Jan Rozmarynowski/Naszosie.pl

Wyścig Pokoju był dość specyficznym wyścigiem. Choć startowali w nim kolarze z wielu państw – także z takich egzotycznych kierunków jak Australia, to praktycznie co roku wygrywali go reprezentanci krajów komunistycznych. W związku z tym na liście jego zwycięzców nie znajdziemy wielu zawodników, którzy później odnosili wielkie sukcesy w najważniejszych wyścigach w kolarstwie zawodowym. Udało się to jedynie Olafowi Ludwigowi, który na zachód wyruszył dopiero w wieku 30 lat.

Wśród amatorów

Ludwig przyszedł na świat w 1960 roku w położonej we wschodnich Niemczech Gerze. Był bardzo ruchliwym dzieckiem. Jego ulubionym zajęciem była gra w piłkę nożną, jednak interesowały go również inne sporty. Dlatego, gdy w 1972 roku do jego miasta zawitał Wyścig Pokoju, młody Olaf postanowił postać przy trasie, by móc podziwiać przejeżdżających obok niego kolarzy.

To co zobaczył, zrobiło na nim olbrzymie wrażenie. Postanowił, że on też kiedyś znajdzie się w peletonie jadącym w największym amatorskim wyścigu na świecie. Aby ułatwić sobie spełnienie marzeń zapisał się do SG Dynamo Gera Mitte, gdzie zaczął trenować pod wodzą trenera Heinza Hiepe. Młody kolarz szybko piął się w hierarchii młodzieżowego peletonu – w wieku 17 lat trafił do kadry NRD, w barwach której dwukrotnie sięgał po młodzieżowe mistrzostwo świata w jeździe drużynowej na czas.

Dzięki temu trafił do dorosłego peletonu już jako 19-latek – wystartował wtedy między innymi w Wyścigu Dookoła NRD, gdzie odniósł swoje pierwsze seniorskie zwycięstwo. Później przyjechał do Polski, by stanąć na starcie Dookoła Mazowsza, gdzie rywalizował z wieloma czołowymi polskimi kolarzami, m.in z Czesławem Langiem.

To był naprawdę olbrzymi talent. Niesamowicie skoncentrowany na sporcie, ale też bardzo grzeczny i uprzejmy

– wspominał swoje pierwsze zetknięcie z Ludwigiem nasz srebrny medalista z Moskwy.

Tyle że miejsce na uprzejmości skończyło się wraz z rozpoczęciem etapów. Na szosie Ludwig nie miał respektu do starszych kolegów. Dwukrotnie był bliski zwycięstwa. Na czwartym etapie prowadzącym do Ostrołęki pokonał go jedynie starszy o 5 lat rodak – Berndt Drogan, natomiast dwa dni później przegrał tylko Janem Jankiewiczem – wicemistrzem świata z Valkenburga.

Dobre wyniki w pierwszym sezonie startów pozwoliły mu załapać się do kadry na Wyścig Pokoju. Tu mamy kolejne polskie wątki. Tamta edycja imprezy rozpoczynała się w Warszawie, gdzie rozgrywany był prolog – sześciokilometrowa jazda indywidualna na czas. Wygrał ją jeden z faworytów imprezy – Jurij Barinow, drugie miejsce zajął rodak Ludwiga – Andreas Petermann, natomiast trzecie miejsce zajął… sam Ludwig, który dzień później wygrał we Wrocławiu, co pozwoliło mu niespodziewanie założyć koszulkę lidera.

Oczywiście kolarz ze Wschodnich Niemiec tamtej edycji Wyścigu Pokoju nie wygrał. Po swój jedyny triumf w tej imprezie sięgnął Yuri Barinov, który kilka miesięcy później zajął 3. miejsce w Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie. Jednak ze swojego występu Ludwig mógł być bardzo zadowolony. Wygrał jeszcze jeden etap, w klasyfikacji generalnej zajął trzecie miejsce i wygrał trzy z czterech pozostałych klasyfikacji (wszystkie poza klasyfikacją górską).

To była jednak dopiero zapowiedź kolejnych, jeszcze bardziej udanych edycji. Ludwig  dosłownie zdominował Wyścig Pokoju. Wprawdzie klasyfikację generalną wygrał “zaledwie” dwukrotnie, ale aż osiem razy sięgał po białą koszulkę dla zwycięzcy klasyfikacji punktowej i wygrał aż 36 etapów (zdecydowanie najwięcej w historii – poprzedni rekordzista – Jan Vesely miał tych zwycięstw zaledwie 16). Poza tym w 1983 roku wygrał inny wielki wyścig dla amatorów – Tour de l’Avenir, a ukoronowaniem jego amatorskiej kariery mogłoby być złoto igrzysk olimpijskich, które wywalczył w Seulu.

