Na trasie Marco Pantani, Mario Cipollini i Alessandro Petacchi, a obok nich… m.in kolarze CCC-Polsat, w tym Pawieł Tonkow. Właśnie tak wyglądał peleton Giro d’Italia 2003 – pierwszego wyścigu worldtourowego z udziałem polskiej drużyny. 

Wszystko zaczęło się pod koniec 1999 roku. Choć Polska już od dekady nie była krajem komunistycznym, to wciąż dość mocno odczuwała skutki kilkudziesięciu lat zależności od Rosji. W kraju istniała tylko jedna grupa zawodowa – Mróz, która ściągała do siebie najlepszych polskich zawodników i, jak łatwo się domyślić, dominowała w polskich wyścigach. Jednak wyglądało na to, że w końcu rośnie jej godny konkurent.

W 1999 roku zakończyłem karierę i pomyślałem sobie, że fajnie byłoby stworzyć dużą polską grupę kolarską. Znałem się z właścicielem firmy budowlanej MAT, który powiedział, że byłby w stanie wyłożyć spore pieniądze na kolarstwa. Podobnie było z Ceresitem

– mówił nam Andrzej Sypytkowski – jeden z założycieli grupy. Niestety, pieniądze, które udało mu się uzyskać, nie mogły wystarczyć, by rywalizować z najlepszymi polskimi ekipami. Dlatego zwrócił się do młodego, 31-letniego przedsiębiorcy – Dariusza Miłka.

Gdy zaczynaliśmy rozmowy, jego firma nazywała się jeszcze “Żółta Stopa” i nie była aż tak rozpoznawalna, jak teraz CCC. Jednak już wtedy uchodził za świetnego biznesmena, a że był z naszego, kolarskiego środowiska, to wiedziałem, że łatwiej będzie go przekonać do tego, by dołożył się do tworzonej przez nas drużyny

– opowiada.

I tak, dzięki połączonym siłom trzech solidnych firm, powstała druga grupa zawodowa w Polsce. Jej skład mógł dać nadzieję na to, że już pierwszy sezon będzie bardzo udany. Znaleźli się w nim m.in były zwycięzca Tour de Pologne – Zbigniew Piątek, coraz lepiej radzący sobie w międzynarodowym peletonie, 26-letni Piotr Przydział, a także Cezary Zamana, który kilka lat wcześniej wygrał etap Criterium du Dauphine.

To była dla nas, kolarzy bardzo dobra rzecz. Wcześniej na polskim podwórku dominował Mróz. Choć byłem częścią tej ekipy przez cztery sezony, to przyznaję, że nasza hegemonia nie do końca sprzyjała rozwojowi elity kolarstwa szosowego na polskim rynku. Pojawienie się w kraju drugiej grupy zawodowej oznaczało większą konkurencję i podniesienie kontraktów. Poza tym kolarze, którzy nie załapali się do Mroza, zyskali kolejną opcję

– opowiadał nam ten ostatni.

Kalendarz nowego zespołu wyglądał całkiem dobrze. Znalazły się w nim m.in: Dwars door Vlaanderen, Strzała Brabancka czy Gran Premio Bruno Beghelli, ale zawodnicy w szarych strojach zajmowali w nich miejsca poza czołówką. Jedynym zawodnikiem, który dość mocno się wyróżniał, był przygotowujący się do występu w Tour de Pologne Piotr Przydział. Zdecydowanie lepiej było w krajowych wyścigach, ale i tu zawodnicy Andrzeja Sypytkowskiego długo nie byli w stanie odnieść żadnego zwycięstwa. 

Przykre dla nas było to, że nawet  w słabiej obsadzonych wyścigach nie byliśmy w stanie pokonać rywali – zajmowaliśmy mnóstwo miejsc w pierwszej trójce, ale zwycięstwo za każdym razem okazywało się poza naszym zasięgiem

– wspominał Zamana

Impas został przełamany w drugiej połowie maja. Kolarze Mat-Ceresit-CCC wywalczyli dwie wygrane – na 9. etapie Wyścigu Pokoju najlepszy okazał się Dainis Ozols, natomiast osiem dni później na jednym z odcinków Wyścigu Solidarności triumfował inny obcokrajowiec – Dimitri Sedun. Generalnie jednak wciąż szału nie było – do września były to jedyne zwycięstwa ekipy prowadzonej przez Sypytkowskiego, co wyglądało bardzo blado w porównaniu do 15 triumfów Mroza.

