fot. Wikimedia Commons

Chyba każdy fan kolarstwa doskonale wie, kim jest Eddy Merckx. Nasza dyscyplina sportu jest jedną z niewielu, w której panuje pełna zgoda, co do tego, kto był najlepszym zawodnikiem w jej historii. Merckx wygrywał najwięcej, być może najpiękniej i praktycznie w każdym terenie. Być może jednak nigdy nie stałby się legendą, gdyby nie jeden człowiek – Stan Ockers.

Nie, Belg nie był trenerem, menedżerem, ani nawet kluczowym domestique młodszego rodaka. Być może nawet nigdy nie zdawał sobie sprawy z tego, że ktoś taki istnieje – gdy w 1956 roku tragicznie zmarł, Merckx miał zaledwie 11 lat. Jak pisze Daniel Friebe – autor biografii słynnego “Kanibala” – późniejszy 5-krotny zwycięzca Tour de France o jego śmierci dowiedział się w drodze do szkoły. Po usłyszeniu tej wiadomości był zrozpaczony. Nic dziwnego – Ockers był dla niego idolem – osobą, bez której być może nigdy w życiu nie wsiadłby na rower.

W pogoni za żółtą koszulką

Zresztą mały Eddy nie był w swoim uwielbieniu dla tego belgijskiego kolarza odosobniony. Wszystko dlatego, że Ockers należał do ścisłej czołówki światowego peletonu pierwszej połowy lat pięćdziesiątych i przez lata był największą nadzieją Belgów na pierwsze powojenne zwycięstwo w Tour de France.

Urodzony w Borgenhaut (miejscowości położonej w belgijskiej prowincji Antwerpia) zawodnik w Wielkiej Pętli zadebiutował w 1948 roku, gdy miał już 28 lat. Zaprezentował się całkiem nieźle – wprawdzie nie wygrał ani jednego etapu, ale aż trzykrotnie był drugi, a kolejne 9 odcinków zakończył w czołowej “10”. To wystarczyło mu jednak tylko do zajęcia 11. miejsca. Przed nim uplasowało się aż trzech Belgów – Briek Schotte, Roger Lambrecht i Raymond Impanis. Jednak w kolejnych latach Ockers, mimo nie najmłodszego już organizmu, wciąż się rozwijał. Już w następnej edycji zajął 7. miejsce, aby w 1950 roku zaliczyć swój najlepszy wynik w Tour de France.

Ockers nie był wtedy bynajmniej jednym z faworytów. Ferdi Kubler, szwajcarska gwiazda kolarstwa w wywiadzie dla l’Equipe wymieniał innych kolarzy – m.in doświadczonego Gino Bartalego, który co prawda najlepsze lata miał już za sobą, ale wciąż był groźny, co pokazał podczas rozgrywanego w maju Giro d’Italia, gdzie zajął 2. miejsce, jedynie za rodakiem Kublera – Hugo Kobletem. Na jego liście znaleźli się też Fiorenzo Magni – zwycięzca Giro z 1948 i człowiek, który w kwietniu wygrał Flandrię, rozwijający się z roku na rok Louison Bobet, a także… Jean Goldschmit, który podczas Tour de Suisse pokonał Kublera o 15 minut.

Tak naprawdę z największych gwiazd tamtego okresu na liście startowej brakowało tylko Fausto Coppiego. “Il Campionissimo” podczas Giro złamał miednicę i wciąż nie doszedł do siebie. Dlatego jakiekolwiek miejsce w dziesiątce byłoby dla Ockersa bardzo dużym sukcesem, zwłaszcza, że rozpoczął Tour bardzo słabo. Na pierwszych trzech etapach zajmował bardzo odległe miejsca, a w klasyfikacji generalnej był dopiero 37., ze stratą 5 minut do prowadzącego Goldschmita.

