Zaczynał trenowania dzieci w Żywcu, a skończył opiekując się przyszłymi gwiazdami światowego kolarstwa – m.in. Fabianem Cancellarą. Marek Lato, bo o nim mowa, to dziś postać niemal całkowicie zapomniana, jednak z całą pewnością miała swój wkład w historię kolarstwa. W drugiej części wywiadu z nim skupimy się na jego karierze po przeprowadzce do Szwajcarii. Przeczytacie tu m.in. o:
- … tym, jak Cancellarę do porzucenia piłki na rzecz kolarstwa przekonały… pieniądze;
- … narciarzu, z którego zrobił wybitnego kolarza;
- … wyścigu, podczas którego jego dom stał się siedzibą polskiej kadry z Markiem Rutkiewiczem na czele.
Od wydarzeń przedstawionych w pierwszej części naszej opowieści minęło już bardzo dużo czasu. Choć Marek Lato wciąż nie ma wątpliwości, że jego ojczyzną jest Polska, to właśnie w Szwajcarii czuje się jak u siebie, a o lokalnych realiach wie prawdopodobnie więcej niż niejeden rodowity Szwajcar. Najlepiej przekonałem się o tym wtedy, gdy podczas wspólnego zwiedzania Berna oraz Murten, długo opowiadał mi o historii obu miast, a w trakcie wędrówki w dół jednej ze szwajcarskich stacji narciarskich tłumaczył mi różnice pomiędzy polską i szwajcarską polityką. Wiedza Marka Laty na temat Szwajcarii jest dziś ogromna, ale być może nie powinno to nikogo dziwić. W końcu spędził tam już połowę swojego życia…
W październiku 1990 roku w końcu znalazł się pan na terytorium Szwajcarii. Na początku było trudno? Znał pan już wcześniej niemiecki?
Niemiecki znałem dość dobrze. Nie uczyłem się go ani w szkole, ani na uczelni, ale jako młody chłopak wyjeżdżałem do NRD, żeby sobie tam trochę zarobić. Poza tym, już rok przed wyjazdem wiedziałem, że niebawem wyjadę, więc zacząłem uczyć się też sam. Skupiłem się wtedy mocno na nauce i w efekcie gdy już przyjeżdżałem do Szwajcarii, potrafiłem już trochę mówić po niemiecku.
Dzięki temu dość szybko się zaaklimatyzowałem i nie miałem zbyt dużych problemów komunikacyjnych, nawet jeśli moje wypowiedzi nie były jeszcze bardzo składne gramatycznie. To było bardzo ważne, bo już w listopadzie 1990 roku pojawiłem się na swoim pierwszym walnym zgromadzeniu kantonalnego związku kolarskiego. Od razu zostałem kantonalnym trenerem oraz członkiem komisji sportowej.
Nie był pan też w Szwajcarii sam, ponieważ szybko przyjechał tam również Andrzej Sypytkowski. Miał pan wpływ na jego transfer, prawda?
Tak, podczas wrześniowych zawodów Krupińskiego, gdy wiedziałem już, że wyjeżdżam do Szwajcarii, to powiedziałem o tym “Sypkowi”. W trakcie rozmowy wyszło, że on również byłby zainteresowany przenosinami, więc niedługo później zapytałem się Petera Eggimanna – przyjaciela, który pilotował moje przenosiny do Szwajcarii – czy nie dałoby się mu znaleźć jakiejś grupy. Oczywiście nie u nas, w Kerzers. My byliśmy dla niego za słabi.
Peter popytał i w końcu znalazł “Sypkowi” klub za sprawą Angelucciego Celestino – lokalnego biznesmena. Angelucci nie pełnił oficjalnej funkcji w żadnym klubie, ale był kolarskim pasjonatem, który wydawał na ten sport sporo pieniędzy. A to kupił klubowy samochód, a to przenocował u siebie jakiegoś zawodnika…
Dzięki temu miał dojścia w kilku grupach. Jedna z nich nazywała się, jeśli się nie mylę, Ceramique Mallorca. Zapytał się jej dyrektora, czy nie chcieliby mieć u siebie wicemistrza olimpijskiego i bardzo dobrego zawodnika. On oczywiście odpowiedział, że tak… No i ten Angelucci mówi: “Dobra, to niech przyjeżdża”. Nie pożałował. “Sypek” przyjechał na swój pierwszy wyścig, na takie kryterium i od razu był drugi. Wszyscy od razu otwarli oczy ze zdumienia… nie mogli uwierzyć, że udało mu się to już w pierwszym wyścigu.

Marek Lato radził sobie w Szwajcarii tak dobrze, że w pewnym momencie szwajcarscy dziennikarze przymierzali go do roli trenera kadry. – Po zajęciu siódmego miejsca w Barcelonie, Szwajcaria musi przed kolejnymi igrzyskami stworzyć nowy zespół drużynowych czasowców. Czy polski trener Marek Lato zastąpi Kaderliego w roli jej pierwszego trenera? – zastanawiał się Born Von Martin w jednym ze swoich artykułów, który ukazał się na łamach “Sportu”. W tekście pojawiły się nawet wypowiedzi samego Laty:
– Trzeba byłoby zacząć od podstaw i tak jak Włosi postawić na młodych kolarzy. Etapy jazdy drużynowej na czas powinny być w naszych wyścigach tak samo oczywiste, jak w Niemczech. A młodzi zawodnicy powinni być zachęcani do tego, by przykładali się do indywidualnych czasówek – bez tego nie zbudujemy silnej drużyny. To nie kwestia pieniędzy, a odpowiedniej selekcji, dobrego rozłożenia akcentów w poszczególnych wyścigach i systemu punktowego
– przedstawiał swoją wizję trener, który ostatecznie nie trafił do szwajcarskiej kadry.
