W historii polskiego kolarstwa prawdopodobnie nie było lepszego rocznika niż 1955. To właśnie wtedy, na kilka (lub kilkanaście) miesięcy przed zwycięstwem Stanisława Królaka w Wyścigu Pokoju na świat przyszli m.in. Jan Jankiewicz, Czesław Lang i Krzysztof Sujka. Po rozmowach z Jankiewiczem i Langiem, teraz przyszedł czas na tego ostatniego. W drugiej części wywiadu dla Naszosie.pl srebrny medalista z Nurburgringu opowiedział m.in.:…
- … o magii Wyścigu Pokoju
- … o zaciętej rywalizacji z Rosjanami
- … dlaczego skończył ze ściganiem na długo przed ukończeniem 30 roku życia
Co pan ceni bardziej – swój srebrny medal mistrzostw świata czy 3. miejsce w Wyścigu Pokoju? I co dało panu większą rozpoznawalność?
Myślę, że Wyścig Pokoju. Jak przypominam sobie teraz tamte tłumy ludzi i tamte relacje z wyścigu, to było coś niewyobrażalnego, nawet mimo tego, że tamten przekaz medialny był bardzo prymitywny. Bogdan Tuszyński, Bohdan Tomaszewski, “Halo, tu helikopter” – każdy Polak wiedział, o co chodzi. Wszyscy mieli przy sobie radyjko i tylko nasłuchiwali, co tam się dzieje na etapie.
W 1978 roku do oczyszczania trasy ze śniegów zaangażowano pługi, a rok później przy okazji upałów zapewniono wam pomoc straży pożarnej.
Tak, strażacy stali z sikawkami i nas polewali. Oczywiście nie tak ordynarnie, żeby uderzyć nas strumieniem wody, tylko po prostu do góry, żeby na nas spadało coś w rodzaju kropli deszczu. Bardzo miło wspominam Wyścig Pokoju także dlatego, że wiązał się z olbrzymim zaangażowaniem społeczeństwa, a my jako kolarze czuliśmy, że jesteśmy dla tych ludzi ważni i sprawiamy im ogromną radość. Gdy któryś z nas wygrał, oni byli tacy szczęśliwi, a jak wjeżdżaliśmy do Polski albo z niej wyjeżdżaliśmy, to na granicy witały nas i żegnały tłumy.
Dzisiejsze Tour de Pologne to już nie jest to samo. Czesiu pięknie zorganizował ten wyścig. Wszystko jest na najwyższym poziomie, ale to, co się działo podczas Wyścigu Pokoju jest chyba niestety nie do powtórzenia w dzisiejszych czasach. Ci ludzie, którzy jeszcze żyją, do dziś pamiętają Wyścig Pokoju i bardzo dobrze go wspominają nawet mimo tego, że była to impreza polityczna. Nie da się tego inaczej nazwać. Tyle że dla nas liczyła się wartość sportowa.
Zresztą dla sportowców z krajów zachodnich to również był bardzo ważny wyścig. Francuzom i Włochom także zależało na tym, żeby przyjechać tutaj na Wyścig Pokoju i zawsze wykazywali się maksymalnym zaangażowaniem. A mimo tego wyścig zawsze rozstrzygał się między czterema narodami: Niemcami, Rosjanami, Czechami i nami – Polakami.
Mówi pan, że dla Francuzów był to bardzo ważny wyścig, ale chyba nie zawsze. Ja pamiętam, jak przeglądając starą prasę natknąłem się na informację o tym, że Francuzi przeprowadzają jakiś casting na członka kadry podczas Wyścigu Pokoju.
Organizacyjnie ten wyścig nie ustępował największym imprezom, ale sportowo były pewne mankamenty. Dla nich problemem było na przykład to, w jaki sposób wyglądał ten wyścig. On był zdominowany przez te nasze cztery państwa i oni nie mogli się w tym układzie odnaleźć. Nie potrafili się przebić. Ale jak już się udało zająć, nie wiem, 8. czy 9. miejsce to już urastali do roli tytana szos.
A czuł pan, że sędziowie wam sprzyjają? Bo domyślam się, że była presja na to, żeby wyścig wygrał kolarz z bloku socjalistycznego.