Zła karta zaczęła się jednak odwracać już dzień później. W końcówce etapu z Lille do Rouen 30-latek zaatakował i mimo, że szybko ruszyła za nim pogoń złożona z najlepszych kolarzy wyścigu, to zdołał dojechać do mety jako pierwszy. Następne dni, to kolejne świetne występy Ockersa, dzięki którym Belg piął się wciąż w górę klasyfikacji generalnej. W końcu, po czasówce na 6. etapie wskoczył do czołowej “10”. Wciąż tracił wiele do rewelacyjnego Goldschmitta, ale poprawa miejsca sprzed roku stawała się coraz bardziej realna.

Kolejny kluczowy etap, nie tylko dla Ockersa, ale w ogóle dla całego wyścigu odbył się 11. dnia rywalizacji. Kolarze mieli wówczas do przejechania ciężki etap z Pau do Saint Gaudens – po drodze musieli pokonać trzy duże podjazdy – Aubisque, Tourmalet i Aspin. Już na pierwszym wzniesieniu z głównej grupy zaatakował Robic. Francuz, który 3 lata wcześniej wygrał pierwszą powojenną edycję Touru, teraz zajmował odległe miejsce w klasyfikacji generalnej, więc chciał odrobić choć część strat. Dopiero na Tourmalet dołączyła do niego trójka, w której obok Bobeta i Bartaliego niespodziewanie znalazł się także Ockers.

Francuscy kibice, którzy mieli już dość włoskiej dominacji w Tourze (poprzednie dwie edycje wygrywali kolejno Bartali i Coppi) przez cały czas obrażali Bartaliego, jednak ten nic sobie z tego nie robił. Współpraca grupki układała się świetnie i tuż przed szczytem Col du Aspin wydawało się, że któryś z jej członków najpewniej wygra etap. Tyle że w pewnym momencie pod koła Robica i Bartaliego wbiegł fotograf. Ci nie zdążyli się zatrzymać i po chwili leżeli na ziemi. Obaj szybko wstali, tyle że zanim Włoch zdążył wsiąść na rower, został napadnięty przez kilku rosłych Francuzów, stojących przy trasie.

Oni zaczęli go bić, kopać, a według późniejszej relacji Bartaliego, jeden z nich miał przy sobie nóż. Doświadczony kolarz stracił kolejne sekundy, jednak wściekłość spowodowana zachowaniem “kibiców” dodała mu energii. Nie tylko dojechał do czołówki, ale też wygrał etap – jak się później okazało, po raz ostatni w swojej karierze. Dzień, w którym przybysze z Półwyspu Apenińskiego najmocniej odczuli wrogość gospodarzy okazał się dla nich podwójnie szczęśliwy, ponieważ żółtą koszulkę przejął Magni, który wraz z Raphaelem Geminianim i kilkoma innymi kolarzami wykorzystał zamieszanie i dołączył do głównej grupki na chwilę przed słynniejszym kolegą z kadry.

Tymczasem Ockers po cichu wskoczył na 5. miejsce, a dzień później był już 4., ponieważ Bartali, wciąż wstrząśnięty tym co się stało na etapie, postanowił wycofać się z wyścigu i zażądał tego samego od pozostałych Włochów, a więc również od Magniego. Następnego dnia Ockers zaliczył kolejny świetny występ. Wraz z Kublerem i Marcelem Hendrickxxem oderwał się od pozostałych faworytów i wygrał finisz, co dało mu trzecie miejsce, za Molinesem i Meunierem – dwoma Francuzami, którzy uciekali od początku etapu.

Jego sytuacja w klasyfikacji generalnej była znakomita. Znajdujący się dotychczas na 2. i 3. miejscu w klasyfikacji generalnej Bobet i Geminiani ucierpieli w kraksie, która spowodowała, że dojechali do mety daleko za czołówką. Dzięki temu Ockers awansował na 2. lokatę, a nad trzecim Pierrem Brambillą miał osiem minut przewagi. Natomiast do Kublera, który w ostatnich dniach wyglądał znacznie gorzej od niego, tracił już tylko nieco ponad minutę.

