fot. Wiki Commons

Maj 1915, Kapral Faber, od kilku miesięcy przebywający na froncie otwiera list od żony. Długo na niego czekał. Jego wybranka od wielu tygodni spodziewała się dziecka. Przez cały czas Faber czuł nadzieję, ale też olbrzymią niepewność – w tamtych czasach nierzadko zdarzało się, że kobieta lub dziecko nie przeżywało porodu. Na szczęście tym razem wszystko poszło zgodnie z oczekiwaniami – Faberowi urodziła się zdrowa córka, a i jego żona miały się dobrze. Luksemburczyk już nie mógł doczekać się powrotu do domu. Zdecydowanie miałby do czego wracać, zwłaszcza, że czekała na niego jeszcze inna miłość – kolarstwo. Miał zaledwie 28 lat i od dłuższego czasu zaliczano go do ścisłej światowej czołówki w tej dyscyplinie sportu.

A wszystko zaczęło się w 1904 roku. Zatrudnił się wtedy w porcie i aby ułatwić sobie dojazd do pracy pożyczył od kolegi rower. Jazda na dwóch kółkach spodobała mu się na tyle, że dwa lata później kupił sobie wyścig wyścigowy i od razu rzucił się na głęboką wodę. Choć nie należał do żadnego zespołu, to wystartował w… Tour de France.

Dziś Faber byłby zdecydowanie najmłodszym uczestnikiem Wielkiej Pętli, wtedy 19-latek na trasie wyścigu wcale nie był ewenementem. Na liście startowej znaleźli się dwaj zawodnicy młodsi od niego – Albert Chartier i zaledwie 16-letni Edouard Chaumard (do dziś najmłodszy uczestnik Tour de France). Natomiast dwa lata wcześniej rówieśnik Luksemburczyka – Henri Cornet wygrał cały wyścig.

Faber nie powtórzył tego wyniku. Zawody okazały się dla niego bardzo trudne. Już pierwszego dnia dojechał do mety w Lille z 25-minutową stratą do zwycięzcy. Wyścig skończył się dla niego 5 dni później. Etap prowadzący do Marsylii ukończył dopiero o 9 rano, co oznaczało, że przekroczył limit czasowy o całe siedem godzin.

Mimo to ciężko powiedzieć, by Luksemburczyk doszczętnie się skompromitował – spośród 75 kolarzy, którzy stanęli na starcie pierwszego etapu zaledwie 1/5 ukończyła wyścig. Poza tym mimo że jego przygoda z Wielką Pętlą nie trwała długo, to na kilku etapach pokazał się z na tyle dobrej strony, że l’Auto – gazeta, która była głównym organizatorem wyścigu pisała o nim:

Ten chłopiec to prawdziwy talent. Musi jedynie nauczyć się specyfiki długich wyścigów.

Dwa miesiące później Faber zajął 13. miejsce w Paris-Tour, dzięki czemu wzbudził jeszcze większe zainteresowanie kolarskiego środowiska. Jedną z osób, które zwróciły na niego uwagę, był Alphonse Bauge – trener zespołu Labor. Na początku 1907 roku ekipa podpisała z nim roczną umowę i z pewnością się nie zawiodła.

Najważniejszym celem zespołu było rzecz jasna Tour de France, ale wcześniej jego kolarze wzięli udział w kilku innych wyścigach. Profesjonalnym debiutem Fabera było Paryż-Roubaix, które wówczas jeszcze nie było “Piekłem Północy” i w zasadzie nie różniło się zbytnio od pozostałych wyścigów. Niezależnie od tego startowała w nim praktycznie cała śmietanka francuskiego kolarstwa, więc ukończenie go na 9. miejscu było sporym osiągnięciem.

Jeszcze lepiej poszło mu w Bordeaux-Paryż i Paryż-Bruksela, gdzie wprawdzie stracił mnóstwo czasu do zwycięzców, ale zajął świetne, 6. miejsce. Dzięki temu mógł mieć nadzieję, że kolejne Tour de France będzie dla niego zdecydowanie lepsze od poprzedniego.

