9 – tylu zawodników liczyła polska kadra na Mistrzostwach Świata w Ponferradzie w 2014 roku. Choć Michał Kwiatkowski zdobył w Hiszpanii złoty medal po pięknej indywidualnej szarży, to jego sukcesu nie byłoby, gdyby nie pomoc ośmiu kolegów. A właściwie to dziewięciu.
Bartosz Huzarski, Bartłomiej Matysiak, Maciej Bodnar, Maciej Paterski, Michał Podlaski, Paweł Poljański, Przemysław Niemiec i Michał Gołaś – gdy spojrzy się na skład, który 28 września 2014 roku stanął na starcie ponferradzkiego czempionatu, można dostrzec w nim jeden spory brak. Nie ma Rafała Majki, który podobnie jak Kwiatkowski tamten sezon do dziś wspomina zapewne jako jeden z najlepszych w karierze.
Dla Majki mistrzostwa świata, z racji jego kolarskiej charakterystyki, nigdy nie były priorytetem (wystąpił w nich zaledwie czterokrotnie) i 2014 rok nie był w tej kwestii wyjątkiem. Do Hiszpanii nie pojechał, ale do sukcesu swojego rodaka dołożył ogromną cegiełkę. Był bowiem jednym z dwóch głównych architektem prawdopodobnie najlepszego sezonu w historii polskiego kolarstwa zawodowego. O sukcesach Kwiatkowskiego pisaliśmy już wczoraj – Majka dołożył do nich m.in.:
- 6. miejsce w Giro d’Italia
- 2 zwycięstwa etapowe w Tour de France
- Zwycięstwo w Tour de Pologne
W połowie sierpnia, gdy rozdawano miejsca na mistrzostwa świata, obaj Polacy byli w czołowej “20” rankingu World Tour i łącznie zdobyli w nim 498 punktów spośród 549 uzbieranych przez wszystkich naszych kolarzy (brakujące 51 dorzucił Przemysław Niemiec). To dzięki temu znaleźliśmy się w gronie 10 najlepszych ekip, którym przysługiwał komplet miejsc, a dziewięciu polskich kolarzy dostało okazję, by przeżyć jeden z najpiękniejszych dni w swoim kolarskim życiu.
Wybrańcy
Pomimo braku Rafała Majki, w polskim składzie nie brakowało znanych postaci – i nie chodzi tu tylko o Kwiatkowskiego. Był Bartosz Huzarski, który rok wcześniej, we Florencji zapewnił Polakom mnóstwo emocji dzięki swojemu śmiałemu odjazdowi. Był Michał Gołaś, który od lat służył pomocą swojemu młodszemu koledze, Przemysław Niemiec – 6. kolarz Giro d’Italia 2013 i zwycięzca etapu Vuelta a Espana sprzed kilku tygodni, a także Maciej Bodnar i Paweł Poljański, których usługi bardzo cenili sobie Peter Sagan i Rafał Majka. Każdy z nich na co dzień startował w wyścigach zaliczanych do World Touru i raczej nie odgrywał w nich wyłącznie roli statystów.
Obok nich znalazło się miejsce dla drugiej grupy kolarzy – przedstawicieli ekip krajowych. Początkowo liczyła ona zaledwie dwa nazwiska – po jednym z dwóch najmocniejszych polskich ekip – CCC Sprandi Polkowice i ActiveJet Team. Pierwszą z nich reprezentował Maciej Paterski, który do Polski wracał po czterech latach spędzonych w World Tourze i raz za razem pokazywał, że nie był to przypadek (w 2014 wygrał np. Tour of Norway). Młodszy o dwa lata od niego Michał Podlaski był natomiast postacią zdecydowanie mniej znaną, jednak o jego umiejętnościach wspinaczkowych całkiem dobrze świadczyło wywalczone rok wcześniej górskie mistrzostwo Polski.