Niestety, dla Belga w drugiej części wyścigu forma “Orła z Adliswil” poszybowała gwałtownie do góry. Po kolejnych etapach jego przewaga robiła się coraz wyższa. Ta jego dominacja najmocniej uwidoczniła się na 20. etapie, gdy na 98-kilometrowej czasówce nadrobił nad Ockersem 5 minut.

Wielka szansa na zwycięstwo przepadła. W kolejnych latach Belg mógł imponować regularnością. Rok w rok plasował się w czołówce największego wyścigu na świecie, raz nawet powtórzył drugie miejsce, tyle że była to akurat ta edycja, którą Fausto Coppi wygrał z 28-minutową przewagą, co do dziś pozostaje rekordem, jeśli chodzi o powojenną historię Wielkiej Pętli. Tak blisko zwycięstwa, jak w 1950 roku nie był już nigdy.

Belgowie, którzy przed wojną aż jedenastokrotnie sięgali po zwycięstwo w Tour de France, na pierwszy powojenny triumf musieli poczekać aż do 1969 roku, gdy Eddy Merckx dokończył dzieło swojego idola i sięgnął po swój pierwszy z pięciu triumfów w tym wyścigu.

Dziecko wojennej zawieruchy

Ale kariera Ockersa to nie tylko wiele świetnych występów w Tour de France. Belg był także bardzo dobrym klasykowcem i w czasie swojej przygody z peletonem uzbierał także kilka ważnych zwycięstw w wyścigach jednodniowych.

Udało mu się osiągnąć sukcesy, choć zaczynał swoją kolarską karierę w bardzo trudnym czasie. Podobnie jak wielu przed nim i wielu po nim (na przykład Remco Evenepoel) Ockers jako dziecko łączył jazdę na rowerze z piłką nożną. Dopiero w wieku 18 lat zadecydował, że chce postawić na kolarstwo. To był rok 1938, a już dwa lata później do Belgii wkroczyli Niemcy, którzy rozpoczęli trwającą przez pięć lat okupację.

Jednak paradoksalnie wojna okazała się dla Ockersa szansą. Wielu organizatorów zaczęło popadać w problemy finansowe, ale wyścigi wciąż się odbywały. Nagrody były niższe, więc wielu byłych kolarzy rezygnowało z uprawiania tego sportu – najlepszym przykładem jest Sylvere Maes, który w 1939 roku wygrał swoje drugie Tour de France, a już rok później porzucił kolarstwo, aby zostać barmanem. Zrobiło się więc miejsce dla nowych gwiazd.

Ockers wykorzystał to i już jako 21-latek zaprezentował się ze świetnej strony podczas Scheldeprijs. Być może najstarszy flandryjski klasyk ustępował nieco rangą wielu innym tego typu imprezom, ale wciąż był dość dobrze obsadzony. Tymczasem 21-letni kolarz, dla którego był to pierwszy poważny wyścig, dość niespodziewanie wygrał tę imprezę i wysłał światu pierwszy sygnał, że lada moment może być gotów do walki o najwyższe laury.

I rzeczywiście – 2 lata później wystąpił w pierwszym od wybuchu wojny Liege-Bastogne-Liege i jego jazda znów mogła się podobać kibicom. Najpierw zdołał się załapać do mocno wyselekcjonowanej grupy faworytów, a potem wygrał finisz o 3. miejsce z Briekiem Schotte – kolejnym przedstawicielem nowej fali belgijskiego kolarstwa, który przed rokiem wygrał Ronde van Vlaanderen. 