Tamten wyścig rzeczywiście rozpoczął się dla niego wspaniale. Na trzecim etapie był jedynym kolarzem, który podczas historycznej, pierwszej wspinaczki pod Col de Porte utrzymał tempo zdecydowanie najlepszego w pierwszej części wyścigu Emile’a Georgeta. Później, co prawda stracił siły i przyjechał do mety na 3. miejscu, ponad 4 minuty po Francuzie, ale jego dyrektor sportowy był zachwycony i powiedział mu:

Młody, doskonała robota, to prawie jak zwycięstwo

Po tamtym etapie wskoczył na czwarte miejsce, ale nie utrzymał go długo. W kolejnych dniach musiał borykać się z wieloma problemami. Chyba największym z nich było zatrucie pokarmowe, przez które musiał zdecydowanie zbyt często zatrzymywać się w celu wypróżnienia. Poza tym dwukrotnie brał udział w kraksach, co ostatecznie przesądziło o tym, że zakończył wyścig “dopiero” na 7. miejscu.

Na kolarskim szczycie

Aby zwiększyć swoje szanse na jeszcze lepszy występ w kolejnym roku, Faber opuścił Labour na rzecz Peugeota. Niestety, długo wiele wskazywało na to, że nowe barwy przynoszą Luksemburczykowi pecha. Na dwóch pierwszych etapach brał udział w kraksach i kilkukrotnie łapał gumę. Na szczęście wyścig był długi, a w klasyfikacji generalnej liczył się nie czas, a zdobyte punkty, dzięki czemu Faber, pomimo olbrzymich strat nie był jeszcze całkowicie skreślony. 

Dlatego zacisnął zęby i walczył dalej, dzięki czemu wygrał dwa kolejne etapy, co wywindowało go do czołówki “generalki”. Spośród dziesięciu kolejnych odcinków tylko 3 zakończył poza podium. Dzięki temu już dziewiąty dzień rywalizacji rozpoczął jako trzeci kolarz w klasyfikacji ogólnej, a do końca wyścigu zdążył awansować na drugą pozycję. Jego dyspozycja w drugiej części wyścigu była tak dobra, że krótko po niej zwycięzca – Lucien Petit-Breton napisał o nim w swoim felietonie:

Jestem więcej niż pewien, że w przyszłym roku ten człowiek będzie nie do pokonania.

To, że słowa francuskiej legendy kolarstwa warto wziąć sobie do serca pokazał już rozgrywany w listopadzie Wyścig Dookoła Lombardii, gdzie ważący 88 kilogramów Faber (przy wzroście 178 centymetrów) pokonywał podjazdy w niesamowicie elegancki sposób. Ostatecznie dojechał do mety 15 minut przed faworytem gospodarzy – Luigim Ganną i tak wygrał swój pierwszy wielki klasyk.

Mimo że przejście do Peugeota okazało się dla niego dużym przełomem, to po sezonie postanowił zmienić ekipę. Nie on jeden – po tamtym sezonie doszło do exodusu gwiazd francuskiego zespołu. W ostatnim Tour de France jego zawodnicy zajęli cztery pierwsze miejsca i wygrali wszystkie etapy wyścigu. Teraz większość autorów tego sukcesu postanowiła odejść. Petit-Breton zrobił sobie roczną przerwę od kolarstwa, by mieć więcej czasu na pisanie w l’Auto, a Garrigou odszedł do Alcyon-Dunlop.

Faber poszedł w jego ślady, a Peugeot nie mógł pogodzić się ze stratą. Na początku kolejnego roku Leopold Alibert – dyrektor sportowy francuskiej ekipy wystosował list otwarty do l’Auto, w którym krytykował Fabera za naruszenie zasad umowy. Kilka dni później, na łamach tej samej gazety Luksemburczyk odpowiedział mu, że przecież rozstał się z Peugeotem za porozumieniem z kierownictwem zespołu.

Niezależnie od tego, jak rzeczywiście było, Faber, podobnie jak jego kolega z Peugeota, zasilił szeregi Alcyon – zespołu prowadzonego przez jego starego znajomego – Bauge’a, w którym, oprócz Garrigou spotkał m.in swojego przyrodniego brata – Ernesta Paula. Już pierwsze wyścigi w nowych barwach okazały się bardzo udane – wystartował w Mediolan-San Remo, Paryż-Roubaix, Bordeaux-Paryż i Paryż-Bruksela i każdy z tych wyścigów ukończył wysoko. Ten ostatni nawet wygrał, co było doskonałym prognostykiem przed rozpoczynającym się 2 tygodnie później Tour de France.