Lepsze czasy

Dlatego do Tour de Pologne kolarze jeżdżący jeszcze wówczas w szarych koszulkach przystępowali bardzo zmotywowani. Wprawdzie wyścig organizowany przez Czesława Langa nie był jeszcze imprezą zaliczaną do World Touru, ale już wtedy cieszył się sporym zainteresowaniem wśród największych europejskich zespołów. Przyjechały m.in: Kelme, AG2R, FDJ i przede wszystkim US Postal – ekipa Lance’a Armstronga. W składzie tej ostatniej znaleźli się m.in Wiaczesław Jekimow i Levi Leipheimer.

A jednak to kolarze Sypytkowskiego zdominowali tamten wyścig. Najlepszy w klasyfikacji generalnej okazał się Piotr Przydział, który na pierwszym etapie wykorzystał gapiostwo faworytów i dojechał do mety 3 minuty przed nimi, wraz z dwoma innymi Polakami – Piotrem Wadeckim i Robertem Radoszem. Później bardzo dobrze spisał się na górskich etapach na Dolnym Śląsku, dzięki czemu ukończył wyścig z czasem o siedem sekund lepszym niż Wadecki. Dodatkowo Mat-Ceresit-CCC triumfował w klasyfikacji drużynowej i dwóch klasyfikacjach pobocznych. Najlepszym góralem okazał się Luca Belluomini, a klasyfikację najaktywniejszych wygrał Marcin Gębka. 

To była zapowiedź lepszych czasów. Biznes Miłka rozkwitał, na czym zyskiwała także ekipa. Od sezonu 2001 to firma obuwnicza stała się głównym sponsorem grupy, która zmieniła nazwę na CCC-Mat, a jej kolarze zaczęli jeździć w charakterystycznych pomarańczowych koszulkach.

Drugi sezon był zdecydowanie lepszy od poprzedniego. Kolarze CCC nie tylko znów wygrali Tour de Pologne (sukces Przydziała powtórzył nowy nabytek zespołu – Ondrej Sosenka), ale także dołożyli do tego zwycięstwa w Grand Prix Nobili Rubinetterie (pierwsze zagraniczne zwycięstwo) i Wyścigu Solidarności, a także 3. miejsce w Wyścigu Pokoju. Udany rok sprawił, że grupą zainteresowała się telewizja, a konkretniej Polsat.

Co prawda grupa medialna należąca do Zygmunta Solorza nie wykładała na ekipę olbrzymich pieniędzy, ale w zamian za miejsce w nazwie zespołu udostępniła firmie Dariusza Miłka ważne miejsce w paśmie reklamowym. To przełożyło się na wynik zespołu, który po pierwszym sezonie współpracy z koncernem mediowym stanął przed olbrzymią szansą. 

W 2002 roku zajęliśmy 4. miejsce wśród ekip II dywizji. Wtedy zasady były takie, że 3 pierwsze zespoły awansują wyżej, więc w normalnych okolicznościach awans przeszedłby nam koło nosa. Tyle że jedna z drużyn, która zajęła miejsce w czołowej trójce, straciła sponsora. To spowodowało, że otworzyła się przed nami szansa na znalezienie się w kolarskiej lidze mistrzów, która liczyła wówczas 30 zespołów. To oczywiście oznaczało zwiększenie wydatków, potrzebę sięgnięcia po kolarzy z wyższej półki, ale porozmawiałem z Darkiem, powiedziałem mu jak wygląda sytuacja, a on uznał, że to może być dla nas duża szansa

– opowiedział nam Sypytkowski. 

Ekipa przeszła więc rewolucję. Wymieniono połowę składu – odeszli m.in Zamana i Ushakov, a w ich miejsce przyszli choćby dwaj Polacy z iBanesto – Tomasz Brożyna i Dariusz Baranowski – trzykrotny zwycięzca Tour de Pologne, zdobywca koszulki dla najlepszego górala ostatniego Criterium du Dauphine i sześciokrotny uczestnik wielkich tourów, który w tamtym czasie był jednym z najbardziej cenionych polskich kolarzy w najwyższej dywizji.