Pan w Szwajcarii był dla Sypytkowskiego kimś w rodzaju trenera?
Nie było takiej potrzeby. Tak naprawdę Andrzej Sypytkowski w Szwajcarii, zupełnie nie potrzebował trenera. To był wicemistrz świata i wicemistrz olimpijski. Uznana marka. Sam sobie tworzył plan szkoleniowy i plan startów. I układał wszystko tak, żeby zarobić jak najwięcej pieniędzy.
Bo on właśnie po to do Szwajcarii przyjechał – nie po medale a po pieniądze. W tym czasie, w którym ścigał się tu “Sypek”, w Szwajcarii był podział na kilka klas. Było m.in. 600 amatorów, a nad nimi tzw. elita amatorów, z której można było przejść na zawodowstwo. Ale nie wszystkim zależało na zawodowstwie. W Szwajcarii niekiedy się to w ogóle finansowo nie opłacało. Lepiej było zostać w amatorach, bo gdy tam się miało dobre wyniki, to można było nawet wyciągnąć z tych wyścigów 60 tys. franków szwajcarskich.
To były kapitalne pieniądze – Camenzind w sezonie gdy zostawał mistrzem świata elity, zarabiał zaledwie 20 tys. franków rocznie. Camenzind! A tam, w najwyższej dywizji często nie wystarczał sam poziom sportowy. Taki David Loosli to mówił mi, że aby podpisać kontrakt z Lampre, musiał wcześniej znaleźć zespołowi sponsora.
Choć nie był pan już trenerem Sypytkowskiego, z którym pracowaliście w Krupińskim Suszcu, to i tak miał pan dużo pracy, prawda? Trenował pan zarówno klub jak i drużynę kantonalną. Te obowiązki się jakoś ze sobą pokrywały?
Pokrywały. Tu i tu trenowałem często tych samych zawodników…
Jak to możliwe? Dziś Kerzers leży w kantonie fryburskim, więc teoretycznie poza zasięgiem pana jako trenera kantonu berneńskiego…
To nie miało znaczenia. Wszystko zależało nie od tego, gdzie leżało miasto, a od tego, do jakiego związku sportowego należał Veloclub Kerzers, a więc zespół, który prowadziłem. A on był zarejestrowany w obu kantonach, co oznaczało, że mógł występować i tutaj, i tutaj. Dlatego mogłem powoływać zawodników ze swojego klubu do swojej drużyny kantonalnej.
Nie wiem, jak to bywało w innych kantonach, ale tutaj nigdy nie było z tym żadnych problemów. Możliwe że po prostu miałem szczęście. Kolarstwo w kantonie fryburskim nie było zbyt dobrze rozwinięte – nie wiem nawet, czy oni mieli tam jakąś swoją reprezentację, jakiegoś głównego trenera…
Kiedy zawodnicy trenowali z kantonem, a kiedy ze swoim klubem?
Jako klub trenowaliśmy raz, góra dwa razy w tygodniu. Umawialiśmy się na odpowiednią godzinę w określonym miejscu – np. na dworcu kolejowym [znajdującym się nieopodal domu Marka Lato – przyp. red.]. To nie było takie proste, bo wszyscy mieli swoje obowiązki – jedni się uczyli, inni – np. ja, pracowali. Zawsze się wtedy zbieraliśmy i jechaliśmy. I albo był tam ktoś z klubu. Niekiedy jeździłem za nimi sam, innym razem robił to mój współpracownik, tzw. opiekun albo po prostu któryś z ojców, a kiedy indziej jeździli sami. Treningi były zresztą otwarte, co oznacza, że niekiedy jeździli z nami również rodzice zawodników. Natomiast z zawodnikami z kantonu pracowałem głównie podczas zgrupowań we Włoszech.
A poza tym, jakie miał pan zadania jako trener kantonalny?
Choćby wybieranie sprzętu – zależało mi na tym, żeby nasz sprzęt był nowoczesny. Maviki z wysokimi felgami i szytki, np. Victoria Corsa Chronometro, a nie jakiś taki “balon”, jak to, na czym jeżdżą torowcy. Kupowaliśmy dres sportowy dla tych zawodników, którzy jeździli na jakieś zawody… dużo rzeczy. Na szczęście mieliśmy na to wszystko pieniądze od federacji. Z reguły spanie i wyżywienie było zapewnione przez organizatora – my musieliśmy tam dojechać i na szczęście zawsze mieliśmy za co wynająć sobie samochód. Niekiedy dojeżdżaliśmy też moim samochodem, ale wtedy oczywiście dostawałem zwrot za paliwo – zresztą po korzystnym przeliczniku. Można było na tym zrobić dobry biznes.
Jako trener kantonalny byłem jednak przede wszystkim odpowiedzialny za decydowanie o tym, w których wyścigach – krajowych i międzynarodowych, wystartuje mój kanton. Teraz to ja byłem trochę jak Żelaznowski i Trochanowski… Nie musiałem już zadowalać się tymi wyścigami, których nie chcieli inni. Mogłem wybierać. Zgłaszałem to później na komisji sportowej związku, a oni przygotowywali tyle pieniędzy, ile potrzebowałem.
Natomiast jeśli chodzi o sprawy stricte szkoleniowe, to musiałem monitorować postępy poszczególnych zawodników kantonu. Przykładowo Sven Montgomery – kolejny zawodnik z kantonu berneńskiego, który zrobił później dużą karierę, nie trenował u mnie, ale ze swoim trenerem indywidualnym. Mimo wszystko spotykaliśmy się mniej więcej raz w miesiącu i rozmawialiśmy o tym, co w jego planie szkoleniowym było dobre, co złe i co należy zmienić, żeby zrobić postęp.
