Rafał Majka, Michał Kwiatkowski… lista kolarzy, na których pracował Paweł Poljański w ciągu kilku lat w zawodowym peletonie robi kolosalne wrażenie. W drugiej części wywiadu “Poljan” opowiada Bartkowi Kozyrze m.in:
- …dlaczego tak dobrze czuł się w roli pomocnika
- …o wyścigu, podczas którego pracował na niego Michał Kwiatkowski
- …jak na co dzień funkcjonowała “polska mafia” w BORA-hansgrohe
W ciągu ostatnich kilku lat rozmawiałem z wieloma bardzo różnymi kolarzami. Bywali tacy, którym w zespole rolę lidera wyznaczano w zasadzie co wyścig, innym przypadała ona raz na jakiś czas, zaś niektórym raz na kilka sezonów. Takiego rozmówcy, jak Paweł Poljański jeszcze jednak nie spotkałem. “Poljana”, podobnie jak Michała Gołasia kojarzymy głównie z tym, że pracowali na rzecz najlepszych kolarzy na świecie, jednak różnica między nimi jest diametralna.
Gdy kilka lat temu rozmawiałem z tym pierwszym, oprócz tego, jak radził sobie jako kapitan INEOS Grenadiers i pomocnik największych kolarzy, wiele czasu poświęciliśmy też jego własnym sukcesom. „Goły” z rozrzewnieniem opowiadał o swoich największych osiągnięciach indywidualnych – o zwycięstwie w Kampioenschap van Vlaanderen, a także o tym, jak niewiele brakowało mu do pozycji lidera w Giro d’Italia i etapowej wygranej w Vuelta a Espana. Paweł Poljański też miał swoje momenty – choćby Wyścig Dookoła Austrii 2015, jedyny wyścig na który pojechał w roli lidera i zajął wysokie miejsce w klasyfikacji generalnej. Ukończył cały wyścig jako dziewiąty, wyprzedzając m.in. mocnego wówczas Stefana Denifla (później zawieszonego za doping) i młodego, ale już mocnego Dylana Teunsa. Co ciekawe, on dziś tego wyścigu kompletnie nie pamięta.
– O, naprawdę? Już nawet tego nie pamiętam. Ale może faktycznie tak było! – taka była jego reakcja, gdy pod koniec naszego spotkania powiedziałem mu, że kiedyś wziął udział w takim wyścigu. Podobnie było z Vuelta a Espana 2017 – jego odpowiedzi na pytania dotyczące tego wyścigu były raczej zdawkowe i pozbawione większych emocji. W przeciwieństwie do wypowiedzi na temat liderów z którymi jeździł – te są zdecydowanie bardziej kolorowe i emocjonalnie zabarwione. Tak, wszystko wskazuje na to, że Paweł Poljański był chyba jedynym znanym mi kolarzem, który zupełnie nie dbał o indywidualne laury, a poczucie własnej kolarskiej wartości budował wyłącznie na podstawie pomocy udzielonej najlepszym zawodnikom na świecie.
Potwierdza to jeszcze jedna jego wypowiedź. Pamiętacie poprzednią część (jeśli nie, to warto ją przeczytać)? Końcówkę odpowiedzi Pawła Poljańskiego na ostatnie zadane w niej pytanie postanowiłem przesunąć tutaj, ponieważ rozpoczynała nowy wątek naszej rozmowy:
No, teraz wydaje mi się, że faktycznie był jeszcze taki jeden Tour de Pologne, na który pojechałem w roli lidera, ale to jedyny taki wyścig, który byłbym w stanie wymienić…
Tak, to było w 2015 roku. Dlaczego tam ci nie wyszło?
Nie pamiętam nawet dokładnie tego wyścigu. Wydaje mi się, że chciałem walczyć w “generalce”, ale ona szybko mi odjechała. Peleton się podzielił na płaskim, a ja trochę przegapiłem ten moment i straciłem dużo czasu. Potem chciałem walczyć o etapy, ale też nie wyszło – takie jest kolarstwo. Czasem masz dobre nogi, chcesz powalczyć, ale nie wychodzi.
