Drużyna GKS Krupiński Suszec z 1989 roku: Marek Lato, Mariusz Łysek, Krystian Zajdel, Robert Czopek, K. Porwol i Stanisław Gazda

Zaczynał trenowania dzieci w Żywcu, a skończył opiekując się przyszłymi gwiazdami światowego kolarstwa – m.in. Fabianem Cancellarą. Marek Lato, bo o nim mowa, to dziś postać niemal całkowicie zapomniana, jednak z całą pewnością miała swój wkład w historię kolarstwa. W pierwszej części wywiadu z nim prześledzimy jego drogę zanim przeprowadził się do Szwajcarii. Przeczytacie w niej m.in.: 

  • … dlaczego rodzice jego podopiecznych płakali, gdy wyjeżdżał z Żywca;
  • … kolarskich ucieczkach z Polski. Legalnych i nielegalnych;
  • … jak uzyskał pozwolenie na wyjazd do Szwajcarii.

Gdy patrzyłem na drogę, regularnie widziałem jak kolarze z Pawlikowic jadą w kierunku Bełchatowa na swoich wspaniałych szosówkach. Wtedy nie było zbyt dużo samochodów, więc jeśli dało się na czymś zawiesić oko, to najczęściej właśnie na tych rowerach. Niesamowicie mi imponowały. 

– opowiadał mi kilka miesięcy temu Krzysztof Sujka, gdy pytałem go o to, dlaczego postanowił zostać kolarzem. Nie był jedyny. Kilkadziesiąt kilometrów od Dłutowa, gdzieś pod Wieluniem mieszkał chłopiec o rok młodszy od przyszłego wicemistrza świata. Nazywał się Marek Lato i podobnie jak on nie mógł się napatrzeć na rowery kolarzy drużyny z Pawlikowic – To dopiero była banda! Zawsze mieli najlepsze rowery, najlepszy sprzęt! – opowiada.

Gdy przejeżdżali obok jego domu, on uświadamiał sobie, że można. Że można choć próbować być takim jak Jan Magiera, Józef Gawliczek czy Stanisław Gazda, których z wypiekami na twarzy obserwował  podczas Wyścigu Pokoju – Już gdy miałem 7-10 lat jeździliśmy na trasę Wyścigu Pokoju, by kibicować kolarzom, gdy ci przejeżdżali niedaleko domu. Do dziś pamiętam też piosenki, które się wtedy śpiewało: “Lato, lato i po lecie, Staszek Gazda jest na mecie…”

Dużo brakowało, żeby podobne piosenki śpiewano później również o panu?

Dużo. Żałuję, że Tadeusz Gracz – mój trener z Wielunia nie zabrał mnie na tor do Łodzi. Być może wtedy udałoby mi się zostać kolarzem… Gdy wiele lat później studiowałem na AWF-ie, gdzie robiliśmy badania najlepszym polskim kolarzom torowym, okazało się, że takiej czystej siły w nogach mam nawet więcej od wielu z nich – tylko wtedy było już za późno na to, żeby jakoś ją wykorzystać.

Nigdy się nie dowiemy tego, co by było, gdybym rzeczywiście postawił właśnie na tor. Na szosie natomiast nigdy się nie wyróżniałem. Startowałem, bez większych sukcesów, w wyścigach regionalnych i szybko skończyłem karierę. Już chwilę po tym, gdy zacząłem chodzić do technikum mechanicznego, musiałem wybierać: albo kolarstwo, albo nauka i wybrałem naukę. Chciałem napisać dobrze maturę, nauczyć się konkretnego zawodu… nie zamierzałem żyć marzeniami, z których prawdę mówiąc niewiele mogło wyniknąć. 

Kiedy postanowił pan zostać trenerem?

Dokładnie już tego nie pamiętam, ale wydaje mi się, że jak przestałem jeździć, to od razu po cichu liczyłem na to, że uda mi się jeszcze zrobić coś w kolarstwie. Wciąż je kochałem, a droga trenera wydawała się najbardziej oczywista. Wcześniej mówiłem, że nie miałem szczególnie dobrych wyników – to prawda, ale były wystarczające, aby otrzymać drugą klasę sportową, która później ułatwiła mi dostanie się na AWF we Wrocławiu. Choć oczywiście po drodze i tak musiałem dobrze zdać maturę i egzamin wstępny na uczelnię.

Studia zacząłem od kierunku nauczycielskiego, by później, przez ostatnie dwa lata, łączyć go z kierunkiem trenerskim. Zakończyłem go pracą magisterską w zakładzie fizjologii u profesora Buły. Byłem też w kole naukowym fizjologii, gdzie pomagaliśmy przy przeprowadzaniu badań. Często przyjeżdżali do nas kolarze z reprezentacji Polski – i szosowej, i torowej. W ten sposób mogłem sobie zorganizować materiał do pracy magisterskiej, która dotyczyła progów anaerobowych. W Polsce był to bardzo rzadko poruszany temat badawczy – udało mi się znaleźć tylko jedną dotyczącą go pracę w naszym języku. 