Szwajcarskie drogi uchodzą za jedne z najbezpieczniejszych w Europie. To bardzo ułatwiało pracę?
Być może, ale tak czy inaczej musieliśmy brać pod uwagę ruch samochodowy. Na przykład niemal w ogóle nie trenowaliśmy jazdy drużynowej na czas – także dlatego, że było to zbyt niebezpieczne właśnie ze względu na samochody. Zresztą, wypadki i tak się zdarzały.
Przykładem może być brat Svena Montgomery’ego – Clint. On nie zrobił takiej kariery jak Sven. Nie przeszedł na zawodowstwo, ale i tak cały czas jeździł na rowerze jako amator. Aż pewnego dnia, już jako 25-latek, wybrał się na kolejny trening i nagle jakieś auto wyjechało mu z naprzeciwka, na czołówkę. Uderzyło w niego frontalnie i facet zginął.
Albo nad jeziorem Thun jakiś kolarz zjeżdżał z przełęczy. Samochód przywalił i koniec. Takie wiadomości przytrafiają się nam bardzo często… pamiętam, jak kiedyś wracaliśmy z jakiegoś kryterium. Nagle podchodzi do nas rodzic jednego z chłopaków i pyta: “słyszeliście, co się stało?”. Gdy odpowiedzieliśmy, że nie, to odpowiedział nam: “Samochód przywalił w jakiegoś dzieciaka. Nie żyje. Chłopak miał 13-14 lat.
A sam szwajcarski związek kolarski funkcjonował lepiej niż polski?
Na pewno inaczej. W szwajcarskim związku kolarskim liczy się niemal tylko kolarstwo szosowe – bo z tego są pieniądze. Poza tym, tam wszystko jest rozproszone, a w Polsce bardziej scentralizowane. O wszystkim decydowała ta grupa z Trochanowskim i Żelaznowskim – tam nie ma czegoś takiego. Jest też zdecydowanie mniej zespołów – wielu zawodników rozwija się indywidualnie, często są prowadzeni przez rodziców. Taki Niki Aebersold – kiedyś mój podopieczny, nie zapisał swojego syna do żadnego klubu. Trenował go na własną rękę i nie najgorzej na tym wyszedł. Dziś Nils jeździ w młodzieżowej drużynie Lidl-Trek.
I tak to tam z reguły funkcjonuje. Nie dlatego, że trenerzy są słabi. A jeśli ktoś rzeczywiście trenuje jakąś większą grupę, to… najczęściej angażuje się tylko do momentu, w którym częścią grupy przestaje być jego dziecko, które albo kończy karierę, albo przechodzi kategorię wyżej.
Mieliśmy kiedyś u siebie taką rodzinę. Dwóch chłopców, jedna dziewczyna… wszyscy świetnie jeździli na rowerze. A ojciec – Bernard doszedł nawet całkiem wysoko w hierarchii związkowej. I w końcu, jak oni się przestali ścigać, to cała rodzina wypisała się z klubu. A potem przychodzi ktoś nowy, który nie wie za dużo o kolarstwie
Niekiedy można odnieść wrażenie, że tutaj dosłownie wszystko dzieje się wewnątrz rodziny – tak jak to było choćby w przypadku Fabiana Cancellary. Jego matka była Szwajcarką, a ojciec Włochem i oboje bardzo się angażowali w tym, żeby zapewnić mu jak najlepsze warunki treningu. Ojciec z reguły zawoził go to tu, to tam i jednocześnie go trenował, a matka mu gotowała i często wręcz przywoziła mu to jedzenie na zawody. Do dziś mam w głowie taki obrazek, jak całą trójką siedzą sobie przed zawodami i jedzą razem spaghetti.
Kiedy usłyszał pan o Cancellarze po raz pierwszy?
Nie pamiętam kiedy dokładnie, ale pewnie wtedy, gdy był jeszcze żakiem. Trudno było o nim nie słyszeć, bo właściwie od początku kosił wszystkie wyścigi. Był bardzo dobrze zbudowany, rozwinięty fizycznie także dlatego, że wcześniej grał w piłkę nożną.
A dlaczego przeniósł swoje zainteresowanie na kolarstwo?
Fabian przez długi czas obracał się w towarzystwie takiej włoskiej kolonii w naszym kantonie. I tu znów pojawia się postać Angelucciego Celestino. Pewnego razu przyszedł na jakiś mecz piłkarski Fabiana i od razu zauważył w nim potencjał. Szybko zaczął go namawiać, żeby przyszedł kiedyś na jakiś nasz trening. Przekonywał ojca, że to opłaci mu się zdecydowanie bardziej niż piłka nożna: – Niech Fabian przyjdzie. U nas są zawody, atrakcyjne nagrody, a tu? A tu lipa.
To dość interesujące podejście. Piłkarze zarabiają jednak trochę więcej niż kolarze.
To prawda, ale nie na etapie młodszych kategorii wiekowych. A i tu i tu mało kto na poważnie w wieku żaka czy młodzika myśli na poważnie o tym, że kiedyś będzie zawodowcem… to jest droga po kamieniach… W każdym razie jego to przekonało. I słusznie, bo już od samego początku, jak miał te 13 lat, wygrywał właściwie wszystko.
O tym, że będzie kiedyś wielkim kolarzem, upewniłem się jednak dopiero w wyścigu, który przegrał. Pamiętam mistrzostwa Szwajcarii juniorów młodszych gdzie zajął 2. miejsce. Zajął Wyścig był niedaleko Kerzers i niedaleko miejsca, w którym mieszkał sam Cancellara, więc tym bardziej zależało mu na tym, żeby wygrać.
