Marek Rutkiewicz to jedna z najważniejszych postaci polskiego kolarstwa w I dekadzie XXI wieku. W pierwszej części wywiadu przeprowadzonego przez Bartka Kozyrę “Rutek” opowiada m.in. o…
- … tym, jak zaimponował Bogdanowi Madejakowi
- … zaciętych bojach z Peterem Van Petegemem, Richardem Virenquem i Fabianem Cancellarą
- … śmierci, która zmieniła kolarstwo
– Super jeździł po górach, jak Szmyd, ale w przeciwieństwie do niego fantastycznie zjeżdżał – opowiadał mi o Marku Rutkiewiczu Bogdan Madejak, gdy rok temu przeprowadzałem z nim dłuższą, kilkugodzinną rozmowę. Wtedy, w jednym z warszawskich pubów próbował przekonać mnie, że jego podopieczny był największym talentem w historii polskiego kolarstwa.
Być może miał rację. Choć czasy sprzyjały młodym zawodnikom zdecydowanie mniej, niż dekadę później, to 20- i 21-letni “Rutek” znaczył w światowym peletonie więcej, niż Michał Kwiatkowski w analogicznym okresie swojej kariery. Wygrany etap świetnie obsadzonego Tour de l’Ain, podium klasyfikacji generalnej walczącego o swoją obecną pozycję Tour de Pologne i wiele innych imponujących występów…
Tak, pierwsze lata kariery Marka Rutkiewicza były jak piękny sen. A wszystko rozpoczęło się w Weronie – w mieście Romea i Julii, gdzie wbrew pozorom, odnaleźć można było nie tylko miłość swojego życia, ale także prawdziwą kolarską perełkę.
Jak to było z tą Weroną? Bogdan Madejak w wywiadzie mówił mi, że to właśnie tam, na mistrzostwach świata ze startu wspólnego, zaimponowałeś mu charakterem na tyle, by przekonać go do pokierowania twoją karierą. Domyślam się, że bardzo dobrze pamiętasz ten wyścig, choć nie udało ci się go ukończyć.
Pewnie, że pamiętam. Zresztą podobnie jak cały tamten sezon. Rok 1999 generalnie był dla mnie bardzo udany. Byłem górskim mistrzem Polski, wicemistrzem kraju ze startu wspólnego, wygrałem Puchar Polski – generalnie cały sezon był dla mnie pasmem sukcesów. A ja zawsze najlepiej czułem się właśnie jesienią. Dlatego na tamte mistrzostwa świata jechałem z bardzo ambitnymi planami. Byłem bardzo dobrze przygotowany, bardzo dobrze się czułem, ale już na pierwszej rundzie “zmieliło mi przerzutkę”. Kiedyś te przerzutki nie były takie precyzyjne, jak teraz i ta po prostu weszła mi w szprychy.
Juniorzy nie mogli wtedy liczyć na swój własny rower zapasowy – każdemu wydawało się to wtedy całkowicie naturalne. Wziąłem więc rower z neutralnego auta Mavica – tylko że on miał pedały na “noski”, podczas gdy ja miałem bloczki do wpinania butów z Looka. I ja tak z tym niedopasowanym sprzętem, goniłem przez jakieś 100 kilometrów, a choć w peletonie cały czas szedł gaz, to utrzymywałem stratę około 2 minut. Pewnie mogłem ukończyć ten wyścig, ale w końcu odpuściłem. To nie miało sensu. Cały czas doganiałem poszczególne grupki, przechodziłem je, jechałem dalej, ale peleton nie był coraz bliżej. Na ostatniej rundzie uznałem więc, że szkoda zdrowia na ten wyścig. Przecież wiedziałem, że i tak skończyłbym go w najlepszym razie na jakimś 60-70. miejscu. Zszedłem z trasy.
I właśnie wtedy poznałeś Madejaka?
Tak, choć o jego istnieniu wiedziałem już wcześniej. Wszyscy wiedzieli. Było o nim wtedy głośno. Mówiło się o nim jako pierwszym polskim menedżerze, który załatwił zagraniczne kontrakty Wadeckiemu, Przydziałowi i przede wszystkim Gwiazdowskiemu. Dla Polaków to była wtedy chyba pierwsza przepustka do tego zawodowego świata. Nie było nas tam wielu, a on w młodym wieku wyemigrował do Francji i potem był masażystą w Castoramie, Lotto, aż w końcu znalazł się w tym Cofidisie*.
Każdy kolarz chciał mu się pokazać i przekonać go, że to właśnie jemu należy się szansa. Bo to było naprawdę coś. Warunki w Polsce i we Francji były wtedy nieporównywalne. Jak już trafiłem do ACBB, to od razu dostałem dresy do chodzenia, stroje od A do Z. Był rower, rower zapasowy… zupełnie inny świat.
Każdy chciał do tego innego świata trafić, dlatego jak zobaczyłem, że Madejak przyjechał autem Cofidisu z Gwiazdowskim (a “Gwiazda” był wtedy popularny, bo kilka tygodni wcześniej wygrał Mistrzostwa Zurychu), to poprosiłem Zdzisława Trojgę – swojego trenera klubowego, który wtedy był też trenerem kadry, żeby do niego zagadał. Sam nie miałem na tyle śmiałości, żeby się przedstawić i powiedzieć: “Dzień dobry, czy mógłby mi pan załatwić kontrakt za granicą?”.
Trojga rzeczywiście do niego podszedł, a później ja spotkałem Madejaka w korytarzu. On zapytał się mnie, czy to ja jestem tym zawodnikiem, o którym mówił mu trener, a ja potwierdziłem, przedstawiłem się i powiedziałem, co udało mi się wygrać. I jak mnie zobaczył podczas tego wyścigu w Weronie, to powiedział mi: “Jeszcze nie wiem, co będę dla ciebie miał, ale coś na pewno znajdę”. I okazało się, że trafiłem do ACBB, czyli tam gdzie wcześniej trafił Gwiazdowski.
