W historii polskiego kolarstwa prawdopodobnie nie było lepszego rocznika niż 1955. To właśnie wtedy, na kilka (lub kilkanaście) miesięcy przed zwycięstwem Stanisława Królaka w Wyścigu Pokoju na świat przyszli m.in. Jan Jankiewicz, Czesław Lang i Krzysztof Sujka. Po rozmowach z Jankiewiczem i Langiem, teraz przyszedł czas na tego ostatniego. W pierwszej części wywiadu dla Naszosie.pl srebrny medalista z Nurburgringu opowiedział m.in…
- … o anomaliach pogodowych Wyścigu Pokoju
- … o dopingowiczu, który odebrał mu złoto
- … o ostatnim wyścigu Stanisława Szozdy
Prawdziwa mekka polskich skoków narciarskich, a dla wielu turystów ulubione miejsce spędzania urlopów. Tak, Zakopane prawdopodobnie dla żadnego Polaka nie jest miejscem zupełnie anonimowym, nawet jeśli części z Was kojarzy się głównie z wszechobecnym tłumem i wysokimi cenami. Uroki pięknych górskich krajobrazów i wymagających tras do dziś przyciągają również wielu sportowców, choć zdecydowanie nie tylu, co kilkadziesiąt lat temu, gdy miejscowy COS bez cienia wątpliwości można było nazwać sportową stolicą Polski.
To właśnie tutaj spotykali się w zasadzie wszyscy polscy sportowcy. Bokserzy grali w karty z zapaśnikami, a lekkoatleci upijali się z biegaczami narciarskimi. A choć akurat od alkoholu kolarze trzymali się z daleka, to i oni potrafili się zintegrować z trenującymi inne dyscypliny kolegami, dzięki czemu biegania na nartach uczył ich sam Józef Łuszczek*, a w miejscowych saunach regularnie mogli liczyć na towarzystwo lekkoatletów.
– Uwielbiałem tamte zgrupowania. Tam panowała taka fajna, ciepła, rodzinna atmosfera. – opowiada ich stały bywalec, Krzysztof Sujka, który szczególnie wspomina dzień, w którym poznał Władysława Komara i Tadeusza Ślusarskiego**.
– Wchodzę z Ryszardem Szurkowskim do sauny, a tam Ślusarski i Komar! Pierwszy odzywa się Komar:
– Cześć, Ryśku – mówi, a zaraz potem dodaje – A ten drugi, to kto? – Na co Rysiek odpowiada bez wahania:
– Władziu, spokojnie, jeszcze o nim usłyszysz…
Szurkowski, znany z olbrzymiej kolarskiej inteligencji, i tym razem się nie pomylił. Krzysztof Sujka szybko stał się bowiem jednym z najlepszych polskich kolarzy w historii. Bardzo szybko, biorąc pod uwagę, że pierwszy rower dostał dopiero w wieku 16 lat!
*Józef Łuszczek – złoty medalista mistrzostw świata w biegach narciarskich z 1978 roku.
** Władysław Komar i Tadeusz Ślusarski – złoci medaliści igrzysk olimpijskich w pchnięciu kulą i skoku o tyczce. W 1998 roku obaj zginęli w wypadku samochodowym pod Przybiernowem.
– Sport zacząłem na poważnie uprawiać od piłki nożnej, ale prawda jest taka, że zawsze trochę ciągnęło mnie do kolarstwa. Pochodzę z gminy Dłutów, od której niedaleko jest do Pawlikowic, gdzie mieścił się spory klub kolarski. Gdy patrzyłem na drogę, regularnie widziałem jak kolarze jadą w kierunku Bełchatowa na swoich wspaniałych szosówkach. Wtedy nie było zbyt dużo samochodów, więc jeśli dało się na czymś zawiesić oko, to najczęściej właśnie na tych rowerach. Niesamowicie mi imponowały.
