fot. Wikimedia Commons

Amstel Gold Race to klasyk o stosunkowo krótkiej historii. Podczas gdy praktycznie wszystkie słynne wiosenne wyścigi jednodniowe powstały jeszcze przed drugą wojną światową, historia “Piwnego Wyścigu” rozpoczęła się dopiero w 1966 roku. Już od samego początku wygrywali go znani zawodnicy m.in.: Jean Stablinski, Merckx i Maertens. Jednak żaden z nich nie był w stanie zdominować nowopowstałej imprezy. Zrobił to dopiero Jan Raas.

Holender przyszedł na świat 14 lat przed pierwszą edycją największej holenderskiej imprezy, która miała stać się jedną z ważniejszych części jego legendy. Jego rodzice byli skromnymi rolnikami z Heinkenszand w Zelandii. Jantje, wraz z całą dziewiątką rodzeństwa, musiał pomagać im w zbiorach, jednak mimo to potrafił znaleźć czas na to, by od czasu do czasu pojeździć na rowerze.

To zajęcie dość szybko zamieniło się w pasję chłopaka, ale dopiero w wieku 15 lat otrzymał on od swojego szwagra pierwszy rower wyścigowy. Postanowił wykorzystać tę szansę. Zaczął brać udział w zawodach, które, pomimo stosunkowo niewielkiego doświadczenia, bardzo często wygrywał. Olbrzymią rolę odgrywał w tym naturalny potencjał – Jan miał wrodzoną szybkość, więc na finiszu zazwyczaj z łatwością ogrywał rywali.

Tyle że talent to nie wszystko, a Raas wspomagał go ciężką pracą na treningach i olbrzymim zaangażowaniem w wyścigi. Jednak tym co go wyróżniało, były analizy, których dokonywał przed każdym z nich. Zelandczyk często chodził do kiosku po prasę, zabierał ją do domu i gromadził dane o swoich największych rywalach. Podobnie było z trasą – przed zawodami zdobywał jej mapę i profil, a następnie analizował. Dzięki temu do startów podchodził naładowany wiedzą, która bardzo przydawała mu się w newralgicznych momentach.

Nic dziwnego, że Jan szybko piął się w górę kolarskiej hierarchii. Już jako siedemnastolatek, w rozgrywanym w belgijskim Damme klasyku odniósł swoje pierwsze zagraniczne zwycięstwo. Trzy lata później zadebiutował w Olympia’s Tour – jednym z najważniejszych holenderskich wyścigów i od razu sięgnął po zwycięstwo etapowe. W ciągu kolejnych dwóch sezonów odnosił kolejne sukcesy w kraju, co zaowocowało podpisaniem pierwszego w pełni zawodowego kontraktu.

W holenderskiej monarchii parlamentarnej

Od razu trafił do TI-Raleigh – zespołu wyjątkowego. Holendrzy nie mieli jednego kolarza wybijającego się ponad resztę. Faema i Molteni miały Merckxa, Bic miało Ocanę, Peugeot – Theveneta, a w TI zdecydowaną postacią numer jeden był… dyrektor sportowy. 

Peter Post, bo o nim mowa, był jednym z czołowych holenderskich kolarzy lat 60. (wygrał m.in. Paryż-Roubaix), a kilka miesięcy po tym, jak w 1972 roku zakończył karierę kolarską, znalazł sponsora – fabrykę rowerów Raleigh oraz powiązaną z nią spółkę TI i założył grupę kolarską.

Post wychodził z założenia, że obowiązujący wówczas model kolarstwa, w którym wszyscy pracują na lidera, jest przestarzały. Dlatego stworzył nowy system – zespół nie stawiał na jednego kolarza, a na pracę zespołową, mającą doprowadzić do tego, by któryś, nieważne który, zawodnik TI-Raleigh mógł zakończyć wyścig z rękami wzniesionymi do góry.

Być może właśnie takie podejście sprawiło, że Raas już w swoim pierwszym sezonie zaczął robić bardzo dobre wrażenie na kibicach i pozostałych zawodnikach. Nie musiał, wzorem wielu innych kolarzy powoli piąć się w hierarchii zespołu, pomagając liderom. Po prostu gdy czuł się na siłach, mógł walczyć o dobre wyniki.

Zelandczyk często z tego korzystał. Co prawda swój pierwszy sezon zakończył z zaledwie jednym zwycięstwem w GP Stad Zottegem, ale osiągnął także kilka innych świetnych rezultatów m.in.: 8. miejsce w Omloop Het Volk, 6. w E3 Harelbeke, 5. w Paryż-Tours i 4. w Tour of Belgium, gdzie przegrał jedynie z trzema świetnymi Belgami – Maertensem, Pollentierem i Verbeekiem.

