fot. Revista Mundo Ciclistico

Kolarski świat zna wielu bohaterów jednego przeboju. Ludzi, którzy szybko odnieśli sukces, ale nie byli w stanie zbyt długo utrzymać się na szczycie. Jednym z takich kolarzy jest Martin Alonso Ramirez – zwycięzca Criterium du Dauphine z 1984 roku.

“Delfinat” to prawdopodobnie najlepsze przygotowanie przed Tour de France i niezła zapowiedź tego, co będzie działo się podczas Wielkiej Pętli. Powiedzieć coś o tym może choćby Chris Froome, który na kilka tygodni przed trzema spośród czterech wygranych Wyścigów Dookoła Francji, triumfował także tam. 

Tak jest praktycznie od zawsze. Bobet, Anquetil, Indurain – oni wszyscy także potrafili wygrywać oba wyścigi w tym samym roku. Gdy 1971 roku Ocana prowadził zaciętą walkę z Merckxem na Dauphine, było to zapowiedzią tego, że Hiszpan postawi mu bardzo twarde warunki także na trasie Touru. Cztery lata później Bernard Thevenet najpierw rozgromił tutaj słynnego Belga, a kilka tygodni później, jako pierwszy od sześciu lat kolarz pokonał go podczas Wielkiej Pętli.

Nic dziwnego, że Delfinat jest wyścigiem bardzo lubianym przez gwiazdy, które w dodatku przyjeżdżają na niego będąc niemal u szczytu formy. Podobnie było w 1984 roku. Wtedy na liście startowej pojawili się m.in Stephen Roche, Robert Millar, a także Bernard Hinault – czterokrotny zwycięzca Tour de France i właściciel tęczowej koszulki – Greg LeMond, triumfator poprzedniej edycji Delfnatu.

Kolumbijczycy wkraczają do gry

W wyścigu startował również Martin Alonso Ramirez. Młody, zaledwie 23-letni zawodnik był przedstawicielem pierwszej dużej fali Kolumbijczyków w europejskim peletonie. Kolarstwo w tamtym kraju było szalenie popularne – większość ludzi używała rowerów, by dotrzeć do szkoły i pracy, co przekładało się na popularność tamtejszych wyścigów.

Tyle że do początku lat 80. jedynym kolarzem, który dał się poznać mieszkańcom Starego Kontynentu był Cochise Rodriguez – zawodnik przez trzy sezony reprezentujący barwy słynnego Bianchi-Campagnolo, który dwukrotnie wygrywał etapy Giro d’Italia.

Rodacy w jego ślady chodzili bardzo rzadko. Miejscowy związek kolarski wolał stawiać na kolarstwo amatorskie, by móc wystawić mocną kadrę na igrzyska olimpijskie, co zresztą i tak nie przynosiło oszałamiających skutków, bo Kolumbijczycy swój pierwszy medal olimpijski w kolarstwie szosowym zdobyli dopiero w 2012 roku.

Pierwsza ekipa z kraju Rodrigueza – Colombia-Varta, czyli reprezentacja Kolumbii, pojawiła się na Tour de France dopiero w 1983 roku, gdy na start w wyścigu zezwolono również amatorom. Jej zawodnicy byli bardzo widoczni. Szczególnie dobrze wyglądali w górach. Nie wygrali co prawda żadnego etapu, ale za to aż trzykrotnie zajmowali miejsca w pierwszej trójce, a Jose Jimenez zajął 2. miejsce w klasyfikacji górskiej.

Niestety, słabiej wyglądali podczas czasówek i płaskich etapów. Nie umieli sobie tam poradzić i często brali udział w kraksach, a Europejczycy ciągle ich wyśmiewali. Bernard Hinault wytykał im to, że nie są zawodowcami, a Peter Post zarzucał przesadne imprezowanie. 

Słabe finanse, mocne nogi

Gdy to wszystko się działo Ramirez, przebywał w Ameryce Południowej. Nie był już wówczas kolarzem anonimowym, gdyż rok wcześniej wygrał etap Vuelta a Colombia. Jednak miał zaledwie 22 lata i był w trakcie słabszego sezonu, więc nic dziwnego, że selekcjoner reprezentacji postanowił go pominąć przy wybieraniu składu na wyścig.