Rodzice szybko zauważyli, jak bardzo ciągnie mnie w kierunku kolarstwa. W końcu mama powiedziała mi: “No dobrze, skoro tak bardzo chcesz jeździć, kupię ci ten rower. To był favorit, który kosztował wtedy trzy miesięczne pensje, zresztą używany już przez kogoś. To właśnie na nim, na tym prymitywnym rowerze, pojechałem na swój pierwszy wyścig i od razu wygrałem.
Jak to się stało? Miał pan 17 lat, wcześniej nie jeździł pan na rowerze. Nagle siada pan na siodełko i od razu wygrywa…
Cały czas miałem do czynienia ze sportem. Nie było Internetu, więc po nauce zamiast na komputer, umawialiśmy się na piłkę. U nas w gminie były też stawy, to pływaliśmy, czasami organizowaliśmy sobie jakieś biegi… Człowiek przychodził do klubu przygotowany do wysiłku, a zmiana piłki nożnej czy biegania na kolarstwo była po prostu kwestią specjalizacji. Niczego więcej.
Rok później, w 1973, była Spartakiada Młodzieży w Krakowie (choć akurat kolarstwo było rozgrywane w Nowym Sączu). Ja tam pojechałem i zdobyłem brązowy medal. Większość trasy przejechałem sam. Uciekałem, miałem nad peletonem 7 minut przewagi. Wszystkim odjechałem… Byłem bardzo mocny, ale trochę “dzięciołowaty”. Nie wiedziałem jak powinienem się zachować – nie miałem żadnego doświadczenia. Poza tym, nie wiedziałem co się dzieje. Nie miałem żadnej informacji z tyłu.
Jechałem na czuja, aż w pewnym momencie dopadło mnie dwóch kolarzy ze Śląska. Utrzymałem im koła, ale gdy na stadionie doszło do sprintu, nie miałem z nimi szans. Byłem świetny fizycznie, ale jednocześnie bardzo słaby technicznie. Na szczęście trenerzy zobaczyli wtedy we mnie potencjał i trafiłem do kadry torowej. Wszystko działo się naprawdę szybko.
Na tej spartakiadzie spotkał pan wtedy Jana Jankiewicza i Czesława Langa. Obaj byli z tego samego rocznika, co pan.
Tylko że oni rywalizowali wtedy na torze, a ja pojechałem w wyścigu szosowym. Łączyło nas to, że wszyscy trzej trafiliśmy po tamtej spartakiadzie do kadry torowej pod skrzydła Stefana Borucza. To był wtedy trener kadry, który mocno na nas postawił. Pojechaliśmy razem już na torowe mistrzostwa świata do Liege w 1974 roku. Szkoda, że mnie wtedy trener nie wystawił, bo wierzę, że zdobylibyśmy wtedy medal. Mieliśmy kapitalną drużynę – Jan Faltyn i nasza trójka. To była kapitalna ekipa.
Ale tak właściwie dlaczego trafił pan wtedy do tej kadry torowej? Jankiewicz i Lang swoje medale ze Spartakiady zdobyli na torze, pan na szosie.
Trudno mi jest na to odpowiedzieć, bo nie mam bladego pojęcia. Gdybym miał jednak zgadywać, to wskazałbym na wiek. Nie byłem zbyt doświadczony, brakowało mi techniki i być może trenerzy chcieli, żebym nabył ją właśnie na torze. To była taka polityka PZKol.
A panu oraz Jankiewiczowi i Langowi zdarzało się wtedy rywalizować ze sobą podczas jakichś wyścigów szosowych?
Tak, średniacy regularnie się wtedy ścigali na szosie. Właściwie niczym nie różniliśmy się od kolarzy szosowych poza tym, że na imprezy mistrzowskie jeździliśmy jako kolarze torowi.
I kto najczęściej wygrywał?
Nie wiem, wszyscy byliśmy bardzo mocni na szosie. Za to na torze najlepszy z nas był Janek Jankiewicz – to był typowy torowiec, który kilka razy prawie zdobył medal mistrzostw świata.
A jak się układała pańska kariera torowa?