W każdym razie, takich szans nie dostawałem zbyt wielu. Owszem, czasem dyrektorzy mówili mi, że mogę pojechać na jakiś mniejszy wyścig jako lider. Ale zwykle odmawiałem. Ja wolałem jeździć z najlepszymi zawodnikami, w najważniejszych wyścigach. Nigdy nie lubiłem się stresować.
To może to niepowodzenie z tego Tour de Pologne wynikało ze stresu?
Raczej nie… myślę, że tam bardziej zabrakło mi szczęścia. Byłem młody, miałem dobry kontrakt. Nie miałem powodów do tego, żeby się stresować.
Ja raz natknąłem się kiedyś na wypowiedź Rafała Majki, który podczas jednego Wyścigu Dookoła Kraju Basków powiedział w wywiadzie, coś w stylu: “Paweł jest bardzo mocny. Może to na niego będziemy jechać!”
No tak, tylko że to ja przez całą swoją karierę pomagałem jemu. Nikomu nie dałem z siebie tyle, co jemu. Może i były jakieś etapy, na których byłem mocniejszy od niego, ale… to on był liderem. I tak samo było podczas tamtego wyścigu. Ja nigdy nie lubiłem brać na siebie presji. Dobrze wspominam swoją karierę, właśnie dlatego, że nie miałem takiego stresu, bo ja się ani w karierze, ani w życiu nie lubię stresować. Byłem pomocnikiem, robiłem zawsze to, co do mnie należało i wszyscy to doceniali. Dla mnie to było spełnieniem marzeń.
Pod tym względem miałem lepiej, niż liderzy. Oni wszyscy – Majka, Sagan czy Contador ten stres mieli zdecydowanie większy. Wiedzieli, że cała drużyna na nich patrzy i że muszą koniecznie pokonać rywali. Ja nie miałem tego problemu. Nawet kiedy miałem słabszy dzień, nie był to koniec świata. Nie byłem z tego rozliczany. Nikt na mnie nie krzyczał [z jednym wyjątkiem, o którym wspominał w pierwszej części rozmowy! – przyp. red.].
A ja byłem z Majką przez całą karierę praktycznie w jednym pokoju i widziałem, jaki ten chłopak ma stres. Przyjeżdża siedmiu zawodników, cała drużyna ustawiona jest pod niego… to jest gigantyczna odpowiedzialność. A do niej nigdy mnie nie ciągnęło. Dziś w życiu codziennym staram się unikać stresu i tak samo było w trakcie kariery. Tak naprawdę ja się bawiłem w kolarstwo.
No właśnie. Pytałem o Sagana, pytałem o Contadora, a nie zapytałem o prawdopodobnie najważniejszą postać w twojej karierze – o Rafała Majkę.
Rafał to przede wszystkim był (i jest dalej) mój bardzo dobry kumpel. Ale oczywiście były takie dni, że się wkurzał, gdy nas nie było z przodu. Każdy lider jest na swój sposób wymagający. Nie dziwi mnie to zresztą, właśnie z powodu tej odpowiedzialności, o której już mówiłem.
Mówiłeś też, że niemal zawsze byłeś z nim w jednym pokoju. Zdarzały wam się tam ciche dni?
Pewnie że tak. Nieraz przydarzyła nam się jakaś spina. Ale nic nie było w stanie zmienić tego, że byliśmy wielkimi kumplami. Gdy pojawiło się jakieś nieporozumienie, nie trwało długo. Lubiliśmy się i nie potrafiliśmy się na siebie długo obrażać, a to nasze wzajemne zrozumienie później bardzo nam pomagało. Rafał potrafił się też świetnie odwdzięczać za pomoc. Wygrywał przecież etapy Tour de France, całe Tour de Pologne… dużo tego było
A Majka miał jakiś wpływ na to, że przeszedłeś do Saxo Banku? On trafił tam kilka lat przed tobą.