Na tydzień przed startem okazało się jednak, że do tej dwójki dołączy jeszcze jeden przedstawiciel krajowego peletonu. W miejsce chorego Łukasza Wiśniowskiego wskoczył bowiem mistrz Polski – Bartłomiej Matysiak.
Choć zdrowotne problemy zespołowego kolegi musiały mieć negatywny wpływ na morale ekipy, to ogólna atmosfera była bardzo dobra – Już samo bycie w tej drużynie – to było coś. Mieliśmy wtedy wszyscy świetny sezon, a do Ponferrady pojechało nas naprawdę wielu. Do tego “Kwiatek” był mega zmotywowany i jak jechaliśmy razem w parze na treningu, to mówił mi, że czuje się bardzo dobrze i zamierza walczyć o zwycięstwo – wspominał w niedawnym wywiadzie z Naszosie.pl Bartosz Huzarski.
Pewność poprzedzająca sukces
Biorąc pod uwagę słowa “Huzara”, bardzo możliwe, że był on pierwszym kolarzem, który dowiedział się od Kwiatkowskiego, że ten ma na tamte mistrzostwa bardzo jasne cele. Z pewnością nie był jednak ostatni. Wszyscy członkowie tamtej drużyny jak jeden mąż podkreślają, że “Kwiato” przez cały czas emanował pewnością siebie, a apogeum była przedwyścigowa odprawa.
– To właśnie ona najbardziej zapadła mi w pamięć. Gdy Michał zabrał głos, biła od niego olbrzymia pewność siebie. Mówił o tych mistrzostwach z takim przekonaniem, że nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że jeśli tylko mu pomożemy, on będzie w stanie je wygrać. To zrobiło na mnie kolosalne wrażenie
– opowiada po latach Maciej Paterski, a jego słowa potwierdził każdy członek mistrzowskiej drużyny, którego zapytałem o tamtą odprawę. Prawdopodobnie najwięcej powodów do uwierzenia w słowa swojego lidera miał jednak Paweł Poljański – jego reprezentacyjny kompan od czasów juniorskich. On słuchając tego, co mówi mu Kwiato, mógł mieć małe déjà vu.
– Wiele lat wcześniej, jeszcze podczas juniorskich mistrzostw Europy powiedział do nas: “Chłopaki, pomóżcie mi, to wygram ten wyścig!”. I wygrał – zresztą dosyć pewnie. Dlatego teraz znów wierzyłem, że dotrzyma słowa – zdaje się, że nawet mówiłem o tym Maćkowi Bodnarowi.
– wspomina.
To, że tak wielu członków tamtej drużyny wspomina tamtą odprawę, dość jednoznacznie wskazuje na to, że miała ona kolosalny wpływ na jej pewność siebie. Niemniej sam zalążek wiary w końcowy sukces pojawił się zdecydowanie wcześniej. Gdy kilka tygodni wcześniej Przemysław Niemiec wygrywał etap Vuelta a Espana powiedział w wywiadzie dla “Przeglądu Sportowego”: “Teraz brakuje tylko spuentowania tego roku złotym medalem Michała Kwiatkowskiego!”.
Przejęcie inicjatywy
Wstępny zarys planu na tamten wyścig narodził się zresztą już zdecydowanie wcześniej, niż po odprawie. – To, że trzeba będzie się poświęcić dla Michała, było dla nas oczywiste, bo już przy ustalaniu składu Wadecki do nas zadzwonił i się pytał, czy bylibyśmy gotowi to zrobić – opowiadał mi w maju Przemysław Niemiec. Z kolei trzecia najważniejsza osoba w tamtej kadrze – obok Wadeckiego i Kwiatkowskiego, czyli Michał Gołaś tłumaczył trzy lata temu:
– Nas w Hiszpanii było dziewięciu i z pewnością wszyscy nie byli w stanie ukończyć tego wyścigu – niezależnie od obranej strategii. Pewnie do mety nie dojechałoby nawet sześciu z nas. Dlatego czterech czy pięciu ludzi można było spokojnie poświęcić w pierwszej fazie.