A po zakończeniu studiów musiałem iść do wojska, gdzie zostałem oddelegowany do oddziałów zmechanizowanych we Wrocławiu. Udało mi się tam nawet zorganizować spotkanie z Jankiem Jankiewiczem…

Zawodnik, trener, sędzia… Marek Lato wcielał się w różne role. Raz zamienił się nawet w dziennikarza, przepytującego Jana Jankiewicza – jedną z największych gwiazd ówczesnego kolarstwa. fot. Marek Lato/archiwum prywatne

Znał go pan wcześniej? Jest pan od niego tylko rok młodszy, ale wydaje mi się, że on startował w nieco innych wyścigach…

To prawda, ale i tak miałem jego numer telefonu. Nie powiem, żebyśmy byli przyjaciółmi – nie wiem nawet czy on mnie znał. Ale ja znałem go na pewno. Był już wtedy znaną postacią, zdążył już zdobyć swój srebrny medal z Valkenburga, a ja… niekiedy sędziowałem jego wyścigi. Zadzwoniłem więc do niego i zapytałem, czy byłaby możliwość zorganizowania czegoś w rodzaju “Wieczoru z Janem Jankiewiczem” w Szkole Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu.

Zaraz, zaraz, był pan kolarskim sędzią?

Przez krótki czas tak. Oczywiście nie miałem wystarczających uprawnień, by sędziować te największe wyścigi, wieloetapowe. Żeby jeździć na Tour de Pologne czy Wyścig Pokoju musiałbym być sędzią pierwszej klasy, a ja miałem zaledwie trzecią. Poza tym, miałem studia, więc w grę wchodziły przede wszystkim wyścigi jednodniowe rozgrywane w weekendy, gdy nie miałem zaplanowanych żadnych zajęć. 

Zresztą, to była część moich studiów. Musieliśmy sędziować, żeby lepiej poznać i zrozumieć przepisy. To było poszerzenie kolarskich horyzontów. Podobną drogę przeszli niemal wszyscy studenci z mojego roku m.in. Wacek Skarul, Wojtek Kwiecień z Opola, Maciek Orzeł z Łodzi… 

Zresztą, co ciekawe, kurs u nas robił też Szurkowski, ale on szedł trochę innym trybem. Nie chodził na zajęcia. Szedł do rektora, wypić kawę – to wtedy była przecież wielka gwiazda! Napisał pracę, oceniono ją pozytywnie i miał studia zaliczone. I nikt raczej nie miał z tym problemu – czasem otrzymuje się tytuł nie na bazie studiów, a tego, co zrobiło się dla danej dziedziny wiedzy. A on zrobił bardzo wiele. 

Pan zaraz po studiach trafił pan do wojska… Czy poza tym wspomnianym “Wieczorem z Janem Jankiewiczem” miał pan tam jakiś kontakt z kolarstwem?

Bezpośredniego kontaktu nie, ale już tam planowałem swoją przyszłość. Sporządziłem sobie coś w rodzaju listu motywacyjnego. Przedstawiłem w nim swoje dyplomy, wykształcenie, wyniki sportowe… i dlaczego chcę pracować w kolarstwie. Porozsyłałem go do wielu klubów w Polsce. Dotarł również do Górala Żywiec – klubu niemającego jeszcze swojej sekcji kolarskiej. 

Jego dyrektorem ds. transportu był Tadeusz Niepielski,  który wysłał do mnie list. Napisał w nim, że bardzo by się cieszył, gdybym stworzył u niego sekcję kolarską. Napisał również, że nie mogą mi wiele zaoferować. Nie mogłem liczyć ani na wysoką pensję, ani na mieszkanie, ale i tak się zgodziłem. Najważniejsza była chęć zdobywania doświadczenia

Gdy zacząłem tam pracować, mieszkałem w niewielkim wynajmowanym pokoiku, lecz nieszczególnie mi to przeszkadzało. Cieszyłem się, że mogę uczestniczyć w tworzeniu sekcji kolarskiej. Zbierałem rowery dla zawodników, naprawiałem je, aż w końcu zaczęliśmy startować w wyścigach.

A z czego pan żył, skoro pańska pensja była bardzo niska?

Mieszkałem tam sam, w mini-hoteliku, który zapewniał mi klub, a utrzymywałem się z pracy nauczyciela wychowania fizycznego. Mimo wszystko w moim domu i tak wszystko kręciło się wokół kolarstwa. W domu miałem salę konferencyjną, biuro, warsztat… 

Tak samo było później, jak przejąłem klub z Raciborza. Tam nawet bardziej, bo ściągnąłem z Żywca dwóch chłopaków, zdolnych kolarzy, którzy musieli gdzieś mieszkać, więc spali u mnie. Gdy żona gotowała, to dla nas wszystkich. Z jednej strony była to całkowita “prowizorka”, a ja nie miałem zbyt dużo czasu wolnego, ale z drugiej strony… kompletnie mi to nie przeszkadzało. Za bardzo to wszystko lubiłem, aby narzekać.

