fot. bora argon

Nigdy nie jeździł w World Tourze, choć w drugiej dywizji spędził niemal całą karierę. Mimo to Bartosz Huzarski był jedną z najjaśniejszych postaci w polskim kolarstwie przełomu pierwszej i drugiej dekady tego wieku. W pierwszej części wywiadu wieloletni kolarz dzisiejszego Red Bull–BORA–hansgrohe opowiedział m.in.:

  • …jak Henryk Charucki załatwił mu angaż w najlepszej polskiej ekipie.
  • …o udanej ucieczce, która trwała 200 kilometrów.
  • …o tym, jak wygrał koszulkę górala, jadąc z ręką w temblaku.

– Ze zdjęcia dziś chyba nici – powiedział mi Bartosz Huzarski, gdy po dwugodzinnej rozmowie w końcu dojeżdżaliśmy do celu naszej podróży. “Dojeżdżaliśmy”, ponieważ pierwszy raz w historii cyklu wywiad przeprowadzaliśmy w samochodzie – dokładniej na drodze z Bukowiny Tatrzańskiej do Krakowa. Niestety, w dawnej stolicy Polski zaskoczył nas dość intensywny deszcz, więc zdjęcie w plenerze raczej nie wchodziło w grę – Choć z drugiej strony, nie trzeba byłoby go rozmazywać – zażartował w pewnym momencie mój rozmówca.

I choć zdjęcie zrobione w takich warunkach pogodowych byłoby z pewnością bardzo ciekawym eksperymentem – nie trzeba było go przeprowadzać. Z Huzarskim mieliśmy się jeszcze zobaczyć następnego dnia. Miał wtedy, tak samo, jak w ciągu sześciu poprzednich dni, skomentować ze znajdującej się na linii mety budki komentatorskiej, etap Tour de Pologne. 

Jak widać Huzarski kolarstwem żyje do dziś. Jako komentator występuje wprawdzie jedynie epizodycznie, ale na co dzień tworzy kilka kolarskich projektów (m.in. juniorski Velotalent Cycling Team o którym powstał u nas osobny tekst) i serię wyścigów VeloBank VIA Dolny Śląsk. Nie byłoby jednak tego wszystkiego, gdyby nie udana kariera zawodnicza, która rozpoczęła się ponad 30 lat temu…

Urodziłeś się w Świdnicy – miejscowości, w której dziś mieści się kolarska Szkoła Mistrzostwa Sportowego. Czy to oznacza, że od zawsze byłeś skazany na kolarstwo?

Zdecydowanie nie. Ja się w Świdnicy urodziłem, ale do 7 roku życia mieszkałem między Świdnicą, a Sobótką. Później przeprowadziłem się do Sobótki. A w Świdnicy rzeczywiście jest Szkoła Mistrzostwa Sportowego, ale ona została przeniesiona tam z Wrocławia jakieś 15 lat temu. Nie było też tak, że zawsze chciałem być kolarzem. Jak miałem 10-12 lat, to prostu bardzo lubiłem sport i chodziłem na dużo zajęć dodatkowych. Wtedy w szkołach były bardzo popularne “SKS-y” (które na szczęście powoli wracają) i ja na nich grałem sobie to w piłkę nożną, to w siatkówkę, to w koszykówkę. 

Szukałem jakiegoś zajęcia dla siebie i w pewnym momencie do “Jedynki” – szkoły podstawowej, do której chodziłem, przyszedł trener z ówczesnym prezesem. Oni pokazali nam rowery, stroje, poopowiadali trochę o kolarstwie i zaprosili na pierwszy trening wszystkich chętnych. Ja tam poszedłem i mi się spodobało. To był sezon zimowy, więc dużo graliśmy w piłkę, robiliśmy marszobiegi, jakieś treningi ogólnorozwojowe. 

Było ciężko, był reżim treningowy, ale mi się to podobało. Był trening, to trzeba było chodzić. Wtedy było tak, że za trzy opuszczone treningi wywalali cię z klubu. To nie był duży margines, bo treningi mieliśmy dwa razy w tygodniu, a do tego jeden w weekend, więc trzy zajęcia tygodniowo to było takie minimum. Oczywiście wtedy, zimą, mieliśmy tylko przygotowania ogólnorozwojowe – sala sportowa, gry sportowe – takie rzeczy. Do tego, gdy już przyszedłem do wyższej grupy, była siłownia. 

A kiedy pojawił się rower?

Podczas pierwszej zimy w ogóle go nie było. Rowery dostaliśmy dopiero wiosną, po przejściu całego cyklu. Mieliśmy więc jedynie ten trening ogólnorozwojowy, o którym już mówiłem. Dopiero jak się przeszło ten cały proces szkolenia, ci którzy chodzili, nie opuszczali treningów, dostawali rowery. Wtedy obciążenia treningowe się zwiększyły do 3-4 tygodniowo plus weekendy. A w weekendy były albo wyścigi, albo treningi.

Co to były za rowery?

