Wiki Commons

13 czerwca 1968, Vittorio Adorni może być z siebie bardzo zadowolony. Po trzech latach przerwy znów znalazł się na podium Giro d’Italia. Jest najlepszy spośród Włochów. Wprawdzie tym razem nie wygrał ani jednego etapu, ale jego mądra jazda imponowała postronnym obserwatorom. Wchodzi na podium znajdujące się w miejscu z doskonałym widokiem na piękną Zatokę Neapolitańską. W normalnych okolicznościach mógłby liczyć, jeśli nie na głośną owację tifosich, to przynajmniej na oklaski. Jednak wszyscy dookoła czują, że sytuacja jest wyjątkowa. I mało kogo dziwi to, że Włochowi nikt nie klaszcze, a słychać jedynie buczenie.

Bohater

Gdy trzy lata wcześniej, w oddalonej o pół tysiąca kilometrów od Neapolu Florencji Adorni przyklepywał swoje zwycięstwo w największym włoskim wyścigu, atmosfera wokół niego była kompletnie inna.

Genialny występ Adorniego. Próbował atakować Bitossi, próbował Zilioli, ale parmeńczyk na wszystko miał gotową odpowiedź. Był silniejszy, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. (…) Całe kolarskie Włochy kochają Adorniego

– pisała La Stampa.

Natomiast na okładce La Gazetty można było zobaczyć tytuł:

Najlepszy zwycięzca Giro d’Italia od czasów Coppiego!

I nie było w tym nic dziwnego. Co prawda na liście startowej tym razem zabrakło Jacquesa Anquetila – ubiegłorocznego zwycięzcy, a także reszty zagranicznych gwiazd: PoulidoraBahamontesa czy Rudiego Altiga, ale i tak organizatorzy nie narzekali na brak głośnych nazwisk.

Na starcie wyścigu w San Marino (pierwsze międzynarodowe Grande Partenza w historii wyścigu) stanęli m.in.: Italo Zilioli – drugi zawodnik dwóch poprzednich edycji oraz młodzi-zdolni – Bitossi i Dancelli jednak większość obserwatorów skupiała się na Franco Balmamionie – złotym dziecku włoskiego kolarstwa, człowieku, który w 1962 roku został najmłodszym zwycięzcą w historii Giro d’Italia, a rok później powtórzył ten sukces.

Co prawda, po tym jak w 1964 roku przeszedł do Cynaru, trochę się pogubił i nie był w stanie nawiązać żadnej walki z Anquetilem, ale przed tym sezonem ponownie zmienił zespół i można było odnieść wrażenie, że powoli zaczyna wracać do dawnej formy. Pokazał to choćby podczas Mediolan-San Remo, gdy zaatakował na Poggio z… Adornim. Pewnie któryś z nich wygrałby tamten wyścig, gdyby nie to, że w pewnym momencie starszy z Włochów postanowił przekupić młodszego rodaka.

Balmamiona oferta nie przekonała i obaj panowie zaczęli się targować, zamiast skupiać się na ucieczce. W końcu obu Włochów pogodził Arie Van Hartog. Balmamion nie dostał ani pieniędzy, ani zwycięstwa. To rozbudziło jego apetyt, dlatego odważnie zapowiadał, że w Giro interesuje go tylko zwycięstwo.

Tyle że Adorni już od pierwszych górskich etapów pokazywał, że to on jest najlepszym kolarzem spośród tych, którzy znaleźli się na liście startowej włoskiego wyścigu. Już po szóstym etapie przejął koszulkę lidera. Tylko na chwilę oddał ją Bruno Mealiemu, który raz dojechał do mety w ucieczce. Odkąd kilka dni później znów stał się jej szczęśliwym właścicielem, jego przewaga w klasyfikacji generalnej rosła wraz z każdym kolejnym etapem. We Florencji wyniosła 11 minut i 26 sekund, stał się trzecim (i ostatnim) kolarzem po II Wojnie Światowej, któremu udało się uzyskać dwucyfrową przewagę nad drugim kolarzem.

