Piotr Wadecki wygrywa 5. etap Paryż-Nicea 2001 w koszulce mistrza Polski, To był wielki sukces, ale jeszcze bardziej imponujący był jego występ na Tour de Suisse rok później – ten wyścig zakończył na 2. miejscu. Piotr Wadecki/Archiwum prywatne

Najpierw jeździł dla Patricka Lefevere’a, a później to w prowadzonych przez niego drużynach jeździli Davide Rebellin czy Greg Van Avermaet. Piotr Wadecki kolarstwo poznał prawdopodobnie od każdej strony, a w pierwszej części naszego wywiadu opowiedział m.in. o…

  • … propozycji od Cofidisu, którą dostał jako 23 latek
  • … czasach, gdy zdarzało mu się pomieszkiwać w domu Eddy’ego Merckxa
  • … być może najbardziej spektakularnym powrocie po kontuzji w historii polskiego kolarstwa

Gdyby kilka lat temu stworzyć ranking najważniejszych postaci w polskim kolarstwie, nie ma żadnych wątpliwości, że Piotr Wadecki musiałby znaleźć się w nim bardzo wysoko. W końcu łączył w swoim ręku dwie bardzo ważne funkcje: Z jednej strony był dyrektorem sportowym CCC Sprandi Polkowice – osobą, mającą olbrzymi wpływ na to, kto przyjdzie i odejdzie z największego polskiego zespołu, z drugiej – był selekcjonerem reprezentacji Polski, od której zależał skład kadry na mistrzostwa świata.

Warto jednak pamiętać, że Piotr Wadecki to także jeden z najlepszych polskich kolarzy zawodowych w historii. Z jednej strony wiele lat w Mrozie – drugiej polskiej ekipie zawodowej, z drugiej – jazda w największych ekipach zawodowych na świecie u boku Axela Merckxa, Richarda Virenque’a, Johana Museeuwa ,Paolo Bettiniego i wielu innych. A do tego solidna lista sukcesów z 2. miejscem w Tour de Suisse, zwycięstwem etapowym w Paryż-Nicea i wygranym Wyścigiem Pokoju (już w wersji dla zawodowców) na czele. 

A wszystko zaczęło się w Elblągu, gdzie Wadecki najpierw się urodził, a następnie w barwach miejscowego Mlexera rozpoczął kolarską karierę. Później przeszedł do Floty Gdynia, gdzie już jako 19-latek zadebiutował w Tour de Pologne i od razu zajął 8. miejsce w klasyfikacji generalnej. Kolejne lata to natomiast zespoły Ryszarda Szurkowskiego – Warta Damis, Petrochemia Płock i Joko Szurkowski. Dobra jazda dla tych ekip zaowocowała tym, że w 1996 roku, już jako 23-latek, Piotr Wadecki znalazł się u progu zawodowstwa…

Lata 90. to okres, gdy wielu Polaków trafiało do francuskich drużyn. Dotyczy to także pana, prawda? Na początku kariery trafił pan do Vendee U…

Tak, to była amatorska ekipa, ale bardzo dobra – jedna z najlepszych we Francji. Szybko zresztą przekształciła się w grupę zawodową. Zarządzał nią Jean Rene Bernardeau, który w 2000 roku postanowił wejść z nią na wyższy poziom. Od tego czasu nazywała się różnie, bo różni byli sponsorzy: Bonjour, Brioches La Boulangere, Telecom, a teraz funkcjonuje jako TotalEnergies, wciąż pod wodzą tego samego managera.

* Piotr Wadecki ma rację. Choć w peletonie wciąż istnieje amatorska grupa nosząca nazwę Vendee U, to dziś pełni ona funkcję zaplecza TotalEnergies – zespołu, który wykształcił się z tego Vendee U, w którym Wadecki jeździł. Z tego zespołu wywodzą się tacy kolarze jak Lilian Calmejane, Mathieu Burgaudeau czy Sandy Dujardin.

Skąd w ogóle pojawił się pomysł tego transferu do Francji. I jak pan został przez zauważony?

Nie pamiętam, ale chyba Ryszard Szurkowski pomógł mi w tym wyjeździe. Bardzo się do niego paliłem. Chciałem wyjechać – nieważne czy do Francji czy do Włoch lub Hiszpanii. Chciałem posmakować tamtego ścigania, a Vendee U to była jedna z najlepszych francuskich ekip. Zawsze byli w pierwszej trójce rankingu challenge, więc przejście do nich było dla mnie idealną okazją na przejechanie fajnych wyścigów.

Dzięki temu wyjechałem, spędziłem tam jeden sezon i szło mi tak dobrze, że pod koniec… dostałem ofertę od tworzącego się wtedy Cofidisu. Wiedziałem, że w kadrze znajduje się już Armstrong i paru innych kapitalnych kolarzy. Część zespołu Vendee U również tam przechodziła i chciała, żebym ja do nich dołączył. Jednak w tym samym czasie dostałem ofertę z Mroza i… postanowiłem skorzystać właśnie z niej.

Uprzedzę pana pytanie. Nie wiem, dlaczego tak zrobiłem. Sportowo i finansowo zdecydowanie lepsza była oferta Cofidisu. Może w moim życiu działo się coś, co sprawiło, że bardzo chciałem wrócić do Polski, może to były jakieś inne powody… nie pamiętam. W każdym razie zadzwonił do mnie Piotr Kosmala, zaproponował mi przejście do Mroza, a ja się zgodziłem i podpisałem kontrakt.

A jak pan przekonał Szurkowskiego do tego, żeby zaangażował się w sprawę pańskiego wyjazdu? Bogdan Madejak mówił mi, że zazwyczaj raczej nie chciał puszczać kolarzy za granicę. Wolał, żeby młodzi kolarze spokojnie rozwijali się w Polsce.