Pierwsze, które dostaliśmy to takie na ostrym kole. Jeździliśmy na nich przez dwa-trzy miesiące i dopiero później klub dawał nam takie z przerzutkami. Tylko że to były “taczki”! Jakieś Romety, jakieś Sporty – coś tego typu. To był rok 1994/95 i bardziej zbieranina po starszych kolegach, niż poważny sprzęt. 

Wy ten sprzęt na ostrym kole dostawaliście z powodów finansowych czy treningowych?

Myślę, że tylko ze względów treningowych. Chodziło o to, żeby cały czas pedałować, utrzymać wysoką kadencję. To pomagało też w treningach przełajowych. Ok, jeździłeś cały czas na jednym przełożeniu, ale też jak mieliśmy już trasę, wyjeżdżoną w śniegu, do wystarczyło nogi zblokować i od razu rower hamował. Dzięki temu nie trzeba było tak mocno naciskać na hamulce, które i tak nie działały, bo to były te zwykłe, szczękowe. 

Z dzisiejszej perspektywy mogę powiedzieć, że tak naprawdę to była trochę partyzantka. Było ciężko, bo wielu zawodników w klubie, tego sprzętu też nie było na pęczki. Trudno było też załatwić jakiś dobry rower, ale było fajnie. 

Na pierwszy trening – naborowy, przyszło 40 osób. Wyobraź sobie, że dziś przychodzisz do szkoły, robisz nabór i przychodzi 40 ludzi. Jak ci przychodzi dwóch, to już jest dobrze. To wszystko byli ludzie stąd – z Sobótki i okolic. Teraz działamy bardziej regionalnie, w obrębie całej gminy i dzięki mediom społecznościowym mamy zawodników z promienia 25-30 kilometrów.

I to sprawia, że jest tych kolarzy więcej, niż wtedy, czy wciąż mniej?

Na pewno to jest inny rodzaj szkolenia. Wtedy było to tylko kolarstwo szosowe. Dla dzieciaków od 8, 9, a najlepiej od 10 roku życia, bo wtedy się zdawało egzamin na kartę rowerową. Ja miałem 9 lat, więc wokół były praktycznie same starsze chłopaki. A jak jechaliśmy na zgrupowanie, to jechał ogórek załadowany po brzegi, a obok niego Nysa i Fiat. Ale ilu nas było dokładnie, to nie wiem – nigdy nie liczyłem. Teraz wiem, ilu kolarzy mam w poszczególnych sekcjach. A mamy trzy sekcje i jesteśmy otwarci także na tych najmłodszych zawodników.

Dzięki grupie MTB, którą mamy – Pho3nix Huzar Bike Academy ściągamy już wszystkich najmłodszych. Nasz główny problem był wcześniej taki, że przychodzili do nas zawodnicy odsiani już wcześniej przez judo, karate, zapasy… nie wiadomo, co jeszcze. Bo Sobótka, mimo tego, że jest małą miejscowością, to ma naprawdę bardzo bogatą ofertę sportową dla dzieci. Mamy praktycznie wszystkie sekcje oprócz koszykówki – przynajmniej spośród tych popularnych. I tam właśnie trafiają takie maluchy, które są za małe, żeby same jeździć na rowerze. I jak one się tam zaadaptują, to ich później już nie przeciągniesz – bo jakimi argumentami? Przecież nie rowerem, bo rower sobie dziś każdy może kupić, a poza tym… i tak ich już nie dajemy na taką skalę jak to było wcześniej, ale to jest już inna historia.

Zaczynamy już od maluchów. Także w tej sekcji młodzieżowej mamy bardzo fajną grupę dzieciaków. Te dzieciaki są naprawdę bardzo zaangażowane i przede wszystkim mają zaangażowanych rodziców. To oni muszą to dziecko ciągnąć na rower. Później mamy grupę zawodników licencjonowanych od żaka, do juniora młodszego – Deichmann SKSM Mat Sobótka – tam jestem szczególnie zadowolony z młodzików

A jak to jest z tymi zawodnikami, którzy przychodzą z innych dyscyplin? Mówisz, że oni przychodzą rzadko, ale zdarzają wam się takie przypadki? Przykłady Rogliča czy Evenepoela na pewno mówią, że się da takiego zawodnika wytrenować.

Na pewno się da i jak ktoś taki do nas przyjdzie, to zobaczymy, czy da się coś z takim zawodnikiem zrobić. Mieliśmy już nawet jeden taki przypadek – Kubę Dudka. Chłopak, w wieku juniora młodszego, przyszedł do nas z piłki nożnej i teraz jeździ w Kujawy Pomorze Cycling Team. Był dobrze przygotowany kondycyjne, ale miał zerowe przygotowanie, jeśli techniczne, jeśli chodzi o samą jazdę na rowerze. Był z nim ten problem, że wszystkiego trzeba było go cały czas uczyć – zachowania w peletonie, taktyki. To trwało bardzo długo. Pierwszy rok to były ciągłe konflikty wynikające z jego podstawowej niewiedzy. Niekiedy trenerzy nieświadomie go krzywdzili, nie informując go o podstawowych rzeczach, co do tego, co na wyścigach robić można, a czego nie można. Myśleli, że to oczywiste, ale on nie miał kiedy się tego nauczyć. Ale finalnie poszedł dalej więc można. 