Cztery poprzednie lata spędziłem w iBanesto, dobrze się tam czułem, ale ekipa straciła sponsora. Co prawda w końcu udało się znaleźć nowego – Illes Baleares, ale i tak większość zawodników odeszła – w momencie gdy opuszczałem zespół, kontrakty na kolejny sezon miało jedynie kilkunastu Hiszpanów. Zacząłem szukać sobie innej drużyny, a że Andrzej Sypytkowski tworzył bardzo ciekawą drużynę, która miała jeździć w pierwszej dywizji, to wraz z Tomkiem Brożyną postanowiliśmy podpisać tam kontrakt.

Jednak to nie on miał być największą gwiazdą nowego projektu, a Pawieł Tonkow. To była prawdziwa bomba transferowa. Rosjanin w 1996 roku wygrał Giro d’Italia i dołożył do tego trzy kolejne miejsca na podium wielkich tourów. Miał już 34 lata, ale jego ostatnie sukcesy wciąż były dość świeże – rok wcześniej zajął w “Wyścigu o Róż” 5. miejsce i nawet wygrał jeden z etapów.

Oczywiście były także pewne znaki zapytania. W jego przypadku zaawansowany wiek nie był tylko liczbą. Od jakiegoś czasu narzekał na problemy z kręgosłupem i z tego powodu inne grupy nie kwapiły się do podpisania z nim umowy. Pod względem sportowym inwestycja w Rosjanina była dość niepewna, ale Sypytkowskim kierowały inne względy.

W ciągu kolarskiej kariery udało mi się nawiązać kontakt z kilkoma ważnymi włoskimi działaczami, co później wykorzystałem przy kierowaniu ekipą. Startowaliśmy między innymi w Settimana Coppi e Bartali czy Giro di Romagna. W 2003 roku chcieliśmy pójść o kilka kroków dalej. Pomyśleliśmy, że zakontraktowanie Tonkowa mogłoby oznaczać dla nas przepustkę na Giro d’Italia. Przeprowadziliśmy kilka rozmów z organizatorami, w których uczestniczył m.in Czesław Lang i zapytaliśmy się, czy rzeczywiście tak jest – ich odpowiedź była twierdząca. Dlatego pomimo problemów zdrowotnych zakontraktowaliśmy Rosjanina, choć też muszę przyznać, że dość mocno zszedł z pensji – zarabiał jakieś 25% tego, co w Lampre

– opowiadał nam Andrzej Sypytkowski.

Rzeczywiście, polska grupa dostała zaproszenie na Giro d’Italia. Jednak zanim pojechała do Włoch, wzięła udział w wielu wczesnowiosennych wyścigach. Tam kolarze CCC nie zrobili furory. Na Giro przyjechali bez choćby jednego zwycięstwa na koncie. Mogło to wynikać z tego, że wielu zawodników miało z tyłu głowy to, że najważniejszy moment przyjdzie dopiero w maju. Tak było choćby z Baranowskim.

Koncentrowałem się przede wszystkim na Giro d’Italia, dlatego nie przywiązywałem szczególnie dużej wagi do wyników we wcześniejszej fazie sezonu. Poza tym miałem wtedy trochę problemów zdrowotnych – podczas wyścigów we Włoszech zachorowałem, ale szybko udało mi się z tym uporać. Przed samym Giro byłem już w bardzo dobrej formie

– opowiedział nam. 

Coraz lepiej wyglądał także Tonkow – niespełna dwa tygodnie przed rozpoczęciem wyścigu zajął nawet 3. miejsce w nieźle obsadzonym Giro dell’Appenino. Dlatego Rosjanina mimo kłopotów zdrowotnych wymieniano w szerokim gronie faworytów Giro d’Italia, choć głównymi kandydatami do zwycięstwa byli inni. Co prawda w wyścigu nie brał udziału ubiegłoroczny zwycięzca – Paolo Savoldelli, który w lutym, podczas zgrupowania na Teneryfie zderzył się z motocyklem, ale na starcie pierwszego etapu stanęli m.in: ubiegłoroczny zwycięzca Vuelty – Aitor Gonzalez, Francesco Casagrande czy Stefano Garzelli.

Jeszcze większe szanse dawano Gilberto Simoniemu. W sondzie opublikowanej przed wyścigiem przez La Gazzettę stawiali na niego m.in Felice Gimondi i Franco Bitossi. Nic dziwnego. Włoch był zwycięzcą sprzed dwóch lat, a w 2002 roku też miałby sporą szansę na wygraną, gdyby nie to, że tuż przed wyścigiem wpadł na zażywaniu kokainy. Teraz znów był w gazie, bo wygrał oba wyścigi rozgrywane przed “Różowym Wyścigiem” – Giro dell’Appenino i Giro del Trentino.