To było spełnienie marzeń – innej drogi na zawodowstwo niż wyjazd na zachód nie było. Owszem, był Mróz, ale oni młodych zawodników wychodzących z kategorii junior raczej nie brali. By dostać się do europejskich topowych ekip młodzieżowych (nie było ich wtedy za wiele), trzeba było być natomiast przynajmniej medalistą Mistrzostw Świata. Ale zawsze pozostawały te mniejsze kluby zagraniczne. I realnie patrząc, wiedziałem, że chcąc zrobić karierę, muszę trafić do któregoś z nich.
*Bo Madejak, choć za menedżera uchodził, to był przede wszystkim masażystą, który wykorzystywał swoje kontakty, by pomóc młodym Polakom. Więcej przeczytasz w wywiadzie, który już podlinkowałem wyżej, ale teraz zrobię to jeszcze raz.
Bo o zagraniczne starty pozostając w Polsce było ciężko?
Tak, choć kilka ich zaliczyłem. Raz pojechałem do Szwajcarii z kadrą torowców na wyścig o randze dzisiejszego Pucharu Świata. Przyjechały tam wszystkie czołowe kadry i większość najlepszych zawodników m.in. Fabian Cancellara, który już wtedy był uznawany za wielki talent (już w pierwszym roku juniora wygrał mistrzostwo świata w jeździe na czas). I wtedy, na tej etapówce, rywalizowaliśmy w zasadzie we dwójkę. Wygrał ze mną prolog o sekundę i czasówkę o 3 sekundy. Na dwóch górskich etapach patrzyliśmy tylko na siebie, trochę ignorując pozostałych zawodników i skończyło się tak, że on wygrał, a ja byłem drugi, przegrywając o pięć sekund.
To był jedyny zagraniczny start?
Wcześniej jeszcze ścigałem się w Austrii, ale podczas drugiego etapu – jazdy indywidualnej na czas, na trasę wjechał samochód. Jechałem 50 km/h i centralnie przeleciałem przez tamten samochód. Oczywiście nie dojechałem do mety – trafiłem do szpitala. Wprawdzie organizatorzy zachowali się wtedy wobec mnie bardzo fair. Przeprosili i pozwolili mi przystąpić do kolejnego etapu – miałbym czas najsłabszego zawodnika. Tylko że nie było szans, żebym ścigał się dalej. Obeszło się bez złamań, ale na ręce miałem olbrzymiego krwiaka, a kolejne etapy to już były góry.
Dobrze, że chociaż miałem tamtą Szwajcarię, gdzie zdobyłem jeszcze koszulkę najlepszego górala. Później, gdy już byłem w Cofidisie, często gadaliśmy z Cancellarą. I on był zszokowany, gdy powiedziałem mu, że my tam pojechaliśmy jako kadra torowa. “Jak torowcy u was tak jeżdżą, to boję się, jak mocni są szosowcy!” – mówił mi wtedy z lekkim przymrużeniem oka.
Utrzymywaliście później kontakt?
Jak byłem w Cofidisie, to często rozmawialiśmy w trakcie wyścigów. Dopiero jak wróciłem do Polski, to okazji do spotkań było mniej i kontakt trochę się urwał, choć i tak jak spotykaliśmy się, na przykład podczas Tour de Pologne, to zawsze zamieniliśmy parę słów. Bo to często jest tak, że jak poznałeś kogoś w młodszych kategoriach, to później miałeś z nim lepsze relacje i później, już w elicie, często rozmawialiście.
Jak przechodziłeś do ACBB, to wiedziałeś, że wystarczy jeden dobry sezon, żeby trafić do Cofidisu?
Nie, wtedy wyglądało to tak, że dyrektorzy jeździli po najważniejszych francuskich wyścigach amatorskich i szukali talentów. Tam nie było podziału na kategorie wiekowe tylko na coś w rodzaju lig – jak swoją wygrałeś, to nie mogłeś już potem jeździć w wyścigach przeznaczonych dla zawodników z niższych lig, za to mogłeś ścigać się w tych bardziej prestiżowych. Jak już nazbierałem tych punktów wystarczająco dużo, to Madejak mi podpowiadał, gdzie powinienem się pojawić, żeby zobaczyli mnie dyrektorzy Cofidisu.
Tam wiedziałem, że muszę się pokazać i często mi się udawało. Ale początek sezonu miałem trudny. Byłem nowy w ekipie, nie mówiłem w ogóle po francusku, nikogo nie znałem i musiałem przekonać do siebie chłopaków, więc przez pierwsze pół roku cały czas pracowałem na innych. Dopiero później, gdy w połowie roku większość Francuzów robiła sobie wypoczynek po pierwszej części sezonu, to ja wykorzystałem ich nieobecność. I tak siedziałem w Paryżu, bo wtedy powroty do Polski były utrudnione – loty kosztowały krocie i były bardzo rzadkie, a podróż busem trwała dwa dni.
Wróciłem dwa razy – na maturę i na mistrzostwa krajowe. A tak, to cały czas siedziałem we Francji i chciałem wykorzystać ten czas do maksimum. A kalendarz był wtedy naprawdę bogaty – w całej Polsce nie było wtedy łącznie tylu wyścigów, co wtedy pod samym Paryżem. A ja do Francji nie przyjechałem przecież na wakacje, tylko po to, żeby się pokazać, więc postanowiłem wykorzystać nieobecność na wyścigach części najlepszych zawodników. To właśnie w lipcu i sierpniu zacząłem wygrywać pierwsze wyścigi. A później, jak już ci, co zrobili sobie wakacje, wrócili, to ja dalej wygrywałem, dzięki czemu skończyłem sezon z jakimiś pięcioma zwycięstwami i jeszcze większą liczbą drugich i trzecich miejsc. A w swoim regionie – Ile-de-France wygrałem cały ranking challenge.
Jeszcze w trakcie tamtego sezonu ACBB zaproponowało mi nowy kontrakt, zresztą naprawdę dobry, jak na tamte realia. Zwykle Polacy ścigali się tam na takich zasadach, że dostawali wyżywienie i zakwaterowanie, a mi oprócz tego zaproponowali jakieś 500 euro pensji i bonusy za sukcesy w wyścigach – jak na amatora, świetne wynagrodzenie. Chciałem zaakceptować tamtą ofertę i wrócić do domu, do rodziny. Wszyscy pozostali Polacy już dawno byli w domu, a ja miałem przecież tylko 19 lat.
