CAMPIONI DELLO SPORT 1969/70-n.187-ZANDEGU (ITA)-CICLISMO

2 kwietnia 1967 to z pewnością nie był najpiękniejszy dzień w dziejach świata. Na zasnutym chmurami niebie tylko momentami było widać słońce. Na kolarzy jadących w 51. edycji Ronde van Vlaanderen oraz kibiców stojących przy trasie co chwila spadały kolejne krople deszczu. Ta sytuacja utrzymywała się również po zakończeniu wyścigu. Mimo to podczas dekoracji Dino Zandegu zaczął bez cienia sarkazmu śpiewać “O sole mio!” (“O słońce moje”). Mimo wszystko Włoch miał ku temu powody – właśnie osiągnął największy sukces w karierze.

Raczej nie spodziewał się go, gdy jako młody chłopak pomagał swoim rodzicom w piekarni. Robił to z całym licznym rodzeństwem – miał aż ośmiu braci i sześć sióstr. W jednym z wywiadów wspominał, że o czwartej po południu wszyscy zbierali się, aby zrobić z czerstwego chleba, którego nie udało się sprzedać, Panzanellę – sałatkę składającą się z pieczywa i warzyw.

Mimo to nikt nie planował, że Dino również zostanie piekarzem. Wręcz przeciwnie, jego rodzinie bardzo zależało na tym, by zrobił kolarską karierę, ponieważ wierzyli, że rower może być dla niego przepustką do lepszego życia. Aby mieć pewność, że na zawodach da z siebie wszystko stosowali dość specyficzne techniki motywacyjne.

Gdy wygrywałem wyścig jako amator, wracałem do domu i mówiłem o tym mamie i siostrom, a wtedy w nagrodę dostawałem szklankę caffe latte i piętkę chleba prosto z pieca. Jeśli nie wygrałem, mama udawała, że zapomniała ugotować obiad i nic się z tym nie da zrobić. Nawet moje siostry były na mnie złe! Jeśli zaprzyjaźniłem się choć trochę z jakąś dziewczyną, bardzo im się to nie podobało! Kazały mi zawsze iść do niej i powiedzieć, że muszę skupić się na wyścigach

– wspominał w rozmowie z Danielem Friebe – autorem książki “Eddy Merckx. Kanibal”

Być może dzięki tym niecodziennym zabiegom swojej rodziny, a może po prostu z powodu olbrzymiego talentu Włoch dość szybko piął się w hierarchii amatorskiego peletonu. Wyspecjalizował się w sprincie, do czego predestynowała go masywna budowa ciała i ponadprzeciętna szybkość. To dzięki tym cechom w lipcu 1963 roku mógł cieszyć się z kilku miejsc w czołówce etapów Tour de l’Avenir, a dwa miesiące później został wraz z Mario Maino, Pasquale Fabbrim i Danilo Grassi został wicemistrzem świata w jeździe drużynowej na czas.

Dzięki tym sukcesom otrzymał kilka ofert od zespołów zawodowych. Ostatecznie wybrał Cynar – włoski zespół sponsorowany przez tamtejszego producenta likieru, który został założony kilka miesięcy wcześniej. Pomimo krótkiej historii ekipa miała olbrzymie aspiracje – już w swoim pierwszym sezonie zakontraktowała Ercolo Baldiniego – zwycięzcę Giro z 1958 roku, który najlepsze lata miał już co prawda za sobą, ale zdążył dać zespołowi trochę radości, zanim odszedł do rozpoczynającego budowę swojej potęgi Salvarani.

Tyle że jego odejście wcale nie oznaczało, że producent likierów składa broń, wręcz przeciwnie – poza Zandegu zespół wzmocnili także jego piekielnie zdolny rówieśnik – Franco Balmamion, który wygrał dwie ostatnie edycje Giro d’Italia, a także nieco bardziej od nich doświadczony 29-letni Diego Ronchini – specjalista od klasyków (wygrywał między innymi Il Lombardia i Giro dell’Emilia), który od czasu do czasu potrafił zająć wysokie miejsce w klasyfikacji generalnej Giro

Niestety ekipa nie osiągnęła spodziewanych wielkich sukcesów. Miewała dobre momenty, jak drugie miejsce Balmamiona w Tour de Suisse czy zwycięstwo Rolfa Maurera na etapie Giro d’Italia, tyle że znacznie więcej było rozczarowań, jak dopiero 8. miejsce Balmamiona w klasyfikacji generalnej największego włoskiego wyścigu.

Sam Zandegu również przeżywał ciężkie chwile – na jednym z etapów zmarzł tak, że rozważał nawet zakończenie swojej przygody z kolarstwem, jednak jakoś udało mu się pozbierać. Na 11. etapie zajął 2. miejsce, a 12 dni później mógł się cieszyć z ukończenia swojego pierwszego wielkiego touru.

W kolejnych miesiącach zaliczył jeszcze kilka solidnych występów, a później odszedł do Bianchi – włoskiej drużyny, w której najlepsze chwile swojej kariery spędził sam Fausto Coppi. Zandegu oczywiście nie był w stanie dorównać słynnemu rodakowi, ale i dla niego dwa lata w legendarnej, acz nieszczególnie mocnej w tamtym czasie ekipie były całkiem udane.