Ostrzeliwując AleJeta

Jednak górale na swoją szansę musieli poczekać kilka dni, ponieważ pierwsze etapy miały należeć do sprinterów. W ekipie Dariusza Miłka na płaskich odcinkach walczyć miał Andris Naudużs, który dostał od ekipy wolną rękę. Mógł finiszować albo zabierać się w odjazdy i pokazywać koszulkę zespołu.

W pierwszym dniu wyścigu wybrał tę drugą opcję. Wziął udział w kilkuosobowej ucieczce, gdzie wykorzystywał swoją szybkość i wywalczył 6-sekundową bonifikatę czasową. Dzięki temu nawet mimo tego, że odjazd w końcu został wchłonięty przez peleton, to Naudużs w klasyfikacji generalnej znalazł się na 4. miejscu. Później zmienił strategię i próbował walczyć na finiszach, jednak nie było to łatwe.

Niestety, Andris nie miał zbyt dużych szans w starciu z faworytami. Sprinterska obsada była bardzo mocna, a my nie byliśmy w stanie stworzyć mu odpowiedniego pociągu, ponieważ całą energię przeznaczaliśmy na to, by chronić Tonkowa. Jednak najważniejsze było to, że byliśmy małym zespołem. Dlatego zawodnicy innych ekip nie mieli dla niego respektu i nie zostawiali mu luk, przez które mógłby przejechać, jak robili to choćby dla kolarzy z mocniejszych zespołów

– przyznaje Sypytkowski.

A jednak na niektórych etapach udawało mu się nawiązać walkę o czołowe lokaty. Najlepiej poszło mu ósmego dnia rywalizacji, gdy zajął 6. miejsce – przed Bernhardem Eiselem i Janem Svoradą. Nazajutrz miało być o nim jeszcze głośniej.

Wszystko działo się na finiszu etapu rozpoczynającego się w Arezzo – miejscowości, którą rozsławił błogosławiony Gwido – mnich i jednocześnie słynny teoretyk muzyki. Gdyby ten niezmiernie uduchowiony człowiek widział to, co miało wydarzyć się w jego ukochanym mieście, przewracałby się w grobie. Na kilkaset metrów przed metą, podczas walki o pozycję przed finiszem Łotysz wdał się w bójkę z samym Alessandro Petacchim.

Zaczęło się tego, że Włoch szturchnął Andrisa. W ten sposób zwykle ustawiał sobie mniej utytułowanych rywali. Tyle że nasz kolarz był bardzo charakternym gościem i mu oddał. Petacchiego to zdenerwowało i uderzył go pięścią w kask, a Andris znów nie pozostał mu dłużny

– relacjonuje Sypytkowski.

Ostatecznie Włoch wygrał starcie przez nokaut. Łotysz upadł i spowodował kraksę, w której ucierpieli m.in Garzelli i Simoni. Natomiast zawodnik Fassa Bartolo pojechał dalej i zajął 3. miejsce. Jego rozproszenie wykorzystał Mario Cipollini, dla którego było to ostatnie wielkie zwycięstwo w karierze.

Nic dziwnego, że po zakończeniu etapu rozpoczęła się burza. Niestety, z powodu renomy Włocha, który w tamtym wyścigu miał już na koncie 3 zwycięstwa etapowe (a w kolejnych dniach miał do tego dołożyć trzy kolejne), wyrok mógł być tylko jeden – wykluczenie Naudużsa.

To nie był sprawiedliwy werdykt. Walczyliśmy o to, by Andris pozostał w wyścigu, albo by chociaż obaj zostali wykluczeni, ale nic nie dało się zrobić. Fassa Bortolo to była wówczas potężna ekipa, mająca olbrzymie wpływy, a podczas tamtego wyścigu była całkowicie skoncentrowana na rozprowadzeniu Petacchiego. Dlatego Włosi nieco zmodyfikowali nagranie tak, aby głównym winowajcą można było okrzyknąć naszego zawodnika. To nie było dla nas miłe przeżycie, ale myślę, że mogło nam nawet wyjść na plus – przez kilka dni było o nas bardzo głośno, a ja sam udzieliłem włoskiej prasie kilku wypowiedzi 

– wspomina ówczesny dyrektor pomarańczowej ekipy.

