fot. Decathlon CMA CGM Team

Podczas niedzielnego Paryż-Roubaix, na 20 kilometrów przed Laskiem Arenberg, z powodu defektu, za peletonem został Tadej Pogačar. Słoweniec po wymianie roweru rzucił się w pogoń, która była zaskakująco skuteczna. Jak opowiada Oliver Naesen, ta nie była w pełni czysta i zgodna z duchem fair play.

O tym, że Paryż-Roubaix to wyścig, który wymaga nie tylko bardzo mocnych nóg, ale i masy szczęścia wiadomo nie od dziś. Liczne kraksy i defekty rokrocznie sprawiają, że część kolarzy traci szansę na dobry wynik, inni zaś mimo przeciwności losu potrafią wrócić do walki o najwyższe cele. W niedzielę pecha mieli przecież zarówno zwycięski Wout van Aert (Team Visma | Lease a Bike), jak i 2. na mecie Tadej Pogačar (UAE Team Emirates – XRG). Ten drugi problemy sprzętowe miał na 120 kilometrów przed metą, ale po chwili chaosu, udało mu się stosunkowo szybko wrócić do peletonu. Kulisy tego, jak do tego doszło, opowiedział teraz jadący za plecami Słoweńca na tym etapie rywalizacji Olivier Naesen (Decathlon CMA CGM Team).

Byłem w drugiej grupie z Yvesem Lampaertem. On był zdenerwowany współpracą, bo tak naprawdę jej nie było. Potem Pogačar miał problem. Powiedziałem mu: „Lampi, Eurosport, France 2… oni nas dociągną”. I dokładnie tak się stało. Motocykle utworzyły szpaler przed naszą grupą. Dzięki temu jechaliśmy o 15 km/h szybciej niż wcześniej, razem z Pogačarem i jego kolegami z drużyny. Potem Pogi sam zmniejszył stratę, ale to, jak ciągnęły nas za sobą motocykle, było niesamowite. Czasami wpływa to na wynik bardziej niż powinno. Kiedy różnice są niewielkie, nawet niewielka zmiana tempa może przesądzić o wszystkim

— opowiadał Oliver Naesen w rozmowie dla Het Laaste Nieuws.

35-latek z Decathlon CMA CGM Team nie gryzł się w język przyznając jasno, iż kolejny raz to motocykle odegrały niemałą rolę w wyścigu. Czy bez nich Tadej Pogačar wróciłby do czołówki? Zapewne tak, aczkolwiek mogłoby to kosztować go, a na pewno jego klubowych kolegów, zdecydowanie więcej sił, a przy tym i potrwałoby to dłużej. Kto wie, może gdyby Słoweniec nie wrócił do peletonu przez Laskiem Arenberg, w którym z kolei defekt miał Mathieu van der Poel (Alpecin-Premier Tech), wyścig ułożyłby się zupełnie inaczej. Jest to jednak tylko gdybanie, a jedyne co nam pozostanie, to ponownie podnoszony głośno temat motocykli mających wpływ na przebieg wyścigów.

Poprzedni artykułAmstel Gold Race 2026: Dlaczego Paul Seixas ominie holenderski wyścig?
Następny artykułMedia: Coraz więcej chętnych do pozyskania Arnauda de Lie
Jakub Jarosz
Niegdyś zapalony biegacz, dziś sędzia siatkówki z Pomorza, przy okazji aktywnie grający w jednej z trójmiejskich drużyn. Fan kolarskich statystyk i egzotycznych wyścigów. Marzeniem związane z tą dyscypliną był wyjazd na Mistrzostwa Świata do Rwandy w 2025 roku. Po jego spełnieniu póki co szukam kolejnego, ale bez wątpienia chciałbym z kolarstwem zwiedzić świat.
guest
4 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
romet
romet

A Wojtek nie miał motocykli i wygrał

Miko
Miko

wojtek pojechał nawet szybciej niż motocykle

Tom
Tom

Też miał, jak każdy z z tej Wielkiej Trójki, chyba Mads Pedersen najmniej korzystał, ale to wynikało z układu wyścigu

Andrzej
Andrzej

Ze względu na wąskie drobi, nie było tam samochodów drużyn kolarzy z defektami, bo by ich dociągali na klapach, na bidonach i nikt by się nie czepiał