Tyle że nim nie było – Ludwig nie dostał pozwolenia na wyjazd i musiał przejechać wśród amatorów jeszcze jeden sezon. Jednak gdy komunistyczny system runął, droga na zachód stanęła otworem.

Wadliwy telefon

Już we wrześniu Ludwig wiedział, że kolejny sezon spędzi już jako kolarz zawodowy. Chętnych na jego usługi, jak można się było spodziewać, było bardzo wielu. Jednak najbardziej konkretny okazał się Team Stuttgart.

Wydawało się, że to dla niego idealne miejsce – niemiecki zespół, a więc nie byłoby żadnych problemów z językiem, pewny udział w większości najważniejszych wyścigów zawodowych a także rola lidera ekipy. Nic dziwnego, że Ludwig był zdecydowany na parafowanie umowy. Niestety na przeszkodzie stanęły problemy natury technicznej.

Obie strony były w zasadzie dogadane. Do uzgodnienia pozostały już w zasadzie  jedynie szczegóły. Wszystko miało zostać dopięte na ostatnim, grudniowym spotkaniu. Gdy zespół zadzwonił do Ludwiga, by uzgodnić jego dokładne miejsce oraz termin, ten niestety nie mógł odebrać telefonu. Przedstawiciel Team Stuttgart nagrał mu się na pocztę głosową, tyle że, nie wiedzieć czemu, wiadomość zniknęła. Ludwig próbował oddzwaniać, jednak bezskutecznie – sieć z której korzystał zespół była przeciążona. 

Ostatecznie legenda Wyścigu Pokoju musiała poszukać sobie nowego pracodawcy. I znalazła. Został nim Panasonic – holenderska ekipa, która, podobnie jak Ludwig miała na swoim koncie olbrzymie sukcesy. W przeszłości, gdy nazywała się jeszcze TI-Raleigh, jeździli w niej tacy zawodnicy jak Hennie Kuiper, Gerrie Knetemann, Joop Zoetemelk czy przede wszystkim Jan Raas – człowiek, który w ciągu blisko dekady spędzonej w zespole Posta wygrał dla niego praktycznie wszystko, co było do wygrania.

Jednak wspaniała historia była już przeszłością. Holenderskie kolarstwo przeżywało spory kryzys, a sam Raas odciął się od dawnej ekipy i zajął się tworzeniem nowego zespołu, zaciekle rywalizującego z grupą Posta. 

Ta wciąż opierała się głównie na Holendrach, jednak coraz częściej sięgała także po zagranicznych kolarzy. Mocno skorzystała też z wejścia na rynek wielu ex-amatorów – oprócz Ludwiga, zatrudniła także Wiaczesława Jekimowa – także złotego medalistę z Seulu, tyle że na torze. 

Choć z Niemcem wiązano spore nadzieje, to można było się zastanawiać, czy aby na pewno będzie w stanie prezentować podobny poziom, co wśród amatorów.

Nie każdy dobry amator jest w stanie poradzić sobie po przejściu na zawodowstwo. Pamiętam, jak w amatorskim peletonie ścigałem się z Siergiejem Suchoruczenkowem. On był na szosie prawdziwym potworem. Dosłownie miażdżył rywali. A w zawodowym peletonie nie potrafił zaistnieć

– mówił nam niedawno Czesław Lang, który zakończył karierę po sezonie 1989, jednak gdy Ludwig dołączał do zawodowców, cały czas funkcjonował przy peletonie. 

Poza tym trzeba pamiętać, że Niemiec nie był już najmłodszym kolarzem. Miał już prawie 30 lat, a od kilku sezonów prezentował się coraz słabiej. Poza tym mogło się wydawać, że “trójka z przodu” może mocno utrudniać przystosowanie się do nowej rzeczywistości.

Początki nie muszą być trudne

Jednak Niemiec nie stał na straconej pozycji. Zdaniem naszego srebrnego medalisty z Moskwy, wyróżniał się na tle innych kolarzy, którzy dopiero wkraczali do zawodowego peletonu.

Miał świetną mentalność. Dużo szybciej się zaaklimatyzował niż Rosjanie. Oni weszli do peletonu grupą Alfa Lum. Jeździło w niej wielu kolarzy, których pamiętałem z Wyścigu Pokoju. Bardzo często musiałem im pomagać, przy podpisywaniu kontraktów itd. Byli bardzo zagubieni. Natomiast gdy Ludwig poszedł na zachód, prawdopodobnie znał już angielski, a i po niemiecku był w stanie się dogadać z wieloma ludźmi z peletonu

– mówił nam.

I rzeczywiście. Jeśli Ludwig miał jakieś obawy, to dość szybko zostały one rozwiane. Jego przygoda z grupą sponsorowaną przez japońskiego producenta elektroniki rozpoczęła się bardzo dobrze. Nie potrzebował żadnej aklimatyzacji. Pierwszy występ? Trzy zwycięstwa etapowe w Ruta del Sol. 