Dlatego to doświadczenie jest bardzo istotne. Nawet wspomniany przez ciebie Roglič. Na początku przewracał się bardzo często – nawet teraz regularnie bierze udział w kraksach. Brakuje mu tego przygotowania z najmłodszych kategorii. Dlatego my teraz zaczynamy w grupie od najmłodszych dzieci. 

W tej grupie, która zaczyna rywalizować na poważnie mamy tak naprawdę jednego juniora młodszego, który walczy z najlepszymi i dwóch młodzików. Oliwer Bojnarowicz i Stasiu Wrona to świetni kolarze. Teraz na Tour de Pologne jeden jest liderem, mam nadzieję, że wygra cały wyścig [rozmawialiśmy w sobotę, a więc przed zakończeniem wyścigu. Wyścig zakończył się po myśli Huzarskiego, bo Bojnarowicz rzeczywiście zakończył go zwycięstwem etapowym i w klasyfikacji generalnej.  – przyp. red.]. Stasiu też jest wysoko, cały czas się kręci w pierwszej piątce [ostatni etap zakończył na 3. miejscu, w klasyfikacji generalnej był 4. – przyp. red.]. Poza nimi mamy też kilku pierwszorocznych, młodzików którzy nieco od tej dwójki odstają poziomem, ale wierzę, że coś z nich będzie. Jak masz taką grupę, to wiadomo, że coś ci później zostanie.

Mamy też juniorów, którzy najwięcej kosztują, ale tak już musi być. Chcemy inwestować w tych chłopaków i chcielibyśmy, żeby wśród nich pojawili się kolejni kolarze, którzy pójdą śladami choćby Pawła Szóstki i Patryka Gierackiego [dziś obaj Lubelskie Perła Polski – przyp. red].

A z czego wynika to, że ci juniorzy są tacy drodzy w utrzymaniu?

Juniorzy mają lepszej jakości stroje, ciuchy do chodzenia też muszą mieć klubowe. Mamy do nich specjalnie dedykowane samochody, a swoje kosztują także wyjazdy. My chcemy, żeby oni się ścigali jak najwięcej za granicą. Zgrupowania – gdzie się nie ruszysz, to taki wyjazd kosztuje 10 tysięcy. 

Teraz dla większości dzieciaków, o których teraz opowiadasz idolem jesteś Ty. A wtedy kto był twoim idolem? Na twojej stronie przeczytałem, że Miguel Indurain. Miałeś przyjemność oglądać jego wyścigi? Wiem, że wtedy było o to trudniej, niż dziś.

Wiesz, ja tę stronę zakładałem w 2001 czy 2002 roku. Wtedy już faktycznie miałem jakieś pojęcie o tych kolarzach. Na kimś się wzorować albo chociaż napisać tam kogoś sensownego. Bo “za szczeniaka” w ogóle się tym nie interesowałem. Nie było dostępu do takich rzeczy. Do jakichś relacji itd. Wyścigiem Pokoju żyli rodzice, to i ja słuchałem z niego sprawozdań, ale nie miałem świadomości, co to tak naprawdę jest. 

Nie znałeś tych zawodników?

A gdzie, co takiego “łebka” mogło to interesować. W polu robota, w głowie wygłupy – gdzie tu miejsce dla jakichś kolarzy?

Czyli to nie miało żadnego wpływu na drogę, którą wybrałeś?

No nie. W ogóle nie interesowałem się kolarstwem. Wpadłem do tego środowiska i mi się spodobało. Spodobała mi się rywalizacja na treningach, spodobało mi się to, że byłem dobry. Dobrze sobie radziłem w sporcie, lubiłem to. Kolarstwo miało w sobie po prostu to coś, co przypadło mi do gustu. 

Nie było też tak, że miałem kogoś w rodzinie, czy że zainspirował mnie sąsiad albo wujek jeździł – bo widzę, że często tak to działa. Mam teraz takie sytuacje, że przychodzi do mnie wujek czy dziadek z młodym chłopakiem i mówi: “A, bo proszę zerknąć na mojego wnuka – jeżdżę z nim i widzę, że jest mocny”. Najłatwiej jest pozyskać zawodnika z rodziny o kolarskich tradycjach, tak było choćby ze Stasiem czy Szymkiem Wroną, bo oni są z tej słynnej rodziny Wronów.

Tej, z której pochodzą Zdzisław i Marek Wronowie? (Pierwszy to olimpijczyk z Seulu i wielokrotny mistrz Polski, drugi to zwycięzca Tour de Pologne).