Dociągnęliśmy razem aż do Montrealu. Tam w 1976 roku pojechaliśmy w bardzo mocnym składzie: Ja, Jankiewicz, Lang i śp. Zbyszek Szczepkowski. Tam doszliśmy do ćwierćfinału, gdzie przegraliśmy z Brytyjczykami. Naprawdę niewiele nam do nich brakowało. Myśmy tak naprawdę nie mieli żadnego doświadczenia. Nie mieliśmy w Polsce nawet prawdziwego drewnianego toru – wszystkie były betonowe. Na jakieś treningi do krajów z drewnianymi torami jeździliśmy bardzo rzadko.
Dlatego byliśmy słabi technicznie, ale za to siłowo kapitalni. Najlepiej świadczy o tym nasz wynik. Z tymi Brytyjczykami przegraliśmy minimalnie, a do dziś wierzę, że gdyby pojechał z nami Janek Faltyn zamiast Zbyszka, to byśmy zdobyli medal.
Gdyby tam, w Montrealu lepiej wam poszło, zostałby pan dłużej na torze?
Raczej nie. Ja marzyłem o szosie. Potem były jeszcze mistrzostwa świata w San Cristobal w Wenezueli i po tych zawodach powiedziałem już, że chcę wszystko postawić na kolarstwo szosowe. Na torze nie widziałem przyszłości, nie było tam żadnego zainteresowania medialnego. Tymczasem polskie kolarstwo szosowe było potęgą. Szozda, Szurkowski, Mytnik – medaliści mistrzostw świata, igrzysk. Te nazwiska znał każdy. A każdy kolarz chciał kiedyś wystartować w Wyścigu Pokoju. Ja bardzo chciałem.
To na szosie człowiek się stawał rozpoznawalny. Kibice zupełnie inaczej podchodzili do kolarzy szosowych, a i finansowo wychodziło się na tym zdecydowanie lepiej. Dlatego z tego toru chciało się uciekać tak szybko, jak tylko się da. Tej techniki, której mogłem się tam nauczyć, już się nauczyłem. Nie miałem tam czego szukać.
Gdy zaczynałem ścigać się na torze, nie umiałem odnaleźć się w grupie – teraz nie miałem z tym żadnych problemów. Ustawianie się, technika, rozgrywanie końcówek… byłem już innym kolarzem. Rozprowadzania też się trochę nauczyłem, choć prawdę mówiąc, akurat tutaj nigdy nie czułem się dobrze. Wolałem rozprowadzić się sam – wybierać na własną rękę koła rywali w taki sposób, by na koniec wygrać.
Tak właściwie to dlaczego już wtedy, w 1977 roku nie pojechał pan na mistrzostwa świata dla szosowców? Miał pan na koncie zwycięstwo w Wyścigu Dookoła Nadrenii, wygrane etapy Tour de Pologne… Na torze potrzebowali pana bardziej?
Trenerzy przenosili nas z kadry torowej do szosowej bardzo ostrożnie, ale sukcesywnie. Najpierw był Czesiek Lang, który już w 1977 roku wystartował w Wyścigu Pokoju. Rok później przyszedłem ja, a po kolejnych 12 miesiącach Jan Jankiewicz. Ja myślę, że to była celowa taktyka trenerów. Nie chcieli oddać całej naszej trójki w jednym roku, bo po prostu nie dałoby się nas zastąpić.
W 1978 roku spełnił więc pan swoje wielkie marzenie o starcie w Wyścigu Pokoju. Wtedy nie był pan zaskoczony swoją nominacją na tamtą imprezę, prawda?
W ogóle. Wcześniej jeździliśmy na wyścigi do Francji i Włoch. Jeździliśmy m.in. w Tour du Vaucluse, Tour de Bretagne, gdzie wygrałem, Settimana Bergamasca – wszędzie szło mi dobrze, choć niekiedy ścigaliśmy się z zawodowcami*. Tak czy inaczej, brałem udział we wszystkich tych wyścigach jako członek pierwszej kadry, przygotowującej się do Wyścigu Pokoju.