A następne starty przyniosły kolejne sukcesy. Pokazywał to z czego słynął w amatorach – kapitalne przyspieszenie i dużą wszechstronność. Do lipca zdołał uzbierać 10 zwycięstw i kilka bardzo wysokich miejsc w ważnych klasykach, takich jak Paryż-Roubaix, Gandawa-Wevelgem i Amstel Gold Race. Nic więc dziwnego, że przed Tour de France wielu przewidywało, że może odegrać w wyścigu bardzo dużą rolę.

Początek miał słaby – ledwie 98. miejsce w prologu, ale potem było już znacznie lepiej. Na 1. etapie faworyci odpuścili ucieczkę, ale Ludwig przyprowadził peleton, a już następnego dnia Niemiec i jego ekipa wygrali jazdę drużynową na czas. Ludwig kontynuował dobrą passę. Na 3. etapie był aktywny na premiach, a na metę wjechał jako czwarty, dzięki czemu przejął koszulkę najlepszego sprintera. 

Kolejne etapy również były stosunkowo proste, więc można było się spodziewać, że znów powalczy o swoje pierwsze indywidualne zwycięstwo. Faktycznie, każdy z kolejnych etapów kończył w czołówce, jednak długo nie mógł sięgnąć po zwycięstwo. Udało mu się to dopiero na ósmym etapie – załapał się wtedy do 13-osobowej czołówki, a na finiszu ograł głównego rywala w walce o zieloną koszulkę – Johana Museeuwa, dzięki czemu stał się pierwszym kolarzem ze Wschodnich Niemiec, który sięgnął po etapowe zwycięstwo w Wielkiej Pętli.

Później zaczęły się już góry, więc z przodu szaleli inni – choćby Claudio Chiappucci, Pedro Delgado czy Greg Lemond, który na 20. etapie zapewnił sobie trzecie i ostatnie zwycięstwo w Tour de France. Dzień później kolarze tradycyjnie wjechali na Pola Elizejskie, a tam Ludwig znów wziął udział w sprincie po zwycięstwo. Zajął 3. miejsce – tym razem został ograny przez Museeuwa, jednak zielonej koszulki nie dał sobie odebrać.

Wiosną dominator, jesienią ratownik

Kolejny rok również był udany. Ludwig nie wygrywał już tak seryjnie, jak w pierwszym sezonie, ale coraz lepiej radził sobie w klasykach – zajął 3. miejsce w Gandawa-Wevelgem, a i w pozostałych klasykach również prezentował się bardzo dobrze. Jego największym sukcesem było zwycięstwo w E3 Harelbeke, gdzie w końcówce oderwał się od głównej grupy wraz z Philem Andersonem i choć obu panom nie udało się osiągnąć dużej przewagi, to peleton nie był w stanie ich dopaść – przyjechał… ledwie sekundę za nimi.

To była jednak dopiero zapowiedź tego, co miało się stać w kolejnym roku. Wiosna 1992 zdecydowanie należała do Ludwiga. Zaczął od 4. miejsca w Omloop Het Volk, a później przyszła seria zwycięstw – w Kuurne-Bruksela-Kuurne, Dwars door Belgie i w Amstel Gold Race i w majowych Czterech Dniach Dunkierki.

Niewiele brakowało, by Niemiec zakończył tamtą wiosnę z jeszcze większym sukcesem – zwycięstwem Paryż-Roubaix – swoim ulubionym wyścigu. Na 40 kilometrów przed metą zdołał oderwać się od czteroosobowej czołówki wraz z podstarzałym, już 37-letnim Gilbertem Duclos-Lassalle, który, jak się wydawało, lata świetności miał już dawno za sobą. To będący w być może życiowej formie Ludwig powinien mieć większe szanse na triumf, a jednak francuski matuzalem po chwili zgubił także jego. Do mety dojechał samotnie – osiągnął największy sukces w karierze, który, co ciekawe, udało mu się powtórzyć także rok później.

Po udanej wiośnie przyszedł czas na Tour de France i, trzeba to przyznać, długo zawodził, podobnie zresztą jak cała ekipa, która pomimo niezłego składu nie była w stanie sięgnąć po choćby jedno zwycięstwo. Kryzys holenderskiej ekipy osiągnął swój najwyższy punkt na 17 etapie. 

W ucieczkę zabrała się wówczas trójka: Jean-Pierre Colotti, Marc Sergeant z ekipy Niemca, a także Frans Maassen z ekipy Raasa, która również pozostawała bez zwycięstwa etapowego. Grupka szybko osiągnęła olbrzymią, kilkunastominutową przewagę nad peletonem i praktycznie pewne było to, że zwycięstwo etapowe sięgnie któryś z jej członków.