Dzięki nieobecności Petit-Bretona to on był zdecydowanym kandydatem numer jeden do zwycięstwa – nawet mimo tego, że w wyścigu brał udział dominujący we włoskich wyścigach Luigi Ganna, który dwa miesiące wcześniej wygrał pierwszą edycję Giro d’Italia. Tym razem, w przeciwieństwie do wyścigu sprzed roku, pierwsze dni Faber przejechał bez żadnych większych niedogodności. Na pierwszym etapie zajął 2. miejsce, a już drugi wygrał po samotnym, 200-kilometrowym odjeździe.

Kolejne cztery etapy przyniosły kolejne cztery zwycięstwa. Faber nie miał sobie równych – niezależnie od okoliczności. Wygrał zarówno deszczowy etap z Roubaix do Metz, jak i zimny, rozgrywany przy temperaturze czterech stopni Celsjusza etap z Metz do Belfort. Królował w górach i na płaskim terenie. W zwycięstwie nie przeszkodziło mu nawet pęknięcie łańcucha na trzecim etapie – ostatnie kilka kilometrów pokonał na nogach, a i tak wyprzedził wszystkich rywali. 

Z kolei dwa dni później wiatr wiał tak mocno, że zepchnął Fabera z roweru, a ten spadł wprost pod nogi konia, który po nim przeszedł. Efekt? Luksemburczyk przekroczył linię mety z przewagą “zaledwie” 5 minut nad rywalami. Dzień później znów wygrał, co oznaczało piąte zwycięstwo z rzędu, co do dziś jest rekordem. Po tamtym odcinku miał aż 17 punktów przewagi nad rywalami, co oznaczało, że zwycięstwo jest już bardzo blisko.

Ostatecznie, mimo że Luksemburczyk wygrał już tylko jeden etap, to wyścig zakończył 20 punktów przed Gustavem Garrigou. W ten sposób, jako zaledwie 22-latek stał się pierwszym zagranicznym zwycięzcą w historii Tour de France.

Między Francją, a Luksemburgiem

Mimo wszystko trzeba przyznać, że ta jego “zagraniczność” była mocno naciągana. Już samo imię jest najbardziej francuskie jak się da – w końcu przed reformą francuskiej pisowni z 1835 roku słowo “francois” oznaczało właśnie “francuski”. 

A to oczywiście nie jest jego jedyny związek z Francją. Z tego kraju pochodziła jego matka – Marie Paul, która poznała Jean-Pierre’a Fabera, gdy ten przyjechał nad Sekwanę za pracą. Para zamieszkała w Aulnay-sur-Iton i to właśnie tam urodził się Francois, który chwilę po urodzeniu otrzymał francuskie obywatelstwo.

Później co prawda przeniósł się na zachód, ale nie do Luksemburga, a do podparyskiego Colombes (to, wraz z jego potężną sylwetką dało mu później przydomek “Olbrzym z Colombes”). Nie różnił się zbytnio od reszty francuskich dzieci i choć zakończył swoją edukację już w wieku 13 lat, to dobrze odnalazł się w społeczeństwie, pracując kolejno jako: kelner, sprzedawca, stoczniowiec czy pracownik fabryki.

Gdy rozpoczynał swoją przygodę z kolarstwem wciąż był Francuzem – sytuacja zmieniła się dopiero w 1909 roku. Wtedy, na kilka miesięcy przed Tour de France, którego był głównym faworytem, zrzekł się francuskiego obywatelstwa i stał się Luksemburczykiem. Najprawdopodobniej było to spowodowane chęcią uniknięcia… obowiązkowego poboru do wojska, który mógłby znacznie spowolnić jego świetnie rozwijającą się karierę.

Dlatego swoje największe sukcesy odnosił jako Luksemburczyk. Pod czerwono-biało-błękitną flagą odniósł 21 ze swoich 27 zwycięstw. Oprócz klasyfikacji generalnej i piętnastu etapów Tour de France wygrywał jeszcze m.in Bordeaux-Paryż, Paryż-Tours i Paryż -Roubaix.

Jako Luksemburczyk stoczył także rywalizację z Octavem Lapizem. Podczas Tour de France 1910 długo wszystko wskazywało na kolejne zwycięstwo Fabera, ale Lapize odrobił aż 20 punktów straty i przed 13 etapem obu panów dzielił zaledwie jeden punkt. Oczywiście większość Francuzów trzymała wtedy kciuki za Lapize’a, a ten ku ich radości po 15. etapie mógł się cieszyć ze zwycięstwa w całym wyścigu, dzięki czemu wyrwał zwycięstwo w ich narodowym wyścigu z “obcych” rąk.