A sama żona jak to znosiła?

Gdy przyjechała, wynajęliśmy sobie już coś w centrum. Oczywiście wciąż nie było jej łatwo, ale… chyba mnie rozumiała. Widziała, jak zależy mi na kolarstwie i że pozbawianie mnie tego nie wpłynęłoby na mnie za dobrze. Poza tym, poznałem ją na AWF-ie, ona też bardzo lubiła sport i z czasem zaczęła żyć kolarstwem prawie tak jak ja. Tak samo jak nasz syn, Michał, który od dziecka kręcił się wokół rowerów. Często podchodził do chłopaków i mówił, że chce na przykład “pogłaskać rower”. 

Ta akcja reaktywacji klubu z Żywca była bardzo wymagająca, prawda?

Zgadza się. Kierownikiem nieistniejącej sekcji kolarskiej był tam taki starszy pan, któremu nieszczególnie zależało na tym, żeby ją reaktywować. Pracował w browarze i raczej nie zajmował się załatwianiem czegokolwiek. Na szczęście jakoś sobie poradziłem… Transfer na zawody zawsze organizował nam dyrektor Niepielski, który w innych sprawach też pomagał jak mógł. 

Najgorzej było chyba z rowerami – te, które zostały w klubie, były już tak zepsute, że niewiele dało się z nimi zrobić. Inne oczywiście zreperowałem, ale kilka i tak trzeba było dokupić. Na szczęście udało nam się jakimś cudem znaleźć na to budżet. Góral miał jeszcze przynajmniej trzy inne sekcje – bokserską i piłkarską i siatkówki…

A kiedy zaczęli się u pana pojawiać pierwsi zawodnicy?

Bardzo szybko. Od razu po przyjeździe rozesłałem w gazetach ogłoszenia o tym, że po kilku latach przerwy klub z Żywca reaktywuje swoją działalność. Pracę w szkole rozpocząłem jakoś w styczniu i szybko udało mi się zachęcić do kolarstwa swoich uczniów. Na początku trenowaliśmy w szkole. 

To była zima, więc skupialiśmy się głównie na treningu ogólnorozwojowym. Często robiliśmy ćwiczenia stacyjne, kiedy indziej po prostu graliśmy w piłkę albo biegaliśmy po stadionie, wzdłuż krzesełek, do góry. Czasem też jeździliśmy też na przełaje, co bardzo im się podobało. Efekt był taki, że gdy w maju, po kilku miesiącach od mojego przyjścia do szkoły, zorganizowałem swój pierwszy Mały Wyścig Pokoju, to wystąpiło w nim mnóstwo młodych górali. I mniej więcej wtedy zaczęliśmy też jeździć swoje pierwsze wyścigi.

Startowaliśmy przede wszystkim w okręgu bielsko-bialskim. To nie były duże wyścigi, ale bardzo ciężkie, bo i teren jest tam pofałdowany. Jeździliśmy na przykład do Nowej Rudy. To było kryterium, więc w teorii powinno być łatwo. Ale zdecydowanie nie było. Tam na krótkiej rundzie znajdował się taki jeden wymagający podjazd, więc w praktyce jeździło się cały czas góra-dół.

No właśnie, skoro pański klub leżał w górach, to rzeczywiście było tak, że miał pan u siebie głównie zawodników specjalizujących się w pokonywaniu podjazdów?

Na pewno – i to samo widziałem później w Szwajcarii. Życie w Jeleśni polegało na tym, że ze szkoły i do szkoły jeździło się cały czas pod górkę i z powrotem. Niektórzy jeździli na rowerze, niektórzy pieszo. To naturalnie pomagało później w jeździe na podjazdach, a ponadto hartowało charakter. To były takie prawdziwe zakapiory. Mogli zgodzić się na największe cierpienie – byle tylko nie puścić koła. Bardzo dobrze mi się z nimi współpracowało…

W takim razie dlaczego pan odszedł?

Po studiach musiałem gdzieś zarejestrować swoją książeczkę mieszkaniową, więc zarejestrowałem ją w Raciborzu. Wybrałem to miejsce, bo tam mieszkała moja mama, a ja nie wiedziałem jeszcze, gdzie będę pracował. I tak po dwóch-trzech latach pracy w Żywcu, nagle przyszła decyzja, że dostaniemy w Raciborzu mieszkanie. Musiałem się tam przeprowadzić w połowie roku…

I jakie były reakcje zawodników?

