Pod koniec ubiegłego roku wysłałem do jednego z kolarskich magazynów zamówiony tekst z zapowiedzią sezonu 2020. Początkiem marca – z wiadomych przyczyn – sprawy przybrały nieoczekiwany obrót i do kolejnego numeru musiałem dopisać swego rodzaju erratę. Dziś tylko się uśmiecham na wspomnienie tamtego naiwnego optymizmu i głębokiej wiary, że zamkniemy się w domach na kilka tygodni, a potem wszystko wróci do względnej normy. Te kilka straconych wyścigów gdzieś tam sobie upchniemy w kalendarzu i będzie jak dawniej.

Właściwie ten noworoczny tekst może się jeszcze przydać, bo gdy patrzę na opublikowany właśnie kalendarz UCI na kolejny sezon, to zmiany są w zasadzie kosmetyczne. Znów nieco wcześniej rozpocznie się Tour de France, wyścig olimpijski przesunie się ledwie o jeden dzień, większość wyścigów nieznacznie zmieni daty.

O ile rzecz jasna sprawy znów nie przybiorą nieoczekiwanego obrotu, czego dziś nikt definitywnie wykluczyć nie może.

„Ucierpi” nieco Tour de Pologne, który nie będzie – jak przez kilka ostatnich sezonów – okazją do przetarcia przed hiszpańską Vueltą. Ta rozpocznie się bowiem jeszcze w trakcie polskiego wyścigu. Przynajmniej według aktualnego stanu rzeczy.

Ale skoro już przy naszej największej imprezie jesteśmy, nie mogę sobie darować pewnej złośliwostki. Nie wobec imprezy Czesława Langa, tylko tych wszystkich, którzy od lat narzekają na przebieg jej trasy i uparcie twierdzą, że można ją wytyczyć w zupełnie innym miejscu.

Wiele można zarzucić stronie wizualnej Tour de Pologne, która mentalnie została jeszcze w latach 90. Ale absolutnie mnie nie dziwi to aktualne „przywiązanie” wyścigu do Małopolski i Śląska, które jako jedyne regiony nie czynią dziś przeszkód w realizacji logistycznej tak dużego przedsięwzięcia w samym środku wakacji.

O tym, jak bardzo skomplikowany jest to splot sprzecznych interesów właśnie przekonał się na własnej skórze organizator Mediolan-San Remo, wyścigu z ponad stuletnią tradycją, przez niektórych Włochów traktowanego niczym świętość. Tym razem „święty” wyścig musiał ustąpić przed obawami włodarzy nadmorskich kurortów, spodziewających się gigantycznych korków na drogach dojazdowych do ich miejscowości. W ostatniej chwili zdecydowano, że nieco spóźniona w tym roku „La Primavera” pojedzie inną trasą.

Cóż, biznes jest biznes, a mówimy przecież o wydarzeniu, które w tej okolicy miało gościć tylko przejazdem. Organizacja etapowego wyścigu zgodnie z wytycznymi UCI wymaga natomiast zapewnienia w stosunkowo niewielkim promieniu bazy noclegowej dla około tysiąca osób, wyłączając ją z użytku na dzień lub dwa w szczycie sezonu urlopowego. Dopóki tego problemu nie przeskoczymy, raczej będziemy musieli przywyknąć do małopolsko-śląskich klimatów. Nawiasem mówiąc: z roku na rok coraz atrakcyjniejszych.

Chyba że sprawy znów przybiorą nieoczekiwany obrót. Tym razem w stronę, która zadowoli dziś narzekających.

Bo w sumie… dlaczego nie? Rok 2020 już nie raz nam udowodnił, że wszelakie plany i stałość rzeczy ma w głębokim poważaniu. I podejrzewam, że to nie jest jeszcze jego ostatnie słowo.

A co przyniesie kolejny sezon? Strach nawet pomyśleć.