Anglicy często używają idiomu „can’t see the forest for the trees”. “Przez drzewa nie widać lasu”. Stosowany jest zwykle w sytuacji, w której ktoś nadmiernie koncentruje się na najbliższych szczegółach, tracąc z oczu szerszy kontekst i całościowy ogląd sytuacji. Widzimy tylko to, co znajduje się wprost przed naszymi oczami.

W Polsce usłyszałem niedawno podobne powiedzonko: „najbardziej bywamy przekonani do tego, o czym się właśnie dowiedzieliśmy”. I to również znakomicie oddaje nasz stan ducha, kiedy z zaangażowaniem bronimy zasłyszanych właśnie opinii, pomijając całą wiedzę na dany temat.

Przypomniały mi się te słowa we wtorek, kiedy patrzyłem na wjeżdżającego na metę 10. etapu Giro d’Italia Petera Sagana. Etapu, który wygrał na przekór wszystkim i całkowicie na własnych warunkach. Uciekając od pierwszych kilometrów, atakując na podjazdach, zamęczając rywali i nie czekając na kolejną szansę na sprinterskim finiszu.

Mistrz!”, „Grande Sagan!”, „Pan Kolarz!” – rozpływali się w zachwytach liczni komentatorzy triumfu Słowaka. I słusznie, bo Sagan zasłużył sobie tą walką na słowa najwyższego uznania.

Ale minęły zaledwie cztery dni od jego przegranego finiszu z Arnaudem Demarem. Kolejnego już w tym wyścigu. Minął dokładnie tydzień od chwili, w której czekaliśmy długie minuty na ogłoszenie wyników z fotofiniszu, by się dowiedzieć, że Sagan przegrał 4. etap o milimetry. Dziesięć dni od drugiego miejsca za Diego Ulissim.

Król drugich miejsc”, „wieczny przegrany”, „trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny” – brzmiały wówczas rozliczne opinie.

Co się zmieniło? Poznaliśmy nagle jakiegoś nowego Sagana? Nigdy wcześniej nas nie zaskakiwał? Zapomnieliśmy przez ostatnie 15 miesięcy, jak wspaniale potrafi wygrywać?

Nawet jeśli przyjmiemy, że był to najdłuższy w jego karierze okres bez zwycięstw (z różnych powodów, a nazbierało się ich niemało), to przecież to również jest nieodzowny element kolarskiego życia. Jak każdy kryzys, który prędzej czy później dopada każdego.

Pewnego dnia jego kariera również się skończy, tak jak kończy się każdy las, którego nie widzimy przez najbliższe drzewa. I jestem pewien, że ekscentryczny Słowak tu również nas czymś zaskoczy i zakończy karierę na własnych warunkach, nie pytając nikogo o zdanie.

Nie sadziliśmy tego lasu. Nie wiemy, jak jest duży. Nie wiemy, co jeszcze przed nami kryje. Ale byłoby dobrze, gdybyśmy spróbowali mimo wszystko spojrzeć na niego trochę szerzej. I nie wyciągać wniosków patrząc tylko na najbliższe drzewa.