Nie przypominam sobie niczego takiego. Wydaje mi się, że sędziowanie było uczciwe. Nie wiem zresztą czy głównym sędzią u nas nie był zazwyczaj właśnie Francuz lub Włoch, bo to właśnie to były najważniejsze kolarskie państwa. Nawet w peletonie amatorskim.
A jak podchodziliście do tej rywalizacji między sobą? Jak dogadywaliście się z kolarzami z NRD, ZSRR i Czechosłowacji?
Czesi zawsze trzymali z Rosjanami. Jeszcze wyścig nie ruszył, a oni już się między sobą dogadywali. W takim razie my musieliśmy się trzymać z NRD. Gdy atakował jakiś Rosjanin czy Czech, to od razu go goniliśmy, podobnie jak Niemcy. Ale gdy atakował Niemiec, częściej czekaliśmy na ruch pozostałych rywali.
Pamiętam, że jednego roku odgryźliśmy się Rosjanom na Tour de l’Avenir i pomagaliśmy Kolumbijczykom, dzięki czemu to jeden z nich wygrał [Alfonso Florez – przyp. red.]. Umówiliśmy się z Kolumbijczykami, że na płaskich etapach mają siedzieć spokojnie w peletonie i to my będziemy gonić, bo oni nigdy się w takim terenie nie czuli dobrze. Oni mieli pokazać się w górach. Pamiętam, że po wyścigu Rosjanie byli na nas bardzo wkurzeni. Do dziś pamiętam, jak Morozov krzyczał do mnie: “Wy poliaki, uwidim na Gonce Mira!” [“Czekajcie na Wyścig Pokoju, Polacy! Tam wam pokażemy!” – przyp. BK.].
Zresztą, w Kolumbii po tamtym sukcesie była taka feta, że z Ameryki Południowej łączył się telefonicznie z kibicami i Florezem sam prezydent tego kraju. Po prostu przemawiał i gratulował temu swojemu zawodnikowi. Byliśmy wtedy bardzo dumni z tego, że się do tego przyczyniliśmy.
A jak by pan porównał Tour de l’Avenir do Wyścigu Pokoju? Który z tych wyścigów był większy?
To zależy. Organizacyjnie na pewno Wyścig Pokoju. Ale jeśli chodzi o trasę, o trudność, to Tour de l’Avenir. Pireneje, Alpy, podjeżdżaliśmy pod Mont Ventoux, było Tourmalet, Alpe d’Huez… niesamowicie ciężki wyścig.
Panu to odpowiadało?
Niesamowicie, bo uwielbiałem góry. Niestety nigdy nie przyjeżdżaliśmy na ten wyścig odpowiednio przygotowani. Naszym celem były wiosenne wyścigi i w maju Wyścig Pokoju. Nie da się zbudować w tak krótkim czasie dwóch szczytów formy. A nawet trzech, bo we wrześniu były jeszcze mistrzostwa świata. Dopiero po mistrzostwach świata był Tour de l’Avenir. Teraz wygląda to inaczej.
Jestem przekonany, że gdybym przygotowywał się pod Tour de l’Avenir, to byłby to mój ulubiony wyścig. To jest cierpienie, wyścig na wymęczenie.
Wam trudno było się też przygotować do sezonu, prawda? Nie mieliśmy wtedy w Polsce krytego toru.
To był nasz kolejny minus – jeden z najważniejszych. Musieliśmy jeździć do Berlina Wschodniego, gdzie był prymitywny tor, taka pleczka. Gdyby pan widział, co tam się działo, jakie kraksy… Wszyscy się wywracali.
Wyjeżdżaliśmy też czasami do Gruzji, to Tblilisi, na drewniany tor. Kilka razy byliśmy w tych dwóch lokalizacjach, a poza tym, sam beton. Nasze zgrupowania wyglądały tak: najpierw Krynica – zgrupowanie regeneracyjne. Borowiny, inhalacja, kąpiel w tych specjalnych wodach. A potem już było tylko Zakopane w śniegu, po czym wyjeżdżaliśmy najpierw do zimnej Bułgarii, a następnie do Francji czy Włoch, gdzie już było ciepło.
Ścigaliście się też w Afryce.