Natomiast kara Petacchiego była dość symboliczna – odjęto mu zaledwie 25 punktów w klasyfikacji sprinterskiej. 

Przepraszam wszystkich, że straciłem nad sobą panowanie, ale to Naudużs zachował się jak idiota. Dziękuję bardzo sędziom za to, że postanowili dać mi drugą szansę

– mówił po wszystkim AleJet.

Miłe złego początki

W kolejnych dniach o CCC znów miało być głośno. Już pierwszy górski odcinek sprawił, że na twarzach zawodników w pomarańczowych koszulkach mógł pojawić się uśmiech. Wprawdzie 7. etap wyścigu stał pod znakiem kolejnej walki włoskich ulubieńców – Garzelliego i Simoniego, ale najdłużej ich koło utrzymali: Andrea Noe i właśnie Rosjanin, który przekroczył metę jako czwarty, ze stratą 14 sekund. 

To było bardzo niewiele w porównaniu do innych kolarzy. Popowycz i Pellizotti stracili do dwóch Włochów blisko minutę, Casagrande ponad dwie minuty, a Aitor Gonzalez przyjechał na metę blisko sześć minut po Garzellim i praktycznie stracił szansę na miejsce w czołówce klasyfikacji generalnej. 

Tonkow wskoczył w “generalce” na 6. miejsce, a La Gazzetta pisała nawet o jego odrodzeniu. Na kolejnych etapach Rosjanin musiał udowodnić, że nie pochwalono go na wyrost. Pierwszą ku temu okazję miał 3 dni później, na pagórkowatym etapie z Montecatini Terme do Faenzy. Najwięcej działo się wówczas na ostatnim podjeździe – pod Trebbio. 

Zaatakował Simoni, który szybko wywalczył sobie sporą przewagę i dojechał do grupy uciekających kolarzy. W pewnym momencie nad grupą Garzelliego i Tonkowa mieli 42 sekundy przewagi. Na zjeździe ta dwójka wraz z pozostałymi kolarzami rozpoczęła pogoń za wiceliderem klasyfikacji generalnej. Ostatecznie do mety 23-osobowa grupka dojechała 25 sekund za Simonim. Nie znalazł się w niej m.in piąty w “generalce” Marius Sabaliauskas, dzięki czemu Tonkow wskoczył na jego miejsce.

Zdecydowanie trudniejszy sprawdzian czekał na faworytów dwa dni później. 22 maja kolarze mieli podjechać pod Monte Zoncolan. Podjazd nie miał takiej historii, jak Stelvio, Tre Cime Lavaredo czy Passo Pordoi – wręcz przeciwnie – był to jego debiut na Giro d’Italia. Wcześniej, w 1997 roku pojawił się jedynie na trasie Giro Rosa (etap wygrała wówczas Fabiana Luperini). Jednak z pewnością nie ustępował im trudnością.

10,1km, aż 11,9% średniego i 22% maksymalnego nachylenia sprawiało, że wzniesienie spokojnie mogło być włoską odpowiedzią na Alto de l’Angliru, które cztery lata wcześniej zadebiutowało na trasie Vuelty. Zapowiadał się więc wspaniały spektakl z udziałem najlepszych kolarzy na świecie – także Tonkowa.

I kibice faktycznie byli świadkami wspaniałej uczty dla oczu. Na cztery kilometry przed metą na kolejny atomowy atak zdecydował się Simoni. Na jego kole usiąść zdołał jedynie Casagrande. W pogoń za tą dwójką ruszyli Popowycz i Garzelli, który chciał zachować niewielką dwusekundową stratę w klasyfikacji generalnej. 

Simoni znów przyspieszył, tym razem Casagrande nie był w stanie odpowiedzieć na jego atak. Szybko został wchłonięty przez grupkę, w której złożonej z Popowycza, Garzelliego i… Pantaniego, który odkąd trzy lata wcześniej wygrał etap na Tour de France, jakby zapomniał, jak jeździ się na rowerze. Ostatecznie żaden z nich nie był w stanie dogonić Simoniego. Włoch dojechał do mety 34 sekundy przed Garzellim. Piąty Pantani kreskę przekroczył 43 sekundy po kolarzu, który mocno przybliżył się do tego, by po dwóch latach znów cieszyć się ze zwycięstwa w Giro d’Italia.