“Okazja” do takiego poświęcenia pojawiła się dość szybko, gdy do przodu ruszyła czwórka uciekinierów: Litwin Zydrunas Savickas, Chorwat Matija Kvasina, Kolumbijczyk Carlos Quintero i Ukrainiec Oleksandr Polivoda. Choć żaden z nich nie miał szczególnie dużego doświadczenia, jeśli chodzi o ściganie na najwyższym poziomie, to w pewnym momencie trzeba było się ich zacząć obawiać. Pasywność peletonu sprawiła bowiem, że szybko wywalczyli sobie ponad 10-minutową przewagę.
– Wszyscy liczyli, że gonić zaczną Hiszpanie, z Valverde i Rodriguezem w składzie, a oni nie chcieli tego robić. My w Quickstepie mieliśmy wpojone to, że bierzemy w swoje ręce osiemdziesiąt procent wyścigów. W tamtych latach mieliśmy sezony, które kończyliśmy z 70 czy 80 triumfami na koncie, więc nawet nie zastanawialiśmy się “gonić, czy nie gonić”. Odpowiedź na to pytanie zawsze byłaby taka sama. “Gonić!”. No i z takiego założenia wyszedłem też w kadrze. Mieliśmy tam ludzi, którzy w końcówce do niczego się nam już nie przydadzą, ale mogą dołożyć swoją cegiełkę do ewentualnego sukcesu, jeśli będą pracowali od startu.
– tłumaczył Gołaś.
Po co pracowała Polska?
Tak wczesne rozpoczęcie pracy przekładało się na konkretne korzyści. – Michałowi tamta trasa bardzo sprzyjała. Prowadziła po krętej, pagórkowatej rundzie, a on właśnie w takim terenie czuł się najlepiej. Zależało mu na tym, żeby jechać z przodu, żeby zaoszczędzić jak najwięcej energii
– wspomina Bartłomiej Matysiak – jeden z dwóch polskich kolarzy, którzy poszli na pierwszy ogień. Drugim był Michał Podlaski, który z kolei zauważa:
– Nasza praca zapewniała Michałowi Kwiatkowskiemu duży komfort. Dzięki niej mógł przez cały dzień bardzo swobodnie poruszać się po peletonie, co było tamtego dnia bardzo istotne. Było deszczowo, mokro, więc ta jazda z przodu bardzo pomagała i zapewniała mu bezpieczeństwo.
Tak, jak 14 lat wcześniej, tak i teraz, biało-czerwone koszulki były doskonale widoczne na czele peletonu. Polscy komentatorzy przypominali, że przecież w 2000 roku podobną pracę dla Zbigniewa Sprucha wykonali jego koledzy, za co ten później odwdzięczył się im srebrnym medalem. Tym razem walka szła o pełną pulę, a nasi reprezentanci, niezależnie od okoliczności i wciąż dużej przewagi ucieczki, nie tracili pewności siebie.
– Nie było ani jednego momentu, w którym można było się obawiać, że ucieczka dojedzie do mety. Po to właśnie ciągnęliśmy z przodu razem z Bartkiem Matysiakiem, a dodatkowo mogliśmy jeszcze liczyć na Przemka Niemca i Maćka Bodnara, którzy trochę nam podpowiadali, mówili co mamy robić – kiedy dokręcić, a kiedy zwolnić. A gdy już zostaliśmy wyeksploatowani, to do akcji wkroczyli inni. Był też oczywiście nasz kapitan – Michał Gołaś, który czuwał nad tym, żeby ta cała maszyneria dobrze działała. Naprawdę wszystko było doskonale zaplanowane od początku do końca. Nie było żadnych nerwowych sytuacji.