Ale Madejak mówi mi, żebym został we Francji i niczego nie podpisywał, bo ma na oku coś lepszego. – Zostań, czekaj jeszcze chwilę – przekonywał mnie, mimo że była już druga połowa października, a ja naprawdę tęskniłem za domem. Nieraz myślałem – już mi obojętne czy będę jeździł w ACBB czy jakimś innym francuskim teamie, chce już wrócić do Polski – ale czekałem, bo tak naprawdę zależało mi na zrobieniu kariery.
Opłaciło się. Któregoś dnia wróciłem z przejażdżki i słyszę telefon. Madejak dzwoni do mnie i mówi – Przyjedź szybko, mam dla ciebie dobrą i złą wiadomość. Obie bardzo ważne! – To przyjechałem i słyszę: – Z tych warunków, które zaproponowało ci ACBB, to już nic nie będzie… ale za to Cofidis zgodził się podpisać z tobą kontrakt!. – Okazało się, że Frank Vandenbroucke nie dogadał się z zespołem i odszedł do Lampre, więc mieli jeden wakat, a było już na tyle późno, że nie byli w stanie znaleźć równie mocnego kolarza. W tej sytuacji rozglądali się nie za kolejnym dużym nazwiskiem, a za jakimś młodym talentem i tym młodym talentem okazałem się ja.
W październiku pojechałem jeszcze na prezentację Tour de France, spotkałem się tam z szefami ekipy Cofidis. Niedługo później podpisałem kontrakt, a potem, prosto z siedziby ekipy w Lille pojechałem do Polski. Niby trochę się to wszystko przeciągnęło, ale było warto.
W ACBB byli wtedy jacyś inni Polacy?
Nie, byłem tam sam. Był jakiś Szwajcar, Japończyk, a reszta to Francuzi. Mimo to, w pierwszym roku rozmawiałem tylko po angielsku – po francusku nauczyłem się tylko liczyć. Gdy przed wyścigiem szło się zgłosić do zawodów, to trzeba było poprosić sędziów o swój numer startowy. Dzięki temu nauczyłem się tylko liczb i może jeszcze kilku podstawowych słów.
Ale po francusku nie rozmawiałeś?
Nie, na szczęście mój angielski mi wystarczył. Miałem szczęście, że było tam, w ACBB dwóch kolarzy, którzy potrafili mówić po angielsku, bo z pozostałymi trudno było mi się dogadać.
Czyli ci Polacy, o których mówiłeś wcześniej, to jeździli w innych klubach? Spotykaliście się czasami?
Z większością raczej nie, bo Witecki, Morajko i reszta ścigali się w innych regionach Francji. Często ścigałem się za to z Michałem Olejnikiem – kapitalnie zapowiadającym się kolarzem. On też był podopiecznym Madejaka. Olejnik miał olbrzymi talent, wygrywał dużo wyścigów i bez porozumienia z Madejakiem podpisał kontrakt z Octosem – ekipą drugiej dywizji. On we Francji siedział dwa lata, znał już trochę język, więc dał sobie radę sam. Tylko że Madejak na początku chciał do Cofidisu ściągnąć jego, nie mnie. Był starszy o rok, miał lepsze wyniki, więc był naturalnym wyborem, ale skoro był zajęty, to Madejak polecił mnie.
Gdyby nie tamta jego decyzja, to pewnie on trafiłby do pierwszej dywizji, a ja nie wiem, gdzie bym wylądował – może sam przeniósłbym się do drugiej dywizji, może zostałbym w ACBB? Miałem szczęście. Niestety Michał po transferze do Octosu nie mógł tego o sobie powiedzieć, bo szybko zaczęły mu doskwierać problemy z kolanami, miał jakieś operacje… Tak naprawdę właśnie te kontuzje go wyeliminowały, bo był niesamowicie zdolny i miał papiery na duże ściganie.
A jak już trafiłeś do Cofidisu, to poczułeś, jakbyś znalazł się w innym świecie? Nagle znalazłeś się drużynie m.in. z Rinero, Millarem, Moncoutie czy Mattanem…
No tak, to przecież byli kolarze z okładek Velo Magazine – najsłynniejszego kolarskiego magazynu, które czasem mogliśmy poczytać w budynku SMS-u Żyrardów, gdzie zaczynałem kolarską karierę. Myślałem, że ci nowi koledzy będą na mnie patrzeć z góry, jak to na młodego, ale było kompletnie inaczej. Gdy przyjechaliśmy na pierwsze zgrupowanie do Lille, do hotelu przy siedzibie grupy, gdzie mieliśmy mieć dopasowanie sprzętu, ubrań… poczułem, że nagle znalazłem się w innym świecie. Wchodzę do pokoju i widzę na łóżku walizkę pełną ubrań, dwa zegarki od Polara…
A po trzech dniach w Lille polecieliśmy do Calpe. I tam zszedłem na posiłek. Madejak poznał mnie z tymi wszystkimi zawodnikami. Ich otwartość po prostu mnie zszokowała. Wszyscy potraktowali mnie jak swojego, a najlepiej gadało mi się z… Millarem. On był Brytyjczykiem, a ja dobrze mówiłem wtedy po angielsku i jakoś tak się złożyło, że od razu złapaliśmy wspólny język. Trochę mnie wprowadził do świata ekip z pierwszej dywizji..
Ale z pozostałymi też dało się dogadać. Wszyscy mówili po angielsku – oczywiście nie tak, jak Millar, ale byliśmy się w stanie skomunikować. W innych francuskich ekipach jest inaczej – one składały się niemal wyłącznie z Francuzów, więc mógłbym mieć problem z aklimatyzacją, ale Cofidis zawsze był bardziej międzynarodowy. Hiszpanie, Belgowie, Włosi… angielski tam dominował. I żaden z tych kolarzy nie dawał mi odczuć, że jestem gorszy. Nie traktowali mnie jak kogoś, kto dostał się tam po znajomości, choć przecież bez Madejaka nigdy w życiu bym tam nie trafił. Nawiązałem z nimi super kontakt, po każdym posiłku zostawaliśmy na dłużej, żeby sobie pogadać. Naprawdę kapitalnie trafiłem.
