Fot. Trek Bikes

„Postanowiłem zapytać sam siebie: kim właściwie jestem? Zdania były podzielone”.

Przypomniał mi się ten stary żarcik, gdy obserwowałem intelektualne wysiłki pewnego jegomościa, który – sam będąc kolarzem – zaczął nagle przeganiać innych rowerzystów z drogi, ponieważ akurat jechał samochodem, co nieco zmieniło jego sposób patrzenia na sytuację na drodze.

Nic w tej rozmowie nie trzymało się kupy poza głębokim przekonaniem, że prawda zależy w największym stopniu od tego, jakiego rodzaju kierownicę dzierży w danej chwili w dłoni. Nawet zapisy z jego własnego konta na Stravie, z którego wynikało, że sam czasami przemierza tę drogę rowerem, nie były w stanie go przekonać jak bardzo się myli wyrzucając z niej prawidłowo jadących kolarzy.

Z początku było mi nawet trochę żal chłopaka, ale zmieniłem zdanie, gdy w obliczu braku argumentów począł sięgać po spory arsenał obraźliwych odzywek i insynuacji. Bo prędzej czy później większość tego typu dyskusji kończy się festiwalem prób wzajemnego upokorzenia. Bo przecież w internecie wygrać należy za wszelką cenę.

I chociaż być może ten przykład wydaje się wyjątkowo kuriozalny, to niestety wcale nie jest odosobniony.

Internet wielu z nas kompletnie ogłupił. Odebrał zdolność trzeźwej oceny sytuacji, w zamian oferując silną potrzebę „wygrywania dyskusji”. Dociekanie prawdy zastąpił zadowalaniem się pierwszą z brzegu odpowiedzią. Wielu z nas skrajnie rozleniwił i przekonał, że najszybciej uzyskana informacja z automatu staje się najbardziej wartościowa. Nie dbamy już o to, czy jest prawdziwa.

Ale przede wszystkim oduczył nas dostrzegania niuansów i odcieni szarości, skłaniając do szybkiego i jednoznacznego opowiadania się za czarnym lub białym. Za „dobrem” lub „złem”. Za „rowerzystami” lub „samochodziarzami”. Albo za „kierowcami” lub „pedałowcami”, jeśli na tę samą dyskusję spojrzeć z drugiej strony.

A jakby tego wszystkiego było mało, wykształciliśmy w sobie przekonanie, że czym głośniej krzyczymy i czym bardziej wymyślnych wyzwisk używamy, tym bardziej prawda przechyla się na naszą stronę.

Nic bardziej mylnego.

Rozumiem istotę przynależności. Rozumiem potrzebę środowiskowej solidarności. Ale nie sposób przejść do porządku nad zakrzywianiem w imię tej solidarności obrazu rzeczywistości, która nas otacza. I która nie jest już taka czarno-biała.

„To rozgrzeszanie kierowców!” – zapałał ktoś świętym oburzeniem, gdy w jednym z felietonów ośmieliłem się napisać, że wielu rowerzystów wyjeżdża na ulicę bez choćby podstawowej znajomości przepisów. Ktoś inny cytował statystyki, z których wynikało, że kierowcy byli sprawcami ponad 3 tysięcy wypadków z udziałem rowerzystów. Skrzętnie przy tym pominął, że rowerzyści spowodowali ich przeszło 1600, czyli ponad 37% ogólnej liczby. To mało? Ile być „powinno”, żeby zauważyć problem? „To rozgrzeszanie rowerzystów!” – ktoś mógłby zakrzyknąć w odwecie.

Tyle tylko, że tu zupełnie nie o statystyki chodzi, bo te liczby to obraz skutków naszego zachowania na drodze, a nie ich przyczyna.

Obejrzałem sobie w ostatnich tygodniach wiele profili w mediach społecznościowych, na których ludzie dzielą się opisami lub nagraniami sytuacji napotkanych na drodze. Kilka z nich zgłosiłem do moderacji, bo pisane są ewidentną mową nienawiści. Ale nie sposób przejść do porządku nad tym, że prezentowane tam sytuacje i zachowania niektórych rowerzystów wołają o pomstę do nieba.

Staliśmy się w tych dyskusjach zakładnikami generalizacji. A przecież nie wszyscy kierowcy czyhają na nasze życie na drodze. I nie wszyscy rowerzyści zachowują się jak wypuszczeni z długiej izolacji. Za to wizerunek nas wszystkich cierpi w wyniku ich zachowania. I z ich powodu jesteśmy na siłę wtłaczani pod sztandar jednego plemienia, które w imię fałszywie pojmowanej solidarności toczy wojnę z innymi.

Agresja na drogach często ma swoje źródło również tutaj, gdzie niemal każdego dnia doskonalimy się w przekrzykiwaniu innych. Narzekamy na drodze na „brak kultury”, ale bez skrupułów potrafimy obrzucić błotem każdego, kto ośmiela się mieć inne zdanie. Często ignorując rzeczywistość, w zamian podpierając się poklaskiem większości.

A potem przenosimy te zachowania na drogę, warcząc na pieszych, ubliżając kierowcom i złorzecząc innym rowerzystom. I nie potrafiąc przyznać się do błędów, które nagminnie również popełniamy. No bo jakże to tak? Przyznać się, że się nie ma racji i narazić się na wykluczenie z plemienia?

Ten przywołany we wstępie kolarz za kierownicą samochodu nie dał się przekonać do tego, że się myli. Pewnie ochoczo przyznano by mu rację, gdyby te same opinie zaprezentował na innym forum. Tylko czy w jakikolwiek sposób wpłynęłoby to na zmianę jego sposobu myślenia i zachowania się na drodze? Pozwolę sobie szczerze wątpić. Obawiam się raczej tego, że uzbrojony w „rację” z czasem zacząłby ją również egzekwować na jezdni.