W pierwszym roku startów w niej sięgnął po swoje pierwsze profesjonalne zwycięstwo – w jednodniowym wyścigu Giro della Romagna, a już w ciągu następnych 12 miesięcy doszły do tego kolejne, cenniejsze. Najpierw wygrał klasyfikację generalną Tirreno-Adriatico, a później dołożył do tego dwa zwycięstwa etapowe w Giro d’Italia.

“O słońce moje” w deszczowej pogodzie

Dzięki temu Zandegu zasłużył sobie na kolejny sportowy awans. W 1967 roku trafił do Salvarani, które choć było obecne w peletonie od zaledwie kilku lat, to zdążyło sobie już wyrobić bardzo solidną renomę. W poprzednich sezonach regularnie wygrywali etapy wielkich tourów i największe wyścigi jednodniowe. W najlepszym dla nich sezonie 1965 ich kolarze – Vittorio Adorni i Felice Gimondi zajmowali pierwsze miejsce w klasyfikacjach generalnych odpowiednio Giro d’Italia i Tour de France (przy czym Gimondi był najmłodszym zawodnikiem, któremu udała się ta sztuka w powojennej historii kolarstwa).

Włoch podpisał więc kontrakt z potęgą – potęgą, która wcale nie zamierzała zwijać żagli – wręcz przeciwnie – zależało jej na ciągłym rozwoju. Dlatego gdy Adorni postanowił odejść do Salamini-Luxor, grupa zastąpiła go młodszym i bardziej perspektywicznym Italo Ziliolim, który mimo zaledwie 26 lat na karku już miał za sobą trzy drugie miejsca w klasyfikacji generalnej Wyścigu Dookoła Włoch.

W Zandegu, który zdążył już sobie wyrobić na Półwyspie Apenińskim całkiem niezłą markę, również pokładano dość spore nadzieje, a on odwdzięczył się świetnym początkiem sezonu. Pierwsze zwycięstwo w nowych barwach zaliczył już w swoim debiutanckim wyścigu – Busto Arsizio, a kolejne dołożył miesiąc później w Giro di Campania, gdzie na pokonanym polu zostawił m.in Rudiego Altiga i… Adorniego.

Później przyszły kolejne udane występy w znacznie bardziej renomowanych wyścigach – najpierw w Tirreno-Adriatico, gdzie co prawda nie udało mu się obronić tytułu sprzed roku, ale wygrał jeden z etapów, a później w Mediolan-San Remo, które skończył na wysokim, szóstym miejscu.

Mimo wszystko przed Ronde van Vlaanderen nie był wymieniany w gronie głównych faworytów. Wszystko dlatego że wyścig aż roił się od gwiazd. Na liście startowej znalazło się oczywiście miejsce dla dość niespodziewanego zwycięzcy sprzed roku – Warda Selsa, ale też choćby dla dwóch innych, zdecydowanie wybijających się ponad przeciętność Belgów – powoli schodzącego ze sceny, ale wciąż bardzo mocnego Rika Van Looya, a także Eddy’ego Merckxa, który dwa lata wcześniej uciekł spod jego protekcji z Solo-Superii, by teraz w barwach Peugeota wreszcie prezentować pełnię swoich możliwości w klasykach. Tamtej wiosny wygrał już dwa ważne klasyki: Mediolan-San Remo i Gandawa-Wevelgem.

Zandegu nie był nawet liderem swojej ekipy. Wyżej stały akcje Gimondiego. Wprawdzie Włoch znany był głównie ze świetnych występów w wielkich tourach, ale lubował się także w klasykach, co pokazał wygrywając rok wcześniej Giro di Lombardia i znacznie bardziej zbliżone profilem do “Flandryjskiej Piękności” Paryż-Roubaix.

Na szczęście obaj kolarze Salvarani czuli się bardzo dobrze. Nie przeszkadzał im ciągle spadający z góry deszcz, który sprawiał, że jazda po bruku była jeszcze bardziej niebezpieczna niż zwykle. W pewnym momencie obaj zaatakowali i pojechał za nimi jedynie Merckx. Trójka szybko dołączyła do atakujących wcześniej Barry’ego Hobana, Willy’ego Monty’ego i Noela Forego.

Szóstka zgodnie pracowała ze sobą, aż w końcu na Mont Grammont zaatakował Zandegu. Gimondi z wiadomych względów odpuścił atak, Merckx go nieopatrznie przegapił, a Monty i Hoban byli już zbyt zmęczeni ucieczką by odpowiednio zareagować, więc za Włochem pogonił jedynie Fore.

Doszło do sytuacji, którą znamy również z dzisiejszych wyścigów – choć goniący mieli przewagę liczebną, to ich strata nie malała, a momentami wręcz rosła, ponieważ nie byli w stanie stworzyć zorganizowanej pogoni. Merckxowi z jednej strony bardzo zależało na dogonieniu Zandegu, ale do tego, by włożyć wszystkie swoje siły w gonitwę zniechęcała go bierna postawa Gimondiego, który przecież nie mógł gonić kolegi z zespołu, a później na finiszu z łatwością ograłby zmęczonego pogonią Belga.