Maasen i Sergeant zwietrzyli okazję, dali z siebie wszystko, dzięki czemu mieliśmy do czynienia z niesamowicie zażartą walką o zwycięstwo? Absolutnie nie – dyrektorzy obu ekip kazali obu zawodnikom odpuścić – strach przed porażką z odwiecznym rywalem był większy, niż chęć odniesienia pierwszego zwycięstwa w wyścigu. Colotti widział co się dzieje, więc zaatakował po zwycięstwo etapowe, a dwaj Belg i Holender kompletnie go zignorowali.

Oczywiście to wywołało olbrzymią burzę. Sponsorzy obu grup byli wściekli, podobnie zresztą jak kibice, którzy później gwizdali na zawodników obu ekip. Post i Raas dostali od organizatorów ostrą reprymendę, a pod znakiem zapytania stanął nawet ich dalszy udział w Tour de France.

Sytuacja robiła się tym bardziej niewesoła, że kolejne trzy etapy znów zakończyły się niepowodzeniem Panasonica. Jednak na szczęście w ostatniej chwili, już na samych Polach Elizejskich Ludwig znów przypomniał sobie, jak się wygrywa. Na około 200 metrów przed metą, praktycznie w tej samej chwili, w której peleton dogonił jego samotnie uciekającego kolegę – Jekimowa, rozpoczął swój sprint i nikt nie był w stanie go zatrzymać. Odniósł swoje drugie zwycięstwo etapowe w Tour de France, a chwilę później mógł po raz drugi stanąć na podium, przed publicznością zgromadzoną na Les Champs Elysees.

Nauczyciel legendy

Tamten sezon Ludwig zakończył z kolarskim Pucharem Świata i w ten oto sposób idealnie podsumował swoją bardzo udaną przygodę z Panasonikiem. Po wygaśnięciu kontraktu postanowił przejść do ekipy, od której jego przygoda z zawodowym peletonem miała się rozpocząć. Być może wpływ na tę decyzję miało to, że tym razem nie musiał obawiać się podobnego zamieszania co wtedy, ponieważ sponsorem zespołu od dwóch lat była już… firma telekomunikacyjna, więc teraz ekipa nazywała się Deutsche Telekom.

Niestety pobyt w niej nie był dla Ludwiga równie udany, co przygoda z Panasonikiem. Nie brakowało w niej dobrych momentów, jak choćby zwycięstwo na etapie Tour de France, trzecie miejsce na Paryż-Roubaix czy brązowy medal mistrzostw świata (choć akurat ten ostatni wynik doświadczony Niemiec osiągnął rzecz jasna w koszulce reprezentacji swojego kraju). Tyle że podobnych sukcesów, co w Panasonicu już nie osiągnął, pewnie z powodu wieku – w chwili debiutu w nowej ekipie miał już 33 lata, a za sobą 13 sezonów na bardzo wysokim poziomie.

Jego ostatnim ważniejszym wygranym klasykiem było Rund um den Henninger Turm (dziś Eschborn-Frankfurt) w 1994 roku, gdzie po finiszu z grupy pokonał m.in Petera Van Petegema, Andriya Tchmila i Andreasa Kappesa. Później wygrywał już jedynie etapy wyścigów spoza topu i okazjonalnie plasował się na wysokich lokatach we wiosennych klasykach.

Mimo wszystko jego przygoda z niemiecką grupą była bardzo ważna dla dalszej historii światowego kolarstwa, ponieważ pełnił w jej czasie rolę mentora dla pewnego chłopaka, który podobnie jak on pochodził ze Wschodnich Niemiec. Często z nim trenował, udzielał mu cennych wskazówek, a gdy zauważył, że następca jest już mocniejszy od niego zaczął go rozprowadzać, co pozwoliło mu na wygranie dwóch etapów Tour de France 1995.

Tym następcą był Erik Zabel, który w kilka lat później został jednym z najlepszych kolarzy na świecie, który czterokrotnie wygrywał Mediolan-San Remo i aż sześciokrotnie sięgał po zieloną koszulkę, co było niepobitym rekordem aż do ubiegłego roku, kiedy jego rekord pobił Peter Sagan.

Ludwig przyglądał się tym sukcesom już jako dyrektor sportowy ekipy. Swoją zawodniczą karierę zakończył w 1996 roku, zresztą zrobił to w swoim stylu – wygrywając ostatni etap Wyścigu Dookoła Holandii. Później odbył się jeszcze jego benefis w rodzinnej Gerze i Niemiec mógł spokojnie zamienić na niezbyt siodełko od roweru zamienić na zdecydowanie wygodniejszy fotel wozu technicznego.

Źródła: Richard Moore, Tour de France. Etapy, które przeszły do historii, cycling4fans.de,