*Sujka mówi tu głównie o Tour de Vaucluse – wyścigu open, w którym zawodowcy regularnie mierzyli się z amatorami. W 1978 wyścig ten został zdominowany przez tych pierwszych. Zawodnicy największych ekip świata zajęli 6 pierwszych miejsc, zaś na kolejnych dwóch uplasowali się zwycięzca Wyścigu Pokoju z 1976 roku Hans-Joachim Hartnick i właśnie Krzysztof Sujka.
To był pański debiut w Wyścigu Pokoju, ale pojechał pan bez kompleksów. Był pan najjaśniejszą postacią naszej kadry. Wrócił pan z wyścigu jako zwycięzca etapu, klasyfikacji górskiej i zawodnik czołowej “10” klasyfikacji generalnej.
Tak, ale na początku naszym liderem był Staszek Szozda, który jednak szybko musiał się wycofać. Było nam później bez niego naprawdę ciężko. Był dla nas ogromnym autorytetem. To człowiek, który wygrał na Wyścigu Pokoju tyle etapów i całą klasyfikację generalną. Oprócz niego wszyscy byliśmy bardzo młodzi, więc on był dla nas niemal idolem. A jak on się wycofał to nie wiadomo było co robić. Na szczęście mi się udało pozbierać. Postanowiłem zawalczyć o koszulkę górala razem z Rosjaninem – Morozowem, i wygrałem.
Wygrałem też ostatni etap w Warszawie i w Szczecinie na Wałach Chrobrego. Do dziś pamiętam tamtych ludzi, którzy się wtedy wokół mnie zgromadzili. Oni po prostu oszaleli na moim punkcie. Wszyscy się na mnie prawie rzucili. Każdy chciał autograf, każdy chciał mnie wyściskać, dotknąć, pogratulować.. Byłem dla nich bohaterem, choć prawdę mówiąc… nie wiem, czy wyszedłbym z tego żywy, gdyby nie milicja, która dbała o to, by sytuacja nie wymknęła się spod kontroli.
A wracając do Szozdy – to prawda, że początkowo liderem nie miał być on, a Janusz Kowalski?
Wszystko na to wskazywało. Wcześniej byliśmy z Kowalskim w Bułgarii, na pozostałych wyścigach przygotowawczych i nikt się nie spodziewał, że zamiast niego pojedzie Szozda. Prawdę mówiąc, nie wiem, dlaczego tak się stało. Okazało się, że dla Staszka to był ostatni wyścig, a wydaje mi się też, że on nie był wtedy w zbyt dobrej formie. Bardzo się cieszyliśmy, że go mieliśmy – dyrygował nami, dawał wiele wskazówek, ale sam niewiele był w stanie zdziałać.
Pan spał z nim wtedy w jednym pokoju. Pamięta pan, jak znosił tamten wyścig? Na pewno było mu trudno, bo zdaje się, że w ciągu kilku dni aż trzykrotnie lądował na ziemi.
Jak rozmawialiśmy to wielokrotnie mówił, że go to wszystko zaczyna irytować i chyba da sobie spokój z kolarstwem. “To jest bez sensu, cały czas się przewracam. Po co wsiadać na rower, skoro za chwilę znów wyląduję na ziemi?” – mówił, a ja go przekonywałem, że to jest normalne. Że skoro deszcz pada, to każdy mógł się przewrócić. Tym bardziej, że drogi były pokryte wtedy starym, przedwojennym brukiem. Były naprawdę fatalne. Do tego tamten sprzęt, opony, nijak nie przystawały do tego, co mamy dzisiaj. Poza tym, nawet dzisiaj kolarze się wywracają, często bez swojej winy. Jak ktoś przede mną się wywróci, nie jestem w stanie zareagować – po prostu walę w grupę przed sobą, bo co mam zrobić?
Szozda być może nie był w swojej najlepszej formie, ale początek tamtego Wyścigu Pokoju był dla niego całkiem udany. Pierwszy etap wygrał mimo tego, że już tamtego dnia po raz pierwszy leżał na ziemi po kraksie. A jak pan wspomina pobyt z nim w jednym pokoju. Jako młody chłopak, który dopiero zaczyna się ścigać, czuł pan dużą tremę?