Adorniego pokochali oczywiście nie tylko dziennikarze, ale także kibice, którym podobał się jego agresywny styl jazdy. Pomimo dużej przewagi, bardzo często atakował, co dało mu trzy zwycięstwa etapowe. Nic dziwnego, że gdy stawał na podium, zgotowali mu niesamowitą owację. Jako że nowy bohater tifosich miał 27 lat, można było wierzyć, że nie powiedział ostatniego słowa i w kolejnych latach pójdzie za ciosem. Że będzie w stanie na kilka kolejnych lat zdominować włoską scenę kolarską.

Zejście na ziemię

Niestety, ta jego dominacja przetrwała ledwie miesiąc. Cudowne dla Adorniego Giro zakończyło się 6 czerwca, a niespełna trzy tygodnie później zaczynał się kolejny wielki tour – Tour de France. Włoch był rzecz jasna wymieniany w pierwszym rzędzie faworytów. Niestety, kilka dni przed wyścigiem wziął udział w kraksie, przez co jego forma stanęła pod znakiem zapytania.

I rzeczywiście, we Francji nie przypominał już tamtego dominatora sprzed kilkudziesięciu dni. Mimo to przez pierwsze etapy trzymał się całkiem nieźle. Po szóstym wskoczył nawet na podium klasyfikacji generalnej. Jednak już dzień później, na deszczowym etapie do La Rochelle znów upadł, co kosztowało go kilka pozycji w klasyfikacji generalnej.

Dwa dni później wycofał się z wyścigu, a jego miejsce we włoskich sercach zajął ktoś inny. Tym kimś był… jego gregario Felice Gimondi. Już Giro d’Italia ukończył na 3. pozycji, a w Tour de France wykorzystał najpierw słabszą dyspozycję swojego lidera, a później jego wycofanie z wyścigu. Do mety w Paryżu dojechał z blisko trzyminutową przewagą nad wiecznie drugim Raymondem Poulidorem i został najmłodszym powojennym zwycięzcą Tour de France (jego wynik pobił dopiero Egan Bernal). Trzecie miejsce zajął natomiast Gianni Motta – kolarz jeszcze młodszy od Gimondiego.

Choć w kolejnych miesiącach obaj mieli wahania formy, typowe dla młodych zawodników, to można było powiedzieć, że ich kariery rozwijają się w dobrym kierunku. W 1966 roku po swoje pierwsze zwycięstwo w Giro d’Italia sięgnął Motta, a rok później w jego ślady poszedł Gimondi.

Włochów ekscytowała rywalizacja między obiema młodymi gwiazdkami. Zaczęto je nawet porównywać do Coppiego i Bartaliego. Dla Adorniego zaczęło brakować miejsca, tym bardziej, że wrócił do tego, co prezentował wcześniej – do zwykłej solidności. W latach 1966-67 zajmował miejsca w pierwszej 10 Giro, ale podium pozostawało poza jego zasięgiem, a jego pozycja w Salvarani stawała się coraz słabsza.

Mentor Merckxa

Sytuację postanowiła wykorzystać Faema. Belgijsko-włoski gigant po sześciu latach przerwy wracał do peletonu. Przez wiele lat kojarzono go z sukcesami Rika Van Looya, a teraz, już bez udziału Cesarza z Herentals chcieli nawiązać do dawnej świetności. W tym celu zbudowali naprawdę mocny skład.

Ściągnęli m.in Martina van den Bossche, Vica Van Schila czy Rogera Swertsa, ale ich zdecydowanym liderem miał być Eddy Merckx. Belg uchodził za znakomitego klasykowca. Choć miał zaledwie 22 lata, to był panującym mistrzem świata, dwukrotnie wygrywał Mediolan-San Remo i wielokrotnie zajmował miejsca w czołówce innych wielkich wyścigów jednodniowych.

Jednak Vincenzo Giacotto – dyrektor sportowy ekipy uważał, że stać go również na wygrywanie znacznie dłuższych imprez, takich jak Giro d’Italia czy Tour de France. Jego opinię trzeba było brać na poważnie, ponieważ w przeszłości prowadził m.in BalmamionaFerdiego Kublera, a nawet samego Fausto Coppiego. Niestety, Merckx miał kilka bardzo poważnych wad, które w przyszłości mogły pozbawić go szans na zwycięstwo w wielkich tourach.

Właśnie to było jedną z przyczyn ściągnięcia do zespołu Adorniego. Doświadczony Włoch miał być mentorem młodego Belga, a gdyby okazało się, że ten nie jest jeszcze wystarczająco mocny, zastąpić go podczas głównego celu zespołu – Giro d’Italia.