– dodaje Podlaski. Gdy “Sutek” i Matysiak zakończyli swoją pracę, przyszła kolej na Macieja Bodnara i Bartosza Huzarskiego. Ten ostatni zauważył kolejną przewagę, którą dawał Kwiatkowskiemu fakt jazdy z przodu, razem z zespołowymi kolegami:
– Jak przejeżdżaliśmy rundy, to on za każdym razem testował TEN zjazd. Wychodził do przodu, zjeżdżał i po prostu się go uczył. Miał ku temu okazję, bo jak my pracowaliśmy, to on był tam z nami, z przodu i jak tylko zaczynaliśmy zjeżdżać, to wyjeżdżał sam na czoło i sprawdzał zakręty
TEN moment
Kolejne kilometry mijały, a z przodu było już coraz mniej biało-czerwonych koszulek. Zmieniała się liczebność naszej drużyny, zmieniał się układ sił w czołówce – poprzednia ucieczka została doścignięta, a na czele pojawiła się inna: Cyril Gautier (Francja), Vasil Kiryienka (Białoruś), Alessandro de Marchi (Włochy) i Michael Andersen (Dania). Zmieniało się wiele rzeczy, ale nie nastawienie Polaków. W końcu ze swoim liderem zostali już tylko Maciej Paterski i Michał Gołaś. Ten pierwszy wspomina:
– Każdy miał na ten wyścig przypisaną swoją rolę w zależności od tego, w jakiej był dyspozycji. I od początku planowaliśmy, że mam trzymać się z Michałem niemal do samego końca i na szczęście udało mi się to zrobić
Paterski i Gołaś byli jedynymi kolarzami reprezentacji Polski, którzy ukończyli tamten wyścig. Matysiak, Bodnar, Niemiec, Podlaski, Huzarski i Poljański po zakończeniu swojej pracy zjechali z trasy. Swoje i tak już zrobili. Nagle z zawodników – kluczowych dla przebiegu wyścigu, zamienili się w kibiców. – Widziałem to już w busie, w telewizji. Emocje były bardzo duże – nigdy wcześniej nie przeżywałem tak żadnego oglądanego wyścigu. – opowiada dziś Poljański. Nic dziwnego. Teraz już nic nie mógł zrobić, a wciąż nie wiedział, czy kolosalna praca wykonana przez niego i pozostałych, przyniesie pożądany skutek.
W odbiorniku “Poljan” wraz ze swoimi towarzyszami widział więc, jak na ostatnim podjeździe pod Confederacion Belgowie luzują jego ostatnich kolegów na czele, ale jedynie na chwilę. Po chwili okazało się bowiem, że “Kwiato” postanowił zaatakować na zjeździe, a potem na Mirador jeszcze przyspieszył, by utrzymać przewagę aż do końca wyścigu. Jedno z największych wydarzeń w całej historii polskiego kolarstwa stało się faktem. – Kolarz, którego znałem od młodzika, został mistrzem świata… – nie mógł uwierzyć Poljański.

Labores pariunt honores*!
Kapitalna praca pomocników Michała Kwiatkowskiego przyniosła więc efekt – nareszcie, jakby na uczczenie ćwierćwiecza upadku PRL-u, doczekaliśmy się pierwszego zawodowego mistrza świata.
– Myślę, że wszyscy byliśmy zadowoleni z tego, że to się tak poukładało i praktycznie każdy coś od siebie dołożył. Tak naprawdę Michał był wtedy bardzo mocny – pewnie mógł wygrać tamte mistrzostwa bez drużyny. Ale dzisiaj każdy ma tę satysfakcję, że popracował kilometr, dziesięć, sto… każdy jest częścią tego sukcesu.
– mówił mi trzy lata temu Michał Gołaś, a jego słowa potwierdzają dziś właściwie wszyscy kolarze, którzy znajdowali się z nim wówczas w kadrze.
– Tamten moment, gdy Michał zdobył mistrzostwo świata to jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu. W całej karierze pamiętam takie dwie – wtedy, gdy zdobyłem mistrzostwo Polski i właśnie wtedy, gdy byłem z Michałem w Ponferradzie.