Byłem 19-latkiem, który jeszcze rok temu marzył o wyjeździe za granicę, a tu nagle znalazł się w jednej z najlepszych drużyn świata. To wszystko było jak jakiś piękny sen. Nikt nie traktował mnie jak gówniarza, który na szacunek musi sobie zasłużyć. Każdy próbował ze mną nawiązać kontakt tak, jak ja chciałem go nawiązać z nimi.
Czyli nie było hierarchii?
W ogóle. Pamiętam, że w tym samym okienku, co ja, przyszedł do nas też Andriej Kiwiliew, który pociągnął ze sobą kilku “swoich” kolarzy. Przyszli Fofonow i kuzyn Kiwiliewa – Belusow. Z AG2R, tak jak Kiwiliew przyszedł też do nas Mederic Clain, choć on akurat nie w pakiecie, a po prostu jako dobrze zapowiadający się francuski sprinter. I nie było żadnej hierarchii – każdy z każdym rozmawiał jak równy z równym. Nie miało znaczenia to, kto lepiej radził sobie na szosie.

Właśnie, a jak było na tej szosie? Tam była hierarchia, czy zawsze jeździło się na tego, kto był akurat najlepszy?
Tu sprawa była trudniejsza – chyba musiałbym być Tadejem Pogačarem, żeby kierownictwo zespołu dało mi jakąś szansę już w pierwszym sezonie! Przez cały czas musiałem być gotowy do pomagania chłopakom z zespołu – zresztą na początku było to dla mnie wyróżnienie, gdy pojechałem w tym charakterze na jakiś ważny wyścig.
I już w pierwszym sezonie pojechałeś na Tour de Suisse.
No tak, a już wcześniej dyrektorzy wysyłali mnie w belgijskie klasyki, w których nie czułem się najlepiej. Na szczęście szybko zorientowali się, że dobrze mi się jeździ po górach, więc zaczęli mnie zabierać na takie wyścigi, jak właśnie Tour de Suisse. Wiedzieli, że będę tam bardziej przydatny dla drużyny, więc mnie tam wystawiali, ale na żadną wolną rękę nie miałem co liczyć. Musiałem pracować dla drużyny… no, czasem, w ostatniej chwili okazywało się, że lider nie daje rady, to wtedy mogłem pojechać na siebie i zmęczony pracą zająć na jakimś etapie 10-15 miejsce, ale to tyle.
Pierwszym wyścigiem, na który pojechałem z myślą o swoim dobrym wyniku było Tour de Pologne w drugim sezonie, ale tam też miałem tylko wolną rękę. Liderem był Angelo Lopeboselli – też dość młody kolarz, tylko cztery lata starszy ode mnie [więc miał 25 lat – przyp. B.K.], ale piekielnie zdolny. Rok później zajął 2. miejsce w Il Lombardia. Szefowie powiedzieli nam tak: “Wy górale, skupiacie się na klasyfikacji generalnej, na sprinty będzie Tombak, a na odjazdy Roulston i inni”. Nie byłem liderem, ale zająłem 3. miejsce, więc gdy rok później znów pojechaliśmy na Tour de Pologne, to koledzy jechali już na mnie.
No tak, przed edycją z 2003 roku ty, 22-latek, mówiłeś, że jedziesz po zwycięstwo, a miejsce gorsze niż 3. będzie dla ciebie rozczarowaniem.
Ja rozczarowanie czułem już po tym 3. miejscu we wspomnianym 2002 roku. Wiedziałem, że niepotrzebnie odpuszczałem odjazd z Brożyną i Zamaną. Byłem młody i naiwny. Brożyna startował w TDP jako kolarz kadry narodowej, ale na co dzień ścigał się w Banesto, więc często spotykaliśmy się na różnych wyścigach. Przed Tour de Pologne mówił mi tak: “Marek, Na Tour de Pologne nie kasujemy się nawzajem”, a ja się z nim wtedy zgodziłem.
Pojechaliśmy na to Tour de Pologne, aż w końcu przyszedł 6. etap. Atakują Brożyna i Zamana, a ja doskakuję im do koła. – Nie, nie zostań Marek! Pociągniesz ich za sobą! Odpuść! – mówi mi Brożyna. Ja myślę sobie: “Dobra, obiecaliśmy sobie, że się nie kasujemy, to się nie kasujemy”. I odpuściłem. Zamana i Brożyna nadrobili tam nade mną i resztą grupy goniącej 40 sekund. Później, gdy Brochard wszystkim odjechał, ja straciłem do niego o 40 sekund mniej niż Zamana i Brożyna, a na koniec zająłem 3. miejsce ze stratą 25 sekund. Gdybym wtedy zabrał się z nimi, a miałem przecież na to siłę, to mógłbym wygrać tamten wyścig.

Mimo wszystko: Miałeś 21 lat, jeździłeś w mocnej ekipie najwyższej dywizji i mimo to dostawałeś szansę startu jako lider w Tour de Pologne – wyścigu jeszcze nie worldtourowym, ale takim, w którym startują mistrzowie świata. Ty rzeczywiście byłeś tak mocny? Czułeś to np. jeżdżąc na treningach? Nie odstawałeś tam od najlepszych kolarzy swojej drużyny?
Niezupełnie. Wtedy tych zgrupowań nie było za dużo – tak naprawdę tylko ta ekipa jeżdżąca na Tour de France regularnie miała ze sobą jakieś zgrupowania, a reszta spotykała się tylko w grudniu, w styczniu i tyle. A ja w tym okresie zimowym zawsze miałem problem. Gdy wracałem z Polski, to żeby utrzymać się za chłopakami w górach, musiałem jechać “w trupa”. Belgowie – Planckaert czy Mattan szykowali się do wiosennych klasyków, więc od razu trenowali na pełnym gazie, a ja byłem świeżo po okresie zimowym spędzonym w Polsce, gdzie nie było przecież warunków do mocnego trenowania.