Byłem młody, ale miałem już spore doświadczenie. Trzy razy startowałem w Tour de Pologne (nawet kończył ten wyścig na 8. i 5. miejscu w “generalce”), byłem na mistrzostwach świata  jako junior. Miałem 19 lat, jak debiutowałem w Wyścigu Pokoju… W Polsce przeżyłem już tyle, że chciałem spróbować czegoś nowego, tego zachodniego kolarstwa.

A co do Madejaka, to ja nie znam dokładnych kulisów mojego transferu do Francji. Wiem, że pomógł mi Szurkowski, ale może rozmawiał z nim o tych moich przenosinach. Madejak mieszkał we Francji i być może na prośbę Szurkowskiego zadziałał i dzięki temu udało się znaleźć miejsce w tak dobrej francuskiej ekipie. Zresztą, ja do Francji wyjechałem późno, dopiero w marcu, a ścigać się zacząłem w kwietniu.

To bardzo utrudniło zapoznanie się z ekipą i odnalezienie się w niej, czy od razu udało się panu wdrożyć?

Ten początek na pewno był trudny. Tym bardziej, że nie znałem francuskiego, a nie było nikogo, kto mówiłby po polsku, oprócz Polaka – Jana Leśniewskiego, który opiekował się całą bazą, w której mieszkałem. Ale jak wyjeżdżałem na wyścigi, to byłem tylko ja i sami Francuzi oraz Janek Tombak. On też mówił świetnie po francusku, bo we Francji był już od dłuższego czasu, tak że jeśli chodzi o to, nie było łatwo. 

A jeśli chodzi o wyścigi, było trudno, ale tylko na początku. Później szło już z górki. Myślę, że dobrze sobie tam radziłem.

A z Tombakiem po jakiemu pan rozmawiał?

Po rosyjsku, bo za moich czasów w szkołach uczyło się rosyjskiego i mniej więcej umiałem się w tym języku dogadać. 

Mogliście rozmawiać o Wyścigu Pokoju, ponieważ on też pochodził z dawnego bloku wschodniego. Jak wtedy wyglądał ten wyścig? Dziś, z perspektywy czasu, można powiedzieć, że to był już moment, w którym powoli podupadał. Widać to było? 

To wciąż był wyścig amatorski, ale niesamowicie ważny dla nas, dla Czechów, Niemców zawodników z Ukrainy, którzy tutaj startowali. Oczywiście były też kadry Francji czy Hiszpanii, ale dla nich to był w zasadzie wyścig młodzieżowy – wystawiali tam raczej kolarzy poniżej 23 roku życia. Zresztą, gdy ja debiutowałem, to też byłem bardzo młody. Miałem 19 lat i nagle znalazłem się obok Steffena Wesemanna, Erica Zabela i wielu bardzo dobrych zawodników, którzy kilka lat później trafili już do peletonu zawodowego i ścigali się w największych wyścigach na świecie.

Było tam trudno, tym bardziej, że ja pochodziłem z takiego klubu, gdzie nie miałem się od kogo nauczyć kolarstwa. Jak się ścigać, jak się odżywiać. W zasadzie wszystko było trochę na hurra. Gdybym miał wtedy taką wiedzę, jaką mam teraz, to byłoby mi zdecydowanie łatwiej. A tak, musiałem wszystkiego uczyć się sam – choćby tego, że trenować też nie można za dużo, jak ważny jest wypoczynek, odżywianie itp. Razem ze mną w kadrze jeździli także Tomek Brożyna i Darek Baranowski, więc byliśmy całkiem mocni. Niby presja na wynik była spora, ale dobrze sobie radziliśmy

Gdy ogląda się obrazki z Wyścigu Pokoju czasów Szurkowskiego czy Piaseckiego, widać, że impreza przyciągała mnóstwo kibiców. Pan się jeszcze na to załapał?

Na pewno to był inny wyścig. Wtedy była to impreza propagandowa, bardzo ważna dla ówczesnej władzy. Właściwie we wszystkich mediach mówiło się o Wyścigu Pokoju. Ten, w którym ja startowałem to była już kompletnie inna impreza. Właściwie to ja lepiej pamiętam te Wyścigi Pokoju, w których startowali Leszek Piasecki czy Andrzej Mierzejewski – lata 1985-87, bo oczywiście te wcześniejsze z Szurkowskim czy Królakiem to mogę znać tylko z jakichś kronik czy archiwów. 

Te wyścigi oglądałem (niestety tylko z perspektywy telewizora, bo przez Elbląg z którego pochodzę wyścig nie przejeżdżał) i rzeczywiście widziałem te tłumy przy drogach. Te Wyścigi Pokoju, w których ja startowałem, również przyciągały sporą publiczność na starcie i na mecie, ale to na pewno nie było to samo.

Jako dziecko Piotr Wadecki oglądał Wyścig Pokoju w telewizji i podziwiał piękne akcje Lecha Piaseckiego i Andrzeja Mierzejewskiego. Po latach sam poszedł w ślady tego pierwszego i wygrał tę wielką niegdyś imprezę. Pokonał wówczas Piotra Przydziała i Steffena Wesemanna – Szwajcara (wówczas Niemca!), który wygrał tę imprezę pięciokrotnie Piotr Wadecki/Archiwum prywatne

Na tak, to już były inne czasy – czasy zawodowstwa. Po powrocie z Francji trafił pan do Mroza – drugiej polskiej ekipy zawodowej po Exbudzie, który istniał zresztą tylko przez rok. Jak wyglądało to wczesne polskie zawodowstwo?

Czasy Mroza wspominam bardzo dobrze. Oczywiście nie z dzisiejszej perspektywy, bo teraz kolarstwo rozwija się tak szybko, że wystarczy dwuletnia nieobecność, żeby później wrócić do zupełnie innego świata. Technologia i wszystko idzie niesamowicie do przodu. Ale na tamte czasy ekipa była kapitalnie zorganizowana. Mieliśmy bardzo dobre samochody techniczne, profesjonalny sprzęt, profesjonalną odzież, wyjazdy na zgrupowania w okresie zimowym do Hiszpanii. Mieliśmy też pierwszy mobil-home, w którym można było się wykąpać, przebrać, zrobić odprawę przed i po etapie… to było coś nowego. 

