Wiki Commons, Fotocollectie Anefo. Nationaal Archief, Den Haag, nummertoegang 2.24.01.05, bestanddeelnummer 928-0654.

To był zwykły dzień w peletonie. Tempo jak zwykle nadawali kolarze Faemy, pracujący na swojego młodego lidera – Eddy’ego Merckxa. Kolarz znany dziś jako “Kanibal” miał za kilka godzin przeprowadzić atak, który praktycznie zapewni mu pierwsze zwycięstwo w Tour de France, ale na razie, choć kolarze wspinają się pod Col du Peyresourde, tempo jest spokojne, a główna grupa dość liczna – składa się kilkudziesięciu kolarzy. Gdzieś z przodu słychać gwizdanie. To Lucien Van Impe, który postanowił zaatakować i teraz znajduje się kilkanaście metrów przed resztą. Cała sytuacja bardzo nie podoba się Martinowi van den Bossche – kluczowemu pomocnikowi Merckxa. Przyspiesza, momentalnie dogania Van Impego i mówi “Jak nie przestaniesz atakować i gwizdać, to cię trzepnę!”.

Być może ktoś cieszący się w peletonie większą estymą mógłby nie przejąć się upomnieniem van den Bosschego, ale nie Van Impe. Belg miał dopiero 22 lata. Od pół roku jeździł w zawodowym peletonie i właśnie brał udział w swojej pierwszej Wielkiej Pętli. Nie miał wyjścia, musiał jechać spokojnie w grupie, aż do ataku Merckxa na Tourmalet. Wtedy został daleko z tyłu i do mety w Mourenx dojechał dopiero 14 minut po genialnym rodaku.

Po raz kolejny zobaczył, że peleton potrafi obejść się bezwzględnie nawet z tak bardzo utalentowanym kolarzem, jak on. Jednak jazda w nim miała również swoje niewątpliwe plusy, nawet dla tak nieopierzonego kolarza, jakim był Van Impe. 

Wcześniej, gdy jadłem wraz z rodzicami i braćmi, miałem na talerzu, w najlepszym wypadku bekon, czasem ewentualnie kiełbaski. Po podpisaniu zawodowego kontraktu, moja nowa ekipa zagwarantowała mi zdecydowanie lepsze posiłki – najlepszy stek, najlepsze warzywa, najlepszego kurczaka

– wspominał po latach Van Impe na antenie belgijskiego Radio2.

Mimo niezbyt jakościowych posiłków, ciężko powiedzieć, by atmosfera w domu Van Impe’ów nie sprzyjała rozwojowi młodego kolarza – właściwie to sprzyjała aż za bardzo. Ojciec Luciena – Jef był fanem kolarstwa i bardzo mu zależało na tym, by któryś z jego synów poszedł w ślady Stana Ockersa, Brieka Schotte czy Rika van Steenbergena.

Na początku “kolarzem rodziny” był Marcel – starszy brat Luciena, a przyszły gwiazdor peletonu od czasu do czasu był jego mechanikiem. Tyle że szybko okazało się, że Marcelowi brakuje uporu do treningów, więc zrezygnował z uprawiania sportu. To oznaczało szansę dla młodszego z braci.

Mój ojciec bardzo chciał, żebym jeździł, a ja szybko to polubiłem. Tyle że nie było to łatwe. Mój wybór oznaczał jedno – treningi, treningi i jeszcze raz treningi. Codziennie przejeżdżałem trasę: Mere-Aaigem-Heldergem-Oostdorp-Mere. Najciężej było w tej trzeciej miejscowości. Znajdował się tam podjazd, który nazywaliśmy z ojcem Heldergemberg. Nazwa była adekwatna – było tam bardzo ciężko

– wspominał Van Impe w swojej biografii “Lucien!”

Później było jeszcze ciężej. Gdy trochę podrósł, poprzeczka poszybowała jeszcze wyżej. Jeździł za motocyklem ojca aż do Klosterstraadt u podnóża Muur van Geraardsbergen. Tam ojciec przyspieszał i zostawiał syna z konkretnym zadaniem.

