Są takie momenty w życiu sportowego felietonisty, kiedy jego praca mogłaby być najłatwiejszą rzeczą pod słońcem. Wystarczyłoby po prostu odkopać jakiś tekst sprzed roku lub dwóch, skopiować, dorzucić jakiś aktualny akapit i wysłać wydawcy. Nic prostszego.

Życie bowiem toczy się – nomen omen – kołem i pewne sprawy wracają z zaskakującą regularnością. Nic, tylko kopiować i wklejać: o wiecznych narzekaniach na trasę Tour de Pologne, o niekończącej się epopei z zadłużeniem kolarskiej centrali, o rozczarowaniach z wyników polskich kolarzy. Pewnie jeszcze kilka „dyżurnych” tematów by się znalazło, bo zasadniczo w naszym kolarskim światku wiele rzeczy się toczy według utartych przez lata schematów.

Być może niektórzy czytelnicy w końcu by się w tym połapali, ale ryzyko w gruncie rzeczy nie jest przesadnie duże, bo na co dzień tysiące komentatorów naszej codzienności również kopiują i wklejają aż miło.

Po części to zapewne efekt codziennego zaklinania naszej rzeczywistości w internetowe memy, służące wyłącznie do komunikowania się ze światem za pomocą udostępnień, które przecież w istocie są po prostu skrótem do funkcji „kopiuj i wklej”. Inni jednak wychodzą z założenia, że wolność słowa zobowiązuje ich do posiadania zdania na każdy temat. A że nie zawsze posiadają własne, można po prostu skorzystać z cudzego. Skopiować i wkleić.

Genialnie prosta sprawa z tym powielaniem, bo zasadniczo nie wymaga myślenia i sprawdzania. Na koniec jednak skutek jest taki, że bombardujemy się wzajemnie wymyślonymi przez innych aktami strzelistymi, nie zadając sobie trudu sprawdzenia, czy „nasza” opinia ma przynajmniej luźny związek z rzeczywistością.

I tak na przykład w ostatnich tygodniach zostaliśmy zasypani mnóstwem zgrabnych bonmotów o wysyłaniu Groenewegena za kratki, choć właściwie nikt nie sprawdził, czy jest za co. Sportowcy są bowiem w trakcie zawodów w pewnym sensie „wyjęci spod prawa” i podejmują pewne działania na własne, sportowe ryzyko. No, ale Dylana do mamra wysyłał Patrick Lefevere, co komentujący uznali za zielone światło. I poszło!

Lefevere kilka dni później ze swoich wypowiedzianych w emocjach słów wycofał się rakiem. No ale przecież nie można wymagać od komentujących, żeby przepraszali za to, co już zdążyli skopiować i wkleić. Nie ich wina, że ochłonął i zmienił zdanie.

Jednym z najczęściej powielanych powiedzeń po pierwszym etapie Tour de Pologne były słowa, że „od lat było wiadomo, że to tylko kwestia czasu, kiedy w Katowicach wydarzy się taka tragedia”. Poszukiwania takich przewidywań, datowanych wcześniej niż 5 sierpnia 2020, przynoszą raczej opłakane rezultaty. Prawdopodobnie dlatego, że po prostu nikt wcześniej na serio nie brał takiego scenariusza pod uwagę, a gdy mleko się już wylało, do głosu doszła nasza przysłowiowa mądrość po szkodzie.

Owszem, podobno ten sam Lefevere już przed rokiem wysyłał do Lang Teamu jakieś „ostrzeżenia”, ale wciąż nie jest jasne, czy wrzucił ten list do skrzynki. Jeśli nawet, to wszystko wskazuje na to, że sam o tych ostrzeżeniach zapomniał. Sprinterów na Tour de Pologne zabrał, a w „niebezpiecznych” Katowicach kazał im się ścigać.

Tymczasem my bez pamięci kopiowaliśmy i wklejaliśmy info o rzekomych ostrzeżeniach, o których wszyscy sobie nagle przypomnieli, choć przez równą dekadę ścigania w „świątyni sprintu” nikt raczej głośno o nich nie wspominał.

Za kilka dni wystartuje Tour de France, a wraz z nim doroczna lawina narzekań na „brak ambicji” Michała Kwiatkowskiego, który (tu skopiuj i wklej) „zrezygnował z własnych celów, by wozić bidony Eganowi Bernalowi”. Tu również nikt nie zadaje sobie pytania o właściwe powody, bo znacznie łatwiej jest skopiować i wkleić wymęczoną już przez lata do granic możliwości opinię.

Tu ciekawostka: charakteryzujący Kwiatkowskiego anglojęzyczni eksperci i komentatorzy bardzo często używają w opisach jego występów w Tourze pojęcia „sacrifice”. Kontekst tego terminu najczęściej wiązany jest z poświęceniem w znaczeniu „ofiary”, a słowa te wypowiadane są z reguły z najwyższym uznaniem. W Polsce o poświęceniu Kwiato mówi się najczęściej w kontekście „rezygnacji”, okraszając je odpowiednią dozą pogardy.

Z jednej strony nie od dziś wiadomo, że nie jest łatwo być prorokiem we własnym kraju. Wychodzi na to, że kolarzem również nie.

Zagadką jednak pozostaje, dlaczego w sporcie, który wymyślono przecież dla emocji, my najbardziej upodobaliśmy sobie te złe? Łatwiej się je kopiuje i wkleja?