Wcześniej czegoś takiego w polskim peletonie nie było. Zresztą wyglądaliśmy dobrze nie tylko na tle polskich drużyn. Wyjeżdżaliśmy też na wyścigi do Francji, Włoch czy Hiszpanii, na tle tamtych ekip również wyglądaliśmy całkiem ok. Nie odbiegaliśmy zbyt mocno, jeśli chodzi o organizację, od tych ekip zachodnich. Te lata wspominam bardzo dobrze, tym bardziej, że to były czasy, w których Piotr Kosmala ściągnął do Mroza świetnych zawodników. Był Andrzej Mierzejewski, Cezary Zamana, Andrzej Sypytkowski … pewnie wszystkich ich tu nie wymienię, ale ekipa była kapitalna. Byli chyba wszyscy najsilniejsi kolarze, jeśli chodzi o to nasze polskie podwórko.

Tak naprawdę w Polsce wygrywaliśmy wszystkie wyścigi, w których startowaliśmy, mieliśmy też dużą swobodę, choć oczywiście na wyścigach był stres. Trochę między sobą rywalizowaliśmy, bo tych, którzy mogli wygrywać, było kilku. Ale mieliśmy też zawsze dwa-trzy programy, więc wyścigów zawsze starczało dla wszystkich.

Zdaje się, że startowaliście tam w wielu egzotycznych krajach, na przykład w Japonii…

No tak, w Japonii startowałem chyba trzykrotnie. Startowaliśmy w Japonii, w Malezji, w Stanach Zjednoczonych byliśmy na otwartych mistrzostwach Filadelfii… było kilka egzotycznych wyścigów, ale też w trochę bliższych nam państwach, jak Belgia, gdzie wzięliśmy udział w paru klasykach i w Włoskiej etapówce Settimana Bergamasca startowaliśmy reguralnie. Sporo tych startów było. Byliśmy pierwszą w Polsce grupą zawodową i organizatorzy bardzo chętnie zapraszali nas na wyścigi.

Takie wyjazdy były chyba wtedy bardzo drogie. Kto pokrywał te koszty?

Naszym sponsorem był wtedy zakład przetwórstwa mięsnego – grupa Mróz Wojciecha Mroza, który na co dzień pokrywał wszystkie koszty. Ale gdy lecieliśmy na te dalekie wyjazdy – właśnie do Malezji, Japonii czy USA, to przeloty i hotele mieliśmy zapewnione przez organizatorów. A oni nas chętnie zapraszali, bo uznali, że jako pierwsza duża polska grupa zawodowa będziemy ciekawą nowością na liście startowej. Dzięki temu te warunki były bardzo dobre, bo każdy chciał, abyśmy do niego przyjechali.

Mieliście czas pozwiedzać, czy nie było na to czasu?

Zawsze trochę zobaczyliśmy. Zazwyczaj dojeżdżaliśmy na miejsce 2-3 dni przed rozpoczęciem wyścigu i zostawaliśmy 1-2 dni po nim, choć tak naprawdę wszystko zależało od tego, jak były ułożone i wykupione loty. Ale zawsze znalazło się trochę czasu na zwiedzanie.

I jakie miejsce najbardziej zapadło panu w pamięć?

Chyba ta Japonia. To było dla mnie coś takiego innego – zupełnie inny kraj, inna kultura. Ale to może dlatego, że to był pierwszy taki daleki wyjazd. Bardzo dobrze wspominam też Malezję, Stany Zjednoczone… tak naprawdę każdy wyjazd był inny i bardzo ciekawy i w zasadzie ciężko mi wskazać jedno miejsce – wszędzie bardzo mi się podobało.

No i też dobrze panu w tych wyścigach szło. Już w pierwszym sezonie w barwach Mroza zakończył pan na 5. miejscu Wyścig Dookoła Japonii, a na 4. CoreStates Invitational.

Zgadza się. Poza tym, trochę też tam wygrywałem. Na Wyścigu Dookoła Japonii wygrałem jeden etap, a w którymś z kolejnych sezonów wygrałem też ważny klasyk w USA [First Union Wilmington Classic – przyp. red.]. To też sprawiało, że dobrze wspominałem ten wyścig – wszyscy wspominaliśmy. Nagrody były wysokie, więc wracaliśmy z tych wyścigów nie dość, że z nowymi doświadczeniami, to jeszcze zarobieni.

Nagrody były wyższe niż w Europie?

Tak, a szczególnie wysokie nagrody były w Chinach.

Te lata w Mrozie generalnie były dla pana całkiem udane, ale chyba najlepszy był dla pana rok 2000. Wygrany Wyścig Pokoju*, 7. miejsce na Igrzyskach Olimpijskich…

Tak, to był taki specyficzny sezon, bo rok 1999 również był dla mnie całkiem udany, w związku z czym dostałem kilka propozycji. Miałem ofertę od Cantina Tollo, a Andrzej Sypytkowski bardzo namawiał mnie na transfer do CCC – ekipy, która właśnie powstawała i podpisywała kontrakty z większością najlepszych polskich kolarzy. Dość wytrwale mnie kusił, ale ostatecznie mnie nie przekonał.

Odrzuciłem obie oferty i postanowiłem zostać w Mrozie jeszcze na ten jeden sezon. Pomyślałem, że zostanę w ekipie Piotra Kosmali, bo skoro wszystkich najlepszych wzięło CCC, to teraz ja dostanę więcej szans w ekipie Mroza dla siebie. Tak rzeczywiście było – udało mi się sporo wtedy wygrać. Zostałem podwójnym mistrzem Polski w Kielcach, wygrałem Wyścig Pokoju, a Tour de Pologne przegrałem z Piotrkiem Przydziałem tylko o 7 sekund. Opłaciło się poczekać, bo już po sezonie przyszły oferty z pierwszej dywizji i przeszedłem do nowopowstałej ekipy Domo-Farm Frites.