Niestety na 20 kilometrów przed metą pojawił się spory problem. Z grupy skoczył Lauener i nikt nie chciał go gonić. Wszyscy patrzą na Cancellarę – skoro wszystko wygrywał, to jemu powinno najbardziej zależeć na zwycięstwie. I rzeczywiście zależało. Gonił, gonił, gonił, ale nie dogonił. Mimo wszystko, bardzo mi wtedy zaimponował. Po całej tej szalonej gonitwie miał siłę, żeby później zafiniszować skutecznie o drugie miejsce. Ale najważniejsze stało się podczas ceremonii medalowej.
Wystarczyło popatrzeć na twarz Cancellary. Całkowicie zżerała ją złość. Nie płakał – ani wtedy, ani później. Po prostu całą swoją mimiką pokazywał: “Następnym razem nie będziesz miał ze mną najmniejszych szans!”. Było widać, że nie godzi się z porażką. I że jest z niego kapitalny materiał na zawodnika. Tak samo było też rok później, już w juniorach. Na którychś z juniorskich zawodów uciekł mu Michael Albasini – kolarz o rok starszy od niego. Znał tamte trasy – wyścig był w jego okolicach, we włoskojęzycznej Szwajcarii. Na zjazdach po wąskich uliczkach uciekł mu tak, że nikt nie był go w stanie dogonić. Nawet Cancellara. Ale Cancellara się z tym nie pogodził. Gdy rok później znów się tam ścigał, to uciekł reszcie na 50 km przed metą. Tak jakby chciał pokazać: “Teraz to już nikt mi nie ucieknie!”. Oczywiście wygrał bez problemu.
Pan wtedy z nim pracował?
Tak i nie. Był już juniorem, więc pracowałem z nim zdecydowanie rzadziej niż wcześniej, gdy jeździł z juniorami młodszymi. Był za dobry i w związku z tym łapał się do kadry narodowej. Tymczasem głównym zamysłem drużyny kantonalnej było to, by swoje szanse dostawali zawodnicy wciąż bardzo mocni, ale niewystarczająco by załapać się do reprezentacji. Kadrze kantonalnej o wiele łatwiej było otrzymać zaproszenia na większe wyścigi, niż ich klubom, najczęściej bardzo małym.
Ten system był całkiem skuteczny. Skorzystał z niego choćby wspomniany Loosli, który później był na przykład 8. w Tour de Pologne i spędził osiem sezonów w World Tourze. Do dzisiaj wspomina: “Moim pierwszym trenerem był Polak – Marek Lato”. To samo Montgomery, który zrobił karierę, choć początkowo w ogóle nie mieścił się w szwajcarskiej kadrze juniorów.
Ale tak czy inaczej, czasem do swojej dyspozycji miałem również Cancellarę. Jeździł ze mną na zgrupowania do Włoch i na niektóre wyścigi. Mogę też o sobie powiedzieć, że on dzięki mnie jest mistrzem Szwajcarii w jeździe drużynowej na czas.

fot. Marek Lato/Archiwum prywatne)
Jak to?
Bo to ja je zorganizowałem. W Szwajcarii właściwie w ogóle nie dbało się o tę konkurencję, a moim zdaniem jest to kapitalna szkoła kolarstwa. Gdzie indziej możesz być cwany i schować się na kole kolegi… tu jest to niemożliwe. Musisz jechać maksa, tyle ile masz siły. A na koniec wygrywa ten, kto jest mocniejszy. Z punktu widzenia szkoleniowego jest to bardzo cenne, więc w przeciwieństwie do innych szwajcarskich szkoleniowców nie ignorowałem tego aspektu kolarstwa.
Dlatego postarałem się o to, żeby taki wyścig powstał i w końcu się udało. Zawody rozgrywaliśmy latem – na zakończenie pierwszej części sezonu, tuż przed tym, jak kolarze udawali się z rodzicami na wakacje. I to właśnie tam powstało zdjęcie, które do dziś napawa mnie dumą. Na jednych mistrzostwach wystawiliśmy dwie drużyny i obie zdobyły medal. Pierwsza drużyna zdobyła złoto, a rezerwy, z moim synem – Michałem, w składzie – brąz.

Fabian Cancellara od najmłodszych lat uchodził za olbrzymi talent. A oto dowód: w 1997 roku w magazynie kolarskim “Rowery” ukazał się wywiad z Markiem Lato. Gdy polskiego szkoleniowca zapytano o najbardziej utalentowanych podopiecznych, na pierwszym miejscu wskazał zaledwie 16-letniego Cancellarę. Nie pomylił się. Niespełna dwie dekady później Fabian Cancellara kończył swoją karierę jako ośmiokrotny zwycięzca monumentów oraz czterokrotny mistrz świata i dwukrotny mistrz olimpijski w jeździe na czas.
Oczywiście nie każdy dobrze zapowiadający się junior zostaje w przyszłości wielkim zawodnikiem. Ani Miriam Trinner, ani Bruno Gugger nie zrobili wielkiej kariery – Gugger nie ma dziś nawet profilu na Pro Cycling Stats, zaś wyniki Trinner urywają się na 10. miejscu w mistrzostwach juniorów w 1997 roku.
Z Cancellarą czasem pan pracował, a czasem… pomagał go pokonywać innym zawodnikom, prawda?
No tak, to też się zdarzało. Choćby wtedy, gdy mój Michał startował z Cancellarą na torze w wyścigu sprinterskim. Podpowiedziałem mu wtedy, że powinien mu wyjść zza pleców trochę wcześniej. Tak zrobił i wygrał. Ale Fabian był zawsze bardzo trudny do pokonania. Zawsze bardzo wyróżniał się na tle pozostałych, więc z reguły wygrywał – nawet jeśli pomagałem jego przeciwnikom.