Wymyślił genialny system. Podczas wspinaczki miałem wstać z siodełka i pedałować najszybciej, jak to możliwe. Kiedy czułem, że zaczyna brakować mi sił, zwalniałem i patrzyłem na numer domu, obok którego się znajduję. Gdy w końcu zmęczony docierałem do kaplicy słyszałem od ojca tylko jedno pytanie: “Który numer?”

– czytamy w biografii Belga.

Treningi pod okiem ojca przyniosły efekt, więc numerki pojawiające się w odpowiedziach Luciena były coraz wyższe. Szybko stał się też czołowym belgijskim kolarzem w swojej kategorii wiekowej i już jako 19-latek wygrał swój pierwszy poważny wyścig – Aartselaar de Ster der Amateurs. Impreza ta, była jedną z najciekawszych w amatorskim kalendarzu. Co roku startowali tam najlepsi zawodnicy z tej grupy, a zaledwie dwa lata wcześniej wygrał ją Walter Godefroot – rywal Merckxa do miana najbardziej utalentowanego belgijskiego kolarza.

Być jak Bahamontes

Van Impe mógł coraz śmielej myśleć o tym, by nawiązać do wyczynów swoich idoli. Nie, nie byli nimi ani wspomniani nieco wcześniej Ockers, Schotte i Van Steenbergen, ani nawet nieco od nich młodszy Rik Van Looy. Belg od dziecka zapatrzony był w wyczyny… Charly’ego Gaula i Federico Bahamontesa.

Pierwszy z nich to Luksemburczyk, który aż trzykrotnie wygrywał wielkie toury (dwa razy Giro d’Italia i raz Tour de France). Drugi natomiast najbardziej znany jest z tego, że, poza swoim zwycięstwem w Wielkiej Pętli z 1959 roku, aż sześciokrotnie sięgał po tytuł najlepszego górala w tym wyścigu, co było wówczas absolutnym rekordem.

Dlatego, pomimo licznych treningów prowadzących po jednym z najsłynniejszych podjazdów znajdujących się na trasie Ronde van Vlaanderen, Van Impe postanowił postawić na znacznie wyższe góry. I krótko po podpisaniu przez niego kontraktu z Sonolorem-Dejeune, okazało się, że faktycznie ma ku temu spore predyspozycje. Dzięki temu Tour de France z każdym rokiem stawało się dla niego coraz łatwiejsze. Po lekcji życia, którą dostał w 1969 roku, przyszedł przyzwoity występ rok później (6. miejsce). W 1971 miało być jeszcze lepiej.

Starszy od niego o dwa lata Merckx był już wówczas prawdziwym dominatorem. Rok po tym, jak w 1969 roku wygrał Wielką Pętlę z przewagą 18 minut nad drugim Pingeonem, różnica między nim a resztą kolarzy znów była dwucyfrowa. W dodatku za nim była wyjątkowo udana pierwsza część sezonu, w czasie której odniósł ponad 20 zwycięstw. Dlatego ciężko było się spodziewać, że seria zostanie przerwana.

A jednak. Wyzwanie Belgowi postawił Luis Ocana. Hiszpan stanął na czele koalicji antymerckxowej, w której znaleźli się także m.in Zoetemelk, Thevenet i… właśnie Van Impe. Merckx był przez tę grupkę nieustannie podgryzany, co poskutkowało tym, że już ósmego dnia rywalizacji, podczas wspinaczki pod Puy de Dome pokazał pierwszą słabość. 

Trzy dni później Ocana postanowił wykorzystać jego słabszą formę i zaatakował już na Cote Laffrey – pierwszym podjeździe długiego górskiego etapu. Van Impe był wówczas jedynym, obok Theveneta zawodnikiem, który zdołał utrzymać jego koło. Hiszpan szybko ich zgubił i kilka godzin później sięgnął po swoje największe zwycięstwo w karierze, przyjeżdżając do mety blisko 9 minut przed Merckxem, ale Van Impe również mógł być z siebie zadowolony. Był jedynym kolarzem, który dojechał do mety między Ocaną, a grupą Merckxa, dzięki czemu wyprzedził słynnego rodaka w klasyfikacji generalnej.

