fot. Wikimedia Commons

Ciężko wygrać dwa wielkie toury w jednym roku. W XXI wieku udawało się to jedynie Chrisowi Froome’owi (Tour i Vuelta w 2017) i Alberto Contadorowi (Giro i Vuelta w 2008). W dopiero rozpoczynającym się tysiącleciu jeszcze żadnemu zawodnikowi nie udało się ustrzelić dubletu Giro-Tour. Ze względu na poziom trudności i przerwę między oboma wyścigami, uchodzi on dziś za praktycznie nieosiągalny. A jednak w XX wieku sztuka ta udała się aż siedmiu kolarzom. Zdecydowanie rzadziej zdarzało się połączenie triumfu na Vuelcie i w Giro. Do 2008 roku dokonali tego zaledwie dwaj zawodnicy.

Z dzisiejszej perspektywy ta sytuacja może nieco dziwić. W końcu obecnie wielu kolarzy, choćby nasz Rafał Majka, bardzo często wybiera właśnie takie rozwiązanie. To dość naturalne – w końcu oba wielkie toury dzielą dziś aż cztery miesiące. Zawodnicy mogą więc spokojnie przygotować dwa szczyty formy.

Tyle że kiedyś sytuacja wyglądała kompletnie inaczej. Vuelta a Espana jest zdecydowanie najmłodszym z wielkich tourów. Podczas gdy historia Giro d’Italia i Tour de France sięga pierwszej dekady XX wieku, pierwsza edycja Vuelty została rozegrana dopiero w 1935 roku. Początkowo nie cieszyła się uznaniem największych kolarskich gwiazd – Gino Bartali nigdy nie wystartował w tym wyścigu, a Fausto Coppi swój jedyny występ zaliczył dopiero na kilka miesięcy przed śmiercią. 

Oczywiście z czasem zaczęło się to zmieniać  – to właśnie tu rozkwitł talent Bernarda Hinaulta, a przed nim wyścig wygrywali tacy kolarze jak Jacques Anquetil, Luis Ocana czy Raymond Poulidor. Tyle że nawet wtedy niewielu decydowało się na połączenie startów w hiszpańskim wielkim tourze i Giro d’Italia. Przyczyna była banalnie prosta – Vuelta odbywała się na przełomie kwietnia i maja, Giro – na przełomie maja i czerwca. Między oboma wyścigami był, w najlepszym wypadku, zaledwie tydzień różnicy.

To zmieniło się dopiero w 1995 roku. Do tego czasu dublet Vuelta-Giro ustrzelić zdołali zaledwie dwaj kolarze. Nazwisko pierwszego z nich nietrudno zgadnąć – jest nim Eddy Merckx – człowiek, w którego rękach pozostaje większość najważniejszych kolarskich rekordów. On dokonał tego w 1973 roku. Jego wyczyn powtórzył już osiem lat później znacznie mniej znany kolarz – Giovanni Battaglin.

Drugi po Kanibalu

Włoch nie należał wówczas do kolarzy ze ścisłego topu. Przełom lat 70. i 80. należał do innych – do Hinaulta, do Mosera, do Saronniego czy Zoetemelka. Jednak sezon 1980 pokazał, że doświadczony kolarz nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Zajął trzecie miejsce w Giro d’Italia, a potem, na jesieni, wygrał trzy jesienne włoskie klasyki. Pokazał, że choć już ma swoje lata, to znów jest groźny.

Jednak sezonu 1981 nie udało się Battaglinowi rozpocząć z przytupem. Cztery dni przed swoim pierwszym w tamtym sezonie wielkim tourem – hiszpańską Vueltą, w której miał zadebiutować, zajął dopiero 33. miejsce w Strzale Walońskiej.