Jednym z wyścigów przygotowujących go do walki o róż, miało być Giro del Sardegna. Niestety, parmeńczyk zaprezentował się poniżej oczekiwań, a na domiar złego po zakończeniu imprezy w jego organizmie wykryto środki dopingujące. Adorni nie mógł pogodzić się z tym faktem.

Kategorycznie zaprzeczam. Nie przyjmowałem żadnych substancji dopingujących. Myślę, że to zwykła pomyłka. Zażywanie tego typu środków byłoby wbrew moim interesom, ponieważ w mojej umowie z zespołem jest punkt, który w takiej sytuacji pozwala zawiesić moje wynagrodzenie. Owszem, przed startem brałem lek, ale niewymieniony na liście środków zakazanych. Nasz lekarz może to potwierdzić

– przekonywał i zapewniał, że próbka B musi wykazać jego niewinność.

Stało się inaczej, więc świeżo upieczony zawodnik Faemy został zawieszony na… niecały miesiąc, bo właśnie taka była wtedy standardowa kara za koksowanie. Być może część fanów właśnie wtedy straciła do niego sympatię, jednak fala nienawiści miała dopiero nadejść.

Zdrajca

Mimo dyskwalifikacji, Adorni zdążył jeszcze wziąć udział w Vuelta a Espana. Pojechał stosunkowo spokojnie, aby zaoszczędzić nieco sił przed Giro, a i tak zajął 5. miejsce. Jednak Merckx wyglądał na jeszcze mocniejszego i wygrał pierwszy etap, a dzień później również prezentował się zdecydowanie lepiej niż doświadczony Włoch. Nikt nie miał wątpliwości, kto będzie liderem Faemy.

Na szczęście nie oznaczało to, że Adorni przestał być ważny dla zespołu. Mimo że w ciągu kilku tygodni pod jego okiem Merckx zrobił olbrzymie postępy, to wciąż był zawodnikiem nieokrzesanym. Kochał się ścigać, był bardzo mocny, ale taktyka nie miała dla niego żadnego znaczenia. Wręcz przeciwnie, na każdym etapie — niezależnie od jego profilu, chciał pokazać, że jest najlepszy. Chciał wozić różową koszulkę od początku do końca wyścigu, bez żadnych przerw, co w tamtym momencie mogło go zamęczyć i sprawić, że nie wytrzyma trzeciego tygodnia.

Adorni potrafił przemówić mu do rozsądku. To on namówił go, aby na 3. etapie oddał koszulkę Dancellemu i tym samym zrzucił z siebie część obowiązków. Kilka dni później poradził młodszemu koledze, aby nieco zmienił swoje zwyczaje. Na początku wyścigu Belg po każdej kolacji zbierał się z rodakami, aby do późna rozmawiać, jeść ciastka i popijać je piwem. Jednak za radą doświadczonego Włocha szybko zmienił to na wcześniejsze chodzenie spać i szybką analizę trasy.

Natomiast już podczas samej jazdy Adorni pełnił funkcję asystenta. W zasadzie można by było powiedzieć, że sterował Merckxem. Mówił mu, kiedy zaatakować, a podczas zjazdów jechał tuż za nim i instruował go komendami “hamuj!”, “szerzej! lub “przyspiesz!”.

Przy tych wszystkich obowiązkach sam spisywał się znakomicie. Gdy na 12. etapie kończącym się na Tre Cime di Lavaredo Merckx wygrał po długim solowym ataku, on dojechał do mety jako trzeci. Belg odzyskał koszulkę, a wierny mu Włoch awansował na drugą pozycję w klasyfikacji generalnej.

Tyle że tifosich to nie satysfakcjonowało. Oni chcieli kolejnej wojny Motty z Gimondim, być może jeszcze z Bitossim czy Ziliolim, a tymczasem wyścig zdominował Belg, w dodatku młodszy od ich złotych chłopców. A stary Adorni był jego porucznikiem, który pomimo wysokiej pozycji w klasyfikacji generalnej nie zamierzał z nim walczyć.

Po tamtym odcinku do Tre Cime di Lavaredo coraz więcej kibiców zaczęło się od niego odwracać. Ich zdaniem to co robił, było kolaboracją z wrogiem. Stał się zdrajcą. Zaczęły się pojawiać pojedyncze gwizdy i obraźliwe transparenty. Niektórzy oskarżali go wręcz o branie dopingu.

