fot. Les Amis de Paris-Roubaix/twitter

Na liście zwycięzców Paryż-Roubaix można znaleźć wiele bardzo dużych nazwisk. Znajdują się na niej m.in Fausto Coppi, Louison Bobet, Felice Gimondi czy Eddy Merckx. Przez długi czas praktycznie każdy spośród najwybitniejszych wielkotourowych kolarzy w historii, miał w swoim dorobku także zwycięstwo w tym wyścigu. Tyle że postępująca w kolarstwie specjalizacja sprawiła, że coraz trudniej było pogodzić dwa najważniejsze francuskie wyścigi. Ostatnim kolarzem, któremu się to udało był Bernard Hinault, a dziś od jego triumfu mija dokładnie 39 lat.

Na początku lat 70. ubiegłego wieku światowym peletonem rządził niepodzielnie Eddy Merckx. Jego dominacja osiągała nieznaną wcześniej skalę. Wygrywał w hurtowych ilościach każdy rodzaj wyścigów – od klasyków przez wyścigi tygodniowe aż po wielkie toury. W przeciwieństwie do poprzednich gwiazd kolarstwa nie ustalał sobie jednego czy dwóch głównych celów na sezon – chciał zakończyć ze zwycięstwem praktycznie każdy wyścig, w którym startował.

I być może z tego powodu dość szybko się wypalił – swoje ostatnie duże zwycięstwo odniósł w wieku 31 lat, a już rok później zakończył karierę. Rozpoczęło się wielkie kolarskie bezkrólewie – podobne do tego, które zapanowało w 1965 roku kilka miesięcy po ostatnim zwycięstwie Jacquesa Anquetila w Tour de France. Po Francuzie Wielką Pętlę wygrywali kolejno Felice Gimondi, Lucien Aimar, Roger Pingeon i Jan Janssen, po erze Merckxa w żółtej koszulce do Pól Elizejskich docierali dwa razy Bernard Thevenet i raz, pomiędzy triumfami Francuza – Lucien Van Impe. Aż w końcu rozpoczęła się kolejna era – Bernarda Hinault.

Walczący z brukami

Hinault był nie tylko wielkim kolarzem, ale także wielką osobowością. Obie te cechy pokazał już podczas swojego debiutu w Tour de France. Miał wtedy zaledwie 23 lata i nie tylko wygrał wyścig jako najmłodszy obok Anquetila Francuz w historii wyścigu, ale też po raz pierwszy pokazał, jak wielką charyzmą dysponuje.

Gdy organizatorzy zadecydowali, że 12. dnia rywalizacji kolarze przejadą dwa etapy, peleton postanowił zaprotestować – pierwszy odcinek przejechał w ślimaczym tempie, a tuż przed metą zawodnicy zeszli z rowerów i ostatnie metry pokonali pieszo, co nie spodobało się kibicom. Choć w tamtej edycji Wielkiej Pętli jak zwykle wzięło udział wielu doświadczonych kolarzy m.in Thevenet i Van Impe, dla którego był to już 10. start w Tour de France, to liderem buntowników został młodziutki Hinault.

Co prawda, tamto zachowanie bardzo nie spodobało się kibicom, ale złość przeszła im, gdy 23-latek sięgnął po pierwsze od 11 lat francuskie zwycięstwo w swoim narodowym wyścigu. Tamten triumf dał mu też jeszcze większe pokłady pewności siebie, które wykorzystywał podczas kolejnych zawodów.

Był z niego gość. Nazywali go “patron”, zwłaszcza w Tour de France zasługiwał na to miano. Gdy na przykład czekały nas dwa etapy górskie i jeden po płaskim terenie, Hinault wyjeżdżał przed wszystkich i mówił: “Dobra, dzisiaj pierwsze 100 kilometrów jedziemy powoli. Nikt nie atakuje.” Jeśli ktoś wtedy zaatakował, zbierał potem spory opieprz. Widziałem to na własne oczy. Hinault znajdował delikwenta i mówił mu: “Jeszcze jeden taki numer i w życiu nie wygrasz już żadnego wyścigu

– mówiła inna gwiazda tamtych czasów – Sean Kelly w rozmowie z Richardem Moore – autorem książki “Tour de France. Etapy, które przeszły do historii”.