Olbrzymią! Miałem do niego niesamowity szacunek. Szozda i Szurkowski to były dla nas wzory do naśladowania! Ja się im właściwie kłaniałem w pas! Gdy tylko jeździliśmy na wyścigi, nie tylko w Polsce, ale też we Włoszech czy we Francji, byli tak rozpoznawalni, że jak przyjeżdżała z nimi ekipa, to wszyscy byli zainteresowani tylko nimi. Dzięki nim jak przyjeżdżaliśmy do Francji, to Francuzi mówili: “aaach, ci Polacy przyjechali. To nie ma co się starać. Już jest po wyścigu. Przegraliśmy”.
Wracając do Wyścigu Pokoju, pomijając Szozdę, wszyscy byliście z bardzo podobnych roczników. Nie było między wami dużej różnicy wieku. Czy dzięki temu było wam się łatwiej dogadać?
Myślę że tak. Nie było żadnych problemów. Zawsze była jedna taktyka. Jak ktoś był z przodu, miał szanse na zajęcie lepszego miejsca, to zawsze się mu pomagało. Nigdy nie było tak, że ktoś swoje ambicje przedkładał nad sukces zespołowy. Byliśmy jak jedna, wielka rodzina. Przebywaliśmy ze sobą właściwie cały rok. Więcej czasu spędzałem z nimi niż z własną rodziną. Co ja mówię, właściwie to oni byli moją rodziną! Zresztą do dziś są. Zawsze jak jest jakaś okazja, jakaś impreza, to telefon idzie w ruch. Zapraszamy się, a potem spotykamy. I nikt nie przyjmuje wymówek, że nie ma czasu!
Mówił pan o pogodzie, że była ciężka, że padał deszcz. A ja czytałem, że był tam nawet śnieg, a trasę musiał wam odśnieżać pług!
W zasadzie “zimni ogrodnicy” przychodzili po nas regularnie. Załamanie pogody, miało miejsce najczęściej wtedy, gdy byliśmy w NRD albo w Czechach. To wtedy rozgrywał się Wyścig. Ciężkie warunki, wiatr, śnieg, deszcz, zimno. Wtedy zostają najmocniejsi, ci którzy przetrwają.
Panu udało się przetrwać i jak rozumiem dzięki temu jako najwyżej sklasyfikowany polski kolarz mógł pan liczyć na pomoc całej drużyny.
Tak, choć oczywiście pozycji lidera nie ma się na zawsze. Gdy przychodzą ciężkie podjazdy i lider nie daje rady, to ktoś inny musi przejąć pałeczkę.
A jak to wyglądało rok później, w 1979 roku, gdy przez długi czas naszym najlepszym kolarzem był Jan Jankiewicz, a pan był tuż za nim? Jechaliście na niego czy na was obu, skoro dzieliło was tak niewiele?
Trochę rywalizowaliśmy. Zresztą tam o tym, kto będzie lepszy zadecydowały sekundy, bo ja zakończyłem wyścig jako trzeci, a on jako czwarty [i dzieliła ich dokładnie jedna sekunda! – przyp. red.]. Nie było jednak tak, że Janek robi jakąś akcję, żeby mnie zgubić i oddalić się ode mnie w klasyfikacji generalnej. Zresztą, ostatnie etapy często się jeździło na remis, niezależnie od tego, kto zajmował które miejsce.

A czy było tak, że dzieliliście się wewnątrz na reprezentacji na grupki? Że kilku pomaga jednemu liderowi, a kilku kolejnych drugiemu?
Nie, nie przypominam sobie czegoś takiego. Byliśmy jedną drużyną.
Ostatecznie pan zajął 3., a Jankiewicz 4. miejsce. To chyba spory sukces, biorąc pod uwagę, że przystępował pan do zawodów z przeziębieniem. Bardzo to panu utrudniało początek rywalizacji?