Marzenia koalicji antymerckxowej szybko legły w gruzach. Ocana musiał wycofać się z wyścigu po tym, jak upadł na zjeździe z Col de Mente, natomiast Merckx w drugiej części wyścigu odzyskał dawne siły i ostatecznie wygrał wyścig z dość sporą przewagą. Van Impe do końca toczył walkę o miano najlepszego zawodnika nie licząc “Kanibala”, ale słabszy występ na kończącej wyścig czasówce sprawił, że przegrał ją z Joopem Zoetemelkiem.

Na szczęście, w przeciwieństwie do Holendra, nie zakończył wyścigu z pustymi rękami.  Podczas gdy, jego młodszy o nieco ponad miesiąc rywal nie atakował zbyt często, Van Impe jeździł bardzo aktywnie. Często wyjeżdżał przed główną grupę – szczególnie na górskich premiach. To spowodowało, że zakończył wyścig z czterema miejscami na podium etapowym (choć bez choćby jednego zwycięstwa) i przede wszystkim z koszulką najlepszego górala.

To był dopiero początek jego dominacji w klasyfikacji górskiej najważniejszego wyścigu na świecie. Często atakował na samym początku ciężkich etapów, myśląc tylko o zdobywaniu punktów na premiach, kompletnie nie przejmując się tym, że na mecie straci czas do najlepszych. Po raz ostatni wjechał w trykocie w grochy na Pola Elizejskie w 1983 roku, gdy miał już 36 lat na karku. Dokonał tego wówczas po raz szósty, co oznaczało, że wyrównał rekord idola.

Jednak po odwieszeniu kolarskich butów na kołek przyznał, że… czuje niedosyt. Mówił, że żałuje wcześniejszych lat kariery, gdy skupiał się na walce w “generalce”. Że gdyby nie one, to miałby nie sześć, ale przynajmniej 10 koszulek w grochy. Tyle że nie miałby wtedy kolarskiego Świętego Graala – zwycięstwa w Tour de France.

Wygrana z pomocą dawnego sojusznika

Tak naprawdę Van Impe mógł w pewnym momencie zacząć powoli wątpić w to, że kiedykolwiek uda mu się sięgnąć po najważniejszy kolarski triumf. Jak mogliście przeczytać wcześniej, na początku lat 70. Tour był zdominowany przez Merckxa, który był od Van Impego starszy zaledwie o dwa lata. 

Wydawało się, że swoją jedyną szansę Van Impe zmarnował. Gdy w 1973 roku Merckx nie pojawił się na Tourze, by spróbować sięgnąć po dublet Giro-Vuelta, młodszy z Belgów zawiódł – zajął dopiero 5. miejsce, ze stratą 25 minut do Ocani. A jednak w 1975 roku słynnego Kanibala zdetronizował Bernard Thevenet, co oznaczało koniec pewnej epoki. Rok później Merckx odpuścił start w wyścigu, aby przejść operację. W głowach kolarzy, którzy w myślach pogodzili się z tym, że nigdy nie wygrają Wielkiej Pętli, pojawiła się nowa nadzieja.

Teraz myślałem tylko o jednej rzeczy – o zwycięstwie. Nie interesowało mnie nic innego

– wspominał Van Impe w rozmowie z Wielerverhaal.

Belgowi zależało na zwycięstwie tym bardziej, że piątego dnia rywalizacji peleton miał przejeżdżać przez jego rodzinne Mere. Jednak niewiele brakowało, by w miejscu, w którym przed laty rozpoczęła się jego miłość do kolarstwa, przedwcześnie zakończyła się jego przygoda z wyścigiem.

Tamtego dnia kolarzom doskwierał upał, więc jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, kibice, chcąc ulżyć idolom, polewali ich wodą. Niestety, jeden z fanów przez przypadek wypuścił wiadro z rąk, co spowodowało kraksę, w której ucierpiał Van Impe.

