ta_do (@ flickr) / CC BY-SA (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0)

21 lipca 1993, pierwszy etap po dniu przerwy 80. edycji Tour de France.  Z przodu zostało już tylko trzech spośród czterech najmocniejszych kolarzy całego wyścigu – lider, a także reprezentujący barwy włoskiej grupy trzeci zawodnik klasyfikacji generalnej i atakujący podium zawodnik ekipy z Hiszpanii. Zdecydowanie najbardziej aktywny jest ten trzeci. Próbuje zgubić pozostałą dwójkę, jednak nie udaje mu się to. Nagle z tyłu atakuje kolarz włoskiej grupy. Lider wyścigu zostaje z tyłu, a zawodnik ekipy z Półwyspu Iberyjskiego z trudem łapie koło. Drugie przyspieszenie. To już zbyt wiele, teraz i on musi odpuścić – 3. zawodnik klasyfikacji generalnej może zatriumfować – właśnie wygrał swój pierwszy etap Tour de France i przybliżył się do utrzymania miejsca na podium w całym wyścigu.

Kim są główni bohaterowie tej sceny? Nietrudno zgadnąć. Lider wyścigu to dominujący w Tour de France w pierwszej połowie lat 90. Miguel Indurain. Zawodnik włoskiej grupy sięgający po życiowy sukces, to oczywiście Zenon Jaskuła. Z kolei ten trzeci, dzielnie walczący o utrzymanie koła Polaka to Tony Rominger. Wtedy przegrał, jednak udało mu się zrewanżować na kolejnych etapach, dzięki czemu metę na Polach Elizejskich przekroczył jako 2. kolarz klasyfikacji generalnej i jednocześnie zwycięzca klasyfikacji górskiej.

Pierwszy po Bogu

Kiedy atakuję, reszta rywali może nie dać rady utrzymać mojego koła. Ale Indurain zawsze będzie w stanie to zrobić                                                                                                                                                                             

~Claudio Chiappucci

Ten sukces ciężko było uznać za dużą niespodziankę. Szwajcar przyjeżdżał do Francji jako główny kandydat do zdetronizowania Miguela Induraina – zwycięzcy dwóch poprzednich edycji, który do startu w Wielkiej Pętli przystępował opromieniony drugą z rzędu wygraną w Giro d’Italia. Oczywiście nie on jeden miał podobne zamiary – liczyć w wyścigu mieli się także m.in Claudio Chiappucci, Andrew Hampsten, Pedro Delgado czy powoli kończący swoją wspaniałą karierę Stephen Roche.

Niestety, pierwszy tydzień wyścigu nie był dla niego zbyt udany. Wprawdzie z dobrej strony pokazał się na rozpoczynającym go prologu – zajął w nim 5. miejsce, ale później było już znacznie gorzej. 

Niestety, jego koledzy z CLAS – Cajastur byli świetnymi góralami, ale za to bardzo marnymi czasowcami, co pokazał już wspomniany prolog – większość z nich ukończyła go na pograniczu pierwszej i drugiej setki, a najlepszy kolega zespołowy Romingera zajął dopiero 53. miejsce. 

W dodatku był nim 24-letni Abraham Olano, którego przygoda z wyścigiem zakończyła się już po kraksie na 2. etapie. Mocno ucierpiał w niej także inny zawodnik hiszpańskiej ekipy – Arsenio Gonzalez, przez co do jazdy w czwartkowej jazdy drużynowej na czas Rominger i spółka przystąpili w zaledwie siedmioosobowym składzie.

W tej sytuacji ewentualny dobry wynik można by było postrzegać w kategoriach cudu. Tyle że cud się nie wydarzył. Clas – Cajastur zakończyło etap na 14. miejscu, ze stratą trzech minut do najszybszego wówczas na ponad 80-kilometrowej trasie GB-MG Maglificio. Kolejne trzy minuty Szwajcar stracił do Induraina na indywidualnej czasówce, przez co jego łączna strata w klasyfikacji generalnej wynosiła już sześć minut.

Sytuacja była bardzo zła, jednak Rominger nie zamierzał się poddawać. W końcu najtrudniejsze etapy wciąż były przed kolarzami. Pierwszy z nich nadszedł już po dniu przerwy. Kolarze mieli pokonać Col du Glandon, Col du Telegraphe i Col du Galibier. Już na drugim ze słynnych wzniesień wyklarowała się trójka Indurain, Rominger i rewelacyjny w tym wyścigu Mejia. 

