fot. wiki commons

Paryż, 20 lipca 1980 roku

Joop Zoetemelk przygotowuje się do wyjątkowej chwili. Stoi właśnie za podium na Polach Elizejskich. Niedługo organizatorzy wywołają jego nazwisko, a on dumnie wejdzie na podest dla najlepszych kolarzy Tour de France. Nie po raz pierwszy – w zasadzie już przyzwyczaił się do tego, że w drugiej połowie lipca znajduje się właśnie w tym miejscu. Tyle że teraz wszystko wygląda inaczej. Wejdzie nie na najniższy, nie na drugi, ale na najwyższy stopień podium – marzenie, o którym śnił już od dekady, wreszcie się ziściło. A przecież powoli zaczynał wątpić w to, że sen o triumfie w Wielkiej Pętli jeszcze może się ziścić. Był w końcu “wiecznie drugim”. 

Pierwszy po kolarskim Bogu

Wszystko zaczęło się w 1970 roku. Zoetemelk dopiero wchodził do zawodowego peletonu, co jednak wcale nie oznaczało, że był nikomu nieznanym kolarzem. Kilka miesięcy wcześniej wygrał Tour de l’Avenir – wyścig o dość krótkiej, zaledwie ośmioletniej historii, w dodatku przeznaczony dla amatorów, ale jednocześnie mający już swoją renomę. We wrześniu 1964 wygrał go Felice Gimondi, który kilka miesięcy później, w lipcu kolejnego roku sięgnął po zwycięstwo w Tour de France.

Pomyślałem wtedy o Tour de France. To naprawdę zmotywowało mnie na przyszłość. Nie byłem ani wielkim góralem, ani specjalistą od jazdy na czas, ale radziłem sobie we wszystkich specjalnościach. Byłem kolarzem kompletnym

– mówił kilka lat temu Zoetemelk w rozmowie z be-celt.com.

Jednak Holender raczej nie miał co liczyć na powtórzenie wyniku Gimondiego, nawet jeśli  “Wyścig Przyszłości” wygrał w jeszcze bardziej przekonującym stylu – drugiego kolarza pokonał o blisko pięć minut, a na pokonanym polu zostawił m.in późniejszego triumfatora Giro d’Italia – Szweda – Gostę Pettersona. Kolarskim światem rządził wówczas Eddy Merckx, który niechętnie oddawał zwycięstwa nawet na zwykłych kryteriach, a co dopiero mówić o największym i najsłynniejszym kolarskim wyścigu na świecie.

Tak było i tym razem, choć nie wszystko szło po myśli “Kanibala”, którego po 3. etapie żółtej koszulki pozbawił jego zespołowy kolega – Italo Zilioli. To zdenerwowało Merckxa, jednak wszystko szybko wróciło do normy. Szybko odzyskał maillot jaune, zaczął powiększać swoją przewagę nad rywalami i na mecie w Paryżu po raz drugi z rzędu różnica między nim a pozostałymi wynosiła kilkanaście minut.

Talent Zoetemelka rozkwitał gdzieś w cieniu zdecydowanie słynniejszego zawodnika. Gdy dziesiątego dnia rywalizacji Merckx wygrywał swój trzeci etap tamtej edycji, Holender mógł mieć olbrzymią satysfakcję, że jako jedyny spośród kolarzy czołówki klasyfikacji generalnej utrzymał koło wielkiego Belga i na mecie zameldował się pięć minut przed takimi nazwiskami jak Van Impe, Aimar czy Poulidor.

Choć do Paryża dojechał bez zwycięstwa, ani razu nie znalazłszy się choćby w pierwszej trójce etapowej, to w “generalce” utrzymał wysoką lokatę. Wprawdzie stracił do Merckxa ponad 12 minut, ale i tak zajął 2. miejsce – pierwsze spośród zwykłych śmiertelników. Wszystko wskazywało na to, że właśnie objawiła się nowa kolarska gwiazda, owszem – zaledwie o rok młodsza od Merckxa, ale i tak rokująca nadzieje na to, że w ciągu najbliższej dekady Holendrzy doczekają się swojego drugiego, po Janie Janssenie zwycięzcy Tour de France.

Wiecznie drugi

Kolejny rok był dla niego jeszcze lepszy. Wiosną wygrał etap i klasyfikację górską Vuelta a Espana, a tydzień przed Tour de France wygrał Mistrzostwa Holandii, dzięki czemu w dobrym nastroju przystępował do swojego drugiego występu w Wielkiej Pętli. Na korzyść Holendra działało także to, że Merckx wydawał się słabszy niż zwykle. Jego kryzys rozpoczął się już ósmego dnia ścigania, na Puy de Dome, gdzie stracił kontakt z czołówką, w której znalazł się m.in Zoetemelk.