Tak więc w walce o zwycięstwo została już tylko dwójka. Jednak tak naprawdę Fore nie stanowił już dla niego żadnego zagrożenia. Był zbyt wyczerpany wcześniejszą ucieczką i samo utrzymanie koła Zandegu stanowiło dla niego niemałe osiągnięcie. Dlatego nie powinno dziwić to, że właśnie Włoch wjechał na metę jako pierwszy, a po przekroczeniu kreski wyciągnął w górę swoje brązowe od błota ręce.

Merckx, Gimondi i ich umierający ze zmęczenia towarzysze przekroczyli linię mety 13 sekund później. Po wszystkim jak zwykle miała miejsce dekoracja. Gdy włoscy emigranci zobaczyli swojego rodaka na pierwszym stopniu podium, zaczęli zachęcać go, by zaśpiewał, a on posłuchał ich prośby i uraczył ich swoim pięknym barytonem.

Wyobrażacie sobie Grega Van Avermaeta śpiewającego na podium Wyścigu Dookoła Flandrii jedną z kultowych belgijskich piosenek? Pewnie nie – ciężko sobie wyobrazić, aby pod sceną był ktoś, kto nie byłby zszokowany takim zachowaniem Belga.

Ale wtedy, w Meerbeke duża część publiczności zgromadzonej pod podium w ogóle nie była zaskoczona tą spontaniczną arią. Wszystko dlatego, że Włocha nie bez przyczyny nazywano śpiewającym sprinterem. Śpiewał praktycznie po każdym swoim zwycięstwie, a czasem nawet częstował swoim śpiewem kibiców i pozostałych kolarzy jeszcze w czasie jazdy – zazwyczaj podczas nudnych etapów, gdzie atmosfera była luźniejsza niż zazwyczaj albo gdy któryś z kolarzy obchodził urodziny w czasie wyścigu – wtedy śpiewał mu włoską wersję “Sto lat”. Jednak ranga Ronde van Vlaanderen sprawiła, że akurat ta aria przeszła do legendy i to właśnie z nią kojarzony jest Zandegu.

Jak wkurzyć “Kanibala”?

Kolejne wyścigi wiązały się z kolejnymi sukcesami Zandegu. Już miesiąc później miał kilka kolejnych okazji by zaśpiewać. Podobnie jak rok wcześniej wygrał dwa etapy Giro d’Italia, a dzięki kilku innym dobrym miejscom na końcu wyścigu mógł się cieszyć także z wygrania klasyfikacji punktowej. Kilkadziesiąt dni później wygrał także Trofeo Matteotti i w ten sposób dołożył ostatnią cegiełkę do najlepszego sezonu w swojej karierze.

Wprawdzie kolejne lata również były dla niego całkiem udane, ale już nie osiągał równie spektakularnych sukcesów – ot kolejne wygrane klasyki, niezłe występy na etapach Tour de France i kolejne pojedyncze zwycięstwa na odcinkach Giro. Jednym z ciekawszych wydarzeń z drugiej części jego kariery był występ w sierpniowym wyścigu w Modiglianie z 1971 roku. Mimo że było to zwykłe kryterium, to części kolarzy bardzo zależało na zwycięstwie, ponieważ do wygrania była złota kura warta mnóstwo pieniędzy.

Jednym z tych kolarzy był Merckx, wtedy już nie młody talent, a człowiek, który zdominował światowe kolarstwo. Na ostatnim z podjazdów Belg mocno zaatakował i jedynie Włoch był w stanie utrzymać mu koła. W końcu odpuścił i został nieco z tyłu, ale po zjeździe znów znalazł się tuż za plecami Merckxa. Przez ostatnich kilka kilometrów w ogóle nie dawał mu zmian, co rozwścieczyło zawodnika Molteni, który groził 31-latkowi, że jeśli ten na mecie wyjdzie mu z koła, to dojdzie do rękoczynów. Ale on nie posłuchał młodszego kolegi, mocno zafiniszował i pozbawił go kolejnego zwycięstwa do bardzo już bogatej kolekcji, po czym… schował się w domu staruszki mieszkającej nieopodal mety.

Oczywiście tej opowieści nie należy zbytnio brać na poważnie, ponieważ jest jedną z wielu anegdot, które Włoch opowiedział na długo po karierze zakończonej rok po tamtym zwycięstwie i, jak chętnie przyznaje, tylko 95 procent tego co mówi jest prawdą (jeśli opowiada coś wieczorem, to wtedy prawdopodobieństwo usłyszenia prawdziwej opowieści spada do 90 procent). Jednak niezależnie od tego, co ostatecznie wydarzyło się w Mediglianie, trzeba przyznać, że Włoch był jedną z najbarwniejszych postaci w XX-wiecznym peletonie.

Bibliografia:

Daniel Friebe, Eddy Merckx. Kanibal, przeł. Maria Smulewska, Kraków 2013