Później na Col du Galibier zawodnik Clas-Cajastur dwoił się i troił, by zgubić tę dwójkę, ale nic z tych prób nie wynikało. Na mecie jednak udowodnił, że to on był tamtego dnia najlepszym kolarzem i choć nie nadrobił do Hiszpana zbyt wiele czasu, to odniósł spory sukces – wygrał pierwszy w karierze etap Tour de France. W dodatku wrócił do czołowej  “10” – teraz zajmował już 5. miejsce i tracił 1:28 do trzeciego Zenona Jaskuły. Z kolei jego strata do Induraina wciąż wynosiła blisko sześć minut, więc szanse na jej odrobienie były mizerne.

Kolejny etap miał być jeszcze trudniejszy. Na jego trasie znalazły się Col d’Izoard, Col de Vars i Col de la Bonette, a wszystko miało zakończyć się wspinaczką pod Isola 2000. Tyle że tym razem pierwsze trzy podjazdy nie przyniosły większych rozstrzygnięć i na szczyt za uciekającym Robertem Millarem wjechała około 10-osobowa grupka faworytów. 

Rozstrzygnięcia przyniósł dopiero ostatni podjazd. Na Isoli najpierw mieliśmy atak Claudio Chiapucciego – drugiego zawodnika Wielkiej Pętli sprzed 12 miesięcy, który chciał za wszelką cenę zrehabilitować się po słabszym występie dzień wcześniej, kiedy zajął miejsce pod koniec pierwszej trzydziestki. Włochowi udało się oderwać od głównej grupki, ale etapu nie wygrał. Wszystko dlatego, że na kilometr przed metą do akcji znów wkroczył Rominger. Szwajcar zaatakował, jednak Indurain znów zrobił to, z czego był doskonale znany. Doskoczył do koła i mimo że Rominger robił wszystko, by odjechać wciąż utrzymywał się tuż za jego plecami. 

Jednak 32-latek po zakończeniu etapu znów mógł być z siebie zadowolony. Na finiszu znów ograł Hiszpana i sięgnął po drugie etapowe zwycięstwo z rzędu. Nabił też sporo punktów na górskich premiach, co pozwoliło mu przejąć koszulkę najlepszego górala z rąk Davide Cassaniego. Poza tym znów nadrobił sporo czasu do pozostałych zawodników, dzięki czemu awansował na czwartą pozycję w klasyfikacji generalnej.

Kolejne trzy etapy były już znacznie spokojniejsze. Ich trasa była łatwiejsza, więc padały łupem sprinterów lub uciekinierów. Zbyt wiele nie zmienił także 15. odcinek z Perpignan do Andory – wygrał go zajmujący odległe miejsce w klasyfikacji generalnej Oliveiro Rincon, a czołowa piątka – Indurain, Meija, Jaskuła, Rominger i Riis dojechała do mety w jednej grupce. 

Szwajcar ciągle pokazywał, że zasługuje na czołową trójkę wyścigu, jednak długo nie mógł się do niej dobić. Nie pozwolił mu na to nawet świetny występ na wspomnianym na początku 16. etapie, gdy nadrobił czas do Mejii i mogłoby się wydawać wcześniej niezniszczalnego Induraina. Jego bilans na czterech najtrudniejszych etapach to dwa pierwsze i dwa drugie miejsca, a jednak wciąż nie mógł wskoczyć na podium. 

Zrobił to dopiero na 19. etapie. Zresztą w świetnym stylu. Dotychczas świetnie radzący sobie Mejia stracił do niego 3 minuty, Jaskuła poradził sobie lepiej, ale i tak metę przekroczył ze stratą blisko 2 minut. Ba! Sam Miguel Indurain – zawodnik, który na poprzednich próbach czasowych dominował nad rywalami, który wygrał siedem poprzednich czasówek, wykręcił czas o 42 sekundy gorszy niż ten Szwajcara.

Dzień później, tuż po etapie na Polach Elizejskich mógł świętować. Wyścigu wprawdzie nie wygrał, ale był pierwszym po odgrywającym rolę Boga Miguelu Indurainie. Wygrał też trzy etapy i zgarnął koszulkę w grochy. 

Niestety, później nie udało mu się powtórzyć tego wyniku w Wielkiej Pętli. Rok po tamtym sukcesie bardzo dobrze rozpoczął wyścig. Po czasówce na 9. etapie zajmował 2. miejsce, nieco ponad 2 minuty za Indurainem, ale gdy wyścig wjechał w Pireneje zachorował i szybko wycofał się z wyścigu. 

Po 12 miesiącach znów dały o sobie znać problemy zdrowotne. Tym razem choroba zakłóciła jego przygotowania, co sprawiło, że zajął dopiero 8. lokatę. W 1996 znów nie udało mu się wypracować odpowiednio wysokiej formy i skończył wyścig na 10. miejscu, a swoją przygodę z Wielką Pętlą zakończył dwanaście miesięcy później, kiedy upadek zmusił go do wycofania się już po trzech dniach ścigania. 

Za słaby na wielkie toury

Ludzie mówili: och, to Rominger. On nigdy nie wygra trzytygodniowego wyścigu!