Niespodziewany wystrzał formy

Kolejne lata również były dla niego całkiem niezłe jeśli chodzi o występy w klasykach, ale gdy skończyła się wojna, Ockers zaczął się skupiać na Tour de France, przez co tylko od czasu do czasu przyjeżdżał z klasyków z wysokimi lokatami. Mijały kolejne lata, gabloty wspomnianego wcześniej Schotte i innej wielkiej gwiazdy powojennej Belgii – Rika van Steenbergena – zapełniały się nowymi trofeami za zwycięstwa w klasykach, natomiast ta Antwerpczyka powoli zaczęła pokrywać się kurzem. Ockers, choć dostarczał belgijskim fanom wiele radości podczas Tour de France, to w wyścigach “u siebie”, o ile w ogóle na nie przyjeżdżał, zazwyczaj zawodził.

Belgowie jednak i tak go uwielbiali, nie tylko za Wielką Pętlę. Niemal każdy kojarzył jego śnieżnobiałe zęby, ponieważ Ockers bardzo często się uśmiechał (choć część rywali uważała ten uśmiech za szyderczy). Nigdy nie odmawiał autografów i chętnie pomagał biednym rodzinom w swojej okolicy. Ponadto był bardzo towarzyski – pracownicy i klienci prowadzonej przez niego kawiarni często mogli usłyszeć opowiadane przez niego żarty, czy historyjki zasłyszane w peletonie.

Dlatego pewnie większość z nich bardzo ucieszyło, gdy na początku 1955 roku 35-letniemu już wówczas Ockersowi przytrafił się niesamowity wystrzał formy. Zaczął sezon od zwycięstwa na pierwszym etapie Trzech Dni Anvers, a później zajął 5. miejsce w Paryż-Bruksela, dzięki czemu mógł z pozytywnym nastawieniem przystąpić do rozgrywanego na przełomie kwietnia i maja “Weekendu w Ardenach”.

Czym właściwie był “Weekend w Ardenach”? Jak zapewne większość z Was się domyśla, był to mini cykl, w skład którego wchodziły dwa wyścigi – w piątek rozgrywano Strzałę Walońską, a w niedzielę Liege-Bastogne-Liege. Zwycięzcą imprezy zostawał ten, kto okazał się najlepszy w klasyfikacji łącznej tych dwóch największych walońskich wyścigów.

Choć trasy obu imprez są do siebie dość podobne, to do 1955 roku wygrać je w jednym roku zdołał tylko stary znajomy Ockersa – Ferdi Kubler. 30 maja stało się jasne, że w tym sezonie jego wyczyn może powtórzyć tylko doświadczony Belg, który po raz drugi w swojej karierze wygrał “Strzałę”. Tym razem zaatakował na dość wczesnym etapie wyścigu i dosłownie zdeklasował rywali – przyjechał blisko trzy minuty przed czteroosobową pogonią.

W “La Doyenne” próbował zastosować podobny manewr, tyle że na jego kole usiadł Raymond Impanis. Panowie dojechali we dwójkę aż do finiszu w Liege i to właśnie tam rozpoczęli walkę o zwycięstwo. Za szybszego zawodnika uchodził Ockers, więc nic dziwnego, że na mecie to on mógł cieszyć się z triumfu, który pozwolił mu zapisać się w historii kolarstwa.

W kolejnych miesiącach święcił kolejne sukcesy – zdobył zieloną koszulkę za zwycięstwo w klasyfikacji punktowej w Tour de France, a pod koniec lipca, we włoskim Frascati sięgnął po jedyną tęczową koszulkę podczas swojej długiej przygody z kolarstwem. Ten sukces mógłby być doskonałym zwieńczeniem kariery, jednak Ockers postanowił, że na razie nie zamierza odstawić roweru na kołek. Być może spowodowane to było olbrzymią miłością, jaką darzył kolarstwo. Może chciał pójść za ciosem, a może po prostu chciał korzystać z przywilejów, które daje jazda w tęczowej koszulce mistrza świata.

Niezależnie od tego, co nim kierowało, swoimi występami w kolejnych miesiącach pokazywał, że nie była to zła decyzja. Nie było żadnej mowy o “tęczowej klątwie”. Wprawdzie nie szło mu tak dobrze, jak w poprzednim sezonie, ale wciąż było nieźle. Wygrał dość prestiżowy wówczas Neapol-Rzym-Neapol, zajął 2. pozycję w Ronde Van Vlaanderen, a podczas Tour de France obronił zieloną koszulkę.