Oczywiście. Na pewno jest to bardzo niekomfortowe. Przez ten kaszel, katar i tak dalej śpi się zdecydowanie gorzej, a przecież sen jest bardzo ważny dla regeneracji. Ja miałem tę przewagę, że akurat z tym nigdy nie miałem dużych problemów, zazwyczaj sypiałem dobrze, ale wielu kolegów radziło sobie z tym zdecydowanie gorzej. Wyścig Pokoju to było wielkie wydarzenie, ale też olbrzymi stres, przez który nie mogli spać.
A kiedy pana puściło tamto przeziębienie?
Po trzech dniach.
Było to dla pana zaskoczenie? Bo ja przypominam sobie inną pańską wypowiedź, udzieloną przy okazji jednego z kolejnych Wyścigów Pokoju. “Podczas wyścigów ciężko jest się wyleczyć z choroby. Łatwiej jest się nabawić kolejnych”.
Tak z reguły jest. Kolarstwo to sport bardzo wysiłkowy, a każde przeziębienie musi być do końca wyleczone. Później skutkuje tym, że jeżeli się tego dobrze nie wyleczy, to później z efektami można borykać się przez cały sezon. Kolarstwo polega na cierpieniu – ten kto zcierpi więcej, ten wygrywa, a gdy organizm nie jest w pełni przygotowany, trudno jest sobie z tym poradzić.
Czyli w 1979 roku to Suchoruczenkow był tym, który potrafił cierpieć najmocniej?
On był kolarzem bardzo siłowym, ale duże góry niemal go łamały. Wygrywał tam, choć nigdy nie lubił się na nich ścigać właśnie dlatego, że tak dobrze potrafił cierpieć. Później przeszedł na zawodowstwo i nawet mimo tego, że tam mu nie wyszło, to bardzo mu zazdrościłem. Ja nigdy nie miałem takiej okazji, czego do dziś żałuję, bo wierzę, że byłbym jeszcze lepszym zawodowcem niż amatorem. Niestety nie doczekałem momentu, w którym kolarze z naszego regionu Europy mogli swobodnie odchodzić do zawodowych ekip.
To zawodowstwo zawsze tak bardzo chodziło mi po głowie… Jestem pewien, że dałbym sobie świetnie radę. Tamto ściganie było zupełnie inne. Zawodowcy ścigali się na takich dystansach, na jakich ja lubiłem się ścigać najbardziej: długich, męczących, takich na przetrwanie. A tu, u nas? Nasze ściganie to było takie wariactwo. Ranty, ściganie właściwie na zabój. Nigdy tego nie lubiłem. Wolałem, gdy o wszystkim decyduje wydolność, wytrzymałość. Kolarstwo zawodowe to moje największe niespełnione marzenie.
Na szczęście i tym amatorskim chaosie potrafił się pan odnaleźć. Pokazał pan to nie tylko podczas wspomnianych Wyścigach Pokoju, ale także podczas zawodów, które chronologicznie należałoby ustawić pomiędzy nimi. O mistrzostwach świata. Pan miał na nie początkowo nie jechać, prawda?
Tak, jeśli chodzi o start wspólny, bo w drużynie miałem wystartować i wystartowałem. Niestety poszło nam tam słabo. Zajęliśmy dopiero czwarte miejsce, a na domiar złego, po wszystkim nas zdyskwalifikowali za to, że Ryśka przyłapano na dopingu. Choć tak naprawdę nie był to żaden doping. Miał jakieś cukierki z glucardiamidem.
W każdym razem, cała ta historia budziła w nas taki niesmak. Ja sam czułem się po tej drużynie maksymalnie wyjechany, a wyścig ze startu wspólnego był za trzy dni. W ostatniej chwili dowiedziałem się, że jadę. Zadecydowało to, że znałem trasę – biegła częścią Wyścigu Dookoła Nadrenii, który wygrałem – zresztą bardzo lubiłem tam jeździć, bo trasa była trudna, a takie odpowiadały mi najbardziej.