Przede wszystkim płacz. Rodzice dzieciaków do mnie wydzwaniali… Mówili: “proszę pana, niech pan zostanie, my panu pomożemy… nie może pan odjechać, co będzie z tymi chłopakami?” – pytali. Dwóch chłopaków wziąłem ze sobą do Raciborza, ale nie zostali kolarzami. Jeden przeszedł do szkoły budowlanej w Bielsku-Białej, a drugi też szybko trafił do szkoły z internatem, gdzie miał dużo nauki i w końcu odpuścił…

W Raciborzu znów zaczynał pan od zera…

Tak, historia się powtórzyła. Znów były ogłoszenia w gazetach, zachęcanie dzieciaków w szkole, Mały Wyścig Pokoju, potem jeszcze kryterium ogólnopolskie… Niby miałem łatwiej, bo był Baran – taki człowiek, który pełnił rolę kogoś w rodzaju mojego asystenta, ale i tak było z tym dużo roboty. Żeby zwiększyć zainteresowanie sekcją, trzeba było organizować wiele wyścigów, a tymczasem czułem, że miasto zamiast pomagać, tylko rzuca mi kłody pod nogi. 

Za każdym razem trzeba było załatwić kilkanaście pozwoleń. Irytowało mnie, że jakieś bezsensowne formalności zajmowały mi mnóstwo czasu i tylko utrudniały łączenie pracy trenera z pracą nauczyciela. Były też ciągłe problemy z pieniędzmi. Nawet gdy nazwałem wyścig imieniem komendanta głównego policji, to nie dlatego, że dał nam jakieś fundusze na organizację – wyłącznie dlatego, że zgodził się na udostępnienie nam policji do zabezpieczenia imprezy. 

Ale później było już łatwiej. Jak sekcja się rozkręciła, to gdy tylko zbliżało się jakieś święto, włodarze regularnie do mnie chodzili i prosili, żebym zorganizował jakiś wyścig.To nie zawsze były klasyczne wyścigi szosowe. Czasami to były wyścigi dla maluchów, na trójkołowcach. Oczywiście w takich przypadkach trudno było liczyć, że w ten sposób sekcja znajdzie nowych zawodników wśród uczestników. Wystarczało mi jednak to, że wokół klubu robiło się głośno – mikrofon, centrum miasta, 22 lipca… To przyciągało.

Szybko wszedłem też we współpracę z Adamem Krupą, który w podobnym czasie założył Victorię Rybnik. Zaproponowałem mu, żeby mój klub funkcjonował jako filia jego zespołu, a on się na to zgodził. Dzięki temu mogłem od nich dać chłopakom koszulki, spodenki, rowery, wszystkie materiały… Od tego momentu zaczęliśmy działać bardziej profesjonalnie. 

Czy to przełożyło się na jakieś sukcesy?

Tak, sekcja generalnie szybko się rozrastała. Już po pierwszym Małym Wyścigu Pokoju w Raciborzu przyszło do nas znowu kilku chłopaków. Jeden z nich – Marcin Wincierz, przyszedł ze Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Wcześniej trenował lekkoatletykę. Był mocny, w ósmej klasie skakał po 6 metrów w skoku w dal, ale rzucił to i postawił na kolarstwo.

Chyba na dobre mu to wyszło, bo miał olbrzymi talent. Już na swoich pierwszych zawodach zajął 4. albo 5 miejsce na wyścigu w Częstochowie, gdzie wystartowało około 120 zawodników. To nie był przypadek. Potem zakwalifikował się do Spartakiady Młodzieży, gdzie był nawet jednym z faworytów do medalu. Nie udało się, zajął 6. miejsce, ale częściowo czułem satysfakcję. Widziałem u niego wtedy taką dobrą sportową złość, a to zawsze dobrze wróżyło.

I rzeczywiście, odegrał się podczas wyścigu par. Nie byłem optymistą. Razem z nim w parze jechał Robert Kruk – jeden z tych dwóch zawodników, których wziąłem ze sobą z Żywca. Mocny był, ale przeżywał trudny czas. Zaczął chodzić do technikum budowlanego – musiał się więcej uczyć i przez to miał coraz mniej czasu na treningi. Do tego tuż przed zawodami, gdy jechaliśmy pociągiem, źle się poczuł. Zaczął wymiotować i byłem pewien, że taki odwodniony nie da rady pojechać na tyle dobrze, żeby dać nam medal. 

Mimo wszystko, chłopaki stanęły na starcie. Marcin rusza mocno. Widzę, że Robert ledwo zipie, to od razu go uspokajam: “Marcin, spokojnie, zamęczysz go, jak tak będziesz jechał!”. Trochę zwolnił, ale trzymał mocne tempo. Na szczęście ten Kruk to był typowy, żywiecki góral: – zamęczysz go, a on i tak będzie dalej jechał. I tak jechał, że zajęli trzecie miejsce. Moja dwójka – Wincierz-Kruk zdobyła brązowy medal! Żałuję, że później tak szybko pokończyli swoje kariery.