*Wcześniej, gdy rozmawialiśmy o Wyścigu Pokoju, mówiliśmy o drużynach narodowych. Jednak od 1996 roku o zwycięstwo rywalizowały ze sobą już zawodnicy drużyn klubowych. Stąd niech nie zaskoczy Was nazwy klubów w wypowiedziach mojego rozmówcy.

Wcześniej chciałbym jednak jeszcze chwilę pomówić o tym wygranym przez pana Wyścigu Pokoju. Udało się panu dokonać bez choćby jednego zwycięstwa etapowego.

No tak, to był trudny wyścig z Telecomem, w którego składzie był Steffen Wesemann – czterokrotny zwycięzca tego wyścigu [3 lata później wygrał Wyścig Pokoju po raz piąty i stał się rekordzistą – przyp. red]. Jak przyjeżdżał na Wyścig Pokoju, to tylko po to, żeby wygrać. Rok wcześniej Telekom z Wesemannem wygrał tamten wyścig, ale my – dokładniej Rumsas i Brożyna, zajęliśmy dwa kolejne miejsca. Dwa lata wcześniej za to dostali od nas tęgie lanie, bo w naszym zespole jechał były zawodnik niemieckiego zespołu – Uwe Ampler, którego jedynym celem było wygranie tego wyścigu. Bardzo mu na tym zależało i ostatecznie cel zrealizował, a ja zająłem 3. miejsce.

A w 2000 roku ponownie stanęliśmy na starcie. Telekom przyjechał z wieloma kapitalnymi zawodnikami, a my nie mieliśmy już ani Amplera, ani Rumsasa i Brożyny, ale i tak byliśmy nieźli. Przyjechałem jako lider całkiem mocnej ekipy i o zwycięstwo walczyłem ze Steffanem Wesemannem, który ostatecznie wyścig zakończył jako… trzeci, bo ja wygrałem, a jego wyprzedził jeszcze Piotrek Przydział z ekipy CCC. 

Całego przebiegu tego wyścigu nie pamiętam bardzo dokładnie – to było ponad 20 lat temu. Nie wiem, gdzie zyskałem tę przewagę nad resztą kolarzy. Pamiętam jednak dokładnie radość, która mi wtedy towarzyszyła. Uwielbiałem Wyścig Pokoju. Pamiętałem świetne występy Mierzejewskiego, Piaseckiego, Jaskuły czy Halupczoka. Kiedyś marzyłem o tym, żeby być jak oni. Żeby chociaż przyjechać na ten wyścig jako zawodnik. Już sam start w 1992 roku był dla mnie spełnieniem marzeń, po którym powstało kolejne marzenie – takie, żeby ten wyścig wygrać. 

I proszę, udało się. To było dla mnie niesamowite, że dołączyłem do takiej kapitalnej listy kolarzy. Wyścig Pokoju wygrało pięciu Polaków: Królak, Szurkowski, Szozda, Piasecki i ja*. Kto nie chciałby się znaleźć w takim gronie?

Pan po tamtym zwycięstwie odczuł skok popularności?

Myślę że nie. Ale ważniejsze było dla mnie to, że to zwycięstwo, w połączeniu z pozostałymi pozwoliło mi wyjechać na zachód do Domo-Farm Frites i już w kolejnym roku wystartowałem w Tour de France. 

Piotr Wadecki w koszulce Domo-Farm Frites – ostatniej ekipy, którą prowadził Patrick Lefevere przed rozpoczęciem pracy w Quick-Stepie. W jej barwach jeździli tacy kolarze jak Axel Merckx, Richard Virenque, Johan Museeuw, Romans Vainsteins czy Robbie McEwen.
Piotr Wadecki/Archiwum prywatne

Zresztą, pojechał pan na tamtą Wielką Pętlę jako członek bardzo mocnego składu…

Tak, był Romans Vainsteins – mistrz świata i rzeczywisty lider tamtej ekipy. Był mistrzem świata i to jemu musieliśmy pomagać na tych etapach, na których miał szansę powalczyć o zwycięstwo. Był też Axel Merckx, który jechał na klasyfikację generalną. Ja już nie byłem najważniejszy w zespole, ale miałem dużą radość z tego, że mogę jechać na takich kapitalnych kolarzy.

Axel Merckx to syn wielkiego Eddy’ego Merckxa. Czuliście wsparcie ze strony najlepszego kolarza wszechczasów?

Oj, bardzo często się widzieliśmy. Przyjeżdżał na wyścigi, przyjeżdżał na zgrupowania. Poza tym, jakoś tak się złożyło, że z Axelem złapaliśmy bardzo fajny kontrakt i bardzo często dzieliliśmy pokój, m.in. podczas Tour de France. Zdążyliśmy się zaprzyjaźnić. Podczas belgijskich klasyków mieszkałem u niego w domu w Belgii. Przez końcówkę marca i praktycznie cały kwiecień mieszkałem więc niedaleko Brukseli, w domu Eddy’ego Merckxa, z którego razem z Axelem wyjeżdżaliśmy na kolejne wyścigi.

Bardzo miło wspominam tamte czasy i samego Eddy’ego, który był bardzo zaangażowany. Przyjeżdżał na imprezy, obserwował, czasami doradzał. Mimo upływu lat, wciąż był bardzo aktywny w kolarstwie.

Z tego co słyszę, nie miał pan problemów z odnalezieniem się w tej ekipie. A te nazwiska, które tam były, mogły onieśmielać. Oprócz tych wymienionych wcześniej, było też kilku innych wielkich: Johan Museeuw, Richard Virenque itd. Czuł pan choćby przez moment jakąś tremę?

Wiesz co, zawsze się czuje na początku jakąś tremę. Tu Museeuw, tam Bettini, który też tam był. Jednego dnia widzisz tych kolarzy, jak walczą o zwycięstwa w najważniejszych wyścigach na świecie, a następnego jesteś z nimi w autokarze i jedziesz na start kolejnych, siedzicie przy jednym stole itd. 