Tak, Zdzichu, Rysiek, Marek, to byli tacy kolarscy bracia i teraz młodsze pokolenie idzie ich śladem. U mnie było inaczej. U mnie właściwie nawet nikt nie jeździł na rowerze jakoś mocno. Lubiłem tę atmosferę, która tam panowała. Lubiłem to, że można było w ramach zgrupowania wyjechać choćby nad morze, bo wtedy było o to dużo trudniej, niż teraz. Wiadomo, za to wszystko trzeba było płacić ogromnym wysiłkiem, ale… to było fajne.

A skąd w ogóle pomysł, na założenie strony? Wtedy chyba mało kto myślał o tym, żeby takie coś robić. Internet naprawdę dopiero wtedy raczkował, a ty miałeś nieco ponad 20 lat i byłeś jeszcze mało znanym kolarzem.

Jakoś tak z bratem zaczęliśmy się tym bawić. On zresztą później poszedł tą informatyczną drogą, ja poszedłem sportową. Rodzice nam kupili komputer i zaczęliśmy sobie ogarniać różne rzeczy związane z tym tematem. Wyczailiśmy wtedy jakiś program do tworzenia stron internetowych w HTML-u – nazywał się “Kicia” z tego co pamiętam. I tak tworzyło się różne menu, ramki, podpisy, to-tamto. Później w miarę rozwoju mojej kariery, rozwijałem też tę stronę, nawiązywałem kontakt z kibicami – choć na początku nie wiedziałem, że będę w ogóle miał jakichś kibiców. To było początkowo głównie dla zabicia nudy i wolnego czasu. 

Zrobiłem stronę i na bieżąco ją aktualizowałem. Potem zrobiłem następną stronę i następną – te rzeczy z jednej na drugą powoli przeklejałem. Zresztą mam ją do dzisiaj – Huzarski.pl. Oczywiście aktualizuję ją raz na dwa tygodnie, wklejam tam posty z mediów społecznościowych. Wiesz, w sumie mam nadzieję, że kiedyś ktoś wciśnie guzik, i te nieszczęsne social media w końcu znikną. Wtedy ci, którzy rzeczywiście mają coś sensownego do powiedzenia i do napisania, wrócą do łask!

A kiedy dostałeś pierwsze wiadomości od kibiców?

Wydaje mi się, że wtedy, gdy popularne były różne fora dyskusyjne. To pewnie były więc już czasy, gdy ścigałem się w Intelu – czyli okolice 2004-2006 roku. Ale pamiętam, że już gdy trafiałem do Mroza, to było ważne nawet jeśli kibice i media jeszcze nieszczególnie w takich miejscach informacji w takich miejscach. Jednak później, w czasach ekipy Intela ludzie, którzy odpowiadali za kontakt z mediami mówili mi: “O, proszę! Pierwszy, kolarz, który ma własną domenę”. 

Ja czułem, że to jest w jakiś sposób potrzebne i może mi się jakoś przydać. Poza tym, zawsze miałem łatwość pisania i bardzo lubiłem to robić – nawet jeśli kiedyś nie do końca szło to w parze z łatwością mówienia. A największym hitem zawsze były, gdy już trafiłem za granicę, wielkie wyścigi, takie jak Giro d’Italia czy Tour de France jak to Goły kiedyś skwitował “pacierze Huzara”. Oczywiście niekiedy obrywałem, tym bardziej, że nieraz nie gryzłem się w język. Nie będę przecież wiecznie wszystkim słodził. No ale trudno – nie każdemu musi się zawsze podobać to, co ktoś inny napisze.

Swój pierwszy duży sukces osiągnąłeś jednak wcześniej. Już w 2003 roku wygrałeś etap na Wyścigu Pokoju. Szybko to wszystko się potoczyło. Tym bardziej, że jeszcze rok czy dwa lata wcześniej jakiekolwiek sukcesy odnosiłeś tylko na polskich wyścigach orlikowskich. A tu nagle wygrywasz na imprezie, którą śledzili twoi rodzice.

Ja tamten etap wygrałem… no nie powiem, że przez przypadek – nie wygrywasz w takim wyścigu przez przypadek. Ale na pewno zlekceważył mnie peleton. Pozwolił mi daleko odjechać, w pewnym momencie to było 25 minut !!. Myśleli, że pod koniec zupełnie “wywali mi korki”, bo teren był ciężki, ja byłem nieznanym zawodnikiem. Młodym – miałem wtedy 23 lata. I udało mi się. Uciekałem wtedy chyba z 200 kilometrów. Etap miał ich wtedy 215 [choć sam Bartosz Huzarski wiele razy mówi, że pamięć ma słabą, to tu pomylił się tylko symbolicznie – etap miał półtora kilometra mniej – przyp. red.], a ja szybko zaatakowałem. 

Sam, czy początkowo ktoś ci towarzyszył?