“Boże, co ja tu robię?” – myślałem sobie wtedy. Jedynym ratunkiem były dla mnie treningi z ekipą, która przygotowywała się do Tour de France. Oni jeździli wolniej, bo mieli więcej czasu na wypracowanie formy, niż chłopaki od klasyków, którzy zaraz mieli zacząć ściganie. Tam jeździło mi się naprawdę dobrze. Tylko że z nimi trenowałem rzadko, bo przecież nie jechałem na Tour de France.
Podczas sezonu sytuacja się normowała, a ja znałem swoje miejsce w szeregu. Wiedziałem, że na przykład David Moncoutie jest świetny w górach, a ja jestem bardziej na poziomie Dmitrija Fofonowa. Zresztą, doskonale się dogadywaliśmy, jeździliśmy na te same wyścigi i często byliśmy razem w pokoju.
Moncoutie był w górach świetny, ale w 2003 roku, na Tour de Pologne, to ty byłeś liderem, a on ci pomagał.
W tym 2003 roku byłem kapitalnie przygotowany do Tour de Pologne, nawet lepiej niż w 2002. Tylko że tydzień przed startem wziąłem udział w jakimś francuskim wyścigu [Tour du Pouitou-Charentes – przyp. red.] i na jednym z pierwszych etapów wziąłem udział w kraksie tuż przy lotnej premii. Wpakowałem się tam w jakąś barierkę i w efekcie uszkodziłem sobie żebra. To był mój ostatni start przed Tour de Pologne, który miał mnie przygotować do tego wyścigu, więc zależało mi na tym, żeby go ukończyć.
To się udało. Z dużym bólem, ale dałem radę. Potem, gdy pojechaliśmy do szpitala, okazało się, że mam pęknięte dwa żebra. Mimo to pojechałem na Tour de Pologne, ale tam było mi bardzo trudno. Miałem problemy z oddychaniem. Nie mogłem wziąć pełnego oddechu, bo wtedy czułem olbrzymi ból w płucach. Nogi były świetnie przygotowane, ale nie mogłem tego w pełni wykorzystać właśnie z powodu tych żeber. Skończyłem dopiero piąty. Myślę, że ekipa była zawiedziona moim rezultatem.
Ekipa była zawiedziona 5. miejscem? Miałeś 22 lata!
Tak, ale trochę sam się o to prosiłem. Chcieli mnie zabrać na Vueltę, która była rozgrywana wtedy, co Tour de Pologne, ale ja ją uprosiłem, żeby pojechać do Polski. Przekonałem ich, że mogę wygrać ten wyścig, bo naprawdę w to wierzyłem. Tym bardziej, że zajmowałem już wcześniej wysokie miejsca w innych wyścigach – na przykład w Tour de l’Ain [10. miejsce w klasyfikacji generalnej – przyp. red.]. Potrafiłem przyjeżdżać z najlepszymi góralami do mety naprawdę trudnych wyścigów. Nie spodziewałem się, że te żebra będą mi aż tak przeszkadzać.
Na szczęście kilka dni później przyjechałem na GP de Wallonie. Przyjechało tam mnóstwo czołowych klasykowców m.in. Peter Van Petegem [zwycięzca Wyścigu Dookoła Flandrii i Paryż-Roubaix z tamtego sezonu – przyp. red.]. Zależało mi na dobrym wyniku, bo chciałem im choć trochę zrekompensować brak zwycięstwa w Tour de Pologne. Tymczasem wyścig zaczął się dla mnie naprawdę słabo. Na pierwszych 100 kilometrach bardzo się męczyłem. Ale po 100. kilometrze, jak zaczęły się podjazdy, zaczęły się ucieczki, to nagle coś puściło.
W pewnym momencie zacząłem przeskakiwać do odjazdu razem z Van Petegemem i daliśmy radę. Ale jeszcze zanim to zrobiliśmy, to zauważyłem, że ten Belg nie jest wcale taki mocny. Albo markował, albo rzeczywiście był ode mnie słabszy, bo widziałem, że te jego zmiany nie są szczególnie mocne. W 12-osobowej ucieczce jechało wtedy trzech zawodników Cofidisu. Mieliśmy świetną sytuację, więc normalnie bym nie przeskakiwał, ale czułem się zbyt dobrze, żeby tego nie wykorzystać. Dojechaliśmy, a później współpraca w tej czternastce układała nam się naprawdę dobrze. I przede wszystkim moje samopoczucie jeszcze bardziej skoczyło do góry.
Na około 20 kilometrów do mety znów zaatakowaliśmy razem z Van Petegemem. Współpraca układała nam się kapitalnie, a grupka, która była za nami, zaczęła się rozjeżdżać. Ja pamiętałem, co się działo, gdy razem dojeżdżaliśmy do ucieczki. Widziałem w tym olbrzymią szansę na zwycięstwo. Przed metą był brukowany podjazd o długości około 2 km. Właśnie tam upatrywałem swojej szansy na to, żeby go zgubić. Wygrać po dwójkowej akcji z Van Petegemem. To byłoby coś. I wtedy usłyszałem głos w słuchawce.
– To nie jest odjazd pod ciebie. Jedziesz bez zmian. Ten odjazd nam nie pasuje – odezwał się dyrektor sportowy.
Pomyślałem sobie wtedy: “O nie! Przecież Van Petegem nie jest wcale dzisiaj taki mocny. Może dałbym radę wygrać!”. Ale nic nie powiedziałem. Szef zabronił dawać zmian, więc ich nie dawałem. Niestety, to był koniec odjazdu, bo Van Petegem się wkurzył. Też przestał pracować i reszta szybko nas dogoniła. Wróciliśmy i znów zaczęły się akcje. W pewnym momencie zaatakowali Frederic Bessy z naszego zespołu i będący w świetnej formie Dave Bruylandts – szybki Belg z innego zespołu. Wiedziałem, że Bessy’emu będzie trudno pokonać Bruylandtsa, bo był wolniejszy na finiszu, a mimo to ekipa postanowiła akurat ten odjazd puścić.