Raczej nie. Saxo Bank załatwił mi Lombardi. Majki nie było też na tych klasykach we Włoszech, na które pojechałem w ramach swojego stażu. A później, po zakończeniu jazdy w Saxo Banku, mieliśmy się rozdzielić, bo dogadywałem się już z innym zespołem. Ale ostatecznie nasz menedżer stworzył taką pakę, która w komplecie przeszła do BORA-hansgrohe. Nas tam wtedy przeszło z Saxo…
… ośmiu!
Tak, dokładnie ośmiu z jednego teamu. I nie żałowałem, bo polubiłem się zarówno z Maćkiem Bodnarem, jak i Peterem Saganem. To był dla nas duży plus. Na każdym wyścigu mogliśmy rozmawiać po polsku, bo zawsze był jakiś Polak – czasem z obsługi, a najczęściej po prostu w składzie. I świetnie wspominam ten czas, bo nie dość, że drużyna jakościowo była z najwyższej półki, to jeszcze stworzyliśmy zgrany zespół.
Pamiętam takie Tour de France, gdy była nas trójka Polaków i od razu łatwiej było nam przetrwać te trzy tygodnie.
Jak trafiałeś do BORA-hansgrohe, to zespół odstawał od Tinkoff Saxo pod względem organizacyjnym? Z jednej strony mieliśmy jeden z najmocniejszych zespołów na świecie, z drugiej – pierwszorocznego worldtourowca. Było to widać?
Tak. Na początku mieliśmy pewne obawy, że BORA-hansgrohe nie będzie tak dobrze zorganizowaną drużyną, jak Tinkoff. To był zespół, który właściwie nie miał żadnych finansowych limitów. W Borze tak nie było, jednak później, gdy zaczęli się rozwijać pod względem sportowym, szło to w parze z rozwojem organizacyjnym.
Pierwszy rok był trudny. Widać było, że są nowi w World Tourze, jednak szybko się rozrośli ł gdzieś po roku dorośli do worldtourowych realiów.
Czym się to przejawiało?
Sprzęt, rowery… właściwie pod każdym względem. W Tinkoff Saxo byliśmy przyzwyczajeni do tego, że wszystkiego mieliśmy aż za dużo. A tu wręcz przeciwnie. Jakość sprzętu, jakość ciuchów, liczebność sztabu… odstawali od standardów, do których byliśmy przyzwyczajeni. Ale nikogo to nie dziwiło. To był dla tej ekipy duży przeskok. Nagle z małego teamu stali się dużym teamem, do którego przechodzi Peter Sagan, najlepszy kolarz świata. Ale menedżer – Ralph Denk odrobił zadanie domowe. Włożył w rozwój drużyny bardzo dużo pracy. W efekcie to była kwestia roku i BORA stała się zespołem na takim samym poziomie organizacyjnym, jak Tinkoff Saxo.
Tam też było nagle zrobiło się wszystkiego aż za dużo?!
No dobrze, może nie aż tak. Ale na pewno byli na poziomie worldtourowym. Tinkoff Saxo rzeczywiście było specyficznym zespołem – tam naprawdę miałeś wszystko, o czym mogłeś sobie zamarzyć. Nie wiem, spóźniłeś się na samolot, to pisałeś maila i po kilku minutach miałeś kolejny bilet. Tak, Saxo Bank był organizacyjnie lepszy, ale BORA-hansgrohe to, po tym pierwszym roku, też był najwyższy poziom.
A jakbyś porównał Ralpha Denka i Olega Tinkova? To były dwa różne światy?
Oj, zdecydowanie tak. Zupełnie różne osobowości. Ale obaj byli bardzo ciekawymi ludźmi. Z Olegiem było tak, że jak wszystko się dobrze układało, to potrafił nam przywieźć własnym samolotem kawior i bardzo drogie szampany. Ale jak był wkurzony, to… było nieciekawie. Jak to Rosjanin! Z kolei Ralph Denk był człowiekiem, który stresował się zdecydowanie mniej.
