Dominika Włodarczyk była jedną z rewelacji tegorocznego Tour de France Femmes. Zawodniczka, która najważniejszy kobiecy wyścig na świecie zakończyła na 4. miejscu, w rozmowie z Naszosie.pl opowiedziała m.in…
- … czy rzeczywiście zastępowała Elisę Longo Borghini w walce o klasyfikację generalną?
- … o licznych przeciwnościach, które spotkały ją na trasie wyścigu?
- … dlaczego w trakcie Tour de France tak aktywnie udzielała się w mediach społecznościowych?
Dominika Włodarczyk zna się na kolarstwie. Gdy przed męskim Tour de France Kultura Kolarska urządziła przedwyścigowe typowanie, jako jedna z dwóch zapytanych osób nie pomyliła się ani razu. Kiedy jej o tym przypomniałem, z udawaną chełpliwością dodała… – Później, wewnątrz swojej drużyny wytypowałam też zwycięstwo Pauline Ferrand-Prevot w kobiecym Tour de France (chociaż bardzo chciałam, żeby moje typowanie się nie sprawdziło, bo bardzo mocno trzymałam kciuki za Kasię).
Jednak tego, czego sama dokonała podczas Wielkiej Pętli nie mógł przewidzieć nikt. Do tej pory nie była znana z rewelacyjnej jazdy po górach, a tymczasem w klasyfikacji generalnej przegrała jedynie z trzema zawodniczkami. Zajęcie 4. miejsca pozwoliło wieściom o jej sportowej klasie dotrzeć w nieznane wcześniej rejony. O jej wyczynie wspominał choćby… Aleksander Kwaśniewski. I zrobił to w wywiadzie, bynajmniej nie poświęconym sportowi, a zaprzysiężeniu nowego prezydenta.
Nawet jeśli w takich okolicznościach zupełne odcięcie się od świata i całkowity wypoczynek mentalny jawi się jako misja niemożliwa, to Włodarczyk próbuje odpocząć przynajmniej fizycznie. Oczywiście na tyle, na ile jest to możliwe, biorąc pod uwagę, że już wkrótce czekają ją kolejne starty…
– Odpoczywam u siebie w domu. Skoro niedługo wyjeżdżam na Tour de Pologne, to i tak nie mam czasu, by wylecieć na jakieś dłuższe wakacje. Poza tym, po takim wyścigu jak ten, fajnie jest po prostu posiedzieć sobie w domu i nic nie robić. Przynajmniej ja tak lubię.
Zdecydowanie miałaś po czym wypoczywać. I pewnie odpoczywa ci się tym przyjemniej, że w Tour de France osiągnęłaś kapitalny wynik. Kapitalny i zaskakujący, również biorąc pod uwagę strasznego pecha, który doskwierał twojej drużynie od początku wyścigu.
No tak, na ostatni etap wyjeżdżałyśmy we trójkę, co oznacza, że wycofała się ponad połowa całego naszego zespołu. Generalnie, w całym peletonie panował jakiś wirus. Właściwie dalej nie do końca wiem, co to było, ale w naszej drużynie przejawiało się problemami gastrycznymi połączonymi z gorączką. Dziewczyny nie czuły się dobrze i było bardzo mało rzeczy, które mogły jeść, a na takim wyścigu bez jedzenia za daleko się nie zajedzie, dlatego wycofywały jedna po drugiej.
Najpierw straciłyście Elisę Longo Borghini. Utrata liderki zespołu po drugim etapie to duży cios, prawda? Tym bardziej, że na pierwszym etapie straciłaś blisko 50 sekund po tym, jak zostałaś razem z nią za główną grupą.
Właściwie to ona nie była naszą jedyną liderką. Tak jak pozostałe zawodniczki UAE Team ADQ przyjechała walczyć o zwycięstwa etapowe. Gdy zostałam razem z nią pierwszego dnia, to tylko dlatego, że obie wykonałyśmy pracę dla naszej koleżanki, która tamtego dnia miała finiszować. To było dla mnie wtedy naturalne, ponieważ nie planowałam walczyć w klasyfikacji generalnej. Wykonałyśmy z Elisą swoje zadanie, więc w końcówce spokojnie dojechałyśmy razem do mety.
A z czego wynikała decyzja o tym, żeby tym razem nie jechać na “generalkę” z Longo Borghini?