Tak było na przykład wtedy, kiedy ścigał się z nim Marek Rutkiewicz…
Pamiętam, że jak przyjeżdżał do nas na wyścig do Szwajcarii, to nie wiedziałem, że jest taki mocny… No a jednak, okazało się, że ma niesamowitą parę w nogach. Był lepszy właściwie od wszystkich zawodników, oprócz Cancellary. Mówiłem wtedy jego trenerowi jakie są mocne strony Cancellary. Że na czasówce prawdopodobnie nie ma z nim szans, że musi koniecznie zaatakować w górach i gdzie konkretnie może to zrobić…
Tylko to pewnie nie było takie łatwe.
No nie było. Reprezentacja Polski wystawiła na tamten wyścig naprawdę mocny skład. Czterech czy pięciu bardzo mocnych chłopaków… tylko że wbrew pozorom Cancellarę trudno było zgubić nawet w górach. Zresztą, pokazywał to już w elicie, gdzie przecież wygrał nawet klasyfikacje generalne Tirreno-Adriatico i Tour de Suisse.
Dlatego ostatecznie Rutkiewicz nie pokonał Fabiana – głównie przez prolog, gdzie wyraźnie z nim przegrał. Później już nie tracił do niego zbyt dużo, ale też nie zyskiwał. Był drugi, nie udało mu się wygrać całego wyścigu. No ale przegrać z Fabianem to nie wstyd…
W czasie tego wyścigu Rutkiewicz u was mieszkał, prawda?
Tak, razem z całą drużyną. Na dole, na podłodze rozłożyliśmy materace chłopakom, a na górze, na sofach, spali trener kadry – Jurek Wiśniewski i jego asystent. Żona gotowała im spaghetti. Przyjechali zresztą już dwa dni przed startem. Zależało im na tym, żeby nie zaczynać wyścigu dzień po całodniowej podróży. Żeby chłopaki mogły się wyspać, zaaklimatyzować i dopiero później ruszyć w trasę.
Ale nie tylko tu nocowali. Tak samo ugościliśmy Adama Sieczkowskiego z jego torowcami z Grudziądza… Spał tu też niekiedy “Sypek” albo Andrzej Piątek… Nasz dom zawsze był otwarty dla zawodników i trenerów…
Wcześniej wspominał pan także o swoim synu. Miał większy talent od pana?
Myślę, że tak. Nie był talentem na miarę Fabiana, z którym często jeździł na zawody, ale na torze był bardzo mocny, zwłaszcza w sprincie. Ten wyścig, który wygrał z Fabianem nie był wcale jego jedynym sukcesem. Bardzo szybko, bo już jako junior, zaczął jeździć na Puchary Świata i inne zawody elity. W Szwajcarii było tak naprawdę tylko dwóch mocnych sprinterów – Patrick Merk i Claudio Traig – tymczasem do sprintu drużynowego potrzebna jest przynajmniej trójka. Gdy tylko wybierali się na Puchar Świata, dołączali do tej dwójki właśnie 18-letniego wówczas Michała – tak bardzo się wyróżniał. Zresztą, wcale od nich nie odstawał. Pamiętam jak wrócił z jednych zawodów i zaczął się skarżyć:
– Patrick i Claudio strasznie mnie irytowali. Myślą, że skoro jestem juniorem, to wszystko im wolno, że jestem ich chłopcem na posyłki… – powiedział mi raz. To mnie jeszcze nie zaskoczyło, bo takie rzeczy zdarzały się często. Młodsi zawodnicy często są traktowani gorzej niż starsi. Ale to co powiedział później, zupełnie mnie zszokowało. Przyznał, że w końcu stracił cierpliwość. Na zawodach postanowił pokazać, że jest od nich lepszy i zaczął swoją zmianę tak mocno, że ich zgubił. Nie utrzymali jego koła. Z punktu widzenia drużyny nie było to najmądrzejsze, ale przyznaję, że byłem pod wrażeniem – pokazywało, że jest bardzo mocny.
Podkreślali to zresztą wszyscy, którzy go widzieli. Kiedyś pojechał do Cottbus, do takiego znanego trenera, który pracował wcześniej m.in. z Hubnerem – mistrzem świata w keirinie, sprincie i sprincie drużynowym. Ten trener był Michałem zachwycony! Powiedział, że chętnie wziąłby go pod swoje skrzydła. Był tylko jeden problem: takie przygotowania byłyby niesamowicie drogie – kosztowałyby 30 tysięcy franków.
Wydanie takich pieniędzy nie miało sensu. Prawdopodobnie nigdy by się nie zwróciło. Owszem, w Szwajcarii kolarstwo torowe potrafi być intratnym zajęciem. Wynagrodzenia za jeden występ w sześciodniówce potrafiły być horrendalnie wysokie – włącznie z wpływami od sponsorów mogły wynosić z 200 tysięcy. Problem w tym, że one… zawsze trafiały do torowców z konkurencji wytrzymałościowych. Sprint tam nikogo nie interesuje, dlatego nawet gdyby Michał zdobył kiedyś medal mistrzostw świata, mógłby nie zarobić takich pieniędzy.
A była możliwość, żeby Michał przekwalifikował się na wytrzymałościowca?
Teoretycznie tak. Potrafił być bardzo wszechstronnym zawodnikiem. W 1999 roku został nawet mistrzem Szwajcarii juniorów w omnium. A tam oprócz sprintu i wyścigu na kilometr, w których Michał był faworytem, trzeba było jeszcze przejechać zdecydowanie trudniejsze dla niego wyścig 3-kilometrowy na dochodzenie i wyścig punktowy. Przygotowanie go do tego to była naprawdę trudna sprawa, bo dla niego te konkurencje to prawdziwa mordęga, ale daliśmy radę. Głównie za sprawą treningów za motocyklem.