Ale niesamowicie szanowałem obu. Oni i Bjarne Riis potrafili stworzyć coś od zera, a mnie to zawsze imponowało. I bardzo cieszę się, że dzięki kolarstwu miałem możliwość przyjrzenia się z bliska temu, jak zorganizowany jest zawodowy zespół, duża firma. I sam wykorzystuję to zatrudniając ludzi. Widziałem, jak wygląda logistyka w teamie i teraz, gdy wraz z żoną prowadzimy dwie różne firmy, bardzo korzystam z tego, czego się wtedy nauczyłem.
Z tego co czytałem, Tinkov potrafił zapewniać wam niesamowite atrakcje. Podobno ścigaliście się motorówkami.
U niego budżet był nieograniczony. Myśmy byli na Kilimandżaro. Tinkov normalnie wyprawił tam sto ludzi i przez tydzień chodziliśmy po jakichś górach. Wtedy myślałem sobie, że wolałbym posiedzieć w domu, ale jak dziś wracam sobie do tamtych dni, to wspominam tę wyprawę z sentymentem. Trochę po świecie w życiu polatałem – czy to na wczasy, czy to na wyścigi. Myślę, że większość świata mam już zwiedzoną, ale żadnej wycieczki nie wspominam tak, jak tamtej. Dziś, gdy prowadzę już bardzo spokojne życie, to co wtedy tam przeżyłem wydaje mi się czymś kapitalnym. Czymś, co będę wspominał do końca życia
I jak sobie tam radziłeś?
To była specyficzna wycieczka. Sami musieliśmy sobie rozbijać namioty, pogoda była nieciekawa, była bardzo duża wysokość, jedzenie tragiczne, przez tydzień nie braliśmy prysznica… Ciekawa podróż, byłem razem z Majką w pokoju i właściwie umieraliśmy z zimna, ale jakoś sobie poradziliśmy. Większość ludzi nie dotarła na szczyt – mi się to udało. O czwartej w nocy zdobywaliśmy wierzchołek, żeby zobaczyć wschód słońca. Było ciężko, ale było warto.
Najlepsza wycieczka w życiu?
Bywałem w różnych miejscach – na Malediwach i innych, ale hmm… może nie najlepsza, ale chyba najbardziej pamiętna.
Przez długie lata ścigałeś się z Peterem Saganem. To może mi powiesz, jak to było z jego zakończeniem kariery w 2015 roku. Rzeczywiście rozważał taką decyzję, tak jak później opisywał to w książce?
Może zacznę od tego, ze spośród wszystkich zawodników, których miałem okazję poznać, to Peter Sagan miał najlepszą osobowość – zarówno jeśli chodzi o bycie kumplem, jak i bycie liderem. On był inny niż wszyscy. Można było się z nim śmiać, można było się wygłupiać. Gadaliśmy po polsku. Jak się z nim jechało na wyścig, to zawsze było śmiesznie. Wstawałeś rano i wiedziałeś, że się bawisz tym sportem. W nim nie było stresu. Był bardzo rozpoznawalny, co też prowadziło do śmiesznych sytuacji.
Nie czułeś, że jesteś w pracy, tym bardziej, że mieliśmy fajną paczkę. Śmialiśmy się przed etapem i po etapie… I to było widoczne szczególnie w czasach BORA-hansgrohe.
No tak, czytałem kiedyś, że wasz autokar zawsze był najgłośniejszy.
Nie ukrywam, że potrafiliśmy się bawić. Było tyle różnych sytuacji – o większości nie mogę mówić, które budowały nas, jako drużynę i pokazywało, że jesteśmy świetnie zgranym teamem. Wygrywaliśmy etapy na Tour de France. Te lata będę wspominał do końca życia.
No dobra, ale jak było z tym zakończeniem kariery?