Tak, najczęściej w Maroku i Algierii. Ale tam wcale nie było zawsze tak ciepło – pamiętam, że raz w marcu przerwano nam wyścig z powodu śniegu. Marynarki, garnitury – jak zjeżdżaliśmy, to braliśmy wszystko, co dyrektorzy sportowi mieli w samochodach. A w Algierii pamiętam wyścig, gdzie panowała jakaś gangsterka. Gdy był jakiś wiadukt, to na głowy leciały nam kamienie, którymi w nas rzucali.
Z takich egzotycznych wyjazdów pamiętam też Wenezuelę, która była zupełnie innym krajem niż teraz – bardzo bogatym. Jeździliśmy tam, bo było zdecydowanie cieplej niż u nas, ale nie wiem, czy to był dobry pomysł. Wprawdzie była u nich wtedy pora nie sucha, a deszczowa, ale i tak otwierało się drzwi samolotu i przeżywało się prawdziwy szok. Gdy wychodziło się na płytę, było gorąco jak w piekle. Byliśmy tam 3 tygodnie, a potem wracaliśmy znów do tego śniegu. W tej sytuacji nasze organizmy po prostu wariowały. Nie były w stanie tego znieść. Myślę, że trzeba było z tej Wenezueli od razu jechać gdzieś do Włoch, nad Adriatyk, do Francji, do Nicei. Gdzieś, gdzie jest ciepło.
Z czego wynikał fakt, że tak często jeździliście do tej Afryki? Maroko i Algieria to byłe kolonie francuskie, a wy byliście z bloku wschodniego.
Po prostu dostawaliśmy zaproszenie. W Algierii rzeczywiście dominowały wtedy jeszcze wpływy francuskie. Te wszystkie ośrodki sportowe, w których spaliśmy były bardzo eleganckie – był taki sam standard jak we Francji. Zresztą w Maroku tak samo – stamtąd pamiętam doskonale wspaniałą, królującą tam francuską kuchnię.
Francuzi byli oczywiście wtedy zaangażowani także w organizację tamtych wyścigów, a nasza federacja z tamtejszą się dogadywała bardzo dobrze. Oba związki bardzo ściśle współpracowały. Gdy organizowano jakiś wyścig, to nie wyobrażano sobie, żeby nie było polskiej ekipy. Bez niej ranga imprezy bardzo spadała.

Klon przywieziony z Igrzysk Olimpijskich w Montrealu to dziś dla Krzysztofa Sujki największy powód do dumy. – Gdy byliśmy w Kanadzie, każdy ze sportowców dostawał sadzonkę tego drzewa. Ja swoją posadziłem w ogrodzie. Nie przypuszczałem, że wyrośnie taki piękny! Do dziś mam kontakt z wieloma sportowcami (nie tylko kolarzami), którzy pojechali wtedy na igrzyska. Wygląda na to, że ten mój klon może być jedynym, który przetrwał do dziś. Jestem z niego naprawdę dumny. Gdy obok mojego domu remontowano drogę i musiałem zburzyć ogrodzenie, postanowiłem, że nie będę prosić o to, by wybudowano nowe. Cieszę się, że dzięki temu nic już nie zasłania tego pięknego drzewa! – opowiada.
Francuzi zapraszali nas także na Paryż-Nicea, choć akurat pan nie miał okazji tam wystartować.
Niestety to było tylko za czasów Ryśka Szurkowskiego, gdy ja byłem jeszcze w kadrze torowej. To jest tylko dowód na to, co panu mówię. Na jak wysokim poziomie musiało być wtedy polskie kolarstwo, skoro naszych kolarzy zapraszano na wyścig dla zawodowców. Dziś nie zdajemy sobie sprawy, jak dobrze ono wtedy wyglądało…
Jak na wasze przygotowania wpływał fakt, że tak często zmienialiście trenerów? W ciągu kilku lat przez kadrę przewinęło się mnóstwo nazwisk: Madej, Ruciński, Rusin, Trochanowski…
Moim zdaniem nie miało to żadnego znaczenia. Mieliśmy tylu utalentowanych kolarzy, że każdy mógł być mistrzem świata, mistrzem olimpijskim. To była taka plejada gwiazd, że czy trenerem był Walkiewicz, czy Rusin, któryś z nas po prostu musiał coś wygrać. Moim zdaniem okres przygotowawczy ma w kolarstwie drugorzędne znaczenie. Trzeba utrzymać jakąś dyspozycję przez dwa, może trzy miesiące, gdy jest zimno. A potem są starty. To one są najważniejsze.
