Szukając informacji na temat możliwych źródeł sukcesu Tadeja Pogacara w Tour de France i w ogóle słoweńskich sportowców w różnych dyscyplinach trafiłem na kilka ciekawostek.

Na przykład taką, że Słoweńcy należą do najwyższych nacji na świecie. Przeciętny wzrost słoweńskiego mężczyzny to podobno 1,803 m. Generalnie średni wzrost wszystkich Europejczyków jest o ok. 4 cm większy niż kilkadziesiąt lat temu, ale podobno to właśnie Słoweńcy i mieszkańcy innych bałkańskich krajów rosną najszybciej. Ciekawe, prawda?

Robi się jeszcze ciekawiej, gdy się to zestawi z informacją, że Słowenia jest szóstym krajem na świecie pod względem liczby palaczy i wypalanych przez nich papierosów. Jak się dobrze zastanowić, to te dwie informacje wydają się z sobą całkowicie sprzeczne.

Tych ponadprzeciętnych właściwości mieszkańców Bałkanów niektórzy naukowcy upatrują w pewnych cechach genetycznych, które zmieniają się nieustannie w każdej populacji, ale akurat tam nieco inaczej. To z kolei ma prawdopodobnie bardzo silny związek z warunkami, w jakich żyją. Słowenia należy bowiem do krajów z najczystszym powietrzem na świecie. Podobno też mają najzdrowsze jedzenie.

Pogacar, Roglić, Mezgec i inni z pewnością do najwyższych Słoweńców nie należą, ale ostatecznie poruszamy się cały czas w zakresie wartości średnich. Być może zatem dysponują jakimiś innymi supermocami? Poza tym drobiazgiem, że mają tam świetny system łowienia talentów i ich szkolenia, ale kto by zwracał na takie rzeczy uwagę?

Dało mi to wszystko do myślenia po lekturze tekstu Andreasa Schulza, który również zastanawiał się nad możliwymi przyczynami sukcesu Słoweńca. Już sam tytuł opublikowanego na stronach niemieckiego Eurosportu materiału nie pozostawiał wątpliwości: „Zbyt szybki, by być prawdziwy”. Zdaniem znakomitego dziennikarza wyjaśnienie fenomenu Pogacara jako cudownego dziecka jest niezadowalające.

Polecam tę lekturę. Schulz, jak przystało na rzetelnego dziennikarza, niczego nie przesądza. Stawia wiele pytań, które w istocie powinniśmy sobie stawiać, zwłaszcza mając w pamięci te wszystkie przypadki, w których mieliśmy pełne prawo poczuć się oszukani. Schulz uważa, że do sukcesu Słoweńca należy podchodzić krytycznie. I trudno odmówić mu racji.

Ale z drugiej strony mam też inne wątpliwości. Czy aby na pewno musimy sobie to wszystko na siłę obrzydzać? Czerpaliśmy przez trzy tygodnie miód z tej beczki pełnymi chochlami, by na koniec uznać, że okazał się jednak zbyt słodki? Chcemy to teraz popić dziegciem? Po co? Żeby się usprawiedliwić przed samymi sobą, że spróbowaliśmy już wszystkiego i nic nas nie zaskoczy? Że jesteśmy gotowi na wszystko?

Ja też nie lubię być oszukiwany, ale ostatecznie jestem w tym teatrze tylko widzem. Nawet gdyby się okazało, że wydarzenia potoczą się nie po mojej myśli, nie będzie to miało najmniejszego wpływu na moje życie. Przeżyłem już wystarczająco dużo by wiedzieć, że reżyser w teatrze życia jeszcze nie raz nas czymś zaskoczy. I będzie o wiele bardziej bolało, niż świadomość, że jakiś facet jadąc na rowerze złamał jakieś zasady.

A jeśli ich nie złamał? A jeśli wyjaśnienie tej zagadki leży zupełnie gdzieś indziej? Na przykład w tych wyjątkowych warunkach życia w Słowenii? Dlaczego mam się na siłę pozbawiać przyjemności czerpania frajdy z tych krótkich chwil, które przynoszą niesamowite emocje? Przecież to tylko sport. W dodatku oglądany głównie dla przyjemności.

Jest taka genialna scena w ekranizacji „Autostopem przez Galaktykę”, w której grany przez Billa Nighy’ego Slartibartfast odpowiada na jakieś filozoficzne pytanie: „Wolę być szczęśliwy niż mieć rację”.

Sam film polecam tylko wytrwałym miłośnikom gatunku, ale to jedno zdanie stało się przed laty jednym z moich życiowych drogowskazów. Również w odniesieniu do sportu, który jest dla mnie interesujący wyłącznie przez emocje, a nie przez statystyki. Szanuję zajawkę tych wszystkich, których kręci różnica w VaM na trzecim miejsce po przecinku. Mnie to zwyczajnie w świecie nudzi.

Mnie bardziej pasjonuje to, co musi mieć w głowie człowiek, który przejeżdża dziewięć etapów Touru z pękniętym kręgosłupem? Wiem, że najdalej za tydzień nie będę już pamiętał jego nazwiska. Ale mimo wszystko to on nauczył mnie czegoś o życiu. Ten, który wspinał się szybciej, po prostu wspinał się szybciej. Ot różnica.

Co, jeśli Pogacar mnie oszukał? Ano nic. Po prostu nie będę miał racji. Ale nie cofnę już czasu i nie przestanę nerwowo skakać na krześle obserwując, jak Rogliciowi uciekają sekundy. Te emocje już przeżyłem. Żadna zła nowina już mi ich nie zabierze.

Po co więc mam jej wypatrywać? Po co na siłę jej szukać? Po co zatruwać sobie tym życie? Nie lepiej być przez chwilę szczęśliwym, nawet nie mając racji?

„Cześć! I dzięki za ryby!” 😉