Wtedy czuje się jakiś stres. Tylko to szybko minęło, właściwie przy pierwszym kontakcie. Szybko poczułem, że jesteśmy jednym zespołem, właściwie jedną rodziną. Tym bardziej, że oni wszyscy byli bardzo fajnymi ludźmi, fajnymi kolegami i łatwo było z nimi dogadać. No, może Romans Vainsteins był specyficzny. Nie ze wszystkimi się dogadywał, ale… ja miałem z nim dobry kontakt, tak jak z pozostałymi kolarzami. Oczywiście czuło się duży respekt przed takimi mistrzami jak Virenque czy Museeuw, ale dogadywałem się z nimi dobrze.

Oczywiście z drugiej strony, odczuwałem sporą presję, ale łatwo było ją znosić, ponieważ przysłaniała ją duma z tego, że jestem w takim zespole z takimi mistrzami, jak ci wymienieni tutaj.

Poza tym, pan dość szybko pokazał, że nie odstaje od tych kolarzy. Już w pierwszym sezonie i to jeszcze w marcu wygrał pan etap Paryż-Nicea.

W dodatku po długiej, chyba 230-kilometrowej ucieczce. Wygrałem tam też klasyfikację górską, więc zaczęło się nieźle. Potem planowaliśmy, że pojadę na kampanię ardeńskich klasyków, ale w ostatniej chwili uznałem, że wolę pojechać na brukowane wyścigi. Pojechałem na Flandrię i na Roubaix. Tam właściwie zderzyłem się ze ścianą, bo nigdy wcześniej nie jeździłem w wyścigach tego rodzaju. To naprawdę nie było łatwe. Pamiętam, że Paryż-Roubaix to był taki wyścig od startu do mety w błocie…

Nie dojechałem do mety. Miałem inne zadania – pracowałem na swoich liderów w pierwszej fazie wyścigu. Zresztą opłaciło się, bo wygrał Servais Knaven, drugi był Johan Museeuw, a trzeci Romans Vainsteins – wszyscy z naszej drużyny. Ten start to było naprawdę niesamowite doświadczenie. Z jednej strony to zderzenie się ze ścianą, a z drugiej strony posmakowanie takiego… prawdziwego hard rocka. Miałem poczucie, że tutaj przyjeżdżają tylko prawdziwi supermeni i tylko oni wjeżdżają na welodrom. A ci, którzy wygrywają to… to po prostu ludzie z innej planety. 

Napracowałem się tam niesamowicie i choć do mety nie dojechałem, to później jeszcze chyba przez miesiąc wszystko mnie bolało. Myślę, że to właśnie wtedy zobaczyłem, czym jest prawdziwe kolarstwo.

To był ten rodzaj przyjemności, po którym myśli się później: “było miło, ale trochę się boję wrócić?”.

Miałem wrócić już w kolejnym roku, ale w marcu sezonu 2002 roku zaliczyłem bolesny upadek na Tirreno-Adriatico. Byłem wyłączony ze ścigania na prawie trzy miesiące. Tam nie było pytań typu: “Czy ja wrócę na klasyki?”, tylko “Czy ja wrócę do zdrowia” i “Czy ja będę” normalnie funkcjonował”.

Pan po tym etapie był w śpiączce, prawda?

Tak, to był ciężki wypadek. Na finiszu pierwszego etapu Tirreno-Adriatico któryś z kibiców wysunął się za barierki. Jeden z kolarzy w niego uderzył, wywrócił się, ja również upadłem, ale miałem dużo szczęścia. To był pierwszy wyścig, na który ubrałem kask. Wtedy można było odpuścić ubieranie go i gdy przed startem rozmawialiśmy z Darkiem Baranowskim i Tomkiem Brożyną, to oni byli bardzo zdziwieni, gdy zobaczyli, że mam go na głowie. Ja byłem już kojarzony z tym, że nigdy go nie zakładam. Do dziś mam w swojej głowie ten obrazek i te słowa któregoś z nich: “Ty jedziesz dzisiaj w kasku?”.

Czemu akurat wtedy pierwszy raz założył pan kask?

Po prostu dostałem od ekipy ładny nowy kask. Ja tak wtedy na niego popatrzyłem i pomyślałem sobie: “A, to sobie go założę!”. Założyłem, a on prawdopodobnie uratował mi życie. 

Jak w ogóle do tego doszło? Bo zdaje się, że historia i tak mogła mieć tragiczny finał…

Zacznijmy może od tego, że uczestniczyłem w dużej kraksie, w której ucierpiało wielu zawodników, ale plus był taki, że szpital był 200 metrów od mety. Problem w tym, że to było Sorento – południowe Włochy, czyli taka trochę Afryka. Zabrali mnie do szpitala, zszyli mi głowę i powiedzieli: “Ok, jest pacjent wolny”. Tylko że lekarz mojej ekipy widział, że coś jest ze mną nie tak. 

Mówi, że trzeba mi zrobić zdjęcie rentgenowskie głowy  – długo o nie walczył. A jak już je wywalczył, to musieliśmy na nie trochę  poczekać. I jak tak czekaliśmy, to ja powoli zacząłem odlatywać i… na tym moje wspomnienia się kończą – resztę znam z opowieści. Zabrali mnie na to badanie, a już po 20 minutach, może po 30 leżałem na noszach. Z gabinetu wypadli lekarze, którzy powiedzieli, że muszę być natychmiast przewieziony do Neapolu na operację. 

Problem w tym, że do Neapolu było 130 kilometrów, w dodatku wąskimi dróżkami – podróż trwałaby pewnie 3-4 godziny, a szanse na to, że dojadę żywy byłyby niewielkie. Niestety oni nie mieli helikoptera, w przeciwieństwie do… straży pożarnej. Pamiętam, że wtedy ekipa stanęła na wysokości zadania. Wypożyczyli ten helikopter od straży, przewieźli mnie do szpitala, a ja od razu po przyjeździe byłem operowany. Miałem szczęście, bo akurat wtedy w tej klinice był jeden z najlepszych neurochirurgów we Włoszech.