I ostatecznie wygraliśmy te zawody, nawet mimo tego, że w końcówce wyścigu na kilometr jeden zawodnik wyskoczył zza pleców Michała i go pokonał, odbierając mu cenne punkty. Na szczęście później Michał zaskoczył wszystkich zajmując 3. miejsce w wyścigu na dochodzenie. W wyścigu punktowym natomiast wygrał pierwszy sprint i wydaje mi się, że już to wystarczyło mu, żeby zapewnić sobie mistrzostwo. Dalej nie musiał już walczyć.
Nawet Bruno Risi, wielokrotny mistrz świata w kolarstwie torowym powiedział mu kiedyś: – chłopie, z twoimi parametrami, z twoją siłą, wydolnością, możesz być naprawdę dobry. Potrzebujesz dwóch lat na przystosowanie się do dyscyplin wytrzymałościowych i będziesz mógł zarabiać bardzo duże pieniądze.
Tylko że te wyścigi wytrzymałościowe wymagają tego, żeby ciągnąć dalej nawet wtedy, gdy wydaje ci się, że nie masz już siły. On tego chyba nigdy nie miał i tak naprawdę nie musiał mieć. Zawsze dobrze sobie radził z nauką – z żoną zawsze przykładaliśmy do tego bardzo dużą wagę, więc dość szybko dał sobie spokój ze sportem i zaczął robić karierę w wojsku.

Michał Lato (jako kolarz znany pod imieniem Michael). Jako 10-latek wyjechał wraz z matką do Szwajcarii, by dołączyć do ojca, który opuścił Polskę rok wcześniej, szybko otrzymując nowy paszport. W 1999 roku został mistrzem Szwajcarii juniorów w omnium. W tym samym roku zadebiutował także w Pucharze Świata w Fiorenzuola d’Arda, gdzie jego drużyna zajęła 7. miejsce w spirincie drużynowym. Jako 20-latek był natomiast częścią drużyny, która po raz pierwszy w historii Szwajcarii zakwalifikowała się do mistrzostw świata w sprincie drużynowym. Wraz z Martialem Heerem oraz Philippem Michelem zajęli na nich 13. miejsce. Jako jedyny spośród wymienionej trójki startował również indywidualnie w wyścigu jazdy indywidualnej na jeden kilometr, jednak portal Swiss Info określił jego występ jako rozczarowujący – zajął 20. miejsce na 21 uczestników. Rzeczywiście, w Pucharach Świata w tej konkurencji zdarzało mu się osiągać zdecydowanie lepsze wyniki – był m.in. 9. w Szczecinie i 7. w Ipoh. Pomimo obiecujących początków kariery, zdecydował się ją zakończyć już w wieku 20 lat.
A trenował pan kiedyś takiego kolarza, który był przeciwieństwem Michała? Zrobił karierę, choć początkowo nic na to nie wskazywało?
Być może takim zawodnikiem częściowo był Niki Aebersold. On przyszedł do nas, do klubu Kerzers bardzo późno, bo dopiero w drugim roku juniora – wcześniej trenował narciarstwo alpejskie.. Początkowo miał ogromne problemy. Pamiętam takie zgrupowanie we Włoszech, jak bardzo się tam męczył… albo mistrzostwa Szwajcarii w jeździe drużynowej na czas, gdzie był naszym najgorszym zawodnikiem.
Mimo wszystko, szybko w niego uwierzyłem, bo widziałem, jak bardzo mu zależy. I rzeczywiście, jak już przeszedł do amatorów, to szybko okazało, że jest niesamowitym talentem. Później zrobił wielką karierę.

Niki Aebersold to być może największy sukces szkoleniowy Marka Lato. Przyszedł do jego klubu w wieku 18 lat, a mimo to udało mu się zrobić dużą karierę. W swoim dorobku ma m.in. cztery wygrane etapy Tour de Suisse, zwycięstwo w Milano-Torino oraz 5. miejsce w mistrzostwach świata z 1998 roku.
Jego rola w Valkenburgu nie ograniczyła się jednak wyłącznie do rywalizacji o własny dobry wynik. W końcówce wyścigu jego głównym zadaniem była praca na rzecz Oscara Camenzinda, zresztą bardzo skuteczna, ponieważ starszy o rok kolega z zespołu został wtedy mistrzem świata po solowym, 5-kilometrowym odjeździe. Podobno to właśnie Aebersold wskazał mu moment ataku. – Powiedziałem mu, żeby jechał, bo rywale są zmęczeni – wspominał w maju 1999 roku na łamach gazety “Radsport” były podopieczny Marka Laty.
W cytowanym tekście – długiej sylwetce Aebersolda, postać Laty również się pojawia. To właśnie on miał być głównym architektem sukcesu Szwajcara, dla którego plany treningowe układał jeszcze na długo po tym, jak ten opuścił kategorię juniora. Pracował z nim jeszcze w 1998 roku, gdy Szwajcar osiągał już duże sukcesy w kolarstwie zawodowym.
I zaczął zarabiać bardzo duże pieniądze. Podobnie jak inni pańscy wychowankowie. A pan? Był pan w ogóle w stanie się utrzymać z trenowania?
Mało prawdopodobne. Właściwie nie dostawałem typowego wynagrodzenia a jedynie “gratyfikację finansową za społeczne zaangażowanie”. Nie dostawałem jej regularnie, a jednorazowo. Ale zdecydowanie nie narzekałem na pieniądze, bo ostatecznie wyjazd do Szwajcarii mi się opłacił.
Kolarstwo od początku otwierało mi drzwi do znalezienia sobie zatrudnienia w innych miejscach. Na początku pobytu, jak zwykle, mogłem liczyć na Petera. On znał biznesmena – Schneidera, któremu zależało, żebym przyjechał do Szwajcarii, bo jego syn – zresztą tak samo jak syn Petera, trenował kolarstwo. Po prostu chciał, żeby ten syn pracował z dobrym fachowcem. Szybko zatrudnił mnie więc w swojej firmie i przez jakiś czas pracę dla niej łączyłem z trenowaniem.