Hinault wykorzystywał swoją pozycję, aby temperować częste w tamtym czasie zapędy organizatorów Tour de France do przeprowadzania etapów prowadzących po bruku. To głównie z jego inicjatywy w 1980 roku z 6. etapu prowadzącego z Lille do Compiegne wycięto najtrudniejszy brukowany odcinek, a dzień wcześniej, przed innym etapem zawierającym słynne paves ustalił z rywalami, że tego dnia nie będzie żadnej rywalizacji.

Nietrudno więc zgadnąć, jakie było jego podejście do Paryż-Roubaix. Nienawidził tego wyścigu. Uważał, że start w nim nie jest najrozsądniejszym pomysłem, jeśli myśli się o zwycięstwie w Tour de France. Wszystko dlatego, że w przypadku odniesienia w nim groźnej kontuzji, a o taką tam przecież nietrudno, może się okazać, że start w Tour de France przejdzie koło nosa. Poza tym uważał, że zarówno “Piekło Północy”, jak i Ronde van Vlaanderen niewiele mają wspólnego z prawdziwymi klasykami.

Trudna gonitwa za ideałem

Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji “Borsuk” za wszelką cenę będzie starał się unikać najsłynniejszego z brukowanych wyścigów. Tyle że wcale tak nie było. Starty w nim rozpoczął już w 1976 roku – dwa lata przed debiutem na Vuelcie i Tour de France. Oczywiście, nie należał do głównych faworytów wyścigu. Miał już na swoim koncie wiele zwycięstw we francuskich imprezach, ale głównie w tych mniejszych, takich jak Tour d’Indre-et-Loire, Circuit Cycliste Sarthe – Pays de la Loire czy Paris-Camembert.

Pokonał tam całkiem niezłych kolarzy, m.in naszych rodaków – Ryszarda Szurkowskiego i Stanisława Szozdę. Tyle że w “Piekle Północy” brała udział większość gwiazd zawodowego peletonu. Wśród nich byli tacy kolarze jak: doświadczony Eddy Merckx, który choć już schodził powoli z kolarskiej sceny, to tej wiosny wygrał Mediolan-San Remo, jego wielki rywal – Roger De Vlaeminck, a także wschodząca gwiazda peletonu – Francesco Moser, 24-latek, który zeszłej jesieni na Wyścigu Dookoła Lombardii odniósł swoje pierwsze wielkie zwycięstwo. 

Na ich tle doświadczenie Hinaulta wyglądało bardzo ubogo, a to przecież właśnie ono często odgrywa główną rolę w tym wyścigu. W dodatku był znacznie słabiej zbudowany niż wszyscy trzej wymienieni. Mierzył zaledwie 1,72 metra, co może i w górach stanowiło jego atut, ale na bruku było sporą wadą. 

Dlatego nic dziwnego, że Francuz ukończył wyścig na odległej pozycji, grubo ponad pół godziny za zwycięzcą – Markiem Demeyerem. Podobnie było rok później, jednak niepowodzenia w wyścigu i niezbyt odpowiadający mu profil trasy, nie zrażały go. Czym było to spowodowane? Być może wpływ na to miał Merckx.

Francuz nigdy nie ukrywał swojego podziwu dla Belga. Jednocześnie już po pierwszym przejechanym wspólnie z nim wyścigu – Paryż-Nicea w 1975 roku, gdy miał zaledwie 20 lat, oświadczył:

On ma głowę, dwie ręce, dwie nogi, zupełnie tak jak ja.

Hinault wierzył, że stać go na osiąganie podobnych wyników do poprzednika, a ten walczył przecież na wszystkich frontach – także w Paryż-Roubaix, gdzie wygrywał aż trzykrotnie. Przełamanie Francuza nadeszło dopiero kilka miesięcy po tym, jak słynny Belg postanowił, że nie zrealizuje świeżo podpisanej umowy z C&A i w wieku zaledwie 32 lat zakończył swoją wspaniałą karierę.

I nie chodzi tylko o wspomniane wcześniej zwycięstwo w Wielkiej Pętli. Hinault osiągnął także swoje pierwsze niezłe wyniki w najważniejszych brukowanych klasykach. Najpierw w Ronde van Vlaanderen skorzystał z nieco spokojniejszego niż zazwyczaj tempa i długo trzymał się w około 30-osobowym peletoniku, który podzielił się dopiero po ataku trójki Godefroot-Pollentier-Braun. Odjazdu nie udało się skasować i grupka, w której jechał Hinault dojechała do mety 50 sekund za Godefrootem. Ten odniósł swoje ostatnie wielkie zwycięstwo w karierze, a sam Francuz musiał się zadowolić 11. lokatą.