Na szczęście kolejny rok rozpoczął się dla niego znacznie lepiej. Wygrywał etapy Clasico RCN i Vuelta a Colombia – dwóch najważniejszych wyścigów w swoim kraju, a w klasyfikacji generalnej tego pierwszego zajął 4. miejsce. Niezłe występy sprawiły, że Ramirez załapał się do składu swojego zespołu – Leche La Gran Vía na Criterium du Dauphine.

Oczywiście mimo sukcesów w kraju, przed “Delfinatem” mało kto oczekiwał od niego wielkich wyników. Wprawdzie w Kolumbii startowało kilka wielkich gwiazd, jak choćby Laurent Fignon, ale one nie traktowały ścigania tam zbyt poważnie. Ciężko było oczekiwać, że tamte wyniki przełożą się na europejskie wyścigi.

Zwłaszcza, że jego ekipa pod względem finansowym poważnie odstawała od pozostałych. Dlatego do Francji przysłała zaledwie sześciu kolarzy, którym obiecano, że strój i sprzęt dostaną na miejscu. Okazało się jednak, że zostali wystawieni do wiatru. Rowery musieli załatwić sobie w ostatniej chwili, a strój musieli kupić w sklepie z odzieżą.

Mimo wszystko kibice byli nastawieni dość entuzjastycznie do przybyszów z nowego świata. Widać to było już na pierwszych, płaskich etapach, gdzie Kolumbijczycy nie odgrywali czołowych ról. Czekali na góry.

Te pojawiły się na trzecim etapie. Ramirez zaliczył całkiem przyzwoity występ – zajął 5. miejsce, jednak wszyscy mówili o jego zespołowym koledze – Pacho Rodriguezie. Kolarz, który swoje 24. urodziny obchodził na kilka dni przed wyścigiem, zaatakował pod Monte Geneve. Ostatecznie przyjechał do mety 37 sekund przed goniącą go grupką i awansował na 2. miejsce w klasyfikacji generalnej, za Guyem Gallopinem (wujkiem Toniego Gallopina). 

Następne dni tylko umocniły pozycję Rodrigueza. Nazajutrz został liderem wyścigu, a kolejnego dnia wygrał górską czasówkę, z olbrzymią przewagą nad resztą. Wydawało się, że wyścig jest już rozstrzygnięty. Drugi Bernard Hinault tracił do niego w “generalce” 3 minuty i 52 sekundy, a trzeci Ramirez o 20 sekund więcej. 

Umarł król, niech żyje król!

Niestety, jeszcze tego samego dnia, już po przejechaniu linii mety Kolumbijczyk odniósł groźną kontuzję kolana. Wprawdzie stanął na starcie kolejnego etapu, ale nie był zbyt dobrze dysponowany. Wykorzystać to próbował Bernard Hinault, który atakował raz po raz. Początkowo właściciel żółtej koszulki bronił się bardzo dzielnie, jednak w końcu dał Francuzowi odjechać. Wraz z nim z tyłu został także Ramirez. Ich strata szybko rosła i w pewnym momencie wynosiła już tylko 8 minut.

Wtedy w pogoń ruszył nieznacznie młodszy z Kolumbijczyków, jednak jego wysiłki długo nie przynosiły skutków. Francuz miał więcej doświadczenia, a wokół siebie kilku domestiques – m.in Nikiego Ruttimana, Alaina Vignerona i Dominique Arnauda. Ramirez mógł mu zazdrościć. On był zdany sam na siebie, a po tym, jak z trasy zszedł wyczerpany Rodriguez, w wyścigu zostali już tylko on i Pablo Vilches.

Jednak, gdy pomocnicy Francuza wykonali swoje zadanie, zaczęli zostawać z tyłu. “Borsuk” został sam i szybko zaczął opadać z sił. Ramirez dawał z siebie wszystko i dogonił Francuza tuż przed szczytem La Rousset – ostatniego podjazdu tego dnia. Ostatecznie linię mety przekroczył 40 sekund przed nim, dzięki czemu został nowym liderem wyścigu, z 20-sekundową przewagą.