Robert Kruk oraz Marcin Wincierz – podopieczni Marka Lato oraz medaliści ogólnopolskiej spartakiady młodzieży fot. Marek Lato/Archiwum prywatne

… A pan szybko zakończył swoją przygodę z klubem z Raciborza.

Przeszedłem do Krupińskiego Suszca – znów za sprawą Adama Krupy. Jego celem było to, żeby po pięciu latach stworzyć silną grupę w elicie. W związku z tym długo szukał sponsora i w końcu znalazł. Dostał w Urzędzie do Spraw Sportu kontakt do kopalni węgla kamiennego “Krupiński” w Suszcu. Tam nie chcieli sponsorować klubu z Rybnika – woleli stworzyć nowy zespół u siebie. Zaangażowali w to Adama, który chciał, żeby Victoria Rybnik stała się dla ich klubu czymś w rodzaju filii, z której najbardziej uzdolnieni zawodnicy trafiialiby do Suszca.

Niestety, jeden ważny działacz nie chciał się na to zgodzić, więc w klubie doszło do podziału. Ja i Adam odeszliśmy tam, gdzie była szansa na większe sportowe sukcesy, a w ślad za nami do drużyny, którą ostatecznie nazwano “GKS Krupiński Suszec”, większość zdolnych zawodników.

Przejście do Suszca oznaczało wielki przełom w mojej karierze. Nie musiałem już łączyć trenerki z pracą w szkole. Mogłem żyć z kolarstwa, bo dostałem od klubu górniczy etat. Dostałem też zdecydowanie większe możliwości rozwoju. Już w 1987 wraz z całą drużyną pojechaliśmy na wyścig do Szwecji. Rok później zrobiłem papiery na trenera pierwszej klasy, zdałem egzamin, a już w 1989 roku z Sypytkowskim, Zamaną, Zajdlem i Robertem Czopkiem zajęliśmy drugie miejsce na Drużynowych Mistrzostwach Polski – przed drużyną z Halupczokiem!

Drużyna GKS Krupiński Suszec z 1989 roku: Marek Lato, Mariusz Łysek, Krystian Zajdel, Robert Czopek, K. Porwol i Stanisław Gazda

Aż w końcu pańska drużyna pojechała na Giro d’Italia dla amatorów (dziś Giro d’Italia Next Gen)…

Dokładnie. I to właśnie ten wyścig odmienił moje życie, choć tak naprawdę nikt nie chciał w nim jechać. Może zacznę od tego, że w tamtych czasach zaproszenia na wyścig rzadko przychodziły do klubu – zdecydowanie częściej do samego PZKol-u. Związek decydował komu odda te zaproszenia, a najbardziej łakome kąski trafiały do Legii Warszawa, Dolmelu Wrocław itd. 

Nasz klub był zdecydowanie młodszy. Nie mieliśmy takich układów w PZKol-u jak trenerzy Żelaznowski czy Trochanowski, więc nam trafiały się te wyścigi, których nikt inny nie chciał. I Giro d’Italia było właśnie takim wyścigiem. Legia nie chciała tam jechać, Dolmel nie chciał… zresztą moi zawodnicy też nie chcieli. Sypytkowski, Zajdel, Zamana woleli inne wyścigi… my tam musieliśmy jechać właściwie drugim garniturem!

Prawdę mówiąc, nie bardzo rozumiem… przecież Giro d’Italia dla amatorów do był wtedy bardzo prestiżowy wyścig. Wygrywali go Moser, Battaglin, Barronchelli, a bliżej waszych czasów choćby Ugriumow czy Konyszew…

Tak, i to był jeden z głównych problemów. Przyjeżdżali tam ci wszyscy najlepsi Włosi, którzy chcieli się wypromować do drużyn zawodowych, do tego ta ruska “kamanda”… poziom był bardzo wysoki, a do tego góry, których w Polsce nie ma. Widoki na zwycięstwa i wysokie nagrody są praktycznie żadne. Nie to co w takiej Szwecji, gdzie chłopaki walczyły na górskich i lotnych premiach, dzięki czemu zarobiły mnóstwo pieniędzy – przynajmniej na tamte czasy.

Dobrze rozumiem, że nie mieliśmy wtedy w Polsce mocnych górali, którzy mogliby tam powalczyć?

Kilku było, imponował mi choćby Mietek Korycki. Na Wyścigu Dookoła Austrii zrobił nawet rekord podjazdu pod Glossglockner. Tylko on nie ścigał się u nas, a w Wałbrzychu. U nas mieliśmy kolarzy specjalizujących się raczej w innym terenie. No ale pojechaliśmy na ten wyścig, bo uznaliśmy, że to zawsze jakaś szansa na pokazanie się.