Na wojennym froncie

Jako Luksemburczyk Faber wystartował również w Tour de France 1914, gdzie zajął rozczarowujące 9. miejsce. Szansy na odkucie się w kolejnym roku miał już nie dostać. 28 czerwca, a więc dokładnie w tym samym dniu, w którym rozpoczęła się Wielka Pętla, w Sarajewie, w wyniku zamachu zginął Franciszek Ferdynand, co doprowadziło do wojny między trójprzymierzem, a trójporozumieniem, do którego należała Francja. Pomimo swojej narodowości i niechęci do wojska, Faber nie miał żadnych wątpliwości.

Francja dała mi wszystko – dlaczego więc miałbym jej nie bronić?

– miał powiedzieć, gdy w lipcu – kilka dni po ukończeniu Tour de France zapisywał się do oddziału Legii Cudzoziemskiej.

23 sierpnia zameldował się w Bayonne, gdzie stacjonował pułk, do którego został przydzielony. Pod koniec października ruszył na front i już w grudniu, w Lesie Argońskim, wziął udział w swojej pierwszej bitwie.

Niestety, na froncie większe sukcesy odnosili Niemcy. Faber patrzył, jak niegdyś piękne miejsca, które miał okazję podziwiać podczas jazdy w wyścigach, płoną lub przepełnione są martwymi ciałami. Mimo wszystko on sam radził sobie całkiem nieźle i dosłużył się stopnia kaprala.

Na 3 maja francuska armia planowała kolejny atak na niemieckie jednostki, ale zła pogoda sprawiła, że musiała nieco odłożyć swoje plany. Faber stresował się nie tylko zbliżającą się bitwą, ale także tym, co dzieje się kilkaset kilometrów od niego, w domu, u żony, która w styczniu poinformowała go, że spodziewa się dziecka. W pierwszym tygodniu maja dostał odpowiedź – jego córeczka Raymonde przyszła na świat jako zdrowa dziewczynka. Kilka dni później, 9 maja wziął udział w planowanej ofensywie

Jego dywizja rozpoczęła swoje działania o 10 rano. Jej zadaniem było zdobycie Ouvrages blancs. Faber, jak zwykle wykazywał się olbrzymią odwagą. W pewnym momencie zobaczył obok siebie rannego kolegę i postanowił pójść mu z pomocą. Niestety zapłacił za to najwyższą możliwą cenę. Zauważył go Niemiec operujący karabinem maszynowym. Strzelił i trafił Fabera w czoło. Ten zginął od razu, a jego ubrania zajęły się ogniem, ponieważ Luksemburczyk w swojej kieszeni trzymał pudełko zapałek.

Gdy wieść o jego śmierci dotarła do Francji, kolarski świat pogrążył się w smutku (nie pierwszy i nie ostatni raz – w czasie II wojny światowej zginęli także m.in Petit-Breton i Lapize). Bauge – człowiek, który odkrył jego talent i prowadził go w różnych zespołach pisał: 

Ach, cóż to był za błyskotliwy kolarz. Wciąż mam przed oczami jego dwa ostatnie występy w Tour de France. Był świetnym zawodnikiem, ale też bardzo dobrym człowiekiem i oddanym przyjacielem. Kiedy myślę, że odebrała nam go jakaś mała kulka wystrzelona z karabinu maszynowego, moje serce puchnie z rozpaczy, a oczy stają się mokre.

Epilog

29.06.2019, wojna skończyła się wiele miesięcy temu. Poświęcenie Fabera nie poszło na marne. Ententa, do której należała Francja wygrała wojnę, a Niemcy muszą wypłacić jej olbrzymie odszkodowanie. Wprawdzie krótko po zakończeniu zmagań na froncie Stary Kontynent zaatakowała hiszpanka, ale i ona powoli zaczyna wygasać. Życie wraca do względnej normalności.

Kolarze wreszcie mogą rywalizować na szosie, nie na froncie. Pierwszy etap prowadzi z Paryża do Le Havre. Krótko po wyjeździe z miasta zakochanych, kolarze znaleźli się w Colombes. Zatrzymują się pod kawiarnią, w której niegdyś pracował Faber. Tam wita ich napis:

Francois Faber, spoczywaj w pokoju

Źródła: JeSuisMort, Bike Race Info, Capo Velo, Wikipedia, Rouleur,
Cyclistes dans la Grande Guerre