Nie, sam. Udało mi się uciec chwilę po starcie i tak jechałem na solo. Dla moich rodziców i trenerów to była ogromna rzecz. Jak uciekałem, to nawet Wojtek Nikiel – mój pierwszy trener, zwolnił się z pracy, pojechał do moich rodziców, a potem razem oglądali ten wyścig na jakimś ARD. Mega się cieszyli, bo to jednak było wielkie wydarzenie. Ja byłem trochę w szoku. Nie do końca wiedziałem, co się dzieje. Nie czułem, że zrobiłem coś naprawdę dużego.

Gdybym osiągnął ten sukces po bezpośredniej walce z rywalami, to pewnie byłoby inaczej. Ale wtedy trochę przeszedłem nad tym sukcesem do porządku dziennego. Pomyślałem sobie tylko: “O, fajnie, wygrałem” – i tyle.

No tak, nie było tego skoku endorfin. Właściwie nawet nie wiadomo, w którym momencie zapewniłeś sobie to zwycięstwo.

Tak, wiadomo, że się cieszyłem, ale… dojechałem do mety 5 minut przed peletonem! Gdyby to było 5 sekund, radość byłaby pewnie większa. Wyszło jak wyszło – ok, fajnie, jedziemy dalej. To nie był też jednorazowy wyskok, bo później było też choćby Sachsen Tour, Bayern Tour – regularnie jeździłem z drużyną na zagraniczne etapówki, później zdobywałem koszulki na Wyścigu Pokoju… Ale tak, to był taki trochę przełomowy moment w mojej karierze. Zadebiutowałem w Wyścigu Pokoju, bo rok wcześniej mi się to nie udało, od razu wygrałem etap. Wydaje mi się, że faktycznie zrobiłem to dość szybko.

Właściwie czym wtedy był Wyścig Pokoju? Zdaje się, że nie była to taka impreza, jak wtedy, gdy wygrywał tam Ryszard Szurkowski, ale chyba miał swoją określoną renomę, prawda?

Tak, to był ważny wyścig. Ścigaliśmy się przez Niemcy, przez Czechy, przez Polskę, miał sporo etapów. Te etapy kończyły się we Wrocławiu, Polanicy… Wyścig krążył po Niemczech, w Czechach startował. Brały w nim udział duże ekipy. W moim debiucie wygrał Steffen Wesemann – świetny kolarz [zwycięzca m.in. E3 Harelbeke i Ronde van Vlaanderen – przyp. red.]. Do tego dochodziły duże ekipy – Telekom, Gerolsteiner czy zespoły z Czech. No na pewno nie był to wyścig, do którego podchodziło się z marszu – to do niego się przygotowywaliśmy.

Nie był to dla naszej ekipy wyścig sezonu – tym było zawsze Tour de Pologne, ale jeden z ważniejszych. Wiadomo, że sezon zaczynaliśmy gdzieś za granicą, później był Ślężański Mnich w Sobótce, później klasyk w Lublinie, potem “Grody”, Bałtyk-Karkonosze, Wyścig Pokoju, Mistrzostwa Polski i na koniec sezonu Tour de Pologne. 

A jak trafiłeś do Mroza? To była wtedy chyba największa polska grupa.

Tak, jak się zazwyczaj do takich grup trafia. Po znajomości! A tak na serio, to wtedy Mróz jeździł na kołach Mavica. Ich dystrybutorem był wtedy w Polsce Heniu Charucki, który współpracował wtedy z klubem w Sobótce i zawsze nam pomagał – zresztą, do dziś to robi w mniejszym lub większym zakresie. Heniek znał mój potencjał. Słyszał o mnie i wiedział że w Sobótce jest taki chłopak, na którego warto postawić i postawił sprawę jasno – ma się tam znaleźć dla mnie miejsce. Nawet na samym dole listy. Trzeba mnie wziąć, przetestować i sprawdzić, a z pewnością nikt nie będzie tego żałować. 

Czyli miałeś wcześniej jakieś testy?

Nie. W orlikach miałem dobre wyniki na klasykach i wyścigach etapowych, nie byłem anonimowym kolarzem. Testowanie było na wyścigach. Testujesz osobowość, zawodnika. Dajesz mu zadania, sprawdzasz, jak się z nich wywiązuje i tyle. Nie było takich badań, jak teraz – wydolnościowe, terenowe, sprinty… testem były wyścigi. Albo menedżer uważa, że ktoś się nadaje albo nie. 

Czyli można powiedzieć, że byłeś takim trochę stażystą? Czy miałeś normalny kontrakt?

Właściwie, to trochę tak. Myślę że to jest dobre słowo. Ten mój kontrakt był niski, ale to była dla mnie bardzo duża szansa. Nie mam wątpliwości – gdybym dziś miał powtórzyć ten ruch, to i tak bym się zgodził na takie warunki. Czasami warto podnieść rękawicę i dać sobie szansę, nawet jeśli finansowo ruch się nie klei. Trzeba spróbować, jeśli chce się zaistnieć, żeby zobaczyć, czy to na pewno jest to, co chcesz w życiu robić.