– opowiada dziś Matysiak, a i bardziej doświadczony Huzarski, gdy tylko zapytałem go o tamten wyścig, znacząco się ożywił i powiedział:
– Wspomnienia stamtąd mam naprawdę fajowe. Pamiątkę też – do dziś trzymam tamtą koszulkę z podpisami. Byłem częścią drużyny, która doprowadziła Michała Kwiatkowskiego do pierwszego polskiego mistrzostwa świata zawodowców i jak do tej pory nikt tego sukcesu nie powtórzył. I na razie nie zapowiada się, żeby ktoś to zrobił w najbliższym czasie.
Chyba najlepszą puentą tego, co wydarzyło się 10 lat temu (ale też dzieje się pewnie do dzisiaj, a ze szczególnym natężeniem będzie się działo za 8 dni), są jednak słowa Michała Podlaskiego:
– Myślę, że ten wyścig będę wspominał do końca życia, tak jak pozostali jego uczestnicy. Chyba już przed tym nie uciekniemy. Nawet ostatnio gadałem z Piotrkiem Wadeckim – naszym ówczesnym selekcjonerem i choć nasza rozmowa miała być o czymś zupełnie innym, to i tak w końcu zeszliśmy na temat tamtych mistrzostw świata. Jak sobie teraz przypomnę, kogo miałem wtedy obok siebie… Maciek Bodnar, Paweł Poljański, Bartosz Huzarski, Przemysław Niemiec – każdy z nich osiągnął w swojej karierze bardzo dużo, a myślę, że tamten wyścig będzie w ich pamięci już na zawsze jako jeden z najpiękniejszych dni w ich życiu. Fakt, żaden z nas osobiście w Ponferradzie nie wygrał, ale wszyscy razem przeszliśmy do historii!
*łacińskie przysłowie oznaczające „Trudy przynoszą zaszczyty”. Przyznajcie, że, jak to często z łacińskimi przysłowiami bywa, brzmi dostojniej, niż polska wersja!
Skład Polski na mistrzostwa świata w Ponferradzie 2014
Bartłomiej Matysiak, Michał Gołaś, Przemysław Niemiec, Maciej Paterski, Michał Kwiatkowski, Bartosz Huzarski, Michał Podlaski, Paweł Poljański, Maciej Bodnar

Zobacz też:
Mistrzowskie odliczanie (10) – Preludium do polskiego dnia chwały










Oprócz zdziwienia komentatorów (ale w sumie czemu oni się dziwili skoro kwiato miał taki sezon?) to chyba inni nie doceniali tego, że kolarze z niższych dywizji mogą zrobić taką robotę. Teraz w sumie też w 3 dywizji mamy solidnych kolarzy
Kwiatkowski odplacil Majce w 2016 w Rio.
Paterski ma ms i vuelte jako pomocnik. Wg mnie też jeden z najlepszych kolarzy lat 10-12. I pamiętny etap w 2011 na tdf z. Metą we Włoszech (ten gdzie co chwila ktoś lądował na prywatnej posesji nie mieszcząc się w drodze).
Jak to czytam to wciąż ciarki, całokształt nie do powtórzenia. Jak mistrzostwo Lecha w 2022 🙂
A i jeszcze do tych co psiocza na Polskę i pzkol – kwiato jako 1 na mecie pocałował orzełka na koszulce. Pozdrawiam slowencow z polskim paszportem
Dziękuję za ten ciekawy wpis, czyta się bardzo dobrze, a emocje wracają pomimo tego,ze to juz 10 lat.
Czekam z niecierpliwością na dalsze „odliczanie”.
Świetnie napisane – brawo! Dobre tempo i dramaturgia. Bardzo dobrze Pan wykorzystał przeprowadzone wcześniej wywiady. Tak trzymać!