To mnie tak zdenerwowało, że dostałem kolejną dawkę energii. Gdzieś w połowie podjazdu, zaatakowałem. Po kilku wirażach patrzę – dogoniłem Bessy’ego. Strzelił z koła temu Belgowi. Ruszyłem jeszcze raz – tym razem z Bessym i jeszcze jednym Francuzem. Narzuciliśmy bardzo mocne tempo i… w pewnym momencie, chwilę przed metą zauważyliśmy Bruylandtsa (później okazało się, że na zjeździe złapał gumę). Jest tylko 200-300 metrów przed nami! Daliśmy z siebie maksa i zabrakło nam dwóch sekund do tego, żeby go wyprzedzić. Przyjechałem drugi, ale czułem potężny niedosyt. Gdyby ekipa mi zaufała, wygrałbym wyścig. Wierzę, że pokonałbym Van Petegema, który wtedy miał trochę słabszy dzień i skończył wyścig jako 7.
To byłby na pewno wielki sukces. Ale i tak możesz pochwalić się innym dużym osiągnięciem, z czego zresztą skrzętnie korzystałeś. Gdy przygotowywałem się do wywiadu z tobą, zauważyłem, że później każde kolejne osiągnięcie zestawiałeś z tym, co wydarzyło się rok wcześniej, w 2002 roku. Na przykład po 3. miejscu w Tour de Pologne mówiłeś: “To wielkie osiągnięcie. Większe nawet niż moje zwycięstwo z Tour de l’Ain, gdzie na etapie z metą na Grand Colombier pokonałem Richarda Virenque’a”. Jak to się stało?
Generalnie, zawsze lubiłem Tour de l’Ain. Zadebiutowałem w nim już w 2001 roku, gdy jechaliśmy na Davida Moncoutie, a ja, choć byłem tylko pomocnikiem zająłem 17. miejsce. Podobał mi się ten wyścig. Podjazdy, zazwyczaj dość długie, ale niezbyt strome (choć akurat Grand Colombier to nie dotyczy. On miał w pewnym momencie kilkanaście procent). I w tym 2002 roku naszym liderem był Kiwiliew. Pierwszy etap prowadził po pagórkach. Upał był niesamowity. Wypiłem chyba 12 czy 14 bidonów. Ale my dawaliśmy z siebie maksa. Kiwiliew nie zabierał się w żaden odjazd, więc wszystko musieliśmy kasować. Przez pierwsze trzy dni cały nasz zespół po prostu wypruwał sobie dla niego żyły. I gdy po zakończeniu pracy, pod koniec trzeciego etapu, gdy zostaliśmy już z tyłu, zapytaliśmy dyrektora, czy Kiwiliew jest z przodu, usłyszeliśmy: “Nie, wycofał się”.
Przez trzy dni facet w ogóle nie odezwał się ani słowem, że nie czuje się najlepiej, a my się dla niego kompletnie wycięliśmy. Zdenerwowało nas to niesamowicie. Chciałem się odkuć. Wiedziałem, że jestem w dobrej formie, że mogę zakręcić się nawet koło 10. miejsca. Dlatego chciałem być dobrze ustawiony przed ostatnią górą i na ostatnich kilometrach jechałem z przodu, obok Hiszpana Atienzy (Cofidis), który przed tym etapem zajmował 6. miejsce. Tylko że jakieś 6 km przed rozpoczęciem podjazdu Atienza mówi do mnie:
– Marek, jedź po bidon
– Ale przecież zaraz zacznie się podjazd.
– Nie, jedź, potrzebuję zimnego picia !
Wcześniej byłem zdenerwowany, a teraz to już niesamowicie się wkurzyłem. Nawet nie wiedziałem, czy do niego zdążę dojechać. Na szczęście jakimś cudem dałem radę. Do podjazdu zostały dwa kilometry. Podaję ten bidon Atienzie, a on… wypił kilka łyków i go wywalił!
Wtedy już totalnie mnie zirytował. Jedyny plus tej całej sytuacji był taki, że dojeżdżając do Atienzy, automatycznie znalazłem się z przodu grupy. To moje wkurzenie spowodowało u chyba jakiś dopływ adrenaliny i dwa lub trzy kilometry po rozpoczęciu podjazdu, jadąc swoim normalnym tempem, zorientowałem się, że w naszej czołowej grupce jedzie może z 10 kolarzy. Zaczęły się ataki – za jednym z nich pojechałem i poszliśmy we dwójkę. Szybko odjechaliśmy reszcie, a jak mój rywal (już nie pamiętam, kto nim był) pokazał mi, że mam wyjść na zmianę, to wyszedłem. Nawet nie zauważyłem że nie siadł mi na kole. Zupełnie nieświadomie rozpocząłem solową akcję na około 10 km do szczytu podjazdu.
Patrzę, widzę, że różnica jest spora. Odpuścili mnie. Myślę tylko o tym, żeby dalej jechać swoim tempem, bo to jest korzystna sytuacja dla naszego Atienzy. Teraz to inne teamy muszą gonić jego kolegę z Cofidisu. Przez cały czas – chyba to było 9 kilometrów, myślałem tylko o tym, żeby nie przesadzić. Żeby nie podpalić się, tylko cały czas jechać swoim tempem. Gdzieś w połowie podjazdu pomyślałem sobie. “Super! To teraz tylko wytrzymać to. Za mną jest pięciu, więc jak mnie dojdą, to chyba dojadę szósty. W takim towarzystwie to super wynik!”. Miałem świadomość, że kontrolują stratę i trochę dostosowują się do mojego tempa, więc chciałem zachować wystarczająco dużo sił, żeby w razie czego móc później, jak już mnie dogonią, choć przez chwilę utrzymać ich tempo.
W pewnym momencie z grupy Virenque zaatakował De Wolf. Ruszył, trochę się do mnie zbliżył, ale po jakimś czasie, gdy miał 20 sekund straty, przestał odrabiać. Reszta szybko go dogoniła. Na 2-3 kilometry przed metą zacząłem wierzyć w sukces. Wtedy jechałem już na maksa. Niedługo później z tyłu zaatakował Virenque, ale nie zdążył mnie już dogonić. To, co wtedy zrobiłem, zszokowało wszystkich, ale w kolarstwie tak to już jest, że czasem trafi ci się taki dzień konia. Zresztą, jestem pewien, że wtedy na moją postawę miało wpływ też tamto wkurzenie. Wycofanie się Kiwiliewa, bidon Atienzy… może swoje zrobiło też to, że dzień wcześniej w pierwszej części etapu, zrobiłem swoje, więc później mogłem już jechać spokojnym tempem i regenerować siły na kolejny ciężki etap.