Mimo dużego doświadczenia Adorni nie potrafił przejść całkowicie obojętnie wobec tej niechęci. Stał się drażliwy, co objawiało się co jakiś czas w krótkich rozmówkach po etapach. Nieraz narzekał w nich na organizatorów: a to na komunikację z nimi, a to na trasę, a to na coś jeszcze innego.

Gdy kolarze wjechali do Neapolu wszystko było już jasne. Merckx wygrał swój pierwszy wielki tour, a Adorni, pomimo swojej trudnej pod względem mentalnym sytuacji, zajął 2. miejsce. Gdy wychodził na drugi stopień podium, negatywne emocje Włochów znów skupiły się na nim. Kibice go wygwizdali.

Odkupienie

Trzy miesiące później część z nich znów biła mu brawo. Wrześniowe mistrzostwa świata były kolejnym wyścigiem, podczas którego Adorni i Merckx spotkali się na trasie. Tyle że tym razem obaj jeździli w różnych zespołach. Doświadczony parmeńczyk reprezentował Włochy, a jego młody przyjaciel Belgię. Wyścig odbywał się w Imoli, mieście położonym w Emilii-Romanii – rodzinnym regionie Włocha.

Dlatego tym razem nie zamierzał pomagać “Kanibalowi”. Był gotów zrobić niemal wszystko, aby nieopodal swojego domu przejechać dobry wyścig i odzyskać miłość rodaków, o czym poinformował go tuż przed startem.

Jak powiedział, tak zrobił. Już 58 kilometrów po rozpoczęciu ścigania zabrał się w ucieczkę wraz z Rikiem Van LooyemJulienem Stevensem i Joaquinem Agostinho. Niedługo później ci dwaj ostatni postanowili zrezygnować z ucieczki – w końcu do mety pozostało jeszcze mnóstwo kilometrów, a jej szanse powodzenia były mizerne. Podobnie chciał postąpić sam Adorni, ale Belg powiedział mu:

Boisz się śmierci? My dwaj i tak jesteśmy już starzy.

To przekonało Włocha, więc obaj pojechali dalej. Ich przewaga była coraz większa. Już po 10 z 18 okrążeń było jasne, że to któryś z nich sięgnie po zwycięstwo, ponieważ druga grupka, z MerckxemGimondim i Janssenem na czele, nie była w stanie nawiązać współpracy.

Na 85 kilometrów przed metą 35-letni organizm Van Looya nie wytrzymał zabójczego tempa narzuconego przez Adorniego. Włoch został sam, jednak wierzył, że zdoła utrzymać tempo i zwycięstwo będzie jego. Na 4 okrążenia przed końcem miał olbrzymią przewagę, ale nagle poczuł olbrzymie zmęczenie. Na szczęście zagryzł zęby i pedałował dalej, w czym z pewnością pomogły mu coraz częstsze okrzyki kibiców, którzy widząc jego ogromny wysiłek, wybaczyli mu niedawną współpracę z Merckxem.

Kilka kilometrów później kryzys minął i Włoch znów przyspieszył. Niestety, po chwili znów przeżył chwile grozy. Złapał gumę, a z tyłu nie było samochodu technicznego. Okazało się, że kierowcy zaczęło brakować paliwa, więc chwilę wcześniej zatrzymał się, aby zatankować. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze.

Adorni dojechał do mety 9 minut przed resztą rywali. Choć niektórzy – choćby Fiorenzo Magni – legendarny rywal Fausto Coppiego i Gino Bartaliego, sugerowali, że Merckx dał mu wygrać, aby podziękować za wspaniałą pracę podczas Giro, to tifosi nie zwracali na to uwagi. Ważne dla nich było to, że po 10 latach Włoch znów był mistrzem świata. Pogratulował mu sam Enrico Baldini – poprzedni zdobywca tęczowej koszulki z Półwyspu Apenińskiego, kibice wiwatowali na jego cześć, a gazety rozpływały się nad jego geniuszem. Znów był wielki.

Źródła: La Stampa; La Gazzetta dello Sport; Daniel Friebe, Eddy Merckx. Kanibal, przeł. Maria Smulewska, Kraków 2013; Bike Race Info