Później zajął jeszcze 4. miejsce w mistrzostwach świata, a sezon zakończył udanym występem w Grand Prix Martini, gdzie przegrał jedynie ze wschodzącą gwiazdą kolarstwa – Jacquesem Anquetilem.

Po zejściu z szosy Ockers przesiadł się na tor. Na taki ruch decydowało się wówczas bardzo wielu zawodników. Głównie dlatego, że umowy sponsorskie nie były aż tak popularne jak dziś i dla wielu to właśnie kryteria i imprezy torowe były jedyną okazją, by spieniężyć swoje sukcesy odnoszone na szosie.

Tak samo było w 29 września w Antwerpii – stolicy prowincji, w której leżało rodzinne miasto Ockersa – Borgerhout. Razem z nim na Vélodrome d’Anvers Zuremborg zjawiło się wiele gwiazd, wśród których być może największe zainteresowanie wzbudzał Rik Van Looy, którego Ockers niegdyś skreślił. 

Gdy dwa lata wcześniej Van Steenbergen zapytał go, co sądzi o młokosie, o którym już wówczas mówiło się, że dysponuje olbrzymim potencjałem, Ockers odpowiedział mu “Nie będzie dobrym kolarzem, niech lepiej szuka sobie innego zawodu”. Niedługo później Van Steenbergenowi nie spodobała się pasywna jazda młodego kolarza w jednym z mniejszych wyścigów. Poskarżył się Ockersowi, a ten z tym swoim słynnym uśmiechem na ustach powiedział: “Widzisz, nigdy nie mylę się, co do młodych kolarzy”.

Jednak okazało się, że tym razem się pomylił i w ciągu ostatnich miesięcy wielokrotnie miał już okazję przekonać się na własnej skórze, jak wielkim potencjałem dysponuje ten młodzieniec. Ockers brał udział m.in w Gandawa-Wevelgem i Paryż-Bruksela, a więc wyścigach, w których 22-latek odnosił swoje pierwsze ważne zwycięstwa. Z bliska widział też, jak młokos o włos przegrywa z Van Steenbergenem podczas mistrzostw świata w Danii. 

Teraz miał się z nim zmierzyć po raz kolejny, tyle że tym razem na torze, z presją nieporównywalnie mniejszą, niż na szosie. Oprócz nich w biegu startowali jeszcze Gerrit Voorting i Ernest Sterckx. Ruszyli, jednak nie minęło pięć minut, a cała czwórka leżała na ziemi. Van Looy, Voorting i Sterckx szybko się pozbierali, ale niestety Ockers wciąż się nie podnosił.

Belg został przewieziony do szpitala, gdzie zmarł 1 października. Gdy po kilku dniach odbył się jego pogrzeb, ulice Borgerhout zaroiły się od ludzi. Pożegnać wielkiego kolarskiego mistrza przyszło 20 tysięcy osób, a belgijski rząd ogłosił żałobę narodową.

W kolejnych latach szacunek Ockersowi wyrażano na wszystkie możliwe sposoby. Budowano mu pomniki, jego nazwiskiem ochrzczono wiele ulic, powstawały o nim nawet piosenki, jednak chyba największym wyróżnieniem, którego dostąpił było to, że największy kolarz w historii nazywał go swoim idolem.

Bibliografia: 

Daniel Friebe, Eddy Merckx. Kanibal, przeł. Maria Smulewska, Kraków 2013

Colin O’Brien, Giro d’Italia, historia najpiękniejszego wyścigu świata, tłum. Bartosz Sałbut, 2018

Jesper Rasch, Stan Ockers: zijn dood een nationale ramp, “veiligheidwielerpeloton”, 2016 

Stan Ockers symbool van de arbeidersbevolkin, sportmagazine.knack.be”, 2018