Mimo to był uważany za jednego z głównych faworytów do zwycięstwa i od początku robił wszystko, by w pełni wywiązać się z tej roli. Już na prologu zajął niezłe 4. miejsce, ze stratą 17 sekund do Regisa Clere’a z Miko-Mercier. Na kolejnych etapach działo się stosunkowo niewiele. Przed 8. dniem rywalizacji strata Włocha, który po słabszym występie Josa Lammertinka na 7. etapie, wskoczył na 3. miejsce, była wciąż stosunkowo niewielka.

Dopiero na tamtym 31-kilometrowym etapie jazdy indywidualnej na czas miało się okazać, kto rzeczywiście będzie bił się o zwycięstwo w wyścigu. Najlepszy okazał się Battaglin. Dość wyraźnie wygrał z Munozem i Marcussenem, którzy stracili do niego odpowiednio 42 i 51 sekund, a co dopiero mówić o reszcie, której pokonanie lekko pagórkowatej trasy zajęło o ponad dwie minuty więcej niż Włochowi, który za dwa miesiące miał skończyć 30 lat.

Solidny handicap sprawił, że zawodnik Inoxpranu mógł poważnie myśleć o utrzymaniu koszulki do końca. Jednak z pewnością miał gdzieś z tyłu głowy to, że w przeszłości zaprzepaszczał jeszcze większe okazje. Na szczęście tym razem wszystko poszło dobrze. Wprawdzie nie wygrał już żadnego etapu, ale jego przewaga w klasyfikacji generalnej z każdym kolejnym dniem robiła się coraz wyższa i ostatecznie wyniosła ponad dwie minuty. 

Battaglin w cudownym stylu pokonywał podjazdy. Na większości górskich etapów był zdecydowanie najlepszy z grona faworytów. Najlepiej pokazał to trzynasty odcinek, gdzie na pięć kilometrów przed metą umiejscowioną pod kurortem narciarskim Rasos de Peguera oderwał się od głównej grupy i nadrobił ponad minutę nad najgroźniejszymi w klasyfikacji generalnej. Nic dziwnego, że po zakończeniu wyścigu hiszpańska prasa była nim zachwycona.

W tym momencie mało kto jest w stanie utrzymać jego tempo wspinaczki. Jest być może najlepszym góralem na świecie

– można było przeczytać w El Mundo Deportivo.

Mimo to do jego szans na zwycięstwo w Giro d’Italia trzeba było podchodzić dość ostrożnie. Z dwóch powodów. Pierwszy jest dość oczywisty – Vuelta a Espana trwała 20 dni, podczas których Battaglin i reszta peletonu przejechali 22 odcinki – bez choćby jednego dnia przerwy. Wydawać by się mogło, że po takim czymś potrzebna jest dłuższa przerwa na regenerację. Zbliżającemu się do trzydziestki kolarzowi musiały wystarczyć… trzy dni, bo właśnie tyle czasu minęło między ostatnim etapem Vuelty, a prologiem Giro d’Italia.

Po powrocie z Hiszpanii zdążyłem jedynie zmienić ubranie i zamienić parę słów z żoną. A później znów ruszyłem w trasę.

– wspominał po latach Billowi McGunnowi – autorowi książki The Story of Giro d’Italia.

Natomiast drugi z powodów miał dwa imiona, a właściwie nazwiska – Moser i Saronni. Obu bardzo zależało na zwycięstwie w Giro. Niestety nie tylko im, ale także organizatorom, którzy ułożyli pod nich trasę i zasady wyścigu – bonifikaty za miejsca na podium etapowym były horrendalnie wysokie, co premiowało ich – zawodników nieźle radzących sobie na finiszach.

Mimo to Battaglin podjął rękawicę. Początek był trudny. Tak, jak zwykle czasówki szły mu bardzo dobrze, tak teraz prolog w Trieście zakończył poza czołówką. Jednak w górach pokazywał, że jest mocny i po 10. etapie wskoczył do czołowej “10” klasyfikacji generalnej. Tego samego dnia w kraksie ucierpiał Moser, co sprawiło, że po kilku etapach wycofał się z wyścigu.