Ja widzę, że od razu zacząłeś jeździć na zagraniczne wyścigi.

No tak, zaczynaliśmy miesięcznym zgrupowaniem na Majorce, później tydzień w domu i wyjazd do Chorwacji. Tam startowaliśmy w Umag i Poreč Trophy – wyścigi w tamtych okolicach. Do tego trochę w Niemczech, trochę w Belgii i Holandii – tam oczywiście same DNF-y, ale ja się nie przejmowałem. Po prostu wstawałem i jechałem dalej.

Ty tam wtedy głównie pomagałeś, prawda? Nikt nie oczekiwał wyników?

Oczywiście, młody był wtedy zawsze do pomocy, do wożenia bidonów i uczenia się, a od wygrywania byli starzy. Ale dość szybko awansowałem w tej hierarchii, bo szybko okazało się, że jestem zawodnikiem, który potrafi się wyjechać i drużynie bardzo mocno pomóc, a jak ma zadanie, żeby walczyć o jakieś premie czy klasyfikację, to też zawsze potrafiłem to robić. Umiałem się odwdzięczyć za wolną rękę i w miarę wysoko przyjechać. Oczywiście tylko na tych wyścigach, które odpowiadają mojej charakterystyce, bo na przykład w Belgii to pierwszy wyścig w karierze ukończyłem chyba dopiero po pięciu latach. To ściganie tam to była moja trauma. 

Z czego to się brało?

Nie mogłem tam się ścigać. Non-stop nerwówka, non-stop gazicho… Ściganie zupełnie nie w moim stylu. Było mega ciężko, było trzeba masę szczęścia. Mogłeś się cały czas pilnować, a na jednym zakręcie zjedziesz za bardzo do tyłu i już wyścig pojedzie albo po prostu się przed tobą wywalą. Tak się to niestety najczęściej w moim przypadku kończyło.

A miało to jakiś związek z brukami?

Właśnie myślę, że nie. W zasadzie, to ja nawet lubiłem bruki, ale akurat nie w Belgii. Na przykład bardzo podobał mi się wyścig Tro Bro Leon. Świetna zabawa. Trzeba się trzymać wysoko, pilnować się, ale warto. Nie jest to wyścig dla każdego – trochę szutrów, trochę bruków, trochę alejek w parkach, ścieżek rowerowych nad brzegiem morza. Pięknie… I super mi się to jechało. Strade Bianche niestety nigdy nie jechałem, bo nie załapałem się do składu ISD, jak na to jeździliśmy, a później, w NetAppie chyba już tam w ogóle nie startowaliśmy. W Paryż-Roubaix też nigdy nie startowałem, bo miałem później zupełnie inny program – pod Tour de France, a nie pod klasyki…

Nie startowałem nigdy w Paryż-Roubaix, nie startowałem w Wyścigu Dookoła Flandrii, ale może to i dobrze. Wydaje mi się, że w tych mniejszych brukowanych klasykach typu E3 się ścigałem i nie wspominam tego dobrze – problem był taki sam, jak wcześniej mówiłem. Ogromne zamieszanie. Zdecydowanie wolałem wyjazdy do USA czy Malezji.

Co ci się w tych wyjazdach podobało? 

Przede wszystkim, była fajna pogoda i fajne etapy. Podobała mi się też specyfika wyścigu. Nie było nadęcia – było fajne ściganie. Jak z Jose Rujano jeździliśmy tam razem, to zawsze po to, żeby coś wygrać, a jak nie, to po prostu powalczyć i coś fajnego stamtąd wywieźć. Przynajmniej dwa razy byłem tam z ISD. 

A w Stanach Zjednoczonych podobało mi się dlatego, że generalnie lubiłem wtedy Amerykę. Tamten klimat, te kampery itd. Było fajne ściganie, bo było mniej zawodników, szerokie drogi… nie musiałeś się stresować, że dzisiaj będzie wąsko i trzeba od startu być z przodu. Mogłeś jechać cały czas z tyłu, a jak miałeś nogę to po prostu przeskakiwałeś w końcówce i wszystko było w porządku. 

A z czego wynikał ten mały peleton? 

Wiele ekip z Europy po prostu nie przyjeżdżało. Zamiast nich było kilka ekip z USA i Kanady, ale poziom był cały czas był wysoki. Wygrać było mega ciężko, ale najważniejsze, że to ściganie było bardzo fajowe.

A miałeś okazję pochodzić po tych malezyjskich czy amerykańskich miastach?

Niestety nie było takiej opcji. Między etapami nie było szans, bo masaż, kąpanie, odpoczynek i następny etap. Tyle co z samochodu. Czasami, jak jeździliśmy na wyścigi do Chin, to zdarzało się, że wracaliśmy do domów dopiero na następny dzień i organizator na ostatni dzień dawał nam hotel w Pekinie. Wtedy można było się przejechać po mieście taksówką i coś zobaczyć. Ale tak generalnie, o żadnym zwiedzaniu nie mogło być mowy.