Wtedy jeszcze zdołał utrzymać żółtą koszulkę wywalczoną dzięki udanym występom na pierwszych etapach, ale stracił ją już trzy dni później, po kolejnej chwili słabości. Podczas wspinaczki pod Col de Porte, w przeciwieństwie do Theveneta, Zoetemelka, Pettersona i Van Impego nie odpowiedział na atak Ocani. Mało tego, dojechał do mety nawet za sprinterem – Cyrillem Guimardem. Nowym liderem został więc Holender, który dzięki temu po raz pierwszy w życiu mógł założyć koszulkę – symbol Tour de France.

Nieformalna koalicja antymerckxowa była silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Kolarze do niej należący podgryzali słynnego Belga niemal non-stop, jednak nie wszyscy robili to z taką samą intensywnością. Zoetemelk na przykład jeździł bardzo pasywnie. Wykorzystywał ataki rywali, trzymał ich koło, ale rzadko dawał zmiany i w przeciwieństwie do Ocani, który podczas tamtego wyścigu dosłownie fruwał, nieczęsto atakował (co bardzo irytowało Hiszpana).

A jednak wyścig wygrał Merckx, a rozgrywki reszty świata znów padły łupem Zoetemelka. Niestety, Ocana upadł na Col de Mente, a gdy podnosił się z ziemi, wpadł na niego jeden z kolarzy. Holender do dziś przekonuje, że to był on, choć według kamer, za znokautowanie Hiszpana odpowiadał raczej Portugalczyk – Joaquim Agostinho.

Drugi start w Wielkiej Pętli i po raz kolejny pokonał go jedynie Merckx. To musiało robić wrażenie. Z czego wynikał sukces Holendra? Choć był synem prostego stolarza, a w szkole uczył się, w najlepszym wypadku przeciętnie, to na szosie wykazywał się wysoką inteligencją. Wiedział kto, kiedy zaatakuje, a potem, nie wiadomo jakim cudem, był w stanie przetrzymać większość, nawet najmocniejszych ataków.

Nikt w peletonie nie potrafił trzymać koła tak, jak on

– przyznawał otwarcie Van Impe w przeprowadzonym kilka lat temu wywiadzie z Wielerverhaal.

Jednak taki styl miał swoje wady. Nie podobał się kibicom, którzy nieraz przychodzili na metę etapów, trzymając w ręce lizaki z podobizną Holendra. Gdy w 1971 roku, po upadku Ocani Merckx chciał się wycofać, bo wiedział, że dla wielu jego zwycięstwo w Tourze będzie nic nie warte, Driessens przekonał go do pozostania w wyścigu, mówiąc:

Nie możesz teraz się wycofać, wtedy wygra któryś z kolarzy potrafiących tylko jechać na czyimś kole, takich jak Zoetemelk.

Bardzo możliwe, że to właśnie to szosowe “tchórzostwo” zrobiło z niego “wiecznie drugiego”. Merckx nie był jego głównym problemem. Holender niezależnie od rywala – czy był nim Belg, czy słabsi od niego: Thevenet, Van Impe lub Hinault, Zoetemelk nie był w stanie sięgnąć po najwyższy kolarski laur, aż pięciokrotnie zajmując 2. miejsca.

Powtórka z historii

W 1980 roku sytuacja Holendra rysowała się lepiej. Nie był już co prawda tym młodym kolarzem sprzed dekady. Miał już 34 lata, ale ledwie rok wcześniej odniósł swój największy kolarski sukces – wygrał Vuelta a Espana. Poza tym od kilku miesięcy był zawodnikiem potęgi – TI Raleigh – Creda, która ściągnęła go z myślą o zwycięstwie w Tour de France.

Grupa prowadzona przez Petera Posta specjalnie dla niego zmieniła swój profil ze specjalizującej się w wygrywaniu etapów wielkich tourów, na taką, która może walczyć w klasyfikacji generalnej.

W tamtych czasach w peletonie było wiele mocnych zespołów, w tym Mercier i Gitane, w których również miałem przyjemność jeździć. Tyle że Raleigh był ponad resztą. Byli świetnie zorganizowani. Mieli niesamowitą infrastrukturę. Wyprzedzali swoje czasy. To byli Holendrzy, sponsorowani przez świetną, angielską markę. Mieli świetnych kolarzy, świetnych czasowców, świetnych górali – dominowali tak, jak dzisiaj robi to Sky

– opowiadał dziennikarzom be-celt.com.