                                                                                                          ~ Tony Rominger

Być może jego przygoda z Wielką Pętlą nie potoczyła się tak, jakby sobie wymarzył, ale gdyby w pierwszych latach przygody z kolarstwem ktoś powiedział mu, co uda mu się w niej osiągnąć, to taki scenariusz wziąłby w ciemno. Wszystko dlatego, że długo nic nie zapowiadało, by w ogóle miał zostać zawodowym kolarzem.

Gdy w 1984 roku 20-letni Miguel Indurain zbierał swoje pierwsze szlify w Team Reynolds (później Banesto, a dziś Movistar), a 24-letni Pedro Delgado w tym samym zespole właśnie wyszedł z cienia Angela Arroyo i wywalczył swoje pierwsze miejsce w piątce wielkiego touru (4. miejsce w Vuelta a Espana), zaledwie o rok młodszy od Hiszpana Rominger brał udział tylko w krajowych wyścigach i o przejściu na zawodowstwo mógł jedynie pomarzyć. 

Przełomem okazało się dopiero podpisanie kontraktu z Cilo – szwajcarską grupą zawodową. Wprawdzie brakowało w niej wielkich kolarskich osobowości, ale co roku dostawała zaproszenia na prestiżowe kolarskie wyścigi – czasem nawet na wielkie toury. I Szwajcarowi na wiele z nich udało się załapać – wystąpił m.in w Giro d’Italia. Tyle że nie odegrał tam zbyt dużej roli – jedyne z czego można go było zapamiętać, to niezła jazda w czasówkach. Zajmował wysokie lokaty w takich wyścigach jak Firenze-Pistoia, Chrono des Harbiers (dziś Chrono des Nations) czy na etapie Giro d’Italia.

Być może to właśnie dzięki temu wycofanie się szwajcarskiego producenta rowerów z kolarstwa po sezonie współpracy, nie sprawiło, że został na lodzie, a trafił do mocniejszego Chateau d’Ax, gdzie swój ostatni sezon w karierze miał właśnie jechać Francesco Moser. To właśnie tu Szwajcar zaczął świetnie prezentować się także na podjazdach. Nie wygrywał wprawdzie zbyt wiele, ale często meldował się na podium – także tych najważniejszych wyścigów – m.in Tirreno-Adriatico, Milano-Torino czy Giro del Trentino.

Wyjątkowo dobrze szło mu także w Giro d’Italia. Nie tylko pokazywał się ze świetnej strony w wyścigach jazdy indywidualnej na czas, ale też na najtrudniejszych etapach często zajmował miejsca w pierwszej piątce. Najlepiej wypadł na 15. odcinku – w końcówce ograł Marino Lejarretę, Roberta Millara i Erika Breukinka, dzięki czemu na metę wjechał jako drugi, za samotnie uciekającym Johanem van der Velde.

Szwajcar awansował na drugie miejsce w klasyfikacji generalnej – o zaledwie 5 sekund wyprzedzał go Stephen Roche, który jechał po swoje pierwsze wielkotourowe zwycięstwo (kilka tygodni później miał stać się 5. kolarzem, który miał w jednym sezonie wygrać Giro d’Italia i Tour de France). Niestety, dzień później zawodnik Chateau d’Ax osłabł i dojechał do mety daleko za czołówką. Podobnie było nazajutrz, gdy Szwajcar w ogóle wypadł z czołowej “10”, a niedługo później w ogóle wycofał się z wyścigu.

Już wtedy zaczynało się mówić, że Rominger może i jest świetnym kolarzem, ale wielkiego touru nigdy nie wygra. I długo się to potwierdzało. Zawodnik włoskiego zespołu ciągle robił postępy, wykręcał coraz lepsze wyniki, wygrywał m.in Tirreno-Adriatico i Il Lombardia, jednak w Wielkich Tourach jedynym, na co go było stać, była walka na etapach i pomoc liderom zespołu. 

Nie pomogły przenosiny do francuskiej Toshiby, w barwach której wygrał co prawda Paryż-Nicea i Tour de Romandie, a także zajął 3. miejsce w Criterium Dauphine, ale w trzytygodniowych wyścigach w ogóle nie wystartował.

Szczyt formy

Kolejny przełom nastąpił dopiero po upadku francuskiej grupy, kiedy po usługi doświadczonego już, 31-letniego kolarza zgłosił się Clas-Cajastur – hiszpańska ekipa, dysponująca wieloma bardzo dobrymi góralami, ale w której brakowało zdecydowanego lidera, który mógłby walczyć w wielkich tourach. Razem z nim do zespołu trafili także inni nieźli wspinacze – Kolumbijczyk Fabio Herman Rodriguez oraz Jose Manuel Uria. Jednak to Szwajcar miał być najważniejszym kolarzem tego projektu.