Upadłem na ziemię – poczułem przeszywający ból. Bolało mnie wszystko – twarz, ramiona, uda i kolana. Spanikowałem, bałem się, że to koniec moich marzeń, ale w końcu udało mi się wstać i wszystko wróciło do normy

– mówił w rozmowie z belgijskim portalem, przeprowadzonej 40 lat po tamtym zwycięstwie.

Ostatecznie dojechał do peletonu i zakończył etap na niezłym 12. miejscu. W klasyfikacji generalnej był 16., co oznaczało dość komfortową pozycję do ataku. Za sobą miał większość największych rywali: Zoetemelka, Theveneta, Bertoglio i Battaglina. Co prawda, liderujący Maertens był blisko 4 minuty przed nim, ale wiadomo było, że w górach jego rodak może stracić bardzo dużo czasu.

Te rozpoczęły się 9. dnia wyścigu – za to z wysokiego “C”, od etapu kończącego się na Alpe d’Huez, przed którym znalazło się kilka krótkich wzniesień. Te nie sprawiły większych kłopotów nawet Maertensowi, ale już u podnóża jednego z najsłynniejszych podjazdów na świecie ataki rozpoczęli Van Impe i Zoetemelk. Obaj szybko odjechali od głównej grupy i podczas wspinaczki stoczyli wielką bitwę.

Mój odjazd rozpoczęty w Bourg d’Oisen okazał się skuteczny, na moim kole pozostał jedynie Zoetemelk. Starałem się mu odjechać, ale okazało się to niemożliwe. Nikt w peletonie nie potrafił trzymać koła tak, jak on 

– wspominał.

Ostatecznie ciągłe skoki zgubiły Van Impego – w końcówce przegrał z Holendrem i wjechał na kreskę 3 sekundy po nim. Na szczęście, dzięki wypracowanej wcześniej przewadze, to on przejął od Maertensa koszulkę lidera.

Tyle że Zoetemelk był w znakomitej formie następnego dnia również wygrał. Z dnia na dzień stopniowo zmniejszał stratę do Belga. Na domiar złego 12. etap, z siedmiominutową przewagą wygrał Raymond Delisle. Francuz został nowym liderem, a drugi był Van Impe, którego od Zoetemelka dzieliło już tylko sześć sekund.

Belg odzyskał koszulkę dwa dni później. W wielkim stylu. Na trasie 14. odcinka znajdowały się cztery olbrzymie podjazdy: Mente, Portillon, Peyresourde i Pla d’Adet.
Na pierwszym z nich tempo nadawała jego ekipa – najmocniej, jak zwykle, robił to Rene Dillen.

Gdyby nie on, tamten wyścig byłby dla mnie katastrofą

– przyznawał po latach.

Szefowie Gitane-Campagnolo – ekipy Belga, planowali, że podobnie będzie na Portillon, tylko że tam na atak zdecydował się Luis Ocana, który właśnie przeżywał swój ostatni wielki dzień. Cyrille Guimard – dyrektor sportowy Gitane postanowił zmienić plan. Kazał Van Impemu ruszyć za Hiszpanem. Jego podopieczny nie chciał go słuchać. Uznał ten pomysł za szalony, ale Francuz, który później poprowadził do sukcesów m.in Bernarda Hinaulta zagroził mu, że jeśli nie posłucha, za chwilę znajdzie się pod samochodem technicznym ekipy.

Nic dziwnego, że ten do bólu logicznie skonstruowany argument przekonał Van Impego. Szybko oderwał się od grupy, ale zanim zdążył dojechać do Ocani, rozpoczął się zjazd. Dogonił triumfatora Touru sprzed trzech lat dopiero na Peyresourde. 

Hiszpan mógł się spodziewać, że tego dnia nie wygra już etapu. W klasyfikacji generalnej jego akcje również nie stały zbyt wysoko. Jednak dopóki starczyło mu sił, robił wszystko, by wspomóc Belga. Miał żal do Zoetemelka, który w 1971 roku nie był chętny do współpracy wraz z resztą koalicji antymerckxowej – ciągle woził się na kołach należących do niej kolarzy, a później skończył wyścig najwyżej spośród nich. Dlatego teraz Ocana chciał, by Van Impe odebrał mu nadzieję na pierwsze zwycięstwo w Wielkiej Pętli.