To dobrze wróżyło przed “Piekłem Północy” i rzeczywiście również tam poszło mu całkiem nieźle. Oczywiście wciąż nie mógł, podobnie jak reszta zawodników, rywalizować ze świetnie dysponowanym Moserem, który odniósł jeden ze swoich najbardziej efektownych triumfów. Włoch dość wcześnie zaatakował, aby przekroczyć metę na welodromie w Roubaix ponad półtorej minuty przed przybyciem drugiego kolarza. Wprawdzie strata Hinaulta była zdecydowanie większa, ale i tak dała mu 13. miejsce, które było całkiem niezłym prognostykiem na przyszłość.

Francuz radził sobie w słynnym wyścigu coraz lepiej. Rok później był 11., a już w 1980 jechał na wyścig z myślą o tym, że czas odegrać w nim jedną z głównych ról. Miał już 25 lat na karku i spore obycie z brukami. Spotykał się z nimi nie tylko w “Piekle Północy” i na De Ronde, ale też podczas brukowanych etapów Tour de France, gdzie potrafił sobie radzić całkiem nieźle. Co prawda, kilka miesięcy wcześniej stracił przez jeden z nich żółtą koszulkę na rzecz Joopa Zoetemelka, ale powodem był zwykły pech – na jednym z sektorów Francuzowi pękła dętka.

Niestety, jeśli liczył na zwycięstwo, to jego nadzieje szybko niemal prysły jak bańka mydlana. Nie udało mu się pojechać za bardzo groźnym odjazdem złożonym z Mosera, który wygrywał dwie poprzednie edycje wyścigu, a także zwycięzcy rozegranego kilka tygodni wcześniej Paryż-Nicea – Gilberta Duclos-Lesallego, Dietricha Thurau i Rogera de Vlaemincka. Na szczęście Francuz mógł liczyć na pomoc kolegów z Renault, którzy rozpoczęli zaciekłą pogoń za czteroosobowym odjazdem. 

Główna grupa została bardzo mocno okrojona, ale uciekinierzy okazali się zbyt mocni. Wszyscy, z wyjątkiem De Vlaemincka, który zaliczył upadek i musiał wycofać się z wyścigu, wjechali na metę przed Hinaultem i spółką. Wygrał oczywiście Moser, który w pewnym momencie zdecydował się oderwać od swoich towarzyszy i na metę wjechał blisko dwie minuty przed drugim Duclos-Lesalle. Jednak Borsuk mógł być z siebie zadowolony. Pięć minut później pokonał na finiszu resztę pogoni i zajął 4. pozycję.

Borsuk dopada zwierzynę

Kilka miesięcy później znów odniósł sukces. Nawet mimo tego, że jego apele przed wspomnianym wcześniej brukowanym etapem z Liege do Lille na nic się zdały. Kolarze co prawda zaakceptowali jego propozycję o zawieszeniu broni, ale Jan Raas złamał pakt i rozpoczął odjazd, a to sprawiło, że rozpoczęła się prawdziwa batalia o zwycięstwo. Najlepiej wyszedł na niej Borsuk, który na finiszu pokonał Henniego Kuipera, a nad najgroźniejszym w klasyfikacji generalnej Zoetemelkiem nadrobił dwie minuty.

Jakże charakterystyczne dla tej trudnej relacji Hinaulta z brukami było to, że choć odniósł bardzo duży sukces, to na dłuższą metę etap okazał się jego przekleństwem. Trudności, które musiał pokonać spowodowały, że mocno ucierpiało jego kolano, którego stan był z dnia na dzień coraz gorszy. W nocy przed 13. etapem prowadzącym do Pau Borsuk, który dwa dni wcześniej przejął koszulkę, musiał wycofać się z wyścigu. Tym samym stracił szansę na trzeci z rzędu triumf w Wielkiej Pętli.

Mimo wszystko sukces Francuza w Lille pokazał, że jego wcześniejszy bardzo dobry wynik w Paryż-Roubaix nie był przypadkowy. Dlatego w 1981 roku nie przystępował do “Piekła Północy” z nadzieją na po prostu dobry wynik. On był jednym z głównych faworytów. Wprawdzie w wyścigu miał wziąć udział choćby zwycięzca ostatnich trzech edycji –  Moser, którego zabrakło we Francji, gdyż wybrał start w Giro d’Italia, ale po tym, co Borsuk pokazał w Wielkiej Pętli, wiadomo było, że tanio skóry nie sprzeda.