Kolejny rok to jeszcze lepsze wyniki, jednak znów nieco brakowało zwycięstw. Wygrał jedynie mistrzostwo Holandii i jeden z etapów Wyścigu Dookoła Belgii – to było zbyt mało dla ambitnego Raasa. Tak jak w pierwszym sezonie taktyka ekipy była dla niego błogosławieństwem, tak teraz stała się przekleństwem. Holender wielokrotnie plasował się w czołówce, jednak do tego, by mógł być w pełni usatysfakcjonowany swoim występem zawsze czegoś brakowało.

Według niego tym brakującym elementem było stuprocentowe wsparcie ze strony ekipy. Poprosił więc o nie Posta, ale jego odpowiedź brzmiała: “nie”. Szef zespołu nie zamierzał rezygnować ze swojej filozofii na rzecz 23-latka, który w dodatku nie był nawet największą gwiazdą zespołu – przed sezonem ściągnął przecież Henniego Kuipera – wciąż panującego mistrza świata. 

Początek panowania

Raas musiał więc odejść. Bezpieczną przystań znalazł sobie we Frisolu – byłym zespole Kuipera. Był jednym z dwóch nowych liderów holenderskiej ekipy. Drugim był słynny Luis Ocana. Hiszpan to zwycięzca Tour de France z 1973 roku i człowiek, który dwa lata wcześniej stał się pierwszym człowiekiem, który rzucił rękawicę słynnemu Eddy’emu Merckxowi. On miał rządzić ekipą podczas wielkich tourów, a Holender podobną rolę miał sprawować podczas klasyków.

Niestety Ocana zawiódł na całej linii. Wystartował w dwóch wielkich tourach – Vuelta a Espana i Tour de France. Efekt? Miejsca w trzeciej dziesiątce klasyfikacji generalnej i ani jednego zwycięstwa etapowego.

Na drugim biegunie znajdował się Raas. Już początek sezonu pokazał, że jego decyzja o zmianie zespołu była strzałem w dziesiątkę. Kończył w czubie wszystkie trzy wyścigi, którymi rozpoczynał sezon, później dwukrotnie zameldował się w czołowej “10” na etapach Paryż-Nicea, a pierwsze zwycięstwo odniósł w Mediolan-San Remo, gdzie zaatakował na Poggio i do mety dojechał dwie sekundy przed główną grupą prowadzoną przez Rogera de Vlaemincka. Dwa tygodnie później potwierdził dobrą dyspozycję trzecim miejscem w Wyścigu Dookoła Flandrii, dzięki czemu ze spokojem mógł myśleć o kolejnym dużym celu – Amstel Gold Race.

Wyścig dopiero budował swoją renomę. Minęło zaledwie 11 lat odkąd Ton Vissers i Herman Krott we współpracy z holenderskim browarem – Amstel stworzyli pierwszy duży klasyk w Królestwie Niderlandów. Mieli nadzieję, że kiedyś ich wyścig będzie w stanie dorównać takim imprezom jak Paryż-Roubaix, Ronde van Vlaanderen i Mediolan-San Remo. Na razie wszystko szło zgodnie z planem, ponieważ nowy klasyk przyciągał wielu faworytów, o czym najlepiej świadczyła lista zwycięzców – widnieli na niej m.in.: Stablinski, Planckaert i Merckx.

Oczywiście wyścig wciąż nie cieszył się podobnym prestiżem co wspomniane wyżej wyścigi, jednak dla Frisolu i Raasa zwycięstwo w nim było jednym z ważniejszych celów. Zarówno zawodnik, jak i sponsor zespołu – holenderski producent oleju bardzo chcieli pokazać się na własnym terenie, więc Zelandczyk mógł liczyć na bardzo mocnych pomocników.

Tyle że z podobnym nastawieniem do “Piwnego Wyścigu” przystępował także zespół Posta, który miał w swoim składzie nie tylko Kuipera, ale także zwycięzcę Amstel z 1974 roku – Gerriego Knetemanna. Poza Holendrami w imprezie miały wystartować także inne gwiazdy, takie jak Merckx czy Maertens, więc wiadomo było, że o ewentualne zwycięstwo nie będzie łatwo.

Na trasie znalazło się miejsce dla 20 podjazdów, jednak wyścig rozstrzygnął dopiero na ostatnim z nich – Caubergu. Jako pierwszy zaatakował Jos Schipper z Ebo-Superia, którego pomimo niezłych występów na początku sezonu nie wymieniano w gronie kandydatów do zwycięstwa. Dlatego początkowo faworyci go odpuścili. Dopiero w drugiej części podjazdu na atak zdecydował się Knetemann. Od razu ruszyli za nim Raas i Kuipers, natomiast dwaj Belgowie zdawali się czekać na lepszy moment.