Druga część tej historii działa się w Polsce. Osobą, która dostała tam w pierwszej kolejności informację o moim wypadku był Piotr Kosmala, do którego zadzwonił mój dyrektor sportowy. Kosmala przekazał informację do mojego teścia, powiedział, mu jak wygląda sytuacja, a ten szybko kupił bilety dla żony i dzieci. Jedno nich miało 2 lata, drugie pół roku. Przyszedł do mojej żony  z tymi biletami i mówi, że miałem kraksę. Że niby wszystko jest w porządku, ale lepiej, żeby tam poleciała z dziećmi, bo będę się dzięki temu lepiej czuł. Nikt nie mówił im dokładnie, co jest grane, żeby ich niepotrzebnie nie straszyć.

Następnego dnia rano miała samolot, którym z przesiadkami miała dolecieć z Gdańska do Warszawy, a później stamtąd do Neapolu. Ten drugi samolot, którym leciała, z linii Alitalia, rano przyleciał z Włoch. Wtedy jeszcze podczas wejścia na pokład regularnie dostawało się do ręki gazety różnego rodzaju. Wtedy akurat obok mojej żony siedziała pani, trzymajca w rękach numer La Gazzetta dello Sport. I na pierwszej stronie było napisane wielkimi literami moje nazwisko, a dalej coś po włosku.

Żona zaskoczona pyta tej pani, co tu jest napisane. – Jakiś sportowiec, jakiś kolarz, miał wypadek i jest w śpiączce – słyszy. Oczywiście była przestraszona i naturalnie przeżyła to wszystko bardziej niż ja. Ja cały ten czas byłem uśpiony – wprowadzono mnie w stan śpiączki, żeby zapobiec uszkodzeniom w mózgu. Nie docierało do mnie to, co się wokół działo, więc to, co się wtedy wydarzyło, nie było dla mnie szczególnym przeżyciem. Zasnąłem, a jak się obudziłem, to było już po wszystkim – czułem się ok. Wiedziałem, co się stało, że miałem wypadek, ale teraz było już ze mną wszystko dobrze, więc po prostu chciałem wracać do domu i tylko to miałem w głowie.

Moja żona miała gorzej. Poleciała z dwójką małych dzieci do Włoch. Na początku mówią jej, że wszystko będzie dobrze, a potem widzi taką gazetę z takim tytułem. Później jest masa niepewności. Z lotniska odebrał ją jej brat, który mieszkał wtedy w Szwajcarii. Mieli spotkanie z lekarzem, a co mówi lekarz? Że za dwie godziny będą mnie wybudzać, ale nie wiedzą, czy będę chodził ,mówił i czy w ogóle będę normalnie funkcjonował. 

Nie dawali mi szans na to, że wrócę do sportu, a ja nie wyobrażałem sobie, że zaraz nie wsiądę na rower. Ze nie pojadę na trening i za tydzień czy dwa nie będę się ścigał. Aż tak dobrze nie było, ale i tak wróciłem bardzo szybko. Już dwa i pół miesiąca poźniej  pojechałem Midi-Libre i Deutschland Tour – w tym ostatnim wyścigu nawet dobrze mi poszło, bo złapałem jakieś punkty UCI za miejsce w trzeciej dziesiątce. 

A później zająłem 2. miejsce w Tour de Suisse, co było dla wszystkich wielkim szokiem. Tylko że ja wtedy tak bardzo pragnąłem powrotu do kolarstwa, byłem tak zmotywowany, tak nastawiony psychicznie, a do tego tak lubiłem Tour de Suisse, że to wszystko złożyło się na ostatecznie na kapitalny wynik. Przegrałem tylko z Alexem Zulle, który był wtedy wielką gwiazdą szwajcarskiego kolarstwa. To była naprawdę duża rzecz i wydaje mi się, że niczego większego w swojej karierze ani wcześniej, ani później nie osiągnąłem.

Piotr Wadecki już w swoim pierwszym sezonie na poziomie pierwszej dywizji wygrał etap Paryż-Nicea. To był wielki sukces, ale jeszcze bardziej imponujący był jego występ na Tour de Suisse rok później – ten wyścig zakończył na 2. miejscu.
Piotr Wadecki/Archiwum prywatne

No dobrze, ale jak to możliwe że zaledwie 3 miesiące po tym strasznym upadku na Tirreno-Adriatico pan tam pojechał jako lider. To brzmi wręcz nieprawdopodobnie, tym bardziej, że nigdy wcześniej (ani nigdy później) nie był choćby w „10” klasyfikacji generalnej takiego górskiego wyścigu.

Gdy wracałem w maju na Midi Libre, zastanawiano się nad tym, czy będę w stanie w ogóle ukończyć ten wyścig, ponieważ jego trasa była bardzo trudna, z licznymi trudnymi podjazdami. Skończyłem go jako 47 i już było widać, że jestem mocny. Później pojechałem na Deutschland Tour i było jeszcze lepiej. W międzyczasie przeprowadziliśmy testy i wyszło na to, że jeszcze nigdy nie byłem taki szczupły, taki wycieniowany. Jeszcze nigdy też nie wykręcałem tylu watów na kilogram. 

Jak oni to wszystko zobaczyli, pomyśleli że dadzą mi szansę. Naprawdę uznali, że stać mnie na to, żeby zakończyć Tour de Suisse w pierwszej “10”, więc dali mi rolę lidera. Te pokładane we mnie nadzieje się spełniły. To był dobrze obsadzony wyścig. Jechał Laurent Dufaux, Alexander Winokurow, Pawieł Tonkow, Alex Zulle. Ale ja czułem się dobrze. Byłem 6 albo 7 kilogramów lżejszy niż przed wypadkiem. Ta dzika chęć powrotu na rower sprawiła, że zbijanie wagi przychodziło mi z niespodziewaną łatwością. Bo to wtedy zrozumiałem, co to znaczy być w pełni zdrowym. Co to znaczy móc swobodnie pojechać na trening, wtedy to było spełnienie marzeń.Prawdopodobnie dlatego przyjechałem na Tour de Suisse kapitalnie przygotowany.