Wyścig zaczął się koło Mantui, płaskim etapem. Mietek Pluciak z naszej drużyny zajął tam czwarte miejsce. Gdy zobaczył to dyrektor kopalni, który wtedy z nami przyjechał do Włoch, był zachwycony… I był przekonany, że tak już będzie cały czas. Nie wiedział, że kolejne etapy będą wyglądały zupełnie inaczej. Już dzień później przywitały nas włoskie góry, na których moi zawodnicy, co zrozumiałe, nie radzili sobie już tak dobrze. 

Nie powiem, żebyśmy dostawali baty. Tragedii nie było, zwykle dojeżdżaliśmy w środku stawki, ale dyrektor i tak był niepocieszony. Nie rozumiał tego, jak sytuacja wygląda w rzeczywistości. – Co ty mi tu pieprzysz? – pytał, gdy próbowałem mu to wytłumaczyć. Następnie zapowiedział, że w razie etapowego zwycięstwa jest w stanie zapłacić zawodnikom dodatkową premię – tak jakby to mogło cokolwiek zmienić. 

Nie mogło i w końcu to zauważył. Niedługo później podszedł do mnie jeszcze raz i powiedział, że wystarczy, żeby zespół w ogóle ukończył rywalizację. Bardzo szybko właśnie to stało się najważniejsze. Żeby do mety całego wyścigu dojechała przynajmniej trójka naszych zawodników, bo to gwarantowało nam, że znajdziemy się w klasyfikacji drużynowej, a nazwa drużyny pojawi się w komunikatach sędziowskich. 

A jaka była ta nagroda z kopalni?

Prawdę mówiąc, nawet nie wiem… I nie wiem, czy oni w ogóle dostali te pieniądze!

A dużo brakowało, żebyście ostatecznie nie ukończyli tego wyścigu?

Nie. Na pewno mieliśmy chwile zwątpienia. Mietek Pluciak szybko się wycofał, a inny z naszych kolarzy – Rasek, w nocy po prostu uciekł. Na szczęście mieliśmy jeszcze Kraśnickiego, Krzyśka Brzeźnego i jeszcze jednego kolarza… Oni dość szybko wdrożyli się w ten wyścigowy rygor i zorientowali się na jakich pozycjach jeździć, żeby się nie zajechać, a później na dalszym etapie wyścigu, bezproblemowo dojeżdżali do mety.

Zaraz, zaraz… jeden z pańskich kolarzy uciekł? Chciał ścigać się za granicą?

Nie, po prostu za granicą, w Niemczech mieszkał już jego ojciec. Później się już nigdzie nie jeździł. To były takie wariackie czasy. Każdy chciał wyjechać, Wincierz i Krzuk też… mnóstwo było takich zawodników, którzy wyjeżdżali. W legalny lub nielegalny sposób – tak naprawdę nie miało to najmniejszego znaczenia. Słyszało się nawet takie historie, że niektórzy przed ucieczką sprzedawali telewizory… dużo chodziło różnych plotek na ten temat. Zresztą Zamana również wyjechał do Stanów Zjednoczonych właściwie bez pozwolenia. Dopiero później, nie wiem nawet jak, udało mu się zdobyć licencję i ścigać się zgodnie z przepisami dla Subaru-Montgomery.

Jak uciekał Rasek, to chłopaki już wcześniej mówili do mnie: “Ej, ten Rasek coś strasznie dużo telefonuje… Chyba coś kombinuje…”. W jednym hotelu przyszła do nas pani i pyta: “Kto tu płaci za telefon? Takich rachunków to nie było u nas od lat! Można zwariować…”. Było z tym trochę nerwów, ale ostatecznie sytuację opanowano. Klub nie ucierpiał na tym finansowo, bo ostatecznie udało mi się porozmawiać z kim trzeba i koszty przeniesiono na organizatora. 

Ale sprawę trzeba było wyjaśnić, bo to było bardzo niepokojące. W końcu doszliśmy do tego, że telefonuje Rasek. Gdy go o to zapytaliśmy, przyznał się, choć nie do wszystkiego. Powiedział jedynie, że dzwoni do ojca, do Niemiec – nawet nie pamiętam, jak dokładnie to uzasadniał. W każdym razie, gdy następnego dnia zeszliśmy na dół, na śniadanie, Raska już nie było w hotelu. Uciekł.

Piłkarze pamiętający czasy PRL-u często wspominali, że podczas zagranicznych wyjazdów często kręcili się wokół nich funkcjonariusze partyjni, starający się pilnować, by żaden z nich nie wyjechał.

Tu bywało podobnie. Z reguły wyjeżdżali z nami jacyś działacze – prezesi klubu, dyrektorzy itd… Ale nie wiem, czy jakoś bardzo skrupulatnie ich pilnowali…

A pan miał potem kłopoty po ucieczce Raska?