To, że to był taki długi, taki trudny podjazd. To, że drugie miejsce zajął Virenque, a ja miałem wtedy dopiero 21 lat… To pokazało mi, że moje możliwości są naprawdę olbrzymie i w przyszłości będę mógł walczyć w tych dużych górach regularnie.
Wspominałeś o Kiwiliewa. Kazach, mimo słabszego występu w Tour de l’Ain 2002, był kapitalnym kolarzem. Zajmował m.in. 4. miejsce w Tour de France i Paryż-Nicea. Niestety w 2003 roku zginął na trasie Paryż-Nicea.
Ścigałem się w tym wyścigu i dobrze pamiętam tamten etap. On się kończył niedaleko miejscowości, w której mieszkał. Przed metą był najpierw 8-kilometrowy podjazd, a etap kończył się chwilę po zjeździe. Gdy przejeżdżaliśmy przez miejscowość, szedł olbrzymi gaz. Każdy chciał być z przodu, rozpocząć podjazd na jak najlepszej pozycji – my też rozprowadzaliśmy Kiwiliewa.
Gdy tylko rozpoczął się podjazd, przed nim pozostał już tylko nasz najlepszy góral – prawdopodobnie Moncoutie. Ja pamiętam tylko, jak sięgał do kieszonki po żela czy po batona. Miał pecha – właśnie wtedy wydarzyła się kraksa. Ktoś wjechał mu zaciskiem w koło. On od razu wyleciał przez kierownicę i uderzył głową w asfalt. Prawdopodobnie przez to, że ten wypadek zdarzył się akurat wtedy, gdy sięgał do kieszeni, nie mógł zasłonić się ręką, a kasków wtedy raczej nie nosiliśmy – nie było takiego nakazu. To była ogromna kraksa – leżało 10-15 osób, ja też. Potem wstałem, otrzepałem się, wziąłem rower zapasowy. Lekarze podeszli do Kiwiliewa, ja tylko wziąłem jego licznik i okulary, wrzuciłem do samochodu, a potem pojechałem dalej. Nie miałem pojęcia, że to się skończy aż tak źle.
Ty byłeś z nim wtedy w pokoju, prawda?
No tak. Jak wracam do tamtych dni to… prawdziwa masakra. Kilka miesięcy wcześniej urodziło mu się dziecko – był taki szczęśliwy… Pokazywał mi zdjęcia tego dziecka… Niesamowite, jak wszystko potrafi się szybko zmienić. Gdy po etapie pojechaliśmy do hotelu, w moim pokoju była tylko jego walizka – on trafił prosto do szpitala. A następnego dnia, w drodze na etap, dowiedzieliśmy się, że to koniec. Że odłączyli go od aparatury.
To był szok dla całego zespołu. Trudno było nam się z tym pogodzić, bo Kiwiliew był naprawdę sympatycznym chłopakiem.
A skoro byliście razem w pokoju, to musieliście się dobrze dogadywać.
Tak, ja bardzo się kolegowałem z Fofonowem, który był jego najważniejszym pomocnikiem z Kazachstanu. Fofonowa wtedy jednak z nami nie było, więc to ja byłem z Kiwiliewem w pokoju, bo ogólnie jakoś tak się składało, że kolarze z tych wschodnich krajów dobrze się ze sobą dogadywali – dobrze mi się gadało też np. z Jankiem Tombakiem [Estończyk – przyp. red.].
A co się stało, gdy już się dowiedzieliście o tym, co się stało?
Pamiętam, że jechaliśmy wtedy kamperem i dyrektor sportowy zadzwonił do masażysty, który wtedy prowadził i powiedział, co się wydarzyło. Później przyszedł do nas Virenque, przyszli inni liderzy i zapytali nas, co robimy. Ścigamy się, nie ścigamy? Organizator prosił nas, żebyśmy chociaż przejechali trasę etapu, więc stanęło na tym, że nie było ścigania, ale przejechaliśmy ze startu na metę.
Tak, jak podczas Tour de Pologne po śmierci Bjorga Lambrechta?
Tak, to było coś takiego. Później chcieliśmy się wycofać, ale wtedy przyszedł do nas Winokurow z Telecomu i poprosił, żebyśmy pojechali na niego. Oni byli jak bracia. Razem przyjechali z Kazachstanu na zachód, żeby się ścigać i teraz on chciał dla niego wygrać ten wyścig, bo sam nie miał drużyny, która mogłaby wykonać dla niego wystarczającą pracę. Szefostwo było za, my też, więc się zgodziliśmy, a później Winokurow wygrał i odpalił nam nawet jakąś część nagrody za tamto zwycięstwo.
Wygrał, bo reszta trochę mu odpuściła czy naprawdę był najlepszy?
Był najlepszy. Tam szła naprawdę mocna walka. W pewnym momencie zdecydowanym kandydatem do zwycięstwa był Dario Frigo. On wygrał czasówkę tuż po śmierci Kiwiliewa i mógłby wygrać cały wyścig, gdyby nie to, że następnego dnia musiał się wycofać z powodu gorączki.
Na szczęście połączone siły naszej drużyny z Telecomem i dobra forma Winokurowa pozwoliła Kazachowi wygrać tamten wyścig. Wszyscy poświęciliśmy indywidualne ambicje, żeby to właśnie on zwyciężył – sam, kiedy trochę przypadkiem zabrałem się na którymś zjeździe w odjazd razem z Tylerem Hamiltonem, szybko odpuściłem, bo wiedziałem, że z tyłu mam zadanie do wykonania, więc Amerykanin kolejne 100 kilometrów musiał przejechać na solo.

Często mówi się, że to właśnie śmierć Kiwiliewa przesądziła o tym, że kolarze zaczęli mieć obowiązek jazdy w kaskach. Domyślam się jednak, że zarządzenie UCI nie pojawiło się od razu po śmierci Kazacha.