Mimo nieobecności gwiazdora kibice byli świadkami pasjonującej walki o różową koszulkę. Co kilka etapów dochodziło do zmiany lidera. Na początku drugiego tygodnia Maglia Rosa dzierżył Saronni, a w kolejnych dniach z podium odbierali ją Visentini i Contini. Battaglin cały czas trzymał się w czołówce, ale głośniej było o innych kolarzach.

Na szczęście pomimo olbrzymiego zmęczenia, rozkręcał się z dnia na dzień. Po wygranym 19. etapie bardzo mocno zbliżył się do liderującego Continiego, a dzień później wreszcie, po sześciu latach przerwy, znów założył różową koszulkę. Na finałowym podjeździe pod Tre Cima Lavaredo Contini został z tyłu, a chwilę później Battaglin spojrzał na twarz Saronniego i dostrzegł, że on również ledwo wytrzymuje trudy wyścigu. Postanowił to wykorzystać. Zaatakował i wjechał na metę z blisko 30-sekundową przewagą nad słynnym rodakiem.

Przed ostatnim etapem – 42-kilometrową czasówką do Werony Battaglin miał nad Saronnim 32-sekundową przewagę. Przewaga nie była duża, a on obawiał się, że organizatorzy znów będą forowali jego rywala. Jego dyrektor sportowy – Davide Boifava deklarował nawet, że aby upewnić się, że wszystko przebiegnie zgodnie z zasadami uczciwej rywalizacji, będzie jechał za “Beppe” z kamerą.

Jednak nawet jeśli na trasie faktycznie doszło do jakiegoś oszustwa ze strony słynniejszego z Włochów, to nie miało ono żadnych konsekwencji. Gdy kolarze wjechali na metę w mieście Romea i Julii, okazało się, że ich czasy są takie same, więc zwycięzcą wyścigu został Battaglin, który w ten sposób przeszedł do historii. Wreszcie dokonał tego, czego oczekiwano po nim od początku kariery.

Następca Gimondiego

Pod koniec pierwszej połowy lat 70. Włosi zaczynali zauważać, że piekielnie zdolne pokolenie z Mottą i Gimondim na czele, powoli schodzi ze sceny. Wprawdzie zawodnicy z tamtego pokolenia wciąż wygrywali, ale jasne było to, że już niedługo będą musieli ustąpić młodszym. Tymczasem na horyzoncie nie było widać następców. To sprawiało, że mieszkańcy Półwyspu Apenińskiego z utęsknieniem spoglądali na wyścigi dla młodszych zawodników, mając nadzieję, że w końcu objawi się w nich mesjasz włoskiego kolarstwa.

W związku z tym Battaglin i Moser – zwycięzcy Baby Giro, raczkującego, ale już cieszącego się dużym prestiżem wyścigu dla amatorów, od początku musieli zmierzyć z olbrzymim zainteresowaniem fanów. Ten pierwszy walnie przyczynił do tego, że ekipa dla której jeździł w amatorskich wyścigach – Jellj Ceramica postanowiła wejść do zawodowego peletonu.

Powód naszej decyzji jest jeden – nazywa się Battaglin – 21-letni kolarz, świetny góral, i niezły zjazdowiec. Wciąż musi nauczyć się wielu rzeczy, ale świetnie się zapowiada. 

– mówił na łamach włoskiej prasy szef grupy.

Okazało się, że miał rację. Battaglin odnalazł się w elicie bardzo szybko. Całkiem zasadne wydawało się porównywanie go z Gimondim, który już w swoim pierwszym sezonie, w wieku zaledwie 22 lat wygrał Tour de France (powojenny rekord – dopiero w zeszłym roku poprawił go Egan Bernal). Zawodnik Jollj Ceramica również rozpoczął swoją wielkotourową karierę od mocnego uderzenia. Niestety Maglia Rosa była poza jego zasięgiem. Jednak można było to zrozumieć – w końcu trafił na Eddy’ego Merckxa.