Ona już w tym sezonie wygrała Giro d’Italia, a to jest ogromny wysiłek mentalny i fizyczny. Prawdopodobnie z tego wynikała tamta decyzja drużyny. Moim zdaniem bardzo dobra, bo zabierała z jej barków całą presję. Zwyciężczyni wielkiego touru coś takiego się należało, ponieważ nie da się być najlepszym zawsze i wszędzie.

Jaka atmosfera panuje w zespole, w którym dzieją się takie rzeczy? Gdy wypadają kolejne zawodniczki i żadna z was nie wie, czy nie będzie następna?
Jak się pewnie domyślasz, nie jest za fajnie. Człowiek wstaje rano, idzie na śniadanie i dowiaduje się od dyrektora, że jest nas o jeszcze jedną mniej. Nie wpływa to dobrze ani na nas, ani na sztab. Po ludzku było mi przykro, że nie mogą się ścigać i nie możemy być razem. Myślałam, że to bardzo niesprawiedliwe. Zastanawiałam się, dlaczego to znowu dopadło właśnie je, a nie kogoś innego? A od strony sportowej, to wiadomo, że wszystko stawało się trudniejsze. Robiłyśmy wszystko, żeby atmosfera była dobra, ale sytuacja była bardzo trudna.
Ciebie te problemy również dotknęły, przynajmniej po części, prawda?
Zdecydowanie, czułam problemy żołądkowe właściwie przez cały wyścig. Zresztą nawet teraz wcale nie czuję się szczególnie dobrze [rozmawialiśmy w środę – przyp. red.]. Wirus w organizmie w połączeniu z olbrzymią dawką węglowodanów, którą trzeba przyjąć, nigdy nie pomaga. Cały czas czułam, że coś jest nie tak…
A mogło być jeszcze gorzej, bo wcześniej, podczas drugiego etapu, wzięłaś udział w kraksie i uderzyłaś głową w asfalt. Bałaś się, że to, co wydarzyło się rok temu może się powtórzyć?
No tak, rok temu nabawiłam się wstrząśnienia mózgu, a teraz się bałam powtórki, chociaż nie od razu. Najpierw nawet nie wiedziałam, czym uderzyłam. Tamtego dnia to ja byłam oddelegowana przez drużynę do walki o zwycięstwo na etapie, więc jedyne, co wtedy czułam, to chęć jak najszybszego powrotu do peletonu. Było źle – nie działało mi radio i nie wiedziałam, co dokładnie dzieje się na trasie. Co gorsza, coraz bardziej kręciło się w głowie. Nie bolała mnie szczególnie mocno, ale w peletonie zawsze jest tak dużo barw oraz dźwięków i miałam wrażenie, że moja głowa nie wytrzymuje.
Na szczęście wszystko mi minęło, jak wjechałam na rundy. Wtedy mogłam powalczyć o ten dobry wynik, nawet jeśli wciąż nie czułam się optymalnie. Gdyby to był jednodniowy wyścig, na pewno bym się z niego wycofała, ale wiedziałam, że to jest Tour de France, a ja tam bardzo, ale to bardzo chcę być. Że muszę jechać. I sama ustaliłam ze sobą, że jeśli mi się nie poprawi, to zostanę z tyłu. W końcu nie jechałam na “generalkę”!
Niestety szybko okazało się, że dziewczyny z mojego zespołu czują się gorzej niż ja. Nawet ja sama czułam, że skoro już dostałam tę szansę, to chciałabym ją wykorzystać i jechać do samego końca. Skoro w końcu mi się poprawiło, to postanowiłam powalczyć i zajęłam 11. miejsce. No i najważniejsze: gdy obudziłam się następnego dnia, nie czułam już żadnych skutków tamtego upadku. Wtedy wiedziałam, że będzie dobrze.
Właściwie jak wyglądał układ pomiędzy tymi “ocalałymi”. Tymi zawodniczkami UAE ADQ, które zostały w peletonie? Każda musiała pracować za dwie?
Nie było innego wyjścia. Na etapach sprinterskich pracowałyśmy na Larę [Gillespie – przyp. red.], a na pozostałych ustalałyśmy taktykę, gdy już było wiadomo, jaka jest sytuacja z przodu. Mamy naprawdę bardzo dobrą dyrektorkę sportową, a poza tym ja cały czas byłam w kontakcie z mądrzejszymi od siebie ludźmi. Oni wszyscy pomagali mi podejść do kolejnych etapów w odpowiedni sposób. Wiedziałyśmy, że musimy być w ucieczce dnia, a jedna z nas musi zostać z tyłu. To tak w razie “W”, gdyby trzeba było skontrować w końcówce.