Nie, ale ekipa właściwie tego samego dnia zadecydowała, że już od następnego etapu zaczniemy jeździć w kaskach. One generalnie wchodziły stopniowo. Już wcześniej były takie kraje jak Belgia czy Hiszpania, gdzie trzeba było je zakładać. Przez moment było też tak, że kaski można było ściągać tuż przed ostatnim podjazdem. Dopiero po zakończeniu sezonu 2003 UCI zadecydowała, że od teraz ścigamy się już wyłącznie w kaskach.
Kraksa Kiwiliewa przesądziła o takiej polityce, bo to było ewidentnie. Kask ocaliłby mu życie. Przywalił płatem czołowym o asfalt. Kask chroni tę część głowy, więc prawdopodobnie Andrij by jeszcze żył, gdyby go miał. Ale my wtedy nie myśleliśmy w ten sposób. Nie lubiliśmy kasków, zwłaszcza na tych górskich etapach.
No tak, sam mówiłeś wcześniej, że odpowiadało ci to, że na wygranym przez ciebie etapie Tour de l’Ain nie miałeś kasku, bo było wtedy strasznie gorąco. Że dzięki temu łatwiej było znieść upał.
No tak, tam było 40 stopni na płaskich etapach, więc wygodniej się jeździło bez kasku. Dopiero później przekonaliśmy się w wyjątkowo bolesny sposób, że cena, którą za tą wygodę można zapłacić jest wyjątkowo wysoka.
Sezon 2003 był twoim ostatnim w barwach Cofidisu. Kolejny miałeś spędzić w barwach RAGT – innej ekipy pierwszej dywizji.
Nie mogłem dojść do porozumienia z Cofidisem, w którym ścigałem się od trzech lat. Oni mówili, że trochę zmieniają koncepcję, chcą stawiać na Hiszpanów i absolutnych kozaków – nie takich kolarzy jak ja, którzy błyszczą w pojedynczych mniejszych wyścigach.
Wtedy jeden z dyrektorów – Bernard Quilfen powiedział mi: “Marek, Cofidis to drużyna pełna gwiazd, tutaj praktycznie cały czas będziesz pracował na kogoś. Proponowałbym ci znaleźć mniejszy team w którym miałbyś szansę wybicia się”. I wtedy Bogdan Madejak pomógł mi znaleźć taki zespół – Jean Delatour, który zmienił się wtedy w Team RAGT. I właśnie z nimi dogadałem się na 2004 rok. Gdy siedzieliśmy w grudniu nad kalendarzem, powiedzieli mi, że moimi najważniejszymi wyścigami będą Paryż-Nicea i Tour de France. Mieliśmy być razem z Christophem Rinero liderami, którzy będą walczyli w klasyfikacji generalnej, a ja miałem jeszcze walczyć o jak najwyższą lokatę w klasyfikacji młodzieżowej.
To była dla mnie kapitalna okazja. W Cofidisie na 90 procent wyścigów jechałem jako pomocnik – tu nareszcie miałem dostać prawdziwą szansę…
________________________________________________________________________
Niestety – w życiu nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem. Mój rozmówca wierzył, że w 2004 roku przeżyje kolejną, jeszcze piękniejszą przygodę. Zamiast tego przeżył koszmar. RAGT chciało być w 2004 roku dumne z pozyskania Marka Rutkiewicza – jednego z najbardziej utalentowanych kolarzy w peletonie – zamiast tego pisało w oficjalnym komunikacie, że “Marek Rutkiewicz nigdy nie splamił barw zespołu, bo nigdy nie założył jego koszulki”. O wydarzeniach ze stycznia 2004 roku, które ciągnęły się za nim właściwie do samego końca kariery (a nawet dłużej) będziecie mogli przeczytać już w kolejnej części naszej rozmowy.
Zobacz też inne wywiady autora:
Krzysztof Wyrzykowski – człowiek, któremu sekrety zdradzał Armstrong
Michał Gołaś – Godzinne konwersatorium z „profesorem kolarstwa”
Lechosław Michalak i kolarski powrót do lat 80.
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 1 Przysięga
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 2 Spełnienie
Grzegorz Gwiazdowski – Przerwana Historia cz. 3 Koniec
Bogumiła Matusiak – wspomnienia ze starego Tour de France
Fignon i spółka powiedzieli: „On musi nas masować” – wywiad z „Bobem” Madejakiem
Od angażu „na kredyt”, do gwiazdy Tour de Pologne w pół roku – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 1
Droga prowadząca do Francji – wywiad z Janem Brzeźnym, cz. 2.
Na „ty” z Szarmachem – wywiad z Janem Brzeźnym cz. 3
Maciej Paterski: „Jens Voigt chyba chciał mnie udusić”
Maciej Paterski – jak pokonał Mollemę i Rogliča
Maciej Bodnar – jak rozkochał w sobie Włochów i trafił do elity
Maciej Bodnar – Bodyguard zawodowiec
Zbigniew Spruch – wtedy, gdy wszystko się zaczęło
Zbigniew Spruch – Zawsze drugi
Portugalskie przygody Dariusza Bigosa
Dariusz Bigos: „Celujemy w drugą dywizję. Być może już za dwa lata”
Henryk Charucki – Wizyta w fabryce elektrycznych maszyn i kolarskich marzeń
Henryk Charucki – Wielka kolarska emigracja
Marek Leśniewski – 7 sekund do olimpijskiego złota
Marek Leśniewski – długa droga do zawodowstwa
Tomasz Marczyński – 60 minut z Loco
Janusz Kowalski – Szybszy od Pogačara
Janusz Kowalski – opowieść o niewykorzystanym potencjale
Przemysław Niemiec – Droga do Giro
Przemysław Niemiec – W kolarskim raju
Lech Piasecki – zanim został zawodowcem
Lech Piasecki: „Saronni dał mi zwycięstwo, Anquetil je odebrał”
Włodzimierz Rezner – złotousty sobowtór Merckxa cz. 1
Benedetti – Polak z Włoch. Pomocnik, który stał się legendą
Bartosz Huzarski – od Wyścigu Pokoju do wielkich tourów










Rutek zawsze byłeś dobrym kolarzem . zabrakło trochę szczęścia by twoja kariera potoczyła się inaczej .
Szanuje Cię i z ciekawością czytam ten wywiad.
Powodzenia i do zobaczenia.