Zawodnik Molteni był wówczas prawdziwym dominatorem. Jego dominacja najpełniej ukazywała się podczas Tour de France – zabijał ten wyścig, sprawiał, że stawał się przeraźliwie nudny. W związku z tym kibice i sami organizatorzy coraz mocniej zaczęli dawać Belgowi do zrozumienia, że jego obecność na trasie Wielkiej Pętli jest wielce niepożądana. Merckx postanowił ich posłuchać i zamiast do Francji, pojechał do Hiszpanii, na Vueltę, kończącą się… w połowie maja.

Wygrał ją, a pięć dni po jej zakończeniu wystartował w Giro. Mimo to nie pokazywał zmęczenia – wyścig o róż znów zamienił się w teatr jednego aktora. Belg wygrał klasyfikację punktową, sześć etapów, a koszulkę lidera nosił od pierwszego do ostatniego etapu. Jednak cichym bohaterem był właśnie Battaglin.

Świeżo upieczony zawodowiec rozkochał w sobie Włochów, którym podobała się jego bezkompromisowa jazda. Bardzo często atakował, a nieraz doprowadzał do szewskiej pasji Merckxa, gdy na niektórych etapach, pomimo usilnych starań Belga, nie dawał się zgubić. Dzięki świetnej jeździe zajął trzecie miejsce – przed nim, oprócz “Kanibala” uplasował się jedynie Gimondi. 

W kolejnych miesiącach jego forma nie była równa, ale zdarzyło mu się ukończyć wysoko choćby Monte Campione – znów zajął tam trzecie miejsce. Przed nim uplasowali się tylko genialny góral – Jose Manuel Fuente  i… oczywiście Merckx. 

Jak pech, to pech

Te dwa wspomniane wyścigi dobrze pokazują, że Battaglin nie rozpoczął kariery w najlepszym momencie. W peletonie niepodzielnie panował Eddy Merckx, który wygrywał wyścigi na niespotykaną dotychczas skalę. Daleko za nim była grupka bardzo mocnych kolarzy, do których należeli oczywiście wspomniani Gimondi i Fuente, ale też m.in. Ocana, Poulidor, Zoetemelk, Thevenet czy Van Impe. 

To oznaczało, że wygrywanie wyścigów było bardzo utrudnione, a jednak już w 1975 roku wydawało się, że przed Battaglinem otworzyła się spora szansa. Tym razem na Giro miało zabraknąć większości gwiazd. Najważniejsza była rzecz jasna nieobecność “Kanibala”, który na cztery dni przed Giro dostał zapalenia migdałków. Wobec tego jedynym spośród “wielkich”, któremu czoła musiał stawić Battaglin był Gimondi.

Początkowo wszystko szło po jego myśli. Po trzecim etapie przejął koszulkę lidera wyścigu od kolegi z ekipy – Knuta Knudsena. Co prawda szybko stracił ją na rzecz Francisco Galdosa, ale wciąż utrzymywał się w czołówce klasyfikacji generalnej, w świetnej pozycji do ataku i tylko czekał, by z niej skorzystać.

Okazja nadarzyła się na 13 etapie – blisko 40-kilometrowej czasówce do Forte dei Marmi. Wygrał. Co prawda drugiego Gimondiego pokonał o zaledwie 13 sekund, ale już Galdos stracił do niego naprawdę sporo. Niestety smak zwycięstwa został popsuty przez niektórych obserwatorów. Zarzucali oni włoskiemu ulubieńcowi, że jechał zbyt blisko motocykla i korzystał z wytworzonego przez niego tunelu powietrznego.  Jednak sędziowie orzekli, że Battaglin został zmuszony do takiej jazdy, przez napierających z boku kibiców, więc ostatecznie 24-latek mógł wejść na podium, by odebrać nagrodę za zwycięstwo i wymarzoną Maglia Rosa.