I nie sprzedał, nawet mimo tego, że powtórzyła się sytuacja z Tour de France i deszcz znów lał się strumieniami, a on przecież nie chciał odnieść jakiejś głupiej kontuzji, która wykluczyłaby go z kolejnego startu w Wielkiej Pętli. Musiał więc uważać, ale jednocześnie bardzo zależało mu na dobrym występie. Jak mówił później: “Mistrz świata powinien szanować swój tytuł”, a tak się składa, że w sierpniu, w Sellanches sięgnął po swoje jedyne zwycięstwo w mistrzostwach świata.

Nie było jednak łatwo. Może i Francuz szanował swój tytuł, ale raczej nie przejmował się stanem swojej tęczowej koszulki. Była cała brudna od błota i dość mocno potargana, ponieważ już w początkowej fazie wyścigu Francuz aż sześciokrotnie leżał na ziemi. Na szczęście za każdym razem mógł liczyć na pomoc kolegów z ekipy, dzięki którym na kilkadziesiąt kilometrów przed metą udało mu się znaleźć w czołowej sześcioosobowej grupce, w której skład wchodzili m.in Hennie Kuiper, De Vlaeminck i Moser.

Niestety, na 13 kilometrów przed metą pod koła wskoczył mu mały czarny pies, co sprawiło, że Francuz upadł po raz siódmy. Szczęśliwie znów nic mu się nie stało, szybko się podniósł i ruszył we wściekłą pogoń za rywalami. O dziwo, dogonił ich już po około pięciu kilometrach.

Po chwili szóstka znalazła się na welodromie w Roubaix, a Hinault po raz kolejny włączył piąty bieg. Na początku ostatniego okrążenia rozpoczął długi finisz. Żaden z rywali nie był w stanie wyjść mu z koła, a Francuz mógł się cieszyć ze zwycięstwa i powoli przygotowywać się do świętowania sukcesu. Zanim jednak do tego świętowania doszło, musiał stawić się na krótkie rozmowy z dziennikarzami. Jeden z nich zapytał go, o czym myślał podczas jazdy. Odpowiedź 26-latka była prosta.

Myślałem sobie, że Paryż-Roubaix to kawał gówna

– odparł.

A jednak rok później znów wrócił, choć tym razem odbyło się bez fajerwerków – stracił 37 sekund i zajął 9. lokatę. Być może kolejne występy byłyby bardziej okazałe. Wciąż nie był starym kolarzem, a za sobą miał olbrzymi bagaż doświadczeń na bruku. Tyle że postanowił powiedzieć wyścigowi “adieu”.

Wszystko przez konflikt z Felixem Levitanem. Poszło o Tour of America – jeden z pierwszych wyścigów rozgrywanych poza Europą, który powstał w 1983 roku z inicjatywy ówczesnego organizatora Tour de France i Paryż-Roubaix. Hinaultowi bardzo zależało na starcie za Atlantykiem.

Chcę być pierwszym Francuzem i pierwszym znanym europejskim kolarzem, który wygra na innym kontynencie

– mówił prasie.

Tyle że był jeden problem – wyścig kolidował terminem z Paryż-Roubaix, więc Levitan, który obawiał się, że nieobecność Borsuka na słynnym klasyku znacznie obniży jego prestiż, zakazał mu startu w Ameryce. To nie była dobra decyzja. Rozwścieczyła Hinaulta, który nie tylko nie wystartował w tamtej edycji “Piekła Północy”, ale w ogóle zaprzestał startów w imprezie. Dlatego, gdy w 1986 roku kończył karierę, jego lista triumfów zawierała m.in pięć zwycięstw w Tour de France, trzy w Giro d’Italia, dwie wygrane Vuelty i zaledwie jedno w Paryż-Roubaix. Choć tych ostatnich z pewnością mogło być więcej.

Bibliografia:

Richard Moore, Tour de France. Etapy, które przeszły do historii, tłum. Bartosz Sałbut, Kraków 2018

Graham Healy, Paris-Roubaix is a bu**shit, “thebikecomesfirst”, 2017 http://www.thebikecomesfirst.com/paris-roubaix-is-bullst-bernard-hinault-after-winning-the-1981-race/ (dostęp 12.04.2020)