W każdym razie, pojechałem w zastępstwie za Ryśka, a później, już podczas samego wyścigu, było bardzo trudno. Była olbrzymia selekcja, a ja musiałem przetrzymać te wszystkie góry, cierpienia i potem zafiniszować. Zresztą do dziś nie rozumiem, jak ja mogłem wtedy przegrać z Glausem. Wcześniej ścigałem się w nim w Dookoła Nadrenii, Dookoła Saksoni, w wyścigach francuskich, szwajcarskich… zawsze z nim wygrywałem końcówki. Wygrał raz – na mistrzostwach świata. I za każdym razem jak patrzę na zdjęcie z naszego finiszu, myślę sobie: “Co ty tu robisz?”.

Zresztą, szybko okazało się, że Glaus brał doping, a nasze władze zamiast złożyć protest, odpuściły temat i Szwajcar pozostał mistrzem świata [wersję Sujki potwierdzają niezależnie od siebie niemiecka i angielska Wikipedia, choć niestety ani jedna, ani druga strona nie podaje żadnych źródeł – przyp. red.]. Gdy niedługo później go spotkałem, podszedł do mnie, poklepał po plecach i powiedział: “Krzysztof, ty jesteś mistrzem świata”. Czyli sumienie go ruszyło. Mimo tego byłem na niego bardzo zły. Gdy dowiadujesz się takich rzeczy, to czujesz, jakby cię ktoś okradł.
A skąd pan wiedział wtedy, że ten Glaus był na dopingu i jak szybko to wyszło?
Dowiedziałem się o tym z gazety. Zresztą po mistrzostwach świata, jak się ścigaliśmy, to ci trenerzy z innych ekip zagranicznych komentowali to, co się stało. I też nie mogli się nadziwić, że temu Glausowi nikt mistrzostwa nie odebrał.
Był dobrym sprinterem – można powiedzieć, że typowym, bo właśnie w szybkich końcówkach się specjalizował. Ja byłem, jak to mówili Włosi, corridori completo. Byłem dobry i w górach, i na pagórkach, i na czas, ale w sprincie też za każdym razem spisywałem się lepiej od niego.
A kiedy on wpadł? Wtedy tak samo jak dziś były kontrole antydopingowe dla pierwszej trójki?
Dokładnie. Pierwsza trójka szła z urzędu, a reszta była losowana. I jemu właśnie podczas tej kontroli wykryto niedozwolone środki. Niestety, później sędziowie podobno się zastanawiali: “A czy na pewno można go wykluczyć? To przecież Szwajcar, a siedziba UCI jest w Szwajcarii”. My nie zaprotestowaliśmy i tak to się skończyło.
Rok później było inaczej. Tym razem był pan faworytem do zdobycia mistrzostwa świata, a tymczasem…
…srebro zdobył Jasiu Jankiewicz. Tak samo było rok później, gdy na Kryłatskoje z Rosjanami pojechał Czesiu Lang i też zajął srebrny medal. W obu przypadkach reszta naszej drużyny blokowała stawkę. Robiliśmy wszystko, by opóźnić pościg. Wyjeżdżaliśmy na czoło peletonu i zmniejszaliśmy tempo. Szczególnie w Moskwie – tam było bardzo wąsko, a pobocza były wąskie, usypane piaskiem.
Myślę, że Rosjanie celowo tak ułożyli trasę, ale my na tym skorzystaliśmy. Jak wyszliśmy z Wojtasem i kilkoma Rosjanami na przód, to z tyłu zrobił się krzyk, jakiś prawdziwy lament. Obok nas nikt nie mógł przejechać, a nasi koledzy odjeżdżali pozostałym w oczach. Wystarczyło przytrzymać peleton przez pół rundy i było po wszystkim.
W Valkenburgu, gdzie medal zdobył Jasiu, było podobnie. Odjechał Drogan z NRD, Giacomini z Włoch. Tam też była taka dojazdowa wąziutka dróżka w wąwozie, a jak Jasiu odjechał, to właśnie tam najłatwiej było psuć robotę. I takie właśnie było zalecenie trenera. A jakby Jasiowi się nie udało, to miałby próbować następny. Na szczęście dał radę, zdobył medal, tak samo jak rok później Czesiek. A ja już nigdy nie byłem tak bliski złota mistrzostw świata, jak wtedy, gdy ubiegł mnie ten Glaus.