Tak też robiłyśmy – uciekała albo Brodie, albo Maeva, a ja miałam jak najdłużej przetrwać w grupie faworytek. Oczywiście dziewczyny mi w tym pomagały. Lara pracowała głównie na płaskich odcinkach, ale zaskakująco dobrze radziła sobie na hopkach – często nawet lepiej niż Wiebes czy Vos. Brodie też była świetna… Ale tak po prostu musiało być. Gdy jest nas tak mało, no to… każda musi dać z siebie więcej. Nie ma czegoś takiego jak samowolka. Inaczej z naszej walki o etapy nic by nie wyszło.
Ale w pewnym momencie musiałaś się zorientować, że wysokie miejsce jest w twoim zasięgu, prawda?
Zupełnie o tym nie myślałam aż do siódmego etapu. Wcale mnie to nie interesowało. Później miałam świadomość tego, że jestem wysoko, ale moje cele się w ogóle nie zmieniały. Chciałam walczyć o etapowe zwycięstwo. Klasyfikacja generalna miała “zająć się sama sobą” – przyjść przy okazji.
W momencie, w którym Maeva [Squiban, koleżanka Włodarczyk z UAE Team ADQ – przyp. red.] odjechała, ja robiłam swoje. Wytrzymywałam z najlepszymi zawodniczkami walczącymi o klasyfikację generalną zupełnie nie myśląc o tym, że sama jestem jedną z nich.
Mówiłam, że zawsze chodziło przede wszystkim o etapowe zwycięstwa, ale nie zawsze tak do końca było. Na Col de la Madeleine na pewno w nie nie celowałam. Nie miałam na to szans – to było raczej coś w rodzaju sprawdzianu. Chcieliśmy się zorientować, czy ekipa może tam na mnie stawiać. Wyszło świetnie, ale nawet wtedy nie zaczęłam celować przede wszystkim w “generalkę”. Nawet ostatniego dnia byłam nastawiona przede wszystkim na wygranie etapu.
Twój świetny występ na Madeleine był zaskakujący także dlatego, że w przeszłości, np. na Tour de l’Avenir i Giro d’Italia, nie pokazywałaś aż tak dużego potencjału na tak trudnych podjazdach.
Byłam wtedy prowadzona trochę inaczej. Poza tym, swoich wyników na podjazdach w Tour de l’Avenir zdecydowanie nie nazwałabym słabymi, biorąc pod uwagę warunki, które miałam ja i rywalki, które w przeciwieństwie do mnie na co dzień ścigały się w World Tourze. Co do Giro, ekipa nie wymagała tam ode mnie, żebym pomagała koleżankom na podjazdach, więc gdy tylko miałam okazję, żeby na etapie z Blockhaus nieco odpocząć przed kolejnymi etapami, właśnie tym się tam zajmowałam.
Do Madeleine czułam respekt, tak jak do innych długich i stromych podjazdów. One nigdy nie wybaczają słabszej dyspozycji. Ale na pewno nie czułam strachu. Wiedziałam jaki mam plan na ten etap i wiedziałam jak chcę go pojechać. Jedyną niewiadomą było to, jak przygotowały się inne dziewczyny. Na pewno się tym wszystkim nie stresowałam i wynik pokazuje, że moje podejście było dobre.
Wiem, że to bardzo teoretyczne pytanie, ale… wolałabyś to czwarte miejsce w “generalce”, które zajęłaś, czy wygrać etap albo dwa, jak twoja koleżanka Maeva?
Zastanawiałyśmy się nad tym razem z dziewczynami, więc mam to przemyślane. Wolę to swoje czwarte miejsce, niż tylko jedno etapowe zwycięstwo. Ale gdybym zakończyła wyścig na 5. miejscu, to chętnie wymieniłabym je na to, żeby wygrać jakiś etap. Mimo wszystko, zwycięstwo w Tour de France na etapie, w takim stylu, w jakim zrobiła to Maeva to wciąż jest moje marzenie.

Czyli twoje marzenia nie zmieniły się szczególnie w porównaniu do tego, co było przed tegorocznym Tour de France?
Zgadza się, moje marzenia się szczególnie nie zmieniły i jednym z największych wciąż pozostaje udział w igrzyskach olimpijskich. Inna sprawa to cele, które teraz rzeczywiście mogą być trochę inne niż do tej pory. Wcześniej sama nie wiedziałam, jakim typem zawodniczki jestem. Teraz widzę i w końcu uwierzyłam w to, że moje ciało ma predyspozycję do jazdy po górach.