Mijały kolejne minuty i następni kolarze przekraczali linię mety, jednak Tonkowa nie było nigdzie widać. Trzy minuty i 16 sekund po Simonim na szczyt wjechali Baranowski i Szmyd, natomiast na Rosjanina trzeba było czekać jeszcze kilkadziesiąt sekund. Ostatecznie jego strata wyniosła 4:25, co oznaczało spadek na 10. miejsce w generalce i koniec marzeń o podium.

Pawieł już we wcześniejszych miesiącach miał spore problemy z plecami. Jeździł na przeróżne zabiegi i masaże, które trochę mu pomagały. Niestety, Zoncolan to potężna góra i widocznie to sprawiło, że ten ból powrócił. Pamiętam tamten moment, gdy wyprzedzałem Pawła. Nie wiedziałem, co mam robić – pomagać mu, czy po prostu jechać przed siebie. Zapytałem szefów ekipy, a oni powiedzieli mi, żebym jechał dalej. Wiedzieliśmy wszyscy, że przed nami jeszcze kolejne dziesięć etapów, a ja tak naprawdę nie byłbym mu w stanie za bardzo pomóc

– opowiada Baranowski.

Kolejny odcinek był znacznie łatwiejszy, choć nie całkowicie płaski, przez co w pierwszej grupie do mety dojechało 40 zawodników. Najszybszy wśród nich znów okazał się Petacchi. Za jego plecami uplasowali się Daniele Benatti i… Garzelli. Dzięki bonifikacie za trzecie miejsce kolarz Vini Calderola odrobił do Simoniego osiem sekund. 

Tonkow na szczęście tym razem zdołał dojechać do mety w czołówce, jednak to był jego ostatni dobry występ w koszulce CCC. Dzień później walczył jak lew, ale niestety bezskutecznie.

Pawieł jeszcze starał się zabrać w odjazd, nawet przez chwilę uciekał, ale to był naprawdę ciężki etap, z metą na Pompeago. Rywale go w końcu dogonili, co pewnie trochę go zniechęciło, poza tym ten ból w plecach też zrobił swoje

– wspomina Baranowski.

Gdy zobaczył przy trasie samochód ekipy, po prostu do niego wsiadł

– dodaje Sypytkowski.

Minimalnie chybiony strzał w dziesiątkę

Trzeba było wymyślić więc nowy plan. Dla szefów CCC najważniejsza była walka w klasyfikacji generalnej. Po wycofaniu Tonkowa to zadanie stało się zdecydowanie trudniejsze do wykonania, ale nie było niewykonalne. W odwodzie był Baranowski, który w klasyfikacji generalnej zajmował niezłe, 14. miejsce.

Oczywiście wcześniej pomagałem Pawłowi, ale to było raczej osłanianie, niż nadawanie tempa. Nie było tak, jak zdarzało mi się często w iBanesto, że mocno pracowałem z przodu, a później musiałem zostać daleko z tyłu. Dzięki temu mogłem trzymać się stosunkowo blisko faworytów, a potem przejąć od Pawła pozycję lidera ekipy i walczyć o pierwszą “10”.

– wspominał Polak, który dziś jest komentatorem Eurosportu.

Innym, nieco mniej ważnym celem było zwycięstwo etapowe, choć wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że trudno będzie po nie sięgnąć.

W moim przypadku na pewno byłoby to bardzo trudne. Ciężko połączyć walkę o klasyfikację generalną z tą o zwycięstwo etapowe. Trzeba codziennie dawać z siebie wszystko, nie można jednego dnia sobie odpuścić i jechać z tyłu, kilkadziesiąt minut za czołówką, przez co trudno jest na którymś z etapów wykrzesać z siebie coś ekstra. Poza tym rywale nie chcieli puszczać mnie w odjazdy…

– tłumaczy Baranowski.

Przed 15. etapem nowy lider ekipy miał 4-minutową stratę do 10. Alexandra Belliego. Tamten odcinek był długą, 42-kilometrową czasówką. Polak był dobrym czasowcem, ale zajął 29. miejsce i pomimo kłopotów rywali, tylko nieznacznie zbliżył się do czołowej “10”.

Byłem wtedy trochę zawiedziony

– przyznaje.