Przez same treningi, nawet najmądrzej poprowadzone, nikt nie stał się jeszcze dobrym kolarzem. Musi być po prostu ustawiony odpowiedni plan startowy. Podczas wyścigów można trenować wszystko. I treningi, i jazdę pod górę, jazdę indywidualną na czas, jazdę w grupie, finisze… Naprawdę wszystko. Wystarczy się ścigać.
Ale czy właśnie ustawianie odpowiedniego planu startowego nie jest rolą trenera?
Tak, ale tylko to! Jak się jest na odpowiednim poziomie, to wie się samemu, jak należy trenować. To tak samo jak teraz trener reprezentacji w piłce nożnej. Czego on nauczy tych zawodników, których ma do dyspozycji przez dwa tygodnie? Oni mają po prostu grać na okrągło, a nie grzać ławy, a wtedy wszystko będzie dobrze!
Mimo wszystko was miał pod swoimi skrzydłami nieco dłużej. Przez okrągły rok jeździliście na zgrupowania i wyścigi jako reprezentacja.
No właśnie zgrupowań nie mieliśmy zbyt dużo. Grudzień i styczeń, a potem okres startowy. Jak przyjeżdżałem do domu po jakimś dużym wyścigu etapowym, to przez następne dni odpoczywałem. Nie leżałem, ale robiłem jakieś przejażdżki, żeby utrzymać swoją wytrzymałość. Tylko to. Nie było potrzeby robienia jakichś tempówek, jazdy pod górę.
Gdy niedawno rozmawiałem z Janem Jankiewiczem, dowiedziałem się od niego, że w 1980 roku nie pojechał na Wyścig Pokoju dlatego, że planował start w igrzyskach olimpijskich. Podobnie było także w przypadku Czesława Langa. A jak to się stało, że pan na tamten Wyścig Pokoju pojechał, skoro też planował start w Moskwie?
Pojechałem dlatego, że chciałem jechać. Właśnie dlatego, że dla mnie najlepszym przygotowaniem był start w wyścigu. Skoro przyszedł sezon, trzeba go w pełni wykorzystać. Zawsze się mówiło, że najlepszym treningiem są właśnie zawody. “Najgorszy wyścig jest lepszy od najlepszego treningu” – to była moja filozofia, dlatego ja wolałem wystartować nawet w jakimś nic nieznaczącym wyścigu, niż trenować.
Czyli to do was, jako kolarzy należała ostateczna decyzja co do tego czy wystartujecie w wyścigu, czy nie?
Dokładnie tak. Muszę powiedzieć też, że jeśli chodzi o Moskwę, to żałuję, że nie wystartowałem też w jeździe drużynowej na czas. W naszej czwórce pojechał wtedy Jasiu, który miał wtedy problemy. Nie miał w ogóle głowy do ścigania. Jego ojciec chorował [i zmarł po jeździe drużynowej na czas – przyp. red.], więc nic dziwnego, że myślał głównie o nim, martwił się o niego, a nie o tym, co się stanie podczas wyścigu.
A co się stało, że podczas Wyścigu Pokoju nie udało się panu nawiązać do występu sprzed roku? Obsada była słabsza. Nie było Suchoruczenkowa…
Nie wiem. Tak się ułożył wyścig. Pamiętam też, że popełniłem jeden olbrzymi błąd. Zabrałem się w ucieczkę z Barinowem i kilkoma innymi, ale potem obejrzałem się do tyłu. Za sobą zobaczyłem wtedy peleton, który ma nas praktycznie na widelcu. Uznałem, że nie ma sensu walczyć dalej, skoro i tak zaraz nas dopadnie.
Pomyliłem się. Ja wróciłem do peletonu, a peleton stanął w miejscu i kolarze, z którymi przed chwilą jechałem, błyskawicznie zdobyli ogromną przewagę. Popełniłem błąd. Chciałem sobie ulżyć. A tu nie ma, nie można w ten sposób myśleć. Trzeba cierpieć do końca. Nie można odpuszczać. Gdybym wtedy tam pojechał, to kto wie, co byłoby dalej. Naprawdę mógłbym skończyć tamten wyścig na podium [tak samo pisał po tamtym etapie “Przegląd Sportowy” przyp. red.], ale co się stało, to się nie odstanie.