Tyle że co z tego, skoro naprzeciwko siebie miał Bernarda Hinaulta, który stał się dominatorem na nieco tylko mniejszą skalę niż Merckx. Na domiar złego “Borsuk” był wówczas w życiowej formie. Wygrywał praktycznie wszystko co chciał. Tour de Romandie? Zwycięstwo. Debiut w Giro d’Italia? Zwycięstwo. Liege-Bastogne-Liege? Tu, co za niespodzianka, kolejne zwycięstwo. Nawet Paryż-Roubaix, którego nienawidził, ukończył na niezłym, 4. miejscu.

To wszystko było widoczne już na trasie wyścigu. Francuz kontynuował zwycięską serię. Wygrał prolog, a trzy dni później dołożył drugie zwycięstwo na 33-kilometrowej czasówce. Kolejny triumf, odniesiony około 24 godziny później, na brukowanej trasie z Liege do Lille sprawił, że jego kolejne zwycięstwo było praktycznie przesądzone.

Długo wszystko wskazywało na to, że także dla Zoetemelka tamten Tour niczym nie będzie się różnił od poprzednich. Znów od początku kręcił się w czołówce, ale znów czegoś brakowało, by nawiązać walkę z Hinaultem.

Po pięciu etapach tracił do Francuza blisko cztery minuty, co spowodowane było w dużej mierze na wspomnianym już wcześniej etapie do Lille. Wszystkie działania TI-Raleigh były tam ustawione pod Holendra. Pracował na niego nawet sam Jan Raas, który na polecenie szefa zespołu rozpoczął walkę na etapie. Walkę, która zakończyła się klęską Zoetemelka, który nie był w stanie utrzymać tempa swoich pomocników i ostatecznie etap zakończył dwie minuty  za Hinaultem.

Nie być drugim Poulidorem

Tyle że tamten występ Francuza jest jednym z najlepszych przykładów pyrrusowego zwycięstwa w historii kolarstwa. Zaczął po nim odczuwać coraz mocniejszy ból w kolanie, który po raz pierwszy dał o sobie znać już na 7. etapie, podczas jazdy drużynowej na czas, gdzie jego ekipa – Renault-Gitane straciła do TI-Raleigh 51 sekund.

Co prawda Francuzi nie mogli się równać w tej specjalności z ekipą Zoetemelka, ale na pewno nie byli ogórkami. Rok wcześniej, jadąc praktycznie w tym samym składzie, stracili do angielsko-holenderskiej grupy zaledwie 6 sekund. Głównym winowajcą był właśnie Hinault, który nie był w stanie nadążyć za kolegami z ekipy.

Na szczęście dla Hinaulta kolejne etapy prowadziły po płaskim terenie, na którym trudno było stracić czas. Francuz jechał w ogonach, co było do niego zupełnie niepodobne, ale za każdym razem dojeżdżał do mety w peletonie. Gazety rozpisywały się o jego stanie zdrowia. Przed zaplanowaną na 11. etap 51-kilometrową czasówką pytanie większości kibiców kolarstwa brzmiało: “Czy trzy płaskie etapy pozwoliły złapać “Borsukowi” drugi oddech?”.

Odpowiedź przyszła bardzo szybko. Brzmiała: “Nic z tych rzeczy”. Co prawda wreszcie odzyskał koszulkę lidera (do tej pory dzierżył Rudy Pevenege – bohater jednej z ucieczek, które dotarły do mety), ale zajął dopiero 5. miejsce. Zoetemelk wygrał i dzięki temu zmniejszył swoją stratę do zaledwie 21 sekund.

Źle zacząłem tamten Tour. Nie wyglądałem najlepiej. Tyle że w drugim tygodniu wszystko się zmieniło. Gdy wygrałem tamtą czasówkę, Bernard Hinault miał zły dzień. Zazwyczaj był ode mnie zdecydowanie lepszy w tej specjalności, ale miał kłopoty z kolanami. Powiedziałem sobie wtedy: “Skoro wygrałem czasówkę, czemu nie miałbym pokonać go w górach? To moja szansa!”

– wspominał po latach w książce “Tour de France: The Inside Story. Making the World’s Greatest Bicycle Race”.

Czy rzeczywiście by tak było? Bardzo możliwe. Tyle że nigdy się tego nie dowiemy. 9 lipca jego zespołowy kolega – Gerrie Knetemann wygrał kolejny etap dla TI-Raleigh. Kilka godzin później Hinault, który co ciekawe po zwycięstwie Zoetemelka mówił, że z jego kolanem wszystko jest w porządku, w końcu nie wytrzymał i wycofał się z wyścigu, informując o swojej decyzji jedynie dyrektora swojej ekipy – Cyrille’a Guimarda.