Popełnili błąd, ponieważ przewaga trójki bardzo szybko rosła. Błyskawicznie objechali Schippera i na szczycie Caubergu było wiadomo, że to właśnie któryś z nich sięgnie po zwycięstwo. 

Gdy skończył się zjazd ze słynnego wzniesienia, rozpoczęły się ataki zawodników Petera Posta, którzy wiedzieli, że na finiszu nie mają żadnych szans z młodszym rodakiem. Atakowali na zmianę – najpierw Kuiper, a gdy Raas usiadł mu na kole, zaraz do kontrataku przechodził Knetemann. Jednak na nic się to zdało. Trójka dotarła do mety, a kreskę, zgodnie z oczekiwaniami, jako pierwszy przekroczył jadący w koszulce mistrza Holandii Raas.

Wielki powrót

Do końca sezonu 24-latek zdołał jeszcze wygrać etap Tour de France, dzięki czemu, gdy we wrześniu przyszedł czas na podsumowania, mógł mówić, że za nim sezon życia. Niestety w tej beczce miodu znalazło się miejsce dla łyżki dziegciu. Pomimo udanego sezonu Frisol wycofał się z kolarstwa, więc zespół, który znacząco przyczynił się do tego, że Raas wszedł do panteonu gwiazd swojej dyscypliny sportu, przestał istnieć.

Choć 24-latek nie mógł narzekać na brak ofert, to wybór padł na… powrót pod skrzydła Petera Posta. Dyrektorowi sportowemu, który jeszcze niedawno nie chciał nawet słyszeć o ustawieniu zespołu na klasyki pod Raasa, bardzo zaimponowało to, jak Zelandczyk poradził sobie z kolarzami jego ekipy. Poza tym zarówno dla Knetemanna jak i Kuipera ostatnia kampania klasyków była bardzo nieudana, a jedyne prestiżowe zwycięstwo dał TI-Raleigh Dietrich Thurau, który po sezonie zasilił szeregi belgijskiego Isbjoerke.

Post postanowił więc nagiąć swoje zasady i pozwolił Raasowi stać się najważniejszą osobą w swoim zespole. Ten wykorzystał swój wyjątkowy status i przejechał kolejny świetny sezon. Podczas Amstel Gold Race znów zaatakował na Caubergu, jednak tym razem nikt nie zdołał za nim pojechać, więc na metę wjechał z ponad minutową przewagą nad Francesco Moserem i Joopem Zoetemelkiem.

To było jego jedyne wielkie zwycięstwo podczas wiosennej kampanii, jednak dzięki świetnemu występowi w Tour de France (trzy zwycięstwa etapowe i dwa dni w koszulce lidera) oraz jesiennym triumfom w Paryż-Bruksela i Paryż-Tour mógł być zadowolony ze swojej postawy. 

Zadowolony mógł być także Peter Post. Wydawać by się mogło, że te sukcesy sprawią, że niegdyś nie najlepsze relacje obu panów, teraz staną się wzorcowe. Jednak było wręcz przeciwnie. Raas miał bardzo mocny charakter i był niesamowicie pewny siebie. Świadczy o tym nie tylko wspomniana wcześniej scenka, w której 23-letni wówczas kolarz podszedł do Posta i zażądał od niego, by ten oddał mu rolę zdecydowanego lidera podczas klasyków, ale także fakt, że to właśnie on był “patronem” peletonu przed nadejściem Bernarda Hinault. Jego szef również lubił stawiać na swoim, a to musiało rodzić konflikty.

Na statku nie może być dwóch kapitanów. Toczyli nieustanną walkę. Post wywierał na ludziach nieustanną presję, czasem za dużą. Można było wygrać siedem etapów Touru, a on i tak nie wydawał się zadowolony. Raas był taki sam, a może nawet jeszcze bardziej surowy

– wspominał po latach kolega Raasa z TI-Raleigh – Leo De Vliet w rozmowie z Richardem Moorem – autorem książki “Tour de France. Etapy, które przeszły do historii.”

Jednak związek przynosił wspaniałe owoce, więc obaj panowie postanowili kontynuować współpracę.

(Nie) Mr. Cauberg.

Ta całkowicie wypaliła się dopiero w 1983 roku. Podobno nie byli już w stanie się ze sobą normalnie komunikować. Każda ich rozmowa kończyła się kłótnią. Raas odszedł więc do kolejnej holenderskiej grupy – Kwantum. To z kolei sprawiło, że ze sponsorowania grupy wycofało się Raleigh, którego na koszulkach zastąpił japoński producent elektroniki – Panasonic.