Stracił ją jednak już dzień później, po kolejnej czasówce. Wyprzedził go wówczas jego dotychczasowy pomocnik – Fausto Bertoglio. Przyczyną były najprawdopodobniej problemy żołądkowe, które zaatakowały Włocha. Ten ogłosił wprawdzie, że wciąż jest liderem ekipy, ale nie miało to już żadnego znaczenia. Brzuch bolał go jeszcze przez kilka kolejnych dni, więc spadł na odległe miejsce w “generalce” i na koniec wyścigu mógł pocieszać się jedynie tym, że jego koledze udało się utrzymać koszulkę do końca.

Kilka tygodni później pojawił się na Tour de France. To była ta edycja, podczas której Bernard Thevenet zdetronizował Eddy’ego Merckxa. Jednak cios zadany Merckxowi przez pseudokibica na Puy de Dome i Francuza zjadającego “Kanibala” na Pra Loup mógł oglądać tylko z perspektywy kibica. Przez 13 etapów dzielnie trzymał się w czołówce, ale przed 14. musiał się wycofać, ponieważ straszliwie dokuczał mu ból w kolanie.

To był dopiero początek pecha. Spośród czterech kolejnych wielkich tourów, w których wziął udział, ukończył tylko jeden – na 46. miejscu. Dopiero po tym jak w 1979 roku przeszedł do Inoxpranu, wydawało się, że pech go opuścił. Ukończył w pierwszej “10” Tour de France, wygrał nawet koszulkę w grochy…. wreszcie mógł sobie przypomnieć, jak smakuje sukces. Tyle że później przyszły mistrzostwa świata w Valkenburgu…

Długo wszystko szło świetnie – Battaglin dojechał na szczyt Caubergu w czołowej grupie z Janem Raasem, Jean-Rene Bernaudeau, i Dietrichem Thurau, później bezproblemowo zjechał. Wydawało się, że tym razem wszystko pójdzie dobrze, zwłaszcza że Włoch uchodził za szybkiego zawodnika. Niestety tylko tak się wydawało. Na finiszu Thurau zjechał nieco w bok, co spowodowało, że łokieć Raasa wylądował w okolicy twarzy Battaglina (sytuacja podobna do “starcia” Sagana z Cavendishem z 2017 roku). Włoch padł na ziemię – mistrzostwo świata przepadło.

Te wszystkie wydarzenia odcisnęły duże piętno na jego psychice i podejściu do wyścigów, co doskonale pokazuje jego wypowiedź po zwycięstwie w Vuelta a Espana.

Do ostatniego metra etapu do La Castellany nie byłem pewien swojego zwycięstwa. Do końca obawiałem się, że nie wygram, że znów do głosu dojdzie mój pech. Że się wywrócę, albo stanie się inna kompletnie nieprawdopodobna rzecz, która w ostatniej chwili pozbawi mnie zwycięstwa. A jednak, udało mi się, tak bardzo się cieszę…

– mówił El Mundo Deportivo chwilę po zakończeniu etapu przyjaźni w Madrycie.

Niestety sezon 1981 wcale nie oznaczał końca kłopotów Battaglina. W grudniu zapowiadał, że chciałby pojechać w Tour de France, by spróbować zdetronizować Bernarda Hinaulta, ale niestety pięć miesięcy później, podczas Giro dell’Etna doznał kontuzji, po której już nigdy nie doszedł do tamtej formy. 

Wprawdzie ostatecznie stanął na starcie Wielkiej Pętli, ale niestety dość szybko musiał się z niej wycofać. Powód? Chyba wszyscy go znacie… Niestety, w kolejnych sezonach podobne historie przydarzały mu się wielokrotnie, aż w końcu, w 1984 roku doprowadziły do zakończenia przez niego długiej, acz nie do końca spełnionej kariery.

Źródła: Colin O’Brien, Giro d’Italia, historia najpiękniejszego wyścigu świata, tłum. Bartosz Sałbut, 2018; Bill McGann, The Story of Giro d’Italia, 2011; El Mundo Deportivo; La Stampa; sportspoetssociety.blogspot.com; ciclismouniversale.it, Bike Race Info