Po tamtym etapie Morozov, który atakował z peletonu wtedy, gdy pan odpadał z ucieczki, mówił, że mijając pana, chciał panu pomóc, bo uważa pana za dobrego kolegę. Jak generalnie układały się wasze relacje z kolarzami ze Związku Radzieckiego? W końcu relacje między naszymi państwami, zwłaszcza na początku lat 80. były dość napięte…
Polityka była poza nami. Jak się ścigaliśmy, to oczywiście nie było litości, tym bardziej że my trzymaliśmy się raczej z Niemcami. Ale poza szosą, przyjaźniliśmy się i nawet nie rozmawialiśmy o polityce. Nie było żadnych politycznych insynuacji. Woleliśmy się od tego trzymać z daleka.
Czyli niczego w rodzaju słynnej pompki Królaka nie było!
Nie, nasza rywalizacja zawsze była czysta. Pamiętam taki wyścig w Saksonii, jak jechaliśmy w ucieczce z Aavo Pikuus [kolarz z Estońskiej SRR, a więc reprezentant Związku Radzieckiego – przyp. red.]. Było tak straszliwie zimno, padał śnieg z deszczem. Mieliśmy wtedy takie bawełniane koszulki. One bardzo szybko namakały, a gdy do tego było zimno – zamarzały. Wcale nie przesadzam – później człowiek chciał się dotknąć i… natrafiał na materiał twardy jak ściana. A to i tak było dobrze, bo dzięki temu, że koszulka była twarda, to już aż tak nie czuło się tego zimnego powietrza, które na nas podwiewało.
W każdym razem, Pikuus widział, jak bardzo jest mi zimno, więc do mnie podjechał i powiedział: “Musimy jechać ile mamy sił. Inaczej zamarzniemy! Miał rację, bo ci, którzy się za nami wieźli, szybko opadli z sił. Do mety dojechaliśmy we dwójkę – on był drugi, ja wygrałem. Przetrwaliśmy dzięki temu, że mocno jechaliśmy. Innej opcji nie ma. Może się wydawać, że jak jedziesz za kimś, odpoczywasz, ale to tak wtedy nie działa. Jedynie schładzasz swój organizm. Po kilku minutach jest koniec.
Nie mogę na tamtych Rosjan powiedzieć nic złego, nie ich wina, że pochodzili z takiego a nie innego kraju. Jak komuś czegoś brakowało, to zawsze Rosjanie pomagali Polakom albo Polacy Rosjanom.
Po raz ostatni na wielkiej kolarskiej scenie pojawił się pan w 1981 roku, gdy pojechał pan na Wyścig Pokoju. Nie osiągnął pan tam zresztą żadnych sukcesów. Co się stało później? Miał pan dopiero 26 lat…
Niestety, wtedy uważano, że 26 lat to bardzo dużo. Gdy ktoś osiągnął taki wiek, zaczynano go powoli odsuwać od kadry. To było bardzo głupie, bo przecież 26-30 lat, to dla kolarza najlepszy wiek. Kolarstwo jest sportem typowo wytrzymałościowym, a tę wytrzymałość nabywa się wraz z wiekiem.
Na własną rękę nie da się jednak niczego zbudować. Jak się odetnie kolarzowi te przygotowania, a przede wszystkim starty… to jest koniec. Jeżdżąc na te lokalne wyścigi, nie byłem w stanie utrzymać takiej dyspozycji jak wtedy, gdy ścigałem się z najlepszymi kolarzami na świecie. Po prostu stopniową obniżałem swój poziom.
Poza tym, zmienił się system wypłat dla kolarzy – teraz zaczęto wypłacać stypendia dla utalentowanych kolarzy. Wcześniej byliśmy zatrudnieni na etat w zakładach. Dostawaliśmy wypłatę jako górnik czy robotnik, ale oczywiście nie pracowaliśmy tak jak oni – zamiast tego jeździliśmy w zakładowym klubie. Niestety później komuś ten system zaczął przeszkadzać. Po telewizjach chodziły te wszystkie materiały, jak sportowcy podpisują listę zatrudnionych, a potem nie pracują. Zaczęto z tym walczyć i w efekcie tacy kolarzy jak ja, nie mieli za bardzo możliwości, żeby utrzymać się z jazdy.