Na pewno zmienił się stosunek do mnie prezesa Bednarza. Zaczynałem czuć, że coś nie gra. Że coś mu się nie podoba. A po powrocie do Polski sytuacja wcale się nie poprawiła…

Czyli można powiedzieć, że propozycja ze Szwajcarii spadła panu z nieba… Jak to się stało, że w ogóle pan ją otrzymał?

Jak byliśmy we Włoszech, to bardzo zakumplowałem się z trenerem drużyny ze Szwajcarii – Peterem Eggimannem. Nasze drużyny radziły sobie bardzo podobnie, nasi zawodnicy często jeździli obok siebie, w tych samych grupach i jakoś tak wychodziło, że często pomagaliśmy w różnych drobnych sprawach. A później, już po wyścigu, wyjechałem do niego, do Szwajcarii, na wakacje. Potem z kolei to on przyjechał do Polski ze swoją drużyną, bo zaprosiłem go na Wyścig Krupińskiego, w Suszcu.

Chyba to właśnie wtedy on zapytał się mnie, czy nie chciałbym przyjechać do niego, do Berna. To było oczywiste, że się zgodziłem, nie tylko z powodu prezesa. W Polsce było wtedy bardzo niespokojnie – nie tylko u mnie w Krupińskim, ale w ogóle, w całym kraju. Poza tym… ja już od dawna chciałem wyjechać za granicę. Trochę mnie to fascynowało: złapanie języka, poznanie nowego kraju nowych ludzi… bardzo mnie to kręciło. Takie życie nie socjalistyczne, a normalne. 

Tylko to nie było takie proste. Aby zamieszkać tam na stałe, musiałem otrzymać pozwolenie na pracę. Peter był dla mnie bardzo pomocny, załatwił mi nawet adwokata. Obaj początkowo starali się dla mnie o pozwolenie na pracę w roli trenera Veloclub Kerzers. W tym samym czasie do Fryburga, stolicy naszego kantonu, przyjechali dwaj Rosjanie – Bykow i Chomutow*, którzy mieli grać dla klubu hokejowego z tego miasta. Oni od razu dostali zezwolenie, pozwolono im bez żadnych problemów sprowadzić żony i dzieci.

Chcieliśmy wykorzystać ten precedens, żeby uzyskać podobne zezwolenie. Niestety nie udało. Gdy Peter i prowadzący moją sprawę adwokat zwrócił się do władz z podobną propozycją, od razu zostali pogonieni. W końcu jednak Peter znalazł sposób. Zostałem trenerem kantonalnego, berneńskiego związku kolarskiego i dzięki temu dostałem wymarzone pozwolenie o pracę**. Tak zaczął się nowy etap mojego życia. 

* Obaj mają w dorobku mnóstwo sukcesów. Chomutow jest aż trzykrotnym mistrzem olimpijskim w hokeju na lodzie i 7-krotnym mistrzem świata, co czyni go jednym z najbardziej utytułowanych hokeistów w historii. Polskim kibicom lepiej znany może być jednak Wiaczesław Bykow, który w dorobku ma “zaledwie” po jednym tytule mistrza olimpijskiego i mistrza świata. Po karierze, w latach 2012-2014 pełnił jednak rolę konsultanta hokejowej reprezentacji Polski prowadzonej przez Igora Zacharkina.

** Choć Kerzers leży w kantonie Fryburskim, to od Berna – stolicy kantonu berneńskiego, dzieli je zaledwie 25 kilometrów.


fot. Marek Lato, archiwum prywatne

Choć Marek Lato wspominał o tym, że pod koniec jego relacje z prezesem Krupińskiego Suszca dość wyraźnie się pogorszyły, to na zakończenie współpracy dostał od zarządu Krupińskiego Suszca całkiem miłą laurkę – fragment “opinii o pracy trenera” wystawioną w lutym 1990 roku, gdy Marek Lato starał się o zatrudnienie w Szwajcarii.


Choć cała procedura trochę trwała, Marek Lato we wrześniu 1990 roku – ponad rok od pierwszego spotkania z Peterem Eggimannem w końcu otrzymał pozwolenie na pracę i rozpoczął kolejny etap swojego życia. Datę przekroczenia szwajcarskiej granicy pamięta do dziś – było to 29 października. W kraju zegarków i dziurawych serów trenował wiele przyszłych gwiazd kolarstwa z Fabianem Cancellarą na czele, jednak o tym przeczytacie dopiero w drugiej części naszego wywiadu…