Zanim to jednak nastąpiło, Raas spędził w grupie jeszcze cztery obfitujące w sukcesy lata, podczas których wygrał praktycznie wszystkie najważniejsze klasyki na świecie, w tym trzy spośród pięciu wyścigów określanych dziś mianem monumentów – Mediolan-San Remo, Paryż-Roubaix i Ronde van Vlaanderen, a także kolejne etapy Tour de France. Był najlepszym obok Francesco Mosera kolarzem klasycznym tamtych czasów. Ta jego dominacja najpełniej ukazywała się właśnie podczas Amstel Gold Race, o czym najlepiej świadczy jego przydomek – “Amstel Gold Raas”.

Po triumfach z 1977 i 1978 roku wygrał jeszcze dwie kolejne edycje. Dopiero w 1981 zdetronizował go Bernard Hinault, ale już rok później Raas sięgnął po swój piąty i ostatni triumf. Zdominował Amstel Gold Race tak, jak nikt przed nim i nikt po nim. Jedynym oprócz niego kolarzem, który ma w swoim palmares więcej niż dwa zwycięstwa w tym wyścigu jest Philippe Gilbert.

Belga często nazywa się “Mr. Cauberg”. Raas również świetnie radził sobie na tym słynnym wzniesieniu, jednak nazywanie go w taki sposób byłoby trochę niesprawiedliwe. Holender potrafił zwyciężać niezależnie od tego, jak ułożył się wyścig.

Wygrywał go w zasadzie na wszystkie możliwe sposoby. Wprawdzie dwanaście miesięcy po solowym zwycięstwie z 1978 roku znów przekroczył linię mety samotnie, ale tym razem pierwszy atak przypuścił nie na Caubergu, a nieco wcześniej, na Sibbergrubbe. Razem z nim oderwali się niespodziewanie Sven Ake-Nilsson i Sven Lubberding. Zerwał ich dopiero w Rothem, dzięki czemu po kilkunastu minutach mógł cieszyć się z kolejnego zwycięstwa. Rok później wygrał po finiszu z większej grupy, a swój ostatni triumf odniósł mimo kłopotów ze sprzętem w końcówce, po tym jak zaatakował na kilometr przed metą.

Co ciekawe Raas, podobnie jak Gilbert, w Limburgii odniósł także inne – jeszcze cenniejsze zwycięstwo. W 1979 roku trasa mistrzostw świata była bliźniaczo podobna do tej znanej z Amstel, więc Holender – zwycięzca trzech ostatnich edycji tej imprezy naturalnie był faworytem numer jeden do przejęcia tęczowej koszulki. Zwłaszcza że rok wcześniej, po zwycięstwie Knetemanna głośno zapowiedział, że kolejna edycja będzie należała do niego.

I rzeczywiście wygrał, choć nie było łatwo. Dopiero na 200 metrów przed metą dogonił wraz z Giovannim Bataglinem, Dietrichem Thurauem i Jeanem-Rene Bernaudeauem Francuza – Andre Chalmela, który zaatakował kilkanaście minut wcześniej na Caubergu. Niedługo później Raas wyszedł na czoło grupki, co było świetną decyzją, ponieważ po chwili na ziemię runął Battaglin. W tej samej chwili Holender zaatakował oglądających się za siebie rywali i kilka sekund później zameldował się na mecie. 

Po odejściu z grupy Posta Raas nie osiągał już podobnych sukcesów. Jedyne co udało mu się tam osiągnąć, to kolejne mistrzostwo Holandii i 10. zwycięstwo etapowe w Tour de France. Po dwóch latach w Kwantum zakończył karierę i został dyrektorem sportowym tej ekipy, która w ciągu kolejnych kilkudziesięciu lat wielokrotnie zmieniała nazwę i dziś jest znana jako Jumbo-Visma. 

Sam “Amstel Gold Raas” niestety nie miał udziału w ubiegłorocznych sukcesach ekipy w żółtych strojach, ponieważ 17 lat temu został wypchnięty z niej przez Rabobank – ówczesnego sponsora ekipy. To sprawiło, że obraził się na kolarstwo i postanowił całkowicie zniknąć z kolarskiego świata.

Bibliografia

Daniel Friebe, Eddy Merckx. Kanibal, przeł. Maria Smulewska, Kraków 2013

Richard Moore, Tour de France. Etapy, które przeszły do historii, tłum. Bartosz Sałbut, Kraków 2018