Śmieję się nawet niekiedy, że więcej Francji zobaczyłem wtedy, gdy przyjechałem z Eurosportem na Tour de France, niż przez trzy poprzednie lata, gdy byłem tam jako kolarz. Tak to widzisz tylko lotnisko, hotele i myślisz tylko o tym, żeby wybrać jak najkrótszą drogę do łóżka, a później na linię startu. 

A jaka była wtedy twoja charakterystyka? Ja pamiętam cię głównie jako harcownika.

Tak było zawsze. Zawsze byłem trochę narwany. Najlepiej czułem się też w roli pomocnika, natomiast jeśli chodzi o predyspozycje, to najlepiej czułem się na pofałdowanym terenie, na podjazdach do 15 minut. A jeśli chodzi o ucieczki, to one były fajne, bo zawsze można było powalczyć o jakąś klasyfikację czy koszulkę. Zabrać się, powalczyć – i tyle. Nigdy nie nastawiałem się też na konkretne wyścigi. Planowanie, planowaniem, ale wiem, że czasem dzieją się rzeczy, które wywracają wszystko do góry nogami. Jakaś kraksa i wyścig z głowy.

Ty dzięki ucieczkom wygrałeś m.in. dwie koszulki najlepszego górala w Tour de Pologne. Raz zrobiłeś to dzięki… pomocy Thomasa Voecklera.

No tak. To była sama końcówka wyścigu – zdaje się, że ostatni zjazd, nawet jeszcze dalej. Wybiłem bark. Miałem z nim problem już od jakiegoś czasu. Na wyścigu Bałtyk-Karkonosze, rok czy dwa lata wcześniej się wywróciłem i zwichnąłem ten bark. Oczywiście wszystko było tam zrobione dobrze. Całkiem sprawnie naprawili mi ten bark, tylko że kazali przez dwa-trzy tygodnie nosić rękę na temblaku i dopiero potem go zdjąć.

Nie posłuchałem. Właściwie na drugi dzień zacząłem ruszać tą ręką, zauważyłem, że ona mnie już za bardzo nie boli, więc po trzech dniach wsiadłem na rower. Przez to mój bark nie zasklepił się odpowiednio i zrobiło się z tego nawykowe zwichnięcie stawu barkowego. Dlatego on mi tak regularnie wypadał – na treningach, na siłowni itd. Tak samo było tutaj. W końcówce ostatniego zjazdu, czy już po nim brałem z samochodu bidon, z nieuwagi zahaczyłem o lusterko i runąłem na ziemię. Nie było to na dużej prędkości, ale wystarczyło. To tak jak z wypadaniem dysku – jak masz z nim problemy, to tak ci po prostu wypada.

– No i co teraz? – myślałem sobie. Nie wiedziałem, co zrobić. Koszulka była wygrana, ale ja właściwie nie mogłem jechać. Założyli mi w karetce temblak, a potem wsiadłem na rower, trzymając się kierownicy tylko jedną ręką – tak, aby tylko dojechać do mety. Ważniejszą – tylną przerzutkę, miałem pod ręką i tak sobie jechałem. A w samej końcówce dogonił mnie Thomas Voeckler. 

Zresztą, on to do dziś pamięta. Jak pojechałem z Eurosportem na Tour de France, to go spotkałem, bo jest teraz selekcjonerem reprezentacji Francji. Jeździ w tej długiej kolumnie samochodowej i jak się spotkaliśmy, to przypomniałem mu: 

– Pamiętasz, jak popychałeś takiego chłopaka, co miał rękę na temblaku?

– No pewnie, to przecież ty byłeś!

A później spędziłem te swoje godziny na SOR-ze w Jeleniej Górze…

Ale koszulka była wygrana!

No tak. To zawsze było ważne dla polskich grup, a my byliśmy tam jedyną. Był z nami Intel i jakoś udało nam się poszyć budżet i pojechać na ten wyścig.

Przez cztery z sześciu twoich sezonów w Mrozie (później Intel-Action), zespół ten jeździł w drugiej dywizji. Nie był nią w pierwszym i ostatnim sezonie – pod koniec było widać, że drużyna się sypie?

Właściwie to jak tam przychodziłem, to była całkiem normalna drużyna, wspierana przez sponsorów. Wszystko funkcjonowało jak należy. Później zaczęły się delikatne problemy, były różne zawirowania. Ścigaliśmy się – to było najważniejsze. I wszyscy robiliśmy wszystko, żeby to kontynuować. Nie było kolorowo, nie było dużo pieniędzy, ale sami wiedzieliśmy na co się piszemy. Na początku każdego kolejnego roku mówiono nam, na czym stoimy. Nikt nie obiecywał nam na pewno żadnych gruszek na wierzbie, żeby później wystawić nas do wiatru.

Gdy na trzy lata pojawił się u nas Intel, gdy byliśmy grupą prokontynentalną, to było w miarę ok. Były pieniądze płacone na czas, wszystko było poukładane. Ciężko było narzekać. Wiadomo, że nie było idealne, ale jak na polskie warunki dobrze.