Wielu polskich kolarzy próbowało rozwiązać ten problem wyjeżdżając do Francji, do amatorskich zespołów. Dlaczego pan się na to nie zdecydował?
Bo wybrałem Włochy. Pojechałem do Cześka, bo my byliśmy zawsze jak bracia. Jak byliśmy na zgrupowaniach to zawsze spaliśmy w jednym pokoju.
Dziś jak bracia wyglądacie!
Wtedy było tak samo. Zawsze nas mylili. Pamiętam jak kiedyś pojechałem na Tour de Pologne. Spałem w Kasprowym, a Czesiek w jakimś innym hotelu. W pewnym momencie przychodzi do holu, widzi mnie i woła: “Czesław, Czesław”. Mówię mu, że ja nie jestem Czesław. Był pewien, że się zgrywam, ale w końcu zapytał:
– To co, na pewno rodzina?
– Tak – odpowiedziałem i wcale nie czułem, że skłamałem. Zresztą, jego córka – Agata, to moja chrześnica. Dała mi nawet rower Colnago.
Z Cześkiem byłem we Włoszech pół roku. Ścigałem się tam w takiej jednej grupie amatorskiej i oczywiście wygrywałem wyścigi, dawałem sobie radę. Liczyłem na to, że jak tam będę, to się pokażę i uda mi się podpisać zawodowy kontrakt, nawet za najniższą stawkę. Obiecywano mi nawet przez moment umowę, ale na tym się skończyło. Po pół roku wróciłem do Polski i już nie byłem w stanie nic więcej zdziałać.

A po co pan wracał do Polski?
Byłem zły, że nie udało mi się podpisać tego zawodowego kontraktu, a poza tym nie chciałem być dla Cześka ciężarem. On też był wtedy na dorobku. Te pierwsze lata na zachodzie naprawdę były dla niego ciężkie. Mały pokoik, Agata się urodziła. Jego ciągle nie było, ja też jeździłem po tych wyścigach… Nie chciałem im siedzieć na głowie.
Po zakończeniu kariery próbował pan jeszcze pozostać w kolarstwie?
W ogóle nie miało to sensu, bo niby jak? Kiedyś w każdym większym mieście województwa łódzkiego był jakiś zespół kolarski, a wtedy wszystko padało. Gry zespołowe jakoś przetrwały tamte przemiany, ale sporty indywidualne bardzo na nich ucierpiały, szczególnie kolarstwo, gdzie i rower, i reszta sprzętu, było bardzo drogie.
Chciałem przekazywać wiedzę młodym kolarzom, bo moim zdaniem trzeba najpierw to wszystko przeżyć na własnej skórze, żeby później wiedzieć, jak trenować innych. Niestety nie było kogo, zresztą nie ma do dzisiaj. Jak tylko jakiś kolarz się pokaże, to wyjeżdża na zachód i tam próbuje zrobić karierę. Wyścigów u nas praktycznie nie ma. Mamy to piękne Tour de Pologne, które jest jednym z najważniejszych wyścigów na świecie, tylko niestety najczęściej nie startuje tam zbyt wielu Polaków. Oni nie mają gdzie się przygotować i wypromować do tych najlepszych ekip, które startują w wyścigu Cześka.
Niestety będzie coraz gorzej. Zaraz odejdzie Majka, odejdzie Kwiatkowski, a następców nie widać.
Pan teraz regularnie jeździ na rowerze. Zrobił pan sobie w ogóle od niego jakąś przerwę po zakończeniu kariery?
Miałem, ale po jakimś czasie uznałem, że trzeba ruszyć tyłek. Kolarstwo to moje życie, mam je we krwi i nic tego nie zmieni. Poza tym, to zdrowo jest się poruszać, bo aktywność fizyczna jest bardzo ważna. Oczywiście staram się nie przesadzać – widzę swój PESEL, ale wciąż się ścigam.
***
Epilog
Opowieść o krótkiej lecz bardzo intensywnej karierze Krzysztofa Sujki zaczęliśmy od jego rodzinnego Dłutowa i tam też ją skończymy. Chłopiec, który kiedyś marzył by być jak Królak, Szurkowski czy Szozda, stał się kapitalnym kolarzem, a dziś, blisko pół wieku po swoich największych sukcesach, już jako starszy człowiek jest świadkiem tego, jak historia zatoczyła koło.