I ostatecznie zajął pan w klasyfikacji generalnej drugie miejsce, wyprzedzając na ostatnim etapie Laurenta Dufauxa. Po etapie była dekoracja, po której musiał pan spieszyć się na samolot. Dekoracja była o 17, a tymczasem samolot miał wylecieć o godzinie 19. Zdążył pan na niego?

Zdążyłem, zresztą bez większych problemów, bo samolot z Zurychu do Warszawy był opóźniony. Niestety opóźnił się na tyle, że później spóźniłem się na przesiadkę z Warszawy do Gdańska. I musiałem spać w Warszawie, na lotnisku ale takie sytuacje zdarzały i zdarzają się bardzo często

Po tym wyścigu ekipa była ze mnie mega zadowolona, pojawiło się nawet kilka propozycji podpisania kontraktu z innymi drużynami. Gdy byliśmy na Mistrzostwach Zurychu, Axel Merckx powiedział mi, że zadzwonił do niego Lance Armstrong. Wiedział, że jesteśmy przyjaciółmi, więc poprosił go o mój kontakt i zaproponował mi angaż w US Postal. Tylko że ja byłem już wtedy po wstępnych rozmowach z Quick-Stepem, nową ekipą Patricka Lefevere’a. I to właśnie z nimi podpisałem kontrakt. 

Ale zanim tamten sezon się zaczął, po drodze było jeszcze Tour de France. Marzył pan wtedy, że może byłaby szansa powalczenia w “generalce”, skoro tak dobrze poszlo panu w Tour de Suisse?

Byłbym nieszczery, gdybym powiedział, że nie. Na pewno była taka myśl, że może dałoby się ukończyć ten wyścig w czołówce klasyfikacji generalnej. Niestety szybko okazało się, że szczyt formy przyszedł na Tour de Suisse. Już na pierwszych etapach, podczas Grand Depart w Luksemburgu czułem, że to nie jest to. Niby nie było najgorzej, wjeżdżałem niekiedy w te góry całkiem wysoko, ale nie na tyle, by walczyć w “generalce”. Jedyne, na co mogłem liczyć, to walka o etapy, tylko że to też się nie udało. 

Byłem rozczarowany, ale z drugiej strony, wiedziałem, z czego to wynika. Trenerzy i sztab mówili mi, że ciężko jest utrzymać formę od czerwca przez cały lipiec, żeby pojechać na Tour de France. U mnie było to dobrze widać Po prostu widać było, że moja dyspozycja stopniowo szła w dół. 

Zdaje się też, że przed Tour de France przyplątał się panu jakiś wirus…

Tak, miałem problem. Gdy przyjechałem do Luksemburga przed wyścigiem, źle się poczułem. Nie odbyłem nawet pierwszych treningów z zespołem, tylko zostałem w hotelu. Dzień przed startem udało mi się pokręcić 40 minut na trenażerze, ale lekarze przekonywali, że to jest kwestia 3-4 dni, żebym wrócił do siebie. 

Faktycznie tak było. Te pierwsze etapy były łatwiejsze, więc nie miałem żadnych problemów, żeby przejechać je w pierwszej grupie, a później ten wirus odpuścił. Niestety później ten organizm był osłabiony i może także dlatego nie udało mi się wykręcić lepszego wyniku.

Kolejne lata były już dla pana słabsze. Ani w Quick-Stepie, ani w Lotto-Domo nie był już pan w stanie wykręcić takich wyników, jak na początku przygody z pierwszą dywizją..

Szybko okazało się też, że wypadek mnie zmienił. Zaczęło mi się włączać w głowie więcej takich przemyśleń, żeby mniej ryzykować. Strachu nie czułem, ale włączała mi się jakaś taka asekuracja. Zacząłem myśleć o tym, że ten sport jest bardzo ryzykowny i że nie wiem, jak długo jeszcze będę w stanie ścigać się z taką presją. 

Ostatecznie prześcigałem się już tylko 3 lata. Przeszedłem najpierw do Quick Step-Davitamon, a potem do Lotto-Domo gdzie ścigał się Axel Merckx. Po sezonie 2004 chciałem już kończyć karierę, ale ostatecznie Piotr Kosmala przekonał mnie do tego, żebym przeszedł do Intel-Action. Udało mi się trochę pościgać. Wygrałem Wyścig Solidarności, byłem trzeci w International Hessen Rundfahrt – nie było więc tragicznie, ale i tak postanowiłem zakończyć karierę

Nie chciałem tego ciągnąć. Dalej lubiłem się ścigać i były takie momenty, gdy czułem ogromną motywację. Naprawdę chciałem wtedy osiągać dobre wyniki – bardzo mi na tym zależało… ale tylko momentami. Bo ta motywacja ciągle przeplatała się z nieco bardziej przyziemnymi myślami. Myślami na temat tego, że mam dzieci i że nie mogę już tak ryzykować. Czy to jest mi potrzebne, czy nie powinienem zająć się czym innym? To bardzo utrudniało mi wejście na wcześniejszy poziom. W tej sytuacji uznałem, że najlepiej będzie, jeśli zakończę karierę i tej decyzji nie żałuję.

Na koniec zapytam pana jeszcze o jeden wyścig – Tour de Pologne. Mało jest takich kolarzy, którzy mogliby o jego rozwoju powiedzieć więcej, niż pan. Pana pierwszy start w nim to 1992 rok – ostatnia jego edycja przed nadejściem Czesława Langa. Ostatni start to natomiast 2005 – wtedy, gdy wyścig po raz pierwszy stał się częścią World Touru. Jak na przestrzeni lat impreza się zmieniała? I kiedy odczuł pan największą zmianę?