Kalendarium pracy Marka Laty przed wyjazdem do Szwajcarii
  • 1983-1984 – ZKS “Góral” Żywiec
  • 1984-1985 – Victoria Rybnik – filia w Raciborzu
  • 1986-1989 – Krupiński Suszec
Wybrani polscy kolarze, których prowadził Marek Lato:
  • Andrzej Sypytkowski – srebrny medalista olimpijski (Seul 1988) i mistrzostw świata (1989 Chambery) w jeździe drużynowej na czas. Mistrz Polski w wyścigu ze startu wspólnego, zwycięzca etapowy Tour de Pologne. Srebrny medalista mistrzostw Polski w jeździe drużynowej z GKS Krupiński Suszec
  • Cezary Zamana – zwycięzca etapowy Criterium du Dauphine i triumfator Tour de Pologne 2003, Srebrny medalisty mistrzostw Polski w jeździe drużynowej na czas z GKS Krupiński Suszec

Zobacz też inne wywiady autora:

Krzysztof Wyrzykowski – człowiek, któremu sekrety zdradzał Armstrong 
Michał Gołaś – Godzinne konwersatorium z „profesorem kolarstwa” 
Lechosław Michalak i kolarski powrót do lat 80.
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 1 Przysięga
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 2 Spełnienie
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 3 Koniec
Bogumiła Matusiak – wspomnienia ze starego Tour de France
Fignon i spółka powiedzieli: „On musi nas masować” – wywiad z „Bobem” Madejakiem
Od angażu „na kredyt”, do gwiazdy Tour de Pologne w pół roku – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 1
Droga prowadząca do Francji – wywiad z Janem Brzeźnym, cz. 2.
Na „ty” z Szarmachem – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 3
Maciej Paterski: „Jens Voigt chyba chciał mnie udusić” 
Maciej Paterski – jak pokonał Mollemę i Rogliča 
Zbigniew Spruch – wtedy, gdy wszystko się zaczęło
Zbigniew Spruch – Zawsze drugi
Maciej Bodnar – jak rozkochał w sobie Włochów i trafił do elity
Maciej Bodnar – Bodyguard zawodowiec
Portugalskie przygody Dariusza Bigosa
Dariusz Bigos: „Celujemy w drugą dywizję. Być może już za dwa lata”
Henryk Charucki – Wizyta w fabryce elektrycznych maszyn i kolarskich marzeń
Henryk Charucki – Wielka kolarska emigracja
Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota
Marek Leśniewski – długa droga do zawodowstwa 
Tomasz Marczyński – 60 minut z Loco
Janusz Kowalski – Szybszy od Pogačara
Janusz Kowalski – opowieść o niewykorzystanym potencjale
Przemysław Niemiec – Droga do Giro
Przemysław Niemiec – W kolarskim raju
Lech Piasecki – zanim został zawodowcem
Lech Piasecki: „Saronni dał mi zwycięstwo, Anquetil je odebrał”
Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 1
Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 2
Czesław Lang – Igrzyska, które spełniły marzenia

Czesław Lang – Tour de Pologne. Nowy początek

Czesław Lang: „Cavendish żałował, że przyjechał tu tak późno”

Benedetti – Polak z Włoch. Pomocnik, który stał się legendą
Bartosz Huzarski – od Wyścigu Pokoju do wielkich tourów
Boska komedia Marka Rutkiewicza – cz. 1 Niebo
Boska komedia Marka Rutkiewicza cz. 2 Piekło
Boska komedia Marka Rutkiewicza cz. 3  Czyściec
Paweł Poljański: „Contador często się na nas wkurzał”
Paweł Poljański – pomocnik z wyboru 
Piotr Wadecki – twardziel i lokator „Kanibala”
Jan Jankiewicz – Z toru na szosę
Jan Jankiewicz – z szosy na tor
Krzysztof Sujka: „Rywal powiedział: dla mnie to ty jesteś mistrzem”
Krzysztof Sujka: „Mam tylko jedno niespełnione marzenie…”
Józef Gawliczek – jak załatwił Gimondiemu zwycięstwo w Tour de l’Avenir
Józef Gawliczek – pogromca Rosjan i godny rywal Zoetemelka
Dariusz Banaszek – jak zakochał się w kolarstwie
Dariusz Banaszek: Jeśli teraz nie znajdziemy porządnego sponsora, kończę z kolarstwem! [wywiad]

 

Poprzedni artykułIsaac del Toro rusza na kampanię włoskich klasyków
Następny artykułPo medale! – zapowiedź 3. dnia Mistrzostw Europy 2025
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
3 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Bob
Bob

Super napisane

Marcin
Marcin

Coś dopiszę od siebie. Kopalnia KWK Krupiński Suszec główny „sponsor” kolarstwa minionej epoki została zamknięta w 2017 roku. Sekcja kolarska zawieszona 1999 roku, ale są 2 kluby w Gminie Suszec tj.: UKS Krupiński Suszec – kolarze przełajowi, UKS Avatar – kolarze szosowi oraz kolarze „grawitacyjni” Szymon i Dawid Godziek.
Proszę przekazać Panu trenerowi tę informację!

Joda
Joda

świetny tekst