No cóż, on był bardzo popularnym zawodnikiem, ale miał też plan B. Miał życie poza kolarstwem, miał kilka planów biznesowych, więc gdy czasem coś go zdenerwowało, to mówił, że to pieprzy i wyjeżdża na Słowację. Ale ostatecznie pociągnął tę karierę jeszcze przez wiele lat i został trzykrotnym mistrzem świata. Teraz są lepsi, jak Pogačar czy Van Aert, ale wtedy… wtedy nie było na niego mocnych.
I pewnie wszędzie chodzili za nim fani…
No tak, jak wychodziliśmy sobie na jakieś małe piwko podczas wyścigu, to woleliśmy to zrobić w pokoju hotelowym, niż na mieście. Jego po prostu znała cała masa ludzi, więc jego sukcesów nie mogliśmy celebrować w miejscach publicznych. To był chyba jego jedyny minus.
Mieliście tam taką polsko-słowacką mafię. Było takie Tour de France, gdzie pojechaliście w składzie złożonym z trzech Polaków i dwóch Słowaków.
No tak. My niekiedy rozmawialiśmy przy stolikach wyłącznie po polsku. Powinniśmy niby rozmawiać po angielsku, ale… nie zawsze się do tego stosowaliśmy. Jak gadaliśmy przez radio, to najczęściej właśnie po polsku – Peter Sagan się bardzo szybko nauczył polskiego… to był niekiedy nasz atut. Nikt nie wiedział, co zamierzamy, bo nikt nas nie rozumiał.
Właśnie, to pomagało?
No, może nie pomagało, ale to było całkiem fajne, że my ze sobą rozmawiamy i nikt wokół nas nie rozumie. Oczywiście w teamie rozmawialiśmy też po angielsku i po włosku, bo te języki każdy z nas znał, ale większość rozmów między sobą przeprowadzaliśmy po polsku. Fajne czasy.
Ktoś miał problem z tym, że przy stole rozmawiacie po polsku?
No tak, mieliśmy w zespole taką zasadę, że rozmawiamy po angielsku, ale nie zawsze jej przestrzegaliśmy. Jak było to Tour de France, o którym mówiłeś, to rozmawialiśmy po polsku. Jak były jakieś wyścigi, gdzie było więcej Włochów, to rozmawialiśmy po włosku. Niemcy też, jak było ich więcej, to mówili po niemiecku. Teoretycznie powinniśmy rozmawiać po angielsku, ale w praktyce gadaliśmy raz po włosku, raz po niemiecku, raz po polsku, a raz rzeczywiście po angielsku – te języki przez cały czas jakoś się ze sobą przeplatały.
Były za to jakieś kary?
Nie, kary pojawiały się za jakieś spóźnienia na trening podczas zgrupowań. A jeśli chodzi o języki to… to była bardziej kwestia kultury. Po prostu czasami wypadało rozmawiać w takim języku, żeby każdy rozumiał, co masz do powiedzenia.
Wy Sagana nauczyliście mówić po polsku, czy on umiał mówić po naszemu już wcześniej? Bo jeszcze jako junior ścigał się w polskich wyścigach.
Słowacki i polski to bardzo podobne języki. I Peter, a także jego brat – Juraj, szybko się go nauczyli. Ale rozmawialiśmy też takim trochę polsko-słowackim miksem – raz my nie rozumieliśmy do końca pojedynczych słówek, raz oni, ale dogadywaliśmy się – nie potrzebowaliśmy się wspomagać ani włoskim, ani angielskim.
Peter Sagan to trzykrotny mistrz świata. Oczywiście wtedy gdy odnosił te sukcesy nie było cię w drużynie, ale sam przyczyniłeś się do mistrzostwa świata innego zawidnika. Ponferrada 2014 to dla ciebie najbardziej pamiętny wyścig, w którym wziąłeś udział?
To jest dobre pytanie. Nawet nie wiem, ale bardzo możliwe. To był na pewno wyścig wyjątkowy, bo z Michałem ścigałem się już od czasów juniorskich. Wiedziałem od zawsze, że to będzie kolarz wielkiego formatu. Pamiętam różne wyścigi z jego udziałem, przede wszystkim mistrzostwa Europy, przed którymi powiedział nam: “Chłopaki, ja ten wyścig wygram”, a potem rzeczywiście wygrał. A 10 lat później przyszła Ponferrada i tam historia się powtórzyła. Zresztą… chyba już ci to mówiłem w jakimś wywiadzie!