To dla mnie nowość, bo zawsze byłam do tego nastawiona bardzo sceptycznie. Tym bardziej, że jazda na klasyfikację generalną od początku do końca, wiąże się z olbrzymią presją, która towarzyszy ci przez cały wyścig. Gdy człowiek celuje w etapy – jeden nieudany dzień niczego nie przekreśla. Cały czas każdy kolejny dzień znów rozpoczyna się z czystą kartką, którą można na nowo napisać. Gdy celujesz w klasyfikację generalną, czegoś takiego nie ma. Zamiast tego jest olbrzymia presja i obciążenie – fizyczne i psychiczne.
A jaki wpływ miała na to twoja aktywność na Facebooku? W trakcie wyścigu po każdym etapie publikowałaś na swojej stronie wiadomość do kibiców
Na pewno trzeba było na to poświęcić dużo energii. Nie wiem, czy gdybym pojechała na wyścig z myślą o klasyfikacji generalnej, chciałabym ją zużywać w ten sposób. Ale nie miałam innego wyjścia – przed wyścigiem sobie założyłam, że chcę to robić. To miało mi pozwolić rozładować emocje.
To częściowo zadziałało, bo rzeczywiście czułam się po tym trochę lepiej. Z drugiej strony… odzew przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Wtedy uznaliśmy wspólnie z trenerem, że najlepiej byłoby dla mnie, gdybym w ogóle nie pisała tych postów. Nie chciałam jednak z nich całkowicie rezygnować, bo jestem taką osobą, która jak coś obieca, to później dowozi. W tej sytuacji postanowiłam nadal pisać posty, ale ograniczyłam wchodzenie w interakcje z kibicami. To byłoby za dużo.
Jeszcze przed wyścigiem pisałaś, że opisywanie kolejnych etapów jest dla ciebie wychodzeniem ze strefy komfortu. Rzeczywiście tak jest? Patrząc z boku, można odnieść wrażenie, jakbyś bardzo dobrze się w tym odnajdywała. W końcu regularnie komunikujesz się z kibicami po kolejnych wyścigach.
To prawda, ale mam wrażenie, że opisywanie swoich emocji de facto obcym ludziom z definicji jest wyjściem poza strefę komfortu, a ja właśnie to robię. Moje posty nigdy nie kończą się na tym, że zajęłam takie a nie inne miejsce. Gdy jest mi przykro, piszę, że jest mi przykro. Gdy jestem rozgoryczona, piszę, że jestem rozgoryczona. Opisuję emocje swoje i ludzi dookoła mnie.
Odkrywam się. Nie przed rodzicami, o których wiem, że zatrzymają to później dla siebie. Ja to przekazuję niekiedy bardzo szerokiej publiczności. Nawet na samym początku wyścigu, gdy moje wyniki nie były takie dobre jak później, to były naprawdę duże liczby. A tego, co było później, to nie wiem, bo przestałam to sprawdzać. Ale gdy o moich emocjach czyta 50 tysięcy ludzi, to z jednej strony jest to bardzo przyjemne, a z dużej strony mocno obciążające.
Może byłoby łatwiej, gdybym była w tym wszystkim nieszczera, pewnie mało kto by się zorientował, ale… to nie o to tu chodzi. Wtedy nie miałoby to żadnego sensu. Mogłabym też wyciąć ten cały emocjonalny aspekt, ale tego też nie chciałabym robić. Ja chcę pokazywać ludziom sport takim, jakim on jest, a on opiera się na emocjach. I nie chcę, żeby ktoś odebrał to tak, że się żalę. Doskonale wiem co robię i po co. Bardzo liczę na to, że swoimi wpisami zachęcę kogoś do tego, żeby obejrzeć wyścig, a kto wie, może nawet do pójścia na rower.
Po etapie z metą na Col de Madeleine napisałaś: “I tak wolę Karpacz”. Na Tour de Pologne dla kobiet, które rozpocznie się już za kilka dni, Karpacza nie będzie, ale będą inne hopki, nawet jeśli zdecydowanie łatwiejsze. W co będziesz celować na tym wyścigu?
Przejrzałam sobie te etapy i mam wrażenie, że one będą raczej dla sprinterek – nie dla góralek, ani nawet dla puncherek. Owszem, są tam jakieś hopki, ale nie takie, na których mogłabym zrobić jakieś różnice. Dlatego nastawiam się raczej na to, żeby pomóc swoim sprinterkom, bo taki właśnie mamy skład: sprinterski.