Ocana został z tyłu dopiero na Pla d’Adet, kilka kilometrów przed szczytem. Jednak był już kompletnie wyczerpany, dlatego linię mety przekroczył dopiero 3 minuty i 50 sekund za Van Impem. Zajął 4. miejsce – po raz ostatni zameldował się w pierwszej “10” etapu Tour de France. Zoetemelkowi pokonanie trasy zajęło tylko 38 sekund mniej niż Hiszpanowi. Delisle już się nie liczył – stracił kilkanaście minut. To wszystko oznaczało, że Van Impe jest nowym liderem, z olbrzymią przewagą nad pozostałymi.

Wiedziałem, że mam 95 procent szans na zwycięstwo

– wspominał.

Tylko tragedia mogła odebrać mu zwycięstwo – ale nic takiego się nie wydarzyło. Na kolejnych etapach tylko powiększał swoją przewagę, dzięki czemu na Pola Elizejskie wjechał jako zwycięzca – drugi Zoetemelk stracił do niego blisko cztery i pół minuty. Niewiele brakowało, by został także najlepszym góralem tego wyścigu, ale ostatecznie przegrał z Giancarlo Balleinim o dokładnie jeden punkt. 

To jednak nie mogło popsuć nastrojów belgijskich kibiców – po roku przerwy żółta koszulka wróciła do Belgii, nawet pomimo nieobecności Merckxa.

“Dzień, w którym przegrałem Tour”

W kolejnym sezonie Lucien Van Impe również prawie do końca walczył o zwycięstwo. Przed 17. etapem kończącym się pod Alpe d’Huez miał zaledwie 33 sekundy straty do prowadzącego Bernarda Theveneta. Tym razem udało mu się zerwać Zoetemelka i pozostałych faworytów do zwycięstwa w całym wyścigu jeszcze przed słynną górą. 

Był daleko przed nimi i coraz bardziej prawdopodobne stawało się to, że po etapie znów będzie właścicielem żółtej koszulki. Niestety, tuż przed finałowym podjazdem Belgowi się we znaki zaczął dawać mocny wiatr. Stopniowo tracił przewagę nad Thevenetem, Zoetemelkiem i resztą, ale wciąż walczył i miał nadzieję na przejęcie koszulki lidera.

W pewnym momencie wyprzedzać go zaczął wóz transmisyjny. Błąd kierowcy sprawił, że potrącił on Van Impego. Ten wprawdzie szybko wstał i zaczął pedałować, ale zderzenie wybiło go z rytmu. Szybko dogoniła go grupka faworytów, a gdy Hennie Kuiper rozpoczął swój atak, Belg musiał podjechać do samochodu, by wymienić koło. Ostatecznie do mety dojechał dwie minuty za Holendrem, a do Theveneta stracił sporo ponad minutę.

Kolizja z samochodem wstrząsnęła nim tak mocno, że 40 lat po niej napisał książkę “De dag dat ik de tour verloor” (“Dzień, w którym przegrałem Tour”- niestety dostępna tylko w języku niderlandzkim). Na kolejnych etapach próbował co prawda jeszcze wygrać Wielką Pętlę, ale już bez wiary i ostatecznie zajął 3. miejsce w klasyfikacji generalnej.

Od tamtej pory już żaden Belg nie zbliżył się do zwycięstwa w Tour de France (w 1981 roku Van Impe był drugi, ale do Bernarda Hinault stracił aż 14 minut). Kraj z którego pochodzi największa liczba zagranicznych zwycięzców Wielkiej Pętli od 1976 czeka na swój 19. triumf i raczej nie zanosi się na to, by w najbliższym czasie coś się w tej kwestii zmieniło.

Źródła: Bike Race Info; Wielerverhaal; Daniel Friebe, Eddy Merckx. Kanibal, przeł. Maria Smulewska, Kraków 2013; Wesportfr.com, Radio2; Lucien Van Impe, Filip Osselaer, Lucien: Hoe ik als laatste Belg de Tour won, Belgium 2016