Dostałeś wszystkie pensje, na które się umówiłeś?

Nie no, co ty! Dlatego zaznaczyłem, że “jak na polskie warunki”! To jest temat rzeka. Albo ci rower dali, żebyś sobie sprzedał. Albo znaleźli jakiś powód, żeby ci czegoś nie zapłacić. Dla mnie to nie było aż tak istotne. Ja się po prostu chciałem ścigać. Nie założyłem jeszcze rodziny, nie musiałem nikogo utrzymywać, więc chciałem próbować swoich sił. Może i bym mógł się ciągać z dyrektorem po sądach, że mi pensji nie wypłacił, ale po co? Rozumiałem to. Jak nie ma pieniędzy, to nie ma. 

Każdy musiał coś poświęcić. Może i bym mógł ich trochę postraszyć, ale to by się odbiło na chłopakach. Napisałbym jakieś pismo, udałoby mi się to, grupa nie zostałaby zarejestrowana i co dalej? Gdzie by się ścigali? Gdzie ja bym się ścigał? Komu bym zrobił na złość? Za parę tysięcy złotych skomplikować sobie sytuację i narobić sobie wrogów do końca życia? Komu to było potrzebne? Nie byłem taki, żeby straszyć ludzi sądami. Po prostu liczyłem na to, że “kiedyś przyjdzie walec i wyrówna”.


Walec rzeczywiście wyrównał. W 2009 roku Bartosz Huzarski w końcu opuścił polski peleton. Miał wtedy 29 lat i choć stanowczo nie był już wtedy młodym kolarzem, to zdążył zadebiutować w każdym z trzech wielkich tourach i był o krok od podpisania kontraktu z zespołem World Touru. O tym, dlaczego do tego nie doszło i o wielu innych aspektach kolarskiego życia “Huzara” za granicą dowiecie się jednak dopiero w kolejnej odsłonie naszego wywiadu, który prawdopodobnie ukaże się na naszej stronie już za tydzień.

Zobacz inne wywiady autora:

Krzysztof Wyrzykowski – człowiek, któremu sekrety zdradzał Armstrong 

Michał Gołaś – Godzinne konwersatorium z „profesorem kolarstwa” 

Lechosław Michalak i kolarski powrót do lat 80.

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 1 Przysięga

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 2 Spełnienie

Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 3 Koniec

Bogumiła Matusiak – wspomnienia ze starego Tour de France

Fignon i spółka powiedzieli: „On musi nas masować” – wywiad z „Bobem” Madejakiem

Od angażu „na kredyt”, do gwiazdy Tour de Pologne w pół roku – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 1

Droga prowadząca do Francji – wywiad z Janem Brzeźnym, cz. 2.

Na „ty” z Szarmachem – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 3

Maciej Paterski: „Jens Voigt chyba chciał mnie udusić” 

Maciej Paterski – jak pokonał Mollemę i Rogliča 

Maciej Bodnar – jak rozkochał w sobie Włochów i trafił do elity

Maciej Bodnar – Bodyguard zawodowiec

Zbigniew Spruch – wtedy, gdy wszystko się zaczęło

Zbigniew Spruch – Zawsze drugi

Portugalskie przygody Dariusza Bigosa

Dariusz Bigos: „Celujemy w drugą dywizję. Być może już za dwa lata”

Henryk Charucki – Wizyta w fabryce elektrycznych maszyn i kolarskich marzeń

Henryk Charucki – Wielka kolarska emigracja

Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota

Marek Leśniewski – długa droga do zawodowstwa 

Tomasz Marczyński – 60 minut z Loco

Janusz Kowalski – Szybszy od Pogačara

Janusz Kowalski – opowieść o niewykorzystanym potencjale

Przemysław Niemiec – Droga do Giro

Przemysław Niemiec – W kolarskim raju

Lech Piasecki – zanim został zawodowcem

Lech Piasecki: „Saronni dał mi zwycięstwo, Anquetil je odebrał”

Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 1

Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 2

Czesław Lang – Igrzyska, które spełniły marzenia

Benedetti – Polak z Włoch. Pomocnik, który stał się legendą

Poprzedni artykułVuelta a España 2024: Zwycięstwo Michaela Woodsa, zyski Primoža Rogličia
Następny artykułDiego Ulissi w Astana Qazaqstan Team
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
3 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Grzesiek
Grzesiek

Redaktorze Kozyra, bardzo dobrze czyta się Pańskie wywiady.

Andrzej
Andrzej

Ja też lubię te wywiady. Tylko uważam że Huzarski przesadził nazywając Romety ,, taczkami”. Na takiej taczce L. Piasecki wygrał Wyścig Pokoju i Mistrzostwa Świata w 1975 r. Trochę pokory p. Huzarski.

Andrzej
Andrzej

Przepraszam. L.Piasecki wygrał WP i MŚ w 1985r.