Myślę, że zdecydowanie wtedy, gdy stery przejął Czesław Lang. Tour de Pologne od zawsze było  dużym wyścigiem –  największym w Polsce. Ale prawda jest taka, że organizacyjnie nie różniło się szczególnie od pozostałych. Przyjście Langa w 1993 od razu wszystko zmieniło. To była zupełnie inna bajka. Przyjechali kolarze z Włoch, w drugim roku pojawił się Maurizio Fondriest. To był zawodowy wyścig i w pełni zasługiwał na to miano, zarówno pod względem organizacyjnym, jak i sportowym. W tamtym momencie to już było coś innego, coś nowego.

A po zmianie szyldu na World Tour dużo się zmieniło? Czy to był po prostu element ciągłego rozwoju, do którego zdążyliście się przyzwyczaić?

Myślę, że element ciągłego rozwoju. Ten wyścig stawał się coraz lepszy, coraz lepiej zorganizowany. Na początku Czesław Lang musiał walczyć o to, żeby ekipy przyjeżdżały i wystawiały najlepszych kolarzy, a potem to się zmieniało. Potem kolarze sami chcieli tutaj przyjeżdżać. Ten wyścig naprawdę był lubiany przez zawodników. 

Zawsze mieliśmy bardzo dobre hotele, dobre jedzenie, dobrą organizację, przejawiającą się m.in. świetnym oznakowaniem. Świetnie były i wciąż są oznakowane trasy dojazdów na start, do hoteli, w trakcie wyścigu. Więc to wszystko generalnie ewoluowało na przestrzeni lat, a wejście do World Touru nie był żadnym przeskokiem, tylko kolejnym krokiem naprzód, przynajmniej patrząc z perspektywy zawodnika. 

Myślę, że zawsze można coś poprawić, ale jak jeździmy na wyścigi do Francji, Włoch czy Hiszpanii, Na Giro d’Italia, Tour de France czy Tirreno-Adriatico, to widzę, że nasz wyścig naprawdę jest zorganizowany bardzo dobrze. I proszę mi wierzyć, że nie jest to z mojej strony ukłon w stronę Czesława Langa czy Agaty Lang, po prostu taka jest prawda.

Przeczytaj również inne wywiady autora:

Krzysztof Wyrzykowski – człowiek, któremu sekrety zdradzał Armstrong 

Michał Gołaś – Godzinne konwersatorium z „profesorem kolarstwa” 

Lechosław Michalak i kolarski powrót do lat 80.

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 1 Przysięga

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 2 Spełnienie

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 3 Koniec

Bogumiła Matusiak – wspomnienia ze starego Tour de France

Fignon i spółka powiedzieli: „On musi nas masować” – wywiad z „Bobem” Madejakiem

Od angażu „na kredyt”, do gwiazdy Tour de Pologne w pół roku – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 1

Droga prowadząca do Francji – wywiad z Janem Brzeźnym, cz. 2.

Na „ty” z Szarmachem – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 3

Maciej Paterski: „Jens Voigt chyba chciał mnie udusić” 

Maciej Paterski – jak pokonał Mollemę i Rogliča 

Maciej Bodnar – jak rozkochał w sobie Włochów i trafił do elity

Maciej Bodnar – Bodyguard zawodowiec

Zbigniew Spruch – wtedy, gdy wszystko się zaczęło

Zbigniew Spruch – Zawsze drugi

Portugalskie przygody Dariusza Bigosa

Dariusz Bigos: „Celujemy w drugą dywizję. Być może już za dwa lata”

Henryk Charucki – Wizyta w fabryce elektrycznych maszyn i kolarskich marzeń

Henryk Charucki – Wielka kolarska emigracja

Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota

Marek Leśniewski – długa droga do zawodowstwa 

Tomasz Marczyński – 60 minut z Loco

Janusz Kowalski – Szybszy od Pogačara

Janusz Kowalski – opowieść o niewykorzystanym potencjale

Przemysław Niemiec – Droga do Giro

Przemysław Niemiec – W kolarskim raju

Lech Piasecki – zanim został zawodowcem

Lech Piasecki: „Saronni dał mi zwycięstwo, Anquetil je odebrał”

Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 1

Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 2

Czesław Lang – Igrzyska, które spełniły marzenia

Czesław Lang – Tour de Pologne. Nowy początek

Czesław Lang: „Cavendish żałował, że przyjechał tu tak późno”

Benedetti – Polak z Włoch. Pomocnik, który stał się legendą

Bartosz Huzarski – od Wyścigu Pokoju do wielkich tourów

Boska komedia Marka Rutkiewicza – cz. 1 Niebo

Boska komedia Marka Rutkiewicza cz. 2 Piekło

Boska komedia Marka Rutkiewicza cz. 3  Czyściec

Paweł Poljański: „Contador często się na nas wkurzał”

Paweł Poljański – pomocnik z wyboru 

 

Poprzedni artykułTrzech polskich zawodników dołączy do Run & Race − Wibatech
Następny artykułTęczowo w Besançon. Triumfy Mathieu van der Poela i Fem van Empel
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
5 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Andrzej
Andrzej

Steffen Wesemann wygrywając Wyścig Pokoju reprezentował barwy Niemiec ponieważ był niemcem i dopiero w 2005 roku zmienił obywatelstwo na szwajcarskie. Szczęśliwego Nowego Roku 2025!

Andrzej
Andrzej

Korekta jest, ale słaba panie Kozyra. Pomimo tego dziękuję.

Andrzej
Andrzej

Przepraszam, ale dopisek pod zdjęciem z Wyścigu Pokoju 2000 roku odnośnie Wesemanna ” ( wówczas Niemca!) pojawił się po moim pierwszym komentarzu. Na zdjęciu stał Niemiec Wesemann (2000 r) a był podpisany jako Szwajcar (od 2005 r) stąd moja reakcja. W żadnym innym miejscu nie było żadnej wzmianki o jego narodowości. Być może pamięć jest zawodna ale pozostanę przy swoim stanowisku. Dziękuję za reakcję. Pozdrawiam również.