To oznaczało, że zwycięstwo w Tour de France praktycznie na pewno padnie łupem Holendra. Prowadził Zoetemelk, który po 13. etapie, z szacunku dla Hinaulta, odmówił założenia żółtej koszulki, a drugi, z minutową stratą był jego rodak – Hennie Kuiper. Trzeci Raymond Martin tracił już 5 minut.

Pamiętacie zwycięstwo Nibalego w Tour de France 2014? Z wyścigu wycofali się Contador i Froome, a Włoch, by pokazać, że wygrałby także i bez pecha kolegów, jechał aktywnie do końca wyścigu, co w “generalce” przełożyło się na jego ośmiominutową przewagę nad Peraudem.

Jednak on i Zoetemelk to dwaj kompletnie różni kolarze. Holender, jak to on, kolejne etapy przejechał bardzo pasywnie. Był w wielkiej formie, co pokazał choćby podczas 16. odcinka, gdzie najpierw wywrócił się na zjeździe, by później nadrobić do Kuipera kolejne kilkanaście sekund, ale nie był jak Merckx, Borsuk czy inni wielcy zwycięzcy Tour de France. Nie atakował – raczej podążał za rywalami, którzy akurat mieli dobry dzień i w ten sposób budował swoją przewagę.

Na odrobinę szaleństwa pozwolił sobie dopiero na ostatniej czasówce w tamtym wyścigu, gdzie znów zdeklasował rywali i nie pozostawił wątpliwości co do tego, że niezależnie od stylu, to on był zdecydowanie najlepszym kolarzem w tamtym wyścigu. Owszem, kontuzja Hinaulta sprawiła, że tamto zwycięstwo nie zostało w pełni docenione – Holender twierdził, że jest to trochę niesprawiedliwe.

To oczywiste, że zwycięstwo w Tour de France to kwestia zdrowia i siły. Hinaultowi tego zabrakło, co oznacza, że to mi należała się żółta koszulka

– mówił w jednym z wywiadów i tak naprawdę ciężko nie przyznać mu racji.

Mistrz świata

Gdy Zoetemelk odbierał żółtą koszulkę na Polach Elizejskich, miał już 34 lata, więc można było przypuszczać, że może być to jego ostatni wielki sukces w karierze. Długo faktycznie tak było. Holender pozostał w ścisłej kolarskiej czołówce jeszcze przez dwa sezony. W 1982 roku po raz szósty zajął 2. miejsce w Tour de France. Później przyszedł kryzys. Przez kolejne dwa sezony odniósł zaledwie jedno zwycięstwo – we wczesnosezonowym Tour du Haut Var.

Nieco lepiej szło mu w sezonie 1985. Świetnie wyglądał podczas Tirreno-Adriatico. W “Wyścigu Dwóch Mórz” zajął drugie miejsce i wygrał etap w stylu, o który nikt nie posądzałby go nawet w czasach świetności – po solowym ataku, z 57-sekundową przewagą nad drugim zawodnikiem.

Do końca sierpnia wygrał jeszcze dwa razy, jednak przed mistrzostwami świata w Montello nie był wymieniany w gronie faworytów do zwycięstwa. A jednak – najpierw załapał się do czternastoosobowej czołówki, a później na 2 kilometry przed metą zaatakował i sprawił, że to jemu przypadła tęczowa koszulka, a jego młodsi rywale musieli się obejść smakiem.

Do tej pory uważaliśmy go za legendę, ale też kolarza, który najlepsze lata ma już za sobą. Za chodzący wzór, za kogoś, kto pozbierał się po ciężkim wypadku w 1974 roku, kto aż 15-krotnie zdołał ukończyć Tour de France, ale też kogoś, kto od 1983 roku jest cieniem siebie sprzed lat. A jednak – to prawda wczoraj sięgnął po pierwszą w karierze tęczową koszulkę. Odrzucił wszelkie kolarskie schematy i pokazał, że wygrywać umieją nie tylko młode konie, ale także stare muły

– pisała nazajutrz La Stampa.

Zoetemelk miał 39 lat. Stał się zdecydowanie najstarszym mistrzem świata – wcześniej był nim 35-letni Stan Ockers. Przez kolejne blisko 40 lat nie przebił go już nikt – nawet Valverde w Innsbrucku był młodszy o 125 dni.

To był idealny moment na zakończenie kariery, ale Holender nie chciał rozstawać się z rowerem – za bardzo kochał kolarstwo. Poczekał jeszcze dwa lata i w 1987 doczekał się jeszcze piękniejszego zwieńczenia przygody z jednośladem – w kwietniu, jako 42-letni kolarz po raz ostatni wziął udział w największym holenderskim klasyku – Amstel Gold Race. Niesiony dopingiem rodaków wygrał swój ostatni wielki wyścig, a kilka miesięcy później odszedł na zasłużoną emeryturę.