***
Epilog*
Krzysztof Sujka zakończył swoją kolarską karierę bez złotego medalu mistrzostw świata. Pomimo wielu sukcesów, nie został następcą Ryszarda Szurkowskiego i Janusza Kowalskiego. A jednak, w jego domu do dziś na honorowym miejscu do dziś widnieje tęczowa koszulka. Bynajmniej nie otrzymał jej od któregoś ze starszych (lub młodszych) kolegów, na co dowód widnieje na wiszącym nieopodal złotym medalu. Widnieje na nim wygrawerowany napis: “Krzysztof Sujka. St. Johann 1991”
– Kilka lat po zakończeniu kolarskiej kariery pojechałem do St. Johann, gdzie przez kilka lat odbywały się mistrzostwa świata dla mastersów. Przyjeżdżali tam wszyscy: oczywiście Niemcy i Szwajcarzy, ale też Włosi, Francuzi czy Hiszpanie. A wyścig wygrałem ja. Niby nie byłem już kolarzem, a i tak udało mi się dopiąć swego!
*Spokojnie, podobnie jak w przypadku większości poprzednich odcinków cyklu, ten również zostanie podzielony na dwie części. To jest jedynie epilog pierwszej z nich 🙂

Zobacz inne wywiady autora:
Krzysztof Wyrzykowski – człowiek, któremu sekrety zdradzał Armstrong
Michał Gołaś – Godzinne konwersatorium z „profesorem kolarstwa”
Lechosław Michalak i kolarski powrót do lat 80.
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 1 Przysięga
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 2 Spełnienie
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 3 Koniec
Bogumiła Matusiak – wspomnienia ze starego Tour de France
Fignon i spółka powiedzieli: „On musi nas masować” – wywiad z „Bobem” Madejakiem
Od angażu „na kredyt”, do gwiazdy Tour de Pologne w pół roku – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 1
Droga prowadząca do Francji – wywiad z Janem Brzeźnym, cz. 2.
Na „ty” z Szarmachem – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 3
Maciej Paterski: „Jens Voigt chyba chciał mnie udusić”
Maciej Paterski – jak pokonał Mollemę i Rogliča
Maciej Bodnar – jak rozkochał w sobie Włochów i trafił do elity
Maciej Bodnar – Bodyguard zawodowiec
Zbigniew Spruch – wtedy, gdy wszystko się zaczęło
Zbigniew Spruch – Zawsze drugi
Portugalskie przygody Dariusza Bigosa
Dariusz Bigos: „Celujemy w drugą dywizję. Być może już za dwa lata”
Henryk Charucki – Wizyta w fabryce elektrycznych maszyn i kolarskich marzeń
Henryk Charucki – Wielka kolarska emigracja
Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota
Marek Leśniewski – długa droga do zawodowstwa
Tomasz Marczyński – 60 minut z Loco
Janusz Kowalski – Szybszy od Pogačara
Janusz Kowalski – opowieść o niewykorzystanym potencjale
Przemysław Niemiec – Droga do Giro
Przemysław Niemiec – W kolarskim raju
Lech Piasecki – zanim został zawodowcem
Lech Piasecki: „Saronni dał mi zwycięstwo, Anquetil je odebrał”
Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 1
Czesław Lang – Tour de Pologne. Nowy początek
Czesław Lang: „Cavendish żałował, że przyjechał tu tak późno”
Benedetti – Polak z Włoch. Pomocnik, który stał się legendą
Bartosz Huzarski – od Wyścigu Pokoju do wielkich tourów
Boska komedia Marka Rutkiewicza – cz. 1 Niebo
Boska komedia Marka Rutkiewicza cz. 2 Piekło
Boska komedia Marka Rutkiewicza cz. 3 Czyściec
Paweł Poljański: „Contador często się na nas wkurzał”
Paweł Poljański – pomocnik z wyboru
Piotr Wadecki – twardziel i lokator „Kanibala”
Jan Jankiewicz – Z toru na szosę
Jan Jankiewicz – z szosy na tor










super te wywiady