Od początku wywiązywał się z tej roli wręcz wzorowo. Zaczął od 5. miejsca w Liege-Bastogne-Liege, później podczas Paryż-Nicea pokonał samego Miguela Induraina i zajął 2. miejsce, jedynie za Jean-Francoisem Bernardem, a następnie wygrał bardzo wymagający Wyścig Dookoła Kraju Basków. 

Tyle że nawet to nie sprawiło, że zaczął być wymieniany w gronie faworytów Vuelta a Espana – najważniejszego celu zespołu w sezonie 1992. Tymi byli raczej Stephen Roche, Erik Breukink oraz uwielbiani przez hiszpańskich kibiców – Pedro Delgado i ubiegłoroczny zwycięzca Melchior Mauri.

W dodatku Szwajcar rozpoczął wyścig bardzo niemrawo. Rozgrywaną w ramach pierwszego etapu czasówkę zakończył dopiero na 8. miejscu. Przed nim znaleźli się m.in Zulle, Roche i Mauri. Kolejna próba czasowa poszła mu jeszcze gorzej – chwilę przed jej rozpoczęciem nabawił się kontuzji kolana i na 50-kilometrowej trasie stracił do zwycięskiego Breukinka 3 minuty.

Na szczęście później szło mu już znacznie lepiej. Dwa etapy po pechowej czasówce zajął 2. miejsce na królewskim etapie kończącym się na Luz Ardiden – ośrodku narciarskim położonym w Pirenejach i zyskał ponad minutę nad wszystkimi najważniejszymi rywalami. Na kolejnych górskich odcinkach odrabiał kolejne sekundy, jednak na 3 etapy przed końcem do prowadzącego Jesusa Montoyi wciąż tracił blisko półtorej minuty.

Mimo to szczęśliwym posiadaczem złotej koszulki został już po 19. etapie, a więc po ostatniej w tym wyścigu czasówce. Tak jak 2 tygodnie wcześniej sam został zmiażdżony przez Montoyę, Delgado i resztę, tak teraz on zmiażdżył ich. Na 37 kilometrach wywalczył sobie blisko dwuminutową przewagę nad dwoma Hiszpanami i mógł wygodnie usadowić się na pozycji lidera.

Dzień później tylko potwierdził swoją supremację. Przekroczył linię mety jako 2., przed wszystkim najgroźniejszymi rywalami i 17 maja na mecie w Madrycie mógł świętować.

To był dla mnie duży przełom. Ten wyścig sprawił, że wreszcie stałem się popularny. Dla mnie bardzo ważne było, by wreszcie wygrać trzytygodniowy wyścig. Wcześniej wszyscy mówili “Och,  to Tony Rominger, on nigdy nie wygra wielkiego touru. Nie jest w stanie wytrzymać fizycznie wyścigu trwającego dłużej niż trzy tygodnie”. Potwierdziłem, że faktycznie mam talent

– wspominał po latach. 

Szwajcar udowodnił coś innym, ale też przede wszystkim sobie. To zwycięstwo dało mu gigantyczną pewność siebie. Coś “przeskoczyło mu w głowie”, dzięki czemu w kolejnych latach kontynuował zwycięską ścieżkę. Kilka tygodni przed Tour de France 1993 znów wygrał największy hiszpański wyścig, a rok później po raz ostatni powtórzył tę sztukę. Pokonał wtedy drugiego Mikela Zarrabeitię o 7 minut i 28 sekund, co oznaczało największą przewagę nad rywalami od 1957 roku. Dokonał też tego, co nie udało się ani Jacquesowi Anquetilowi, ani Bernardowi Hinault, ani nawet samemu Eddy’emu Merckxowi – został pierwszym trzykrotnym zwycięzcą w historii wyścigu (przebił go dopiero Roberto Heras – czterokrotny zwycięzca).

Rozochocony tym sukcesem rok później zmienił nieco plany i późną wiosną udał się nie do Hiszpanii, a do Włoch, na Giro d’Italia, by spróbować zmazać plamę z 1988 roku. Udało mu się – prowadził od trzeciego do ostatniego etapu i zakończył wyścig z czterominutową przewagą nad obrońcą tytułu – Jewgienijem Bierzinem. To był jego ostatni wielkotourowy triumf. 

W 1996 roku raz jeszcze wystartował w Vuelcie (tym razem odbywała się ona we wrześniu, a nie jak w poprzednich latach w na przełomie kwietnia i maja), w której zajął 3. miejsce, a już rok później, jako zawodnik Cofidisu zakończył swoją bardzo bogatą karierę jako kolarz, który choć ani razu nie wygrał Tour de France, to w ilości worldtourowych triumfów w latach 90. ubiegłego wieku przewyższał go jedynie Miguel Indurain.