Pracowałem na pół etatu, więc miałem niską pensję, ale byłem w stanie coś odłożyć, bo na początku przez trzy-cztery miesiące spałem u Petera. Poza tym, ja wtedy jeszcze dorabiałem sobie pisząc indywidualne plany treningowe dla zawodników – niekiedy potrafiłem to robić do 10 albo 12 w nocy.
Niestety to wciąż było za mało, by sprowadzić do Szwajcarii rodzinę. Gdybym to wtedy zrobił, byśmy pewnie w tej Szwajcarii głodowali. Ale miałem na siebie kilka pomysłów – w końcu byłem po technikum mechanicznym. Myślałem na przykład o zatrudnieniu się w Lys – takiej firmie produkującej i przerabiającej maszyny budowlane.
Ale tu znów z pomocą przyszło mi kolarstwo. A konkretniej kolarski działacz – Henri Werder. Działalność w związku łączył z pracą w fabryce czekolady Toblerone. Gdy tylko dowiedział się o tym, jak wygląda moja sytuacja, od razu zapytał się w kierownictwie, czy nie jest im przypadkiem potrzebny ślusarz. Odpowiedź była twierdząca. Miałem szczęście, bo firma przechodziła zmiany – właśnie przejmował ją Philipp Morris i dostosowywał pod siebie formę zarządzania nią.
Poszedłem się tam przedstawić i z miejsca okazało się, że właściwie mogę pracować na dwóch stanowiskach. Na oddziale, gdzie się nalewa i schładza czekoladę albo w drugim oddziale – pakowania czekolady. Mi bardziej pasowała ta druga opcja, gdzie maszyny są większe – lepiej się w tym czułem. Poza tym, ten Henri powiedział mi, że szef tego oddziału jest bardzo porządnym facetem. Rzeczywiście, był. Nawet jeżeli czasami trochę się ze mnie naigrywał. Raz na przykład przyniósł do pracy wycinek z gazety z moim zdjęciem, a potem rzucił w eter “A kto to? Skądś go znam!” – a potem ktoś zareagował rzucając w odpowiedzi: “No, my tu rowerzystów nie potrzebujemy!”.
Praca tam była wymagająca, ale pozwalała odłożyć trochę pieniędzy. Tym bardziej, że moja żona też pracowała. Była pielęgniarką i pracowała w domu starców, w tzw. Domu Złotej Jesieni. Dzięki temu w końcu udało nam się uzbierać pieniądze na nowy, duży dom.
Trudno było to pogodzić z pracą przy kolarstwie?
Dawało się to robić, ale było trudno. Często trzeba było na nie poświęcić cały urlop…
Wytrzymał pan taki reżim przez 10 lat. Jako trener przestał pan pracować w 2000 roku.
Tak, złożyło się na to wiele rzeczy. Tuż przed moim odejściem w Toblerone postanowiono wprowadzić 7-dniowy tydzień i 24-godzinny dzień pracy. W związku z tym maszyny chodziły non-stop. Oczywiście zatrudniono w związku z tym nowych pracowników, ale i tak wiązało się to dla nas z koniecznością zmiany stylu życia. To był tryb zmianowy. Jeden tydzień pracowało się na zmianie porannej, później – na popołudniowej, a na końcu na nocnej – od 10 do 6 rano.
To nie było dla mnie korzystne. Oznaczało ciągłe przestawianie mojego zegara biologicznego. Problemy ze spaniem, trawieniem itd… I wiem, że nie tylko ja to źle znosiłem. Dziś jestem już na emeryturze, ale do dziś jak tylko spotykam się z dawnymi kolegami z pracy, to regularnie słyszę od nich: “A wiesz, że ten elektryk dostał zawału serca?”. A jak dopytuję, z czego to wynikało. Przecież bardzo dobrze się odżywiał, był szczupły, dobrze się odżywiał… – lekarz mówi, że ze stresu. Z tego ciągłego przestawiania się. – Regularnie słyszę, że ktoś ląduje w szpitalu, że inny trafił do psychiatryka… to wszystko niesie za sobą spore koszty.
I to w związku z tym nie miał pan siły na prowadzenie tych treningów?
Tak, ale nie to było najważniejsze. Tak naprawdę od początku poważnie brałem pod uwagę to, że nie będę pracował jako trener dużo dłużej. W Szwajcarii zezwolenie na stałe osiedlenie się dostaje się po 10 latach, więc właśnie wtedy je dostałem. Moje dzieci miały już paszporty… Właściwie nie miałem już po co kontynuować pracy trenera. Poza tym uznałem, że musi być jakaś rotacja. Że dobrze jest gdy co jakiś czas przyjdzie ktoś nowy. Nowe pomysły, nowe koncepcje… To była główna przyczyna mojego odejścia. W związku wszyscy docenili wtedy moją pracę. Za zasługi wręczyli mi tytuł członka honorowego kantonalnego związku kolarskiego. A ta organizacja istnieje już ze 120 lat…
I teraz pan w związku z tym pojawia się na jego walnych zgromadzeniach?
Jak pojawia się jakieś sprawozdanie trenera czy podsumowanie sezonu, to zawsze dostaję zaproszenie. Na posiedzenie, ale też na obiad, kieliszek wina… wszystko oczywiście za darmo. Czasem przychodzę, a czasem odpuszczam i nikt nie ma wtedy do mnie żadnych pretensji, bo nie jest to obowiązkowe.