Okno, z którego kiedyś tęsknie wyglądał na drogę, by zachwycać się widokiem pięknych rowerów, które przejeżdżały obok jego domu i pozwalało mu z nadzieją spoglądać w przyszłość, dziś znów regularnie bywa wehikułem czasu. Jednak zdecydowanie częściej niż w kierunku wydarzeń, które mają nadejść, zabiera swoich pasażerów w przeszłość, do czasów gdy Sujka meldował się na podium mistrzostw świata i Wyścigu Pokoju.
Naprzeciwko jego domu, tuż przy ratuszu będącego siedzibą gminy Dłutów liczącej wg. danych z 2017 roku ponad 4 tysiące mieszkańców, znajduje się od kilku miesięcy… skwer jego imienia.
Na uroczystości nadania miejscu nowego patrona i odsłonięcia przypominającego jego postać obelisku była większość wciąż żyjących najlepszych kolarzy w polskiej historii – od Janusza Kowalskiego, przez Jana Jankiewicza i Czesława Langa aż po Dariusza Baranowskiego…


Krzysztof Wyrzykowski – człowiek, któremu sekrety zdradzał Armstrong
Michał Gołaś – Godzinne konwersatorium z „profesorem kolarstwa”
Lechosław Michalak i kolarski powrót do lat 80.
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 1 Przysięga
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 2 Spełnienie
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 3 Koniec
Bogumiła Matusiak – wspomnienia ze starego Tour de France
Fignon i spółka powiedzieli: „On musi nas masować” – wywiad z „Bobem” Madejakiem
Od angażu „na kredyt”, do gwiazdy Tour de Pologne w pół roku – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 1
Droga prowadząca do Francji – wywiad z Janem Brzeźnym, cz. 2.
Na „ty” z Szarmachem – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 3
Maciej Paterski: „Jens Voigt chyba chciał mnie udusić”
Maciej Paterski – jak pokonał Mollemę i Rogliča
Maciej Bodnar – jak rozkochał w sobie Włochów i trafił do elity
Maciej Bodnar – Bodyguard zawodowiec
Zbigniew Spruch – wtedy, gdy wszystko się zaczęło
Zbigniew Spruch – Zawsze drugi
Portugalskie przygody Dariusza Bigosa
Dariusz Bigos: „Celujemy w drugą dywizję. Być może już za dwa lata”
Henryk Charucki – Wizyta w fabryce elektrycznych maszyn i kolarskich marzeń
Henryk Charucki – Wielka kolarska emigracja
Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota
Marek Leśniewski – długa droga do zawodowstwa
Tomasz Marczyński – 60 minut z Loco
Janusz Kowalski – Szybszy od Pogačara
Janusz Kowalski – opowieść o niewykorzystanym potencjale
Przemysław Niemiec – Droga do Giro
Przemysław Niemiec – W kolarskim raju
Lech Piasecki – zanim został zawodowcem
Lech Piasecki: „Saronni dał mi zwycięstwo, Anquetil je odebrał”
Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 1
Czesław Lang – Tour de Pologne. Nowy początek
Czesław Lang: „Cavendish żałował, że przyjechał tu tak późno”
Benedetti – Polak z Włoch. Pomocnik, który stał się legendą
Bartosz Huzarski – od Wyścigu Pokoju do wielkich tourów
Boska komedia Marka Rutkiewicza – cz. 1 Niebo
Boska komedia Marka Rutkiewicza cz. 2 Piekło
Boska komedia Marka Rutkiewicza cz. 3 Czyściec
Paweł Poljański: „Contador często się na nas wkurzał”
Paweł Poljański – pomocnik z wyboru
Piotr Wadecki – twardziel i lokator „Kanibala”
Jan Jankiewicz – Z toru na szosę
Jan Jankiewicz – z szosy na tor
Krzysztof Sujka: „Rywal powiedział: dla mnie to ty jesteś mistrzem”

![Maria Okrucińska: „Ogromne podziękowania dla wszystkich, którzy kibicowali” [wywiad]](https://naszosie.pl/wp-content/uploads/2026/09/Maria-Okrucinska-Yana-Decruyenaere-Aalia-Clay-218x150.jpeg)