Do pokonania zostały już tylko dwa etapy – oba rozgrywane tego samego dnia. Pierwszy z nich był przeznaczony dla sprinterów, więc teoretycznie nie powinno się na nim wydarzyć nic, co mogłoby zaważyć na rozstrzygnięciach w klasyfikacji generalnej. Niestety, to nie było wcale takie pewne, ponieważ “Borsuk” znów pokazał, że jest gotów walczyć o zwycięstwo wszelkimi możliwymi środkami. 

Gwałtownie hamował, aby spowodować mój upadek, a jego koledzy z zespołu nie szczędzili mi kuksańców łokciami i pięściami

– opowiadał po latach Mattowi Rendellowi – autorowi książki Kings of The Mountains.  

Na szczęście Ramirez przetrwał tę 104-kilometrową drogę przez mękę, więc o tym, kto okaże się najlepszy w wyścigu, miała zadecydować rozgrywana następnego dnia 32-kilometrowa jazda indywidualna na czas. Tutaj Ramirez znów nie powinien mieć szans. Był, jak większość Kolumbijczyków, słabym czasowcem, a Hinault czterokrotnie w swojej karierze wygrywał Chrono des Nations. W dodatku jedyną trudnością tego dnia było Col de l’Escrite.

A jednak, etap wygrał Greg LeMond, ale Ramirez zajął 3. miejsce i o 5 sekund ograł  Hinaulta. Został zwycięzcą Criterium du Dauphine, jednym z najbardziej sensacyjnych w dziejach wyścigu. To dało mu olbrzymią rozpoznawalność.

W Kolumbii rozpoczęło się szaleństwo. Co chwila dzwonili do mnie dziennikarze z prośbą o wywiad, a spotkanie zaproponował mi prezydent naszego kraju

– opowiadał Ramirez w 2018 roku w rozmowie z Revista Mundo Ciclistico TV.

Ciężka dola zawodowca

Sukces we Francji sprawił także, że zainteresowało się nim tamtejsze Systeme U. Grupa kolarska sponsorowana przez francuską sieć supermarketów stawiała swoje pierwsze kroki w peletonie i liczyła, że Ramirez mógłby w krótkim czasie stać się jej nową gwiazdą. Dzięki temu, że Kolumbijczyk nie był związany zawodowym kontraktem z żadną ekipą, transfer przeprowadzono bardzo szybko, a młody kolarz mógł zadebiutować w nowej grupie już podczas Tour de France.

Spotkał tam swojego rywala sprzed kilku tygodni – Bernarda Hinaulta, jednak na tym podobieństwa między tamtym “Delfinatem”, a Wielką Pętlą się kończyły. Ramirez już na 1. etapie dostał od “Borsuka” lekcję pokory. Na zaledwie 6-kilometrowej trasie stracił do niego 37 sekund. Na kolejnych etapach nie było lepiej i po czternastu etapach 24-latek wycofał się z rywalizacji.

To niepowodzenie miało duży wpływ na jego psychikę i sprawiło, że nie przedłużył kontraktu z Systeme U. Wrócił do Europy dopiero po roku, jako zawodnik Fagoru. Wprawdzie ta ekipa również pochodziła z Francji, jednak jej głównym sponsorem była hiszpańska firma. Kolumbijczyk zamieszkał więc na Półwyspie Iberyjskim, co ułatwiło mu nieco życie. Niestety, mimo to nie było mu łatwo.

Mieszkałem w San Sebastian, dzięki czemu nie miałem problemu z barierą językową. Tyle że przeszkadzał mi klimat, do którego nie byłem przyzwyczajony, zwłaszcza na początku roku. Nie byłem w stanie trenować tak jak u siebie, miałem problem z dojściem do odpowiedniej formy. Już na pierwszym wyścigu, którym była Volta a Catalunya złamałem rękę i musiałem pauzować przez miesiąc. Później wystartowałem w kilku wyścigach, m.in Giro, Vuelta a Colombia i w Tour de France, które tym razem udało mi się ukończyć, ale i tak przed sezonem oczekiwałem, że uda mi się osiągnąć coś więcej

– mówił w 2018 roku dziennikarzom Revista Mundo Ciclistico.