Zobacz wszystkie wywiady autora:
Krzysztof Wyrzykowski – człowiek, któremu sekrety zdradzał Armstrong
Michał Gołaś – Godzinne konwersatorium z „profesorem kolarstwa”
Lechosław Michalak i kolarski powrót do lat 80.
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 1 Przysięga
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 2 Spełnienie
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 3 Koniec
Bogumiła Matusiak – wspomnienia ze starego Tour de France
Fignon i spółka powiedzieli: „On musi nas masować” – wywiad z „Bobem” Madejakiem
Od angażu „na kredyt”, do gwiazdy Tour de Pologne w pół roku – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 1
Droga prowadząca do Francji – wywiad z Janem Brzeźnym, cz. 2.
Na „ty” z Szarmachem – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 3
Maciej Paterski: „Jens Voigt chyba chciał mnie udusić”
Maciej Paterski – jak pokonał Mollemę i Rogliča
Zbigniew Spruch – wtedy, gdy wszystko się zaczęło
Zbigniew Spruch – Zawsze drugi
Maciej Bodnar – jak rozkochał w sobie Włochów i trafił do elity
Maciej Bodnar – Bodyguard zawodowiec
Portugalskie przygody Dariusza Bigosa
Dariusz Bigos: „Celujemy w drugą dywizję. Być może już za dwa lata”
Henryk Charucki – Wizyta w fabryce elektrycznych maszyn i kolarskich marzeń
Henryk Charucki – Wielka kolarska emigracja
Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota
Marek Leśniewski – długa droga do zawodowstwa
Tomasz Marczyński – 60 minut z Loco
Janusz Kowalski – Szybszy od Pogačara
Janusz Kowalski – opowieść o niewykorzystanym potencjale
Przemysław Niemiec – Droga do Giro
Przemysław Niemiec – W kolarskim raju
Lech Piasecki – zanim został zawodowcem
Lech Piasecki: „Saronni dał mi zwycięstwo, Anquetil je odebrał”
Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 1
Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 2
Czesław Lang – Igrzyska, które spełniły marzenia
Czesław Lang – Tour de Pologne. Nowy początek
Czesław Lang: „Cavendish żałował, że przyjechał tu tak późno”



![Marek Lato – Z PRL-u do Szwajcarii [wywiad]](https://naszosie.pl/wp-content/uploads/2025/10/7ec786c0-5034-4fb9-a7ee-8e31362ad74f-e1759321790366-218x150.jpg)




Bardzo ciekawy wywiad i kilka moich przemyśleń:
🔸 Pomimo że interesuje się tematyką kolarską Marek Lato był mi osobą nieznaną. To raczej Grzegorz Lato był ikoną. Jednak przysłuchując się relacji pana Marka Lato trzeba przyznać że to bardzo ciekawa osobowość i w tym wywiadzie dowiedziałem się naprawdę wielu ciekawych rzeczy jak kolarstwo działa i działało od środka. Wydaje się że nawet ikony polskiego kolarstwa, które przyspieszają bicie serca każdego kibica nie potrafiliby tak ciekawie opowiadać jak pan Marek. Widać że to środowisko jest mocno zżyte ze sobą po tych wszystkich kontaktach, nocowaniach w jego domu gdzie przewinął się cały topowy świat polskiego kolarstwa. Podobnie pamiętam jak Staszek Szozda organizował wyścigi przełajowe przez swój sad. Widać że brać Kolarska jest zżyta i w sposób przyjacielski korzysta ze swojej „infrastruktury”.
🔸 Druga sprawa pan Marek opowiada o nieznanych przypadkach tragicznych wypadków młodych kolarzy. Nie jest on sam, bo z wielu miejsc dochodzą takie informacje, które jednak nie są szeroko nagłaśniane, co pokazuje jak niebezpieczne jest kolarstwo. Mówi się że F1 to jeden z najniebezpieczniejszych sportów, bo tam występują olbrzymie prędkości. Na przestrzeni wielu lat ja znam chyba dwa przypadki śmiertelne, a po tych kilku przypadkach był niesamowity szum, niesamowite pieniądze zainwestowane w bezpieczeństwo w bolidach. Przecież to właśnie kolarstwo jest jednym z najniebezpieczniejszych sportów i gdyby podchodzić do tego „proporcjonalnie” to tu dopiero powinny zostać wpompowane olbrzymie pieniądze. Tymczasem u nas niektórzy się zżymają jakież to koszty idą przy organizacji wyścigów kolarskich bo … organizator obłożył wystający słupek snopkiem słomy…
🔸 I wreszcie podobny temat bezpieczeństwa na wyścigach. To dopiero po takich szczegółowych wywiadach widać ile pracy, ile doświadczenia mają ci działacze i z jakimi dużymi problemami muszę się mierzyć. Zwykły „oglądacz” wyścigu myśli sobie: aaa co to za problem puścić wyścig przez całą Polskę?
Tymczasem aktualny przykład Holandii pokazuje jak wielkie mogą być problemy organizacyjne, które nawet w tak bogatym państwie jak Holandia mogą rozwalić wyścig.
U nas takich wypadków wjechania samochodów na trasę nie ma, takich problemów nie ma, wiec się tego nie dostrzega. Ale ich nie ma, bo u nas ktoś, tu pan Czesław Lang i jego ekipa dokładają wielkich i niewidocznych dla nas starań, aby wszystko było dograne. Więc tym większe uznanie i szacunek dla pana Czesława Langa za jego organizację, przy dużo mniejszym budżecie niż w bogatych krajach.
🔸 A zatem kolejny bardzo fajny wywiad, który daje dużo do myślenia i zaznajamia czytelników z ciekawymi aspektami kolarstwa. Zatem jeszcze raz wielkie dzięki za Waszą pracę Redaktorzy i Redaktorki na „kolarskiej linii frontu”.