Na kolejną szansę Baranowski musiał poczekać trzy dni, aż do 18 etapu. Na liczącej sobie 174 kilometry trasie kolarze mieli do pokonania trzy duże wzniesienia – Colle d’Ercole, Colle d’Sampeyre i Chianale Valle Varaita. Polakowi szło świetnie, długo trzymał się w czołówce. Na drugi ze szczytów wjechał razem choćby z Marco Pantanim, od kilku dni wreszcie choć częściowo przypominał siebie sprzed lat. Niestety, na Sampeyre czekała na niego niemiła niespodzianka.

W okolicach szczytu pogoda była bardzo zła. Padał deszcz ze śniegiem, a droga była cała biała, więc gdy zaczęliśmy zjeżdżać, zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Wywrócił się Marco Pantani. Nie byłem przygotowany na takie warunki – nie ubrałem się odpowiednio, byłem w samej koszulce i prawie zamarzłem, co spowodowało, że zostałem z tyłu

– wspomina.

Na metę i tak wjechał wysoko – na 13. pozycji, dzięki czemu awansował na 11. miejsce w klasyfikacji generalnej – wyprzedził m.in Pantaniego, który nie był w stanie szybko pozbierać się po upadku i stracił do niego blisko 10 minut. Mimo to 31-letni wówczas kolarz czuł spory niedosyt.

Myślę sobie, że straciłem w ten sposób ze trzy minuty. Być może to właśnie wtedy przegapiłem szansę na pierwszą “10”

– wspominał Polak.

Nie wszystko było jeszcze stracone – jego strata do czołowej “10” wynosiła zaledwie półtorej minuty, ale zarówno na 19. etapie z metą pod Cascata del Toce, jak i na kończącej wyścig czasówce nie był w stanie odrobić strat. Ostatecznie zakończył wyścig na 12. pozycji, co było trzecim najlepszym wynikiem Polaka na tej imprezie w historii (w 1991 roku Zenon Jaskuła zajął 9. miejsce, a dwa lata później był dziesiąty).

Można się zastanawiać, co by było gdyby Baranowski jechał od początku jako lider ekipy – być może załapałby się do tej wymarzonej “10”, ale nawet jeśli po zakończeniu wyścigu czuł jakiś niedosyt, to w jego głowie dominowały pozytywne emocje.

To było dla mnie spore przeżycie. Przejechać Giro d’Italia w barwach polskiej ekipy, to była duża rzecz. Wprawdzie wcześniej brałem udział w sześciu wielkich tourach, ale to było coś wyjątkowego. Polskie szefostwo, polska obsługa, czułem się jak w domu

– mówił nam.

Koniec projektu

Niestety, cała ta przygoda miała swój tragiczny koniec. 29 listopada 2003 roku w wypadku samochodowym zginął Jan Orda, który był menedżerem drużyny i łącznikiem między Sypytkowskim, a Miłkiem. To utrudniło budowę ekipy i mocno przyczyniło się do tego, że nie była ona w stanie zatrzymać najlepszych zawodników. Odeszli m.in Tonkow, Brożyna i Baranowski, a ekipa wróciła do trzeciej dywizji.

Próbowaliśmy jeszcze jakoś reorganizować ekipę, nowym sponsorem został Hoop, ale to wszystko nie potoczyło się tak jak powinno. Po sezonie 2004 Miłek wycofał się ze wspierania grupy, a ja całkowicie wycofałem się z kolarstwa

– opowiada Sypytkowski.

Oczywiście, jak wszyscy pamiętamy, CCC po roku wróciło do peletonu. Rozpoczęło drogę, która doprowadziła ekipę aż do World Touru. Miejmy nadzieję, że podobnie skończy się teraz – że firma Dariusza Miłka poradzi sobie z kryzysem i znów zainwestuje dużo pieniędzy w kolarstwo, a my znów będziemy mogli oglądać polską ekipę jeżdżącą w największych wyścigach na świecie.

Skład CCC-Polsat na Giro d’Italia 2003:

Dariusz Baranowski (Polska), Tomasz Brożyna (Polska), Andris Naudużs (Łotwa), Pawieł Tonkow (Rosja), Radosław Romanik (Polska), Bogdan Bondariew (Ukraina), Seweryn Kohut (Polska), Piotr Chmielewski (Polska), Piotr Przydział (Polska)