Dlatego po sezonie wrócił do Kolumbii na stałe. Związał się tam z Cafe de Columbia, gdzie spędził trzy lata i często brał udział w europejskich wyścigach, takich jak Vuelta a Espana, Tour de France, Tour de Suisse i wiele innych. Jednak sukcesów porównywalnych ze zwycięstwem w Criterium du Dauphine Libere nie osiągnął. Błyszczeli raczej inni zawodnicy – Lucho Herrera wygrywał Vuelta a Espana, Fabio Parra zajmował 3. miejsce w Tour de France, a dla niego największym wyczynem w wielkich tourach było 12. miejsce w Vuelta a Espana.

Drugi strzał

Tak naprawdę poza Criterium du Dauphine Ramirez odniósł tylko jeden międzynarodowy sukces. Rok po triumfie w “Delfinacie” pojechał na Tour de l’Avenir. W wyścigu startowały wówczas głównie amatorskie zespoły, ale pojawiło się również kilka zawodowych ekip, w tym Cafe de Colombia – pierwszy taki zespół w Ameryce Południowej. To właśnie z nimi Ramirez podpisał kontrakt po tym, jak zrezygnował ze startów w Systeme U. 

Faworytami i tak byli amatorscy kolarze reprezentujący Związek Radziecki, którzy w czasie pięciu ostatnich edycji trzykrotnie zajmowali miejsca na podium. Jednak Kolumbijczycy od początku wyglądali bardzo dobrze – już 1. etap padł łupem Edgara Corredora.

Nie spodziewaliśmy się tego, ponieważ trasa tamtego odcinka była całkowicie płaska. Ten triumf pozwolił nam zrozumieć, że wygranie całego wyścigu jest realne. Zaczęliśmy więc ciężko pracować, by go zrealizować

– wspominał Ramirez po latach, w rozmowie z El Tiempo.

Kolumbijczyk najmocniej przybliżył się do osiągnięcia celu na dziewiątym etapie, z metą pod Superbagneres. Jego pomocnicy – Castillo, Agudelo i Corredor od początku zabrali się do pracy, by zmęczyć dwóch Francuzów –  Jeana Francoisa Bernarda i Erica Salomona – lidera wyścigu. Sam Ramirez raczej się nie wychylał. Ale tylko do pewnego momentu. 

Chwilę po rozpoczęciu decydującego podjazdu zaatakował po raz pierwszy, jednak pojechał za nim Bernard. Kolumbijczyk zwolnił więc i zaczął zbierać siły na kolejny skok. Ten nastąpił na 10 kilometrów przed metą i tym razem nikt nie utrzymał mu koła.

Przez kilka pierwszych metrów w ogóle się nie oglądałem. Dopiero po przejechaniu kilometra obróciłem głowę. Nikt za mną nie jechał. Od tego momentu jeszcze mocniej przycisnąłem. Serce waliło mi jak dzwon, a nogi bolały coraz bardziej, ale zacisnąłem zęby. Wiedziałem, że jeśli wytrzymam, wygram etap, zostanę liderem wyścigu i będę o krok od końcowego triumfu

– mówił El Tiempo.

Ostatecznie dojechał do mety 34 sekundy przed rodakiem z reprezentacji Kolumbii – Samuelem Cabrerą. Nad trzecim Salomonem miał blisko dwie minuty przewagi. Ta wystarczyła, by mimo zdecydowanie bardziej dyskretnych występów na kolejnych etapach, wygrać “Wyścig Przyszłości”.

Za zwycięstwo w wyścigu przewidziano bardzo wysoką nagrodę. Francuska Federacja Kolarska wysłała pieniądze do Kolumbii, tyle że te zgubiły się gdzieś po drodze, więc Ramirez nie dostał ani jednego peso. Wtedy go to mocno dotknęło, ale w cytowanej już tutaj dwukrotnie rozmowie z El Tiempo przyznał:

Teraz nie ma to już dla mnie żadnego znaczenia. Są rzeczy ważniejsze niż pieniądze. W głowie zostały mi wspomnienia z kolarskiej kariery i duma. Ludzie do dziś rozpoznają mnie na ulicy. To daje mi poczucie, że osiągnąłem w życiu coś bardzo dużego.

Źródła: El Tiempo; Richard Moore, Tour de France. Etapy, które przeszły do historii, tłum. Bartosz Sałbut, Kraków 2018, Revista Mundo Ciclistico; fugabidon