Nawet odpowiada mi ta rola. Nie mam jakiegoś parcia na szkło, na to, żebym to ja była zawsze najważniejsza. Właściwie nie musiałabym jechać na ten wyścig. Drużyna wie, jakie są moje predyspozycje, dlatego przed zgłaszaniem składów zostałam zapytana o to, czy chcę tu być. Nie miałam żadnych wątpliwości – odpowiedziałam, że tak.
Naprawdę fajnie będzie spotkać się z polską publicznością nie tylko na mistrzostwach Polski, ale też na takim wyścigu jak Tour de Pologne. Takim, który ma markę, który fajnie wygląda. To będzie też miła odmiana, gdy w hotelu po etapach będzie można porozmawiać z ludźmi po polsku. I bardzo się na to nastawiam, nawet jeśli tym razem to ja będę pomagać innym.
Zobacz też inne wywiady autora
Krzysztof Wyrzykowski – człowiek, któremu sekrety zdradzał Armstrong
Michał Gołaś – Godzinne konwersatorium z „profesorem kolarstwa”
Lechosław Michalak i kolarski powrót do lat 80.
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 1 Przysięga
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 2 Spełnienie
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 3 Koniec
Bogumiła Matusiak – wspomnienia ze starego Tour de France
Fignon i spółka powiedzieli: „On musi nas masować” – wywiad z „Bobem” Madejakiem
Od angażu „na kredyt”, do gwiazdy Tour de Pologne w pół roku – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 1
Droga prowadząca do Francji – wywiad z Janem Brzeźnym, cz. 2.
Na „ty” z Szarmachem – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 3
Maciej Paterski: „Jens Voigt chyba chciał mnie udusić”
Maciej Paterski – jak pokonał Mollemę i Rogliča
Zbigniew Spruch – wtedy, gdy wszystko się zaczęło
Zbigniew Spruch – Zawsze drugi
Maciej Bodnar – jak rozkochał w sobie Włochów i trafił do elity
Maciej Bodnar – Bodyguard zawodowiec
Portugalskie przygody Dariusza Bigosa
Dariusz Bigos: „Celujemy w drugą dywizję. Być może już za dwa lata”
Henryk Charucki – Wizyta w fabryce elektrycznych maszyn i kolarskich marzeń
Henryk Charucki – Wielka kolarska emigracja
Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota
Marek Leśniewski – długa droga do zawodowstwa
Tomasz Marczyński – 60 minut z Loco
Janusz Kowalski – Szybszy od Pogačara
Janusz Kowalski – opowieść o niewykorzystanym potencjale
Przemysław Niemiec – Droga do Giro
Przemysław Niemiec – W kolarskim raju
Lech Piasecki – zanim został zawodowcem
Lech Piasecki: „Saronni dał mi zwycięstwo, Anquetil je odebrał”
Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 1
Czesław Lang – Tour de Pologne. Nowy początek
Czesław Lang: „Cavendish żałował, że przyjechał tu tak późno”
Benedetti – Polak z Włoch. Pomocnik, który stał się legendą
Bartosz Huzarski – od Wyścigu Pokoju do wielkich tourów
Boska komedia Marka Rutkiewicza – cz. 1 Niebo
Boska komedia Marka Rutkiewicza cz. 2 Piekło
Boska komedia Marka Rutkiewicza cz. 3 Czyściec
Paweł Poljański: „Contador często się na nas wkurzał”
Paweł Poljański – pomocnik z wyboru
Piotr Wadecki – twardziel i lokator „Kanibala”
Jan Jankiewicz – Z toru na szosę
Jan Jankiewicz – z szosy na tor
Krzysztof Sujka: „Rywal powiedział: dla mnie to ty jesteś mistrzem”
Krzysztof Sujka: „Mam tylko jedno niespełnione marzenie…”
Józef Gawliczek – jak załatwił Gimondiemu zwycięstwo w Tour de l’Avenir










Interesujący wywiad. Dominikę oglądało mi się bardzo dobrze na ostatnich etapach. Pokazała charakter i ambicję. To było coś wyjątkowego. Dwie Polki w pierwszej 10 ważnego wyścigu. Kiedy to było? Chyba Wyścig Pokoju w latach. 80. Wierzę, że Dominika może jeździć jeszcze lepiej.Ma rewelacyjny mental. Sytuacja z Dominiką podobna trochę do pierwszego TdF Rafała, gdzie wtedy wycofał się Pistolero i Rafał dostał zielone światło na góry.