Tak, mówiłeś, ale o tym wyścigu można byłoby rozmawiać co tydzień!
To rozmawiajmy. Ja się wtedy poczułem, jakbym cofnął się o tę dekadę, do tych juniorskich czasów. I wiedziałem, że to zrobi. I to zrobił. A ja się cieszyłem niesamowicie z tego, że byłem częścią zespołu, który doprowadził do tego, że polski kolarz zdobył mistrzostwo świata.
To cieszyło bardziej, niż Vuelta 2015, gdy Rafał Majka sięgnął po podium?
Podobnie, ale chyba jednak trochę bardziej. Mistrzostwo świata to jednak mistrzostwo świata. Zdarza się bardzo rzadko, więc niesamowicie się cieszę, że byłem na tym wyścigu, byłem z nim w zespole. Z Michałem znamy się od czasów juniorskich. Przejechaliśmy razem wiele wyścigów. Znamy się od 15 roku życia, więc cieszyłem się, że mogłem mu pomóc. Wiedziałem, że będzie wielkim kolarzem. Stał się wielkim kolarzem i wielkim kolarzem pozostaje aż do dziś.
Mówisz o tym juniorskim ściganiu, to na chwilę do niego wróćmy. Już wtedy Michał Kwiatkowski był w swojej kategorii wiekowej jednym z najlepszych kolarzy na świecie, ale… zdarzało się, że pracował na ciebie? Bo ty też miewałeś dobre wyniki…
Tak, zdarzały się te wyścigi, choćby właśnie podczas Lunigiany, o której rozmawialiśmy wcześniej, mogłem, z tego co pamiętam, liczyć na pomoc Michała. Było też parę innych imprez. Ale to był o klasę lepszy zawodnik, niż ja. Zwykle to ja byłem tym, który na niego jeździł. Nie na odwrót.
A jak byś porównał go do Rafała Majki?
Kwiatkowski był profesorem kolarstwa. Miał dużo więcej takiego kolarskiego instynktu, ale… Rafał też był wielkim kolarzem. To są jedni z najlepszych zawodników w historii Polski. Bardzo się cieszę, że miałem okazję pracować na ich wyniki. Tym bardziej, że prawdopodobnie jeszcze wiele, naprawdę wiele lat będziemy musieli czekać, by doczekać się podobnych talentów. Choć mam nadzieję, że się mylę. Naprawdę bym chciał, żeby pojawili się następcy, tym bardziej, że sam ogladam wyścigi…
No właśnie, cały czas kochasz kolarstwo. Nie wolałbyś być teraz na szosie, zamiast przed telewizorem? Nie korciło cię, żeby przedłużyć swoją karierę jeszcze o kilka lat?
Gdybym chciał, to zostałbym w World Tourze. Miałem oferty. Tylko że byłem tym wszystkim zmęczony. Zmęczony tym, że tak rzadko jestem w domu. Ciągle gdzieś latałem – właściwie nigdy mnie nie było. A życie zawodowego sportowca jest poukładane nie tylko pod zawody, ale w ogóle pod każdy trening – każdy dzień jest podporządkowany kolarstwu. Poza tym, kontrakty się trochę poobniżały, więc nie widziałem sensu tych wszystkich wyrzeczeń, na które trzeba się godzić będąc profesjonalnym sportowcem.
Miałem oferty z World Touru, ale… to były czasy pandemiczne. Dość długo siedziałem w domu – może to też miało jakiś wpływ na tę decyzję. Nie było mi łatwo ją podjąć, ale… nie żałuję. Gdybym miał wybrać jeszcze raz – dziś zrobiłbym to samo. Trochę się zmęczyłem zawodowym sportem. Zmęczyłem się dietą. Zmęczyłem się treningiem…
Nigdy nie powiem, że nie było warto tego wszystkiego zaczynać. Było warto, bo kolarstwu zawdzięczam niesamowicie dużo. Nie musiałem iść do pracy, żeby zarabiać na życie – mogłem odłożyć pieniądze i spełniać się przy robieniu tego, co kocham. Przeżyłem mnóstwo fantastycznych momentów. Zwiedziłem kawał świata. Spotkałem bardzo wielu ludzi… Naprawdę dziękuję wszystkim tym, którzy doprowadzili mnie do tego miejsca. Ale decyzję o końcu podjąłem, moim zdaniem, w odpowiednim momencie.
Miałeś ofertę od UAE Team? Bo tam trafił Rafał Majka.
Nie, stamtąd nie. Ale były oferty z mniejszych teamów z World Touru. Te oferty były niższe, ale nie to zadecydowało. Po prostu zmęczyłem się kolarstwem. To są ciągłe wyrzeczenia, a ja… ja jestem rozrywkowy gość. To życie w ciągłym reżimie bardzo mnie męczyło – potrzebowałem tej wolności, którą cieszę się dzisiaj.
Przeczytaj również inne wywiady autora:
Krzysztof Wyrzykowski – człowiek, któremu sekrety zdradzał Armstrong
Michał Gołaś – Godzinne konwersatorium z „profesorem kolarstwa”
Lechosław Michalak i kolarski powrót do lat 80.
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 1 Przysięga
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 2 Spełnienie
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 3 Koniec
Bogumiła Matusiak – wspomnienia ze starego Tour de France
Fignon i spółka powiedzieli: „On musi nas masować” – wywiad z „Bobem” Madejakiem
Od angażu „na kredyt”, do gwiazdy Tour de Pologne w pół roku – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 1
Droga prowadząca do Francji – wywiad z Janem Brzeźnym, cz. 2.
Na „ty” z Szarmachem – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 3
Maciej Paterski: „Jens Voigt chyba chciał mnie udusić”
Maciej Paterski – jak pokonał Mollemę i Rogliča
Maciej Bodnar – jak rozkochał w sobie Włochów i trafił do elity
Maciej Bodnar – Bodyguard zawodowiec
Zbigniew Spruch – wtedy, gdy wszystko się zaczęło
Zbigniew Spruch – Zawsze drugi
Portugalskie przygody Dariusza Bigosa
Dariusz Bigos: „Celujemy w drugą dywizję. Być może już za dwa lata”
Henryk Charucki – Wizyta w fabryce elektrycznych maszyn i kolarskich marzeń
Henryk Charucki – Wielka kolarska emigracja
Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota
Marek Leśniewski – długa droga do zawodowstwa
Tomasz Marczyński – 60 minut z Loco
Janusz Kowalski – Szybszy od Pogačara
Janusz Kowalski – opowieść o niewykorzystanym potencjale
Przemysław Niemiec – Droga do Giro
Przemysław Niemiec – W kolarskim raju
Lech Piasecki – zanim został zawodowcem
Lech Piasecki: „Saronni dał mi zwycięstwo, Anquetil je odebrał”
Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 1
Czesław Lang – Tour de Pologne. Nowy początek
Czesław Lang: „Cavendish żałował, że przyjechał tu tak późno”
Benedetti – Polak z Włoch. Pomocnik, który stał się legendą
Bartosz Huzarski – od Wyścigu Pokoju do wielkich tourów
Boska komedia Marka Rutkiewicza – cz. 1 Niebo
Boska komedia Marka Rutkiewicza cz. 2 Piekło
Boska komedia Marka Rutkiewicza cz. 3 Czyściec
Paweł Poljański: „Contador często się na nas wkurzał”



![Tour de Pologne 2026: Faworyci zapowiadają ciekawą walkę na królewskim etapie [wypowiedzi]](https://naszosie.pl/wp-content/uploads/2026/08/Michal-Kwiatkowski-218x150.jpeg